CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Kategorie: Wszystkie | Czym chata bogata tym gości truje | Duperele | Gadżety | Marudzenia i egzystencjalizmy | NIUFSY | Recenzyje | Wojaże Kota Niekanapowego | literatura
RSS
piątek, 20 grudnia 2013
Lukier

Zdecydowałam się jednak polukrować pierniczki. Na wzorki nie starczyło mi pary, więc dizajn można nazwać „puchowy śniegu tren”. Jeśli dam radę to jeszcze upiekę coś niedużego w kształcie kotów i Tardisów. Poprzednio lukier lepił się jak nieszczęście i spływał, więc tym razem podeszłam do nowego przepisu dość nieufnie, ale okazał się dobry.

2 białka jajek

niecałe 2 szklanki cukru pudru

Białka ubijać mikserem w misce, dodając po trochu cukier – na końcu trzeba się wykazać wyczuciem, produkt ostateczny powinien mieć konsystencję i wygląd kleju Wikol (tylko zapach nie ten). Lukier stężał bardzo szybko i starczyło go na całościowe pokrycie 4 tac pierniczków.



czwartek, 12 grudnia 2013
Pierniczki świąteczne

Pierniczki świąteczne

Składniki:

2 kostki margaryny

½ kg cukru

3 łyżki stołowe miodu

4 jajka

1 kg mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

1 paczuszka przyprawy do piernika

1 czubata łyżeczka cynamonu

1 łyżeczka kakao (opcjonalnie, jeżeli ktoś lubi ciemniejsze pierniczki)

 

Wykonanie:

W garnku rozpuścić margarynę z cukrem, miodem i przyprawami. Nie dopuścić do wrzenia. Ostudzić (nie musi być zimne, może być ciepłe, byle nie gorące). Jajka roztrzepać widelcem. Do miski dodawać po trochu roztopioną margarynę, mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i jajka. Mieszać przy tym dużą łyżką. Kiedy ciasto zrobi się gęste, krótko wyrobić na stolnicy, żeby składniki dobrze się połączyły. Bryłę ciasta należy zawinąć w worek foliowy i odstawić do lodówki przynajmniej na 12 godzin. Ale może też leżakować nawet 3 dni. Nie zamrażać!

Ciasto będzie dość tłuste, ogrzane rękami nabierze konsystencji plasteliny, łatwo je rozwałkować na grubość ok. 3 milimetrów. Wykrawać pierniczki foremkami. Piec w temperaturze 180 st. około 6-7 minut. Uwaga, każdy piekarnik piecze trochę inaczej i trzeba to wziąć pod uwagę. Upieczone ciastka są spoiste i lekko kruche, nie są twarde jak kamień, ale też nie łamią się od byle czego. Z 1 kg mąki wychodzi spora czubata miska pierniczków.



wtorek, 02 lipca 2013
Mięta

Odcinek z fontannami musi chwilę zaczekać, bo nie mam czasu na obróbkę zdjęć. Dziś będzie o mięcie.

Mięta jest czymś co rośnie jak dzikie, kiedy tylko znajdzie sobie przyjemne stanowisko. Jest kilka rodzajów mięty, a ta, która rośnie koło mnie jest miętą wodną. Dosłownie. Rośnie w strumieniu w ilościach hurtowych i ma się świetnie. Co prawda do strumienia należy zleźć po skarpie, narażając się na kontakty z ostami i pokrzywami, a na dole najlepiej jednak mieć kaloszki. Obecnie w kuchni mam trzy wazony wypełnione gałązkami mięty, która obficie nawodniona ma się równie superancko jak na łonie natury.

Co robi zmaltretowany upałem mieszczuch, kiedy nie chce tracić majątku na napoje chłodzące? Przygotowuje mrożoną herbatkę miętową. Wziąć należy dzbanek szklany pojemności 1 litr, butelkę plastikową pojemności 1 litr, lejek, 2-3 łyżeczki cukru, wodę, oraz plasterki cytryny i 2-3 duże gałązki świeżej mięty. Miętę (po opłukaniu i ekstradycji ślimaków) z cukrem zalewamy wrzątkiem w dzbanku, jak się zaparzy, dodajemy cytrynę i spokojnie czekamy aż całość wystygnie. Przelewamy do butelki, zakręcamy i wstawiamy do lodówki. Można też robić herbatkę pół na pół mięta z czarną. Jeśli nie mamy cytryny, bez problemu można ją zastąpić odrobiną kwasku cytrynowego. Po 2 godzinach w lodówce herbatka jest gotowa do spożycia. Można podawać z lodem. Kiedy poziom herbatki w butelce opada, już zalewamy wrzątkiem drugą partię w dzbanku i spokojnie stygnie, co pozwala zachować płynność dostaw zimnego napoju.

Jak suszyć miętę.

Suszenie mięty strumykowej jest o tyle kłopotliwe, że zawiera ona w sobie duży procent strumyka i przepisowe „suszyć w cieniu, w przewiewie” trwa wieki – i chyba raczej prędzej to zielsko spleśnieje niż wyschnie. Najprościej w tym wypadku jest obskubać liście (eksterminując ślimaki), rozłożyć je niezbyt grubą warstwą na blasze i suszyć w piekarniku na termoobiegu, mniej więcej w 60 st. C. Co 10-15 minut zajrzeć, poprzewracać liście i skontrolować stan wysuszenia. Idealnie byłoby suszyć je na specjalnej siatce.



poniedziałek, 06 maja 2013
Syrop z podbiału

Wiosna próbuje w tempie przyspieszonym wynagrodzić spóźnienie, a Kot Niekanapowy zaczyna trochę wojażować. Nieco ponad tydzień temu wybrałam się z towarzystwem kajakowym do leśniczówki. Z dostępnych atrakcji był naturalnie las, jeziora i dużo chaszczy. Zaliczyliśmy dwunastokilometrowy spacer, na którym stwierdzono, że kwitną już kaczeńce, przylaszczki i całe dywany zawilców. W lesie zaś natrafiliśmy na dwie, niezbyt nami przejęte, sarny. Zaś w mijanym gospodarstwie trafił się indyk – gigantyczny, nastroszony i gulgocący. Był to pierwszy indyk, jakiego widziałam w stanie że tak powiem niegarmażeryjnym, poza supermarketem, i zrobił na mnie wielkie wrażenie.

W rodzimych chaszczach natrafiam co rusz na sroki, widziałam też dwie kuropatwy i sarnę (całkiem z bliska). Opóźniona wegetacja i niejaka przezroczystość zarośli pozwala na łatwiejszą obserwację. Szkoda, że na razie nie mogę jeszcze kupić sobie lornetki. Dziki są tu także, ale o tym świadczą tylko ślady rycia, bo świniaki za dnia siedzą zaszyte gdzieś w zaroślach i zapewne wychodzą na żer w nocy i o świcie. Jako że dla mnie świt to ósma rano, nie ma szans na kontakt bezpośredni. W sumie dobrze.

Akurat jest sezon na podbiał (a za chwilę zaczną na całego kwitnąć mniszki), więc nazbierałam dwa woreczki kwiecia i zrobiłam z niego syrop na przeziębienia. Przepis trochę z internetu, a trochę z głowy.

Surowce: kwiaty podbiału (dużo), cukier, woda.

Podbiał rośnie byle gdzie, jest rośliną ruderalną, nie potrzebuje specjalnych warunków, ale lubi słońce. Zbierać na łąkach, a nie przy drogach – chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego. W miarę możliwości otrząsnąć kwiatki z czarnych żuczków, przelać wrzątkiem na sicie, układać warstwami w słoju i przesypywać cukrem, ugniatając. Odstawić na dwa dni, żeby puściły sok. Zlać sok do jakiegoś naczynia, kwiaty włożyć do garnczka i zalać wodą (tylko tyle, żeby były przykryte), pogotować trochę na niedużym ogniu. Odcedzić na gęstym sitku, wygniatając starannie masę roślinną. Cały płyn, łącznie z tym, który się odcedziło wcześniej, teraz należy gotować, żeby trochę odparował. Powinien mieć kolor ciemnego bursztynu czy też esencji herbacianej. Podobno niektórzy gotują tak długo, że sok robi się gęsty jak płynny miód, ale moim zdaniem szkoda gazu. Przygotować niewielkie butelki, wlewać gorący syrop, natychmiast mocno zakręcać i przewracać butelkę do góry dnem w jakimś wysokim naczyniu (koszyk, wiaderko…). W ten sposób powinien się dobrze zakonserwować. Przechowywać w ciemnym miejscu. Dlaczego? Nie wiem. Może, żeby nie straciło koloru, a może żeby wrogowie nie znaleźli i nie ukradli.



sobota, 02 lutego 2013
Chorowanie stadne

Wilf twierdzi, że jak stado choruje to choruje razem. Jego teoria zdaje się potwierdzać. Stado choruje, ja choruję ze stadem, a razem z nami choruje cała Europa. Zaczęło się od przeziębionej Serathe na Malcie, chwilę później doszlusowała spod Wrocławia Minamoto ze swoją grypą, jeszcze nie skończyła tej grypy, a Wilf odmeldował się z Irlandii, że jego facet trzęsie się w gorączce, a teraz chyrlają obaj w duecie. Jego beta, Koral, zaraził się chyba poprzez betowane pliki Wilfa. Lomiel (Trójmiasto) właśnie zwlekła się z łóżka, nadal niedoleczona, w jej klasie na 13 dzieci do szkoły chodzi 4. Mnie się zaczęło kole środy i infekcja pięknie się rozwija, zmierzając w okolice oskrzeli, mam wrażenie. Ciotka w Elblągu ma chyba to samo co ja, tylko w większym stężeniu, mama faszeruje się tabletkami na gardło. Ostatnio sprzedałam tego chińskiego smoka, prezentowanego notkę niżej – klientka ze Szwajcarii pisze, że nie ma sprawy, mogę go wysłać w poniedziałek jak się lepiej poczuję, ona sama od długiego czasu usiłuje wyzdrowieć. Ki diabeł? Sądząc z doniesień w sieci, przez Europę przetacza się epidemia analogiczna do słynnej grypy hiszpanki, tylko ludzie nie umierają. To znaczy umierają ale tak nie do końca.

Łażenie do lekarza i domaganie się antybiotyków jest bez sensu, więc gotuję różne dziwne napary i wywary ze środków dostępnych w pobliskim sklepie, łagodzące objawy. Na przykład:

Eliksir imbirowo-tymiankowy

Kawałek imbiru wielkości mniej więcej pudełka zapałek zetrzeć na tarce i wrzucić do rondelka, dodać 1 łyżeczkę suszonego tymianku. Zalać 2 szklankami wody, doprowadzić do wrzenia a potem gotować na małym ogniu 5 minut. Odstawić, ostudzić, odcedzić, dodać sok wyciśnięty z 1 cytryny i posłodzić miodem. W wersji dla twardzieli razem z tymiankiem sypie się 2 łyżeczki majeranku, ale nie jestem jeszcze aż tak zdesperowana. Majeranek zbija gorączkę, tymianek łagodzi kaszel, imbir ma działanie rozgrzewające i bakteriobójcze.

Preparat z siemieniem lnianym

1 łyżkę stołową siemienia zalać w kubeczku wrzątkiem (tylko trochę) i odczekać kilka minut aż napęcznieje. Dolać gorącego mleka i dodać miodu, spożywać. Łagodzi ból gardła. Osobiście idę na łatwiznę i mleko podgrzewam w mikrofali, na co Wilf otrząsa się z obrzydzeniem. Purysta.

Poza tym oczywiście czosnek (świeży, nie suszony w proszku!) w pokaźnych ilościach, na kanapkach, w zupie i w mleku.

Witamina C i rutinoscorbin oraz neoangin, który ma słabe działanie znieczulające, więc się nim znieczulam, kiedy kładę się spać, ale nie mogę zasnąć z powodu zmiany pozycji, podrażnienia gardła i napadowego kaszlu.

Nienawidzę być chora bo chorowanie jest nudne. Stado aniołków czeka na scynowanie ale nie mogę włączyć lutownicy, bo zabiłby mnie katar (opary). Dwa koty czekają na pomalowanie - opary lakieru plus przytępienie wena – odpada. Pisanie sami-wiecie-czego – jak wyżej, przytępienie wena. Co mi pozostało to powolne tłumaczenie „Trzeciej szansy” („Druga szansa” jest TUTAJ), próba oszlifowania nowej Tardis (nie wymaga w najmniejszym stopniu wena, jedynie sił fizycznych) oraz czytanie (powolne i kawałkami) i powtórne oglądanie Doktora. Na nadrabianie Dextera nie mam siły. Nienawidzę chorować, ale to już chyba pisałam...?



sobota, 19 stycznia 2013
Szynka pieczona

Przepis na pieczoną świąteczną szynkę dostałam od Homoviatora, a on z kolei wyciągnął go od swojego życiowego partnera Cube’a. Nie widzę powodu, dla którego miałabym trzymać ten przepis zazdrośnie tylko dla siebie, zwłaszcza, że taka szynkę można robić niezależnie od świąt.

Należy się zaopatrzyć w następujące składniki:

Szynka surowa w jednym kawałku (w Biedronce są paczki po ½ kg za 16 zł)

1-2 cebule

Sól

Zioła prowansalskie

Cynamon

Pieprz ziołowy

Papryka słodka lub ostra (jak kto lubi)

Sok z pomarańczy (może być kartonikowy)

Olej

Mięso opłukać i natrzeć solidnie solą. Cebulę pokroić w krążki i ułożyć na dnie żaroodpornego naczynia. Położyć na niej szynkę. W miseczce połączyć: 1 dużą łyżkę oleju, 1 dużą łyżkę soku pomarańczowego, 1 łyżeczkę ziół prowansalskich, 1 łyżeczkę cynamonu i 1 pieprzu ziołowego. Otrzymaną zaprawą polać szynkę po wierzchu.

W tejże samej miseczce wymieszać 2 łyżki soku i 1-2 łyżeczki papryki (uwaga z tą papryką, ja wzięłam 1 łyżeczkę i jak na mój gust było mocno pikantne) i ten sosik wlać z boku na dno naczynia, żeby cebula nasiąkła. Teraz naczynie zakrywamy i wstawiamy do lodówki minimalnie na kilka godzin, ale najlepiej jak postoi 2 dni. Nie polecam natomiast wystawiania na balkon. Za pierwszym razem mięso mi zamarzło na kość i było to deczko kłopotliwe. Przyprawy powinny się wessać do szynki, a co ma się wsysać, jak jest w postaci stałej?

Następnie piecze się szyneczkę w piekarniku tak z godzinkę lub dwie, w temperaturze około 180 st. Tu już na wyczucie, bo każdy piekarnik inny, wiadomo. Po upieczeniu wystawiamy, odkrywamy i powoli studzimy do temperatury pokojowej – i dopiero wówczas mięso nacinamy. Inaczej soki z niego uciekną. Obłożyć mięso tą cebulą co była na spodzie i wuala.

Smocznego! – jak mawiał Smok Zygmunta.

Można to jeść na ciepło z ziemniakami, i na zimno do chleba. Osobiście preferuję na zimno, a z sosu ugotowałam rewelacyjną kartoflankę. Obecnie zamierzam na podstawie powyższego przepisu upiec szynkę w czosnku i imbirze.



sobota, 18 lutego 2012
Mieszam, mieszam...

Mieszam, mieszam...

Wróciłam do Dukana, gdyż przez miniony rok wróciły także moje kilogramy. No cóż, jak człowiek się pasie makaronem, pizzą i słodyczami, to ma potem efekty w postaci za ciasnych spodni. Na szczęście opamiętałam się na tyle wcześnie, by nie dobić do swojego rekordu nadwagi (nie napiszę ile, bo to żenujące). Tym razem idzie, niestety, ciężej, a po miesiącu wyrzeczeń mam raptem jakieś niecałe 3 kilo mniej. Może to kwestia osiągniętego wieku już bardzo niepoborowego, a może organizm za drugim razem już jest bardziej wycwaniony? Najbardziej brakowało mi wcale nie pieczywa, bo można je całkiem dobrze zastąpić naleśniczkami otrębowymi, a żółtego sera. Ser żółty zawsze był moją namiętnością, od wczesnego dzieciństwa, więc kiedy na pewnym blogu znalazłam przepis na zrobienie chudego żółtego sera w domu, radośnie poszłam na ten eksperyment.

1 kg sera białego chudego
1/2 litra mleka
(ja wzięłam tylko 1 szklankę)
1 jajko
1 łyżeczka sody
(okazało się niewystarczające na 1 kg twarogu, dałam jeszcze 1,5 łyżeczki)
1 łyżka octu winnego
sól
pieprz
przyprawy według smaku
(w moim przypadku czosnek)

Ser rozdrobnić w misce, posypać łyżeczką sody i pozostawić na godzinkę, co jakiś czas mieszając. (Co u mnie trwało jakieś 3 godzinki.) Jak zauważymy, że soda rozpulchniła ser przekładamy go do naczynia, w którym będziemy mogli wysmażyć dużą ilość masy serowej. Ponieważ ma tendencje do przypalania, ja robię go w teflonowym woku na bardzo małym ogniu. (A ja na teflonowej patelni.) Masę serową rozpuszczamy w naczyniu cały czas mieszając. Jak zrobi się gładka, dolewamy mleko i zostawiamy na noc. Następnego dnia rozpuszczamy masę, dodajemy sól, pieprz i łyżkę octu winnego i tak rozpoczynamy długi okres smażenia, mieszania, mieszania i  jeszcze raz mieszania - drewnianą łyżką. Smażymy do czasu, kiedy masa przypomina konsystencją ciasto na kluski kładzione albo gęsty jogurt.

Na razie jestem na etapie mieszania, a masa wciąż ma konsystencję rzadkiego jogurtu. Mieszam, mieszam, mieszam...

Przed końcem smażenia dodajemy jajko i energicznie "wbijamy" w masę. Gotowy, gorący ser wykładam na folię spożywczą i pomagając sobie mokrą ręką formuję z niego baton, jednocześnie zawijając w folię. Odstawiamy do wystudzenia często odwracając, żeby się równo uformował. Zimny przechowujemy w lodówce, a po każdym kolejnym dniu ser jest lepszy. Robi się elastyczniejszy i dostaje więcej dziurek.

Niestety, trzeba tego cholerstwa pilnować, bo ma duże tendencje do przywierania pod spodem i tworzenia skorupy na wierzchu, pod koniec nie wolno w ogóle odchodzić i tylko mieszać, mieszać, mieszać... aż do chwili kiedy będzie gęste jak klajster. „Energicznie wbiłam” w masę jajko, bojąc się, że otrzymam w efekcie jajecznicę, ale jakoś się udało. Zamiast formować ser ręką, użyłam wyłożonej folią małej foremki. Z 1 kg twarogu wychodzi około 60 deko żółtego sera.

Na razie stygnie.

Źródło przepisu TUTAJ.



środa, 26 października 2011
Słodka zupa fasolowa

Słodka zupa fasolowa

 

Była już fasolówka pikantna, to teraz czas na fasolówkę na słodko, która zresztą nie jest tak do końca moim wynalazkiem, gdyż podobnie gotowała moja babcia, kiedy jeszcze miała siłę stać przy kuchni. Oczywiście znów przygotowanie obiadu wyglądało tak, jak najbardziej lubię, czyli było Wielką Kuchenną Improwizacją, gastronomicznym jazzem, Sztuką kompozycji tego, co znajdziemy w lodówce i szafkach. A znalazłam:

 

1 połówkę cycka kurczęcego zamrożonego na kość

Przygarść brukselek niemrożonych

Mieszankę warzywną mrożoną, którą nabywam regularnie na wagę w pobliskim Auchanie

Woreczek drobnej fasolki białej suchej

Masło

3 ziemniaczki

Sól, pieprz czarny

Cukier, ziele angielskie i liść laurowy

śmietana

Na szafce walał się też woreczek ze sproszkowanym kardamonem, więc kardamon.

 

Już poprzedniego dnia odczuwałam niejaki pociąg do fasoli, więc namoczyłam jej nawet sporo (około szklanki) na noc i wpierw ugotowałam w rondelku w osolonej wodzie. Następnie rozmroziłam cycek kurzy (uwielbiam swoją mikrofalówkę z funkcją rozmrażania), pokroiłam na małe kawałki, posoliłam i bezlitośnie obsmażyłam na maśle na patelni, aż do lekkiego zrumienienia, uważając jednakowoż, by masło nie uległo zwęgleniu. W tym czasie lotnie obrałam 3 ziemniaczki i pokroiłam w kostkę. W garnku wylądowało co następuje: fasola, ziemniaczki, garść mieszanki warzywnej z marchewką, ziele angielskie i liść laurowy, obsmażone mięsko oraz woda w ilości takiej, by to całe dobro zakryć. Do ugotowania tegoż wszystkiego potrzeba jakieś 10 minut, w czasie których myjemy i kroimy wzdłużnie na pół brukselkę. Do wrzącej zupy wrzucamy ową brukselkę i gotujemy nie dłużej niż kolejne 10 minut, żeby się nie porozwalała. Bardzo a bardzo tu się przydaje zwykły minutnik. Po czym dosmaczamy zupkę, czyli dosalamy, dodajemy pieprzu i szczyptę (tyle co na końcu noża) kardamonu. Kardamon nie jest konieczny, ale ja miałam, to co mi się ma poniewierać bez pożytku? Do zupy też wsypujemy 2 łyżeczki cukru i całość doprawiamy solidnie śmietaną. A potem już mniam mniam. Zupa wychodzi gęsta, prawie jak eintopt, więc można troszeczkę ją rozrzedzić przegotowaną wodą.



poniedziałek, 24 października 2011
Risotto z curry i brukselką

Risotto z curry i brukselką

 

Pojedyncza pierś kuraka

Masło

¾ szklanki ryżu mieszanego białego i czarnego

3 łyżki stołowe kukurydzy z puszki

10 brukselek

Jedna kostka chińskiego rosołku z curry

Pieprz, sól

1 łyżka sosu sojowego

Garstka kurek lub parę shitake lub innych aromatycznych grzybów (mogą być mrożone)

 

Mięso pokroić w małe kawałeczki, podsmażać na maśle, lekko posolić. Następnie wsypać na patelnię ryż i około minuty podsmażać, co chwilę mieszając. W tym czasie zalać kostkę rosołkową curry 2 szklankami wrzątku, rozpuścić i dolać sosu sojowego. Zalać bulionem ryż z mięsem na patelni, przykryć pokrywą i dusić na małym ogniu około 10 minut aż ryż wchłonie bulion. W tym czasie przygotować grzyby, umyć brukselkę (większe kapustki pokroić wzdłuż na pół). Jeśli ryż będzie za suchy, dolać troszkę przegotowanej wody. Doprawić ryż pieprzem, dodać kukurydzę, pokrojone grzyby i brukselkę, pomieszać, i dusić kolejne 10 minut pod przykryciem. Ryż powinien być miękki a brukselka lekko chrupiąca. Porcja starcza na 2 osoby.

Jeśli nie ma kostki rosołowej z curry, starczy zwykły bulion drobiowy wymieszać z 1 płaską łyżeczką curry w proszku.

Na bazie tak potraktowanego kurczaka z ryżem można robić różne rodzaje risotta, zależy co akurat nam się pęta po lodówce.



wtorek, 04 października 2011
Pomidorówka z pulpecikami

Mój dzisiejszy obiad znów polegał na tym, że wnikliwie popatrzyłam do wnętrza lodówki i powiedziałam do siebie: Hm... Hm-hm... wiesz co, stara? nie kupiłaś ziemniaków. Makaron się skończył. Masz w chałupie stos ryżu, mielone i niemalże zmumifikowaną cukinię. Wysil się trochę twórczo i uruchom złotorączkowe geny odziedziczone po Pilarskich. (Dla wyjaśnienia: moja babcia była de domo Pilarska). W ten sposób powstała

Zupa pomidorowa z pulpecikami

 

Na zupę:

1 puszka pomidorów całych lub krojonych

1 woreczek mieszanki ryżu parboiled i dzikiego (opcjonalnie)

1 mała cukinia (nie musi być w tak żałosnym stanie jak ta moja)

1 kostka rosołowa mięsna

1 duży ząbek czosnku

1 łyżka stołowa koncentratu pomidorowego

Sól, pieprz, cukier, liść laurowy, ziele angielskie

Oliwa z oliwek

Śmietana

1 łyżeczka pesto pomidorowego

woda

 

Ryż wysypać z woreczka do garnka, podlać leciutko oliwą i obsmażyć aż zrobi się białawy. Zalać ½ litra bulionu z kostki, wrzucamy liść laurowy i ziele angielskie i ustawiamy mały ogień, niech sobie pyrkota. W tym czasie obieramy cukinię, przekrawamy wzdłuż na pół i kroimy na cieniutkie plasterki (przyda się szatkownica). Dorzucamy do gara cukinię, pomidory z puszki i pokrojony czosnek, dodajemy łyżkę koncentratu, jeśli jest za mało wody, dolewamy trochę przegotowanej z czajnika, wszystko nadal powolutku się gotuje. Po parunastu minutach dosmaczamy zupę pod względem soli i pieprzu, dosypujemy łyżeczkę cukru. W osobnej miseczce mieszamy śmietanę z pesto i zaprawiamy nią zupę.

Pulpeciki rozłożyć na talerze i zalać pomidorówką, albo wrzucić do garnka i niech sobie głodni wyławiają ;-P

 

Na pulpety:

½ kg mielonego mięsa wieprzowego

1 jajko surowe

1 cebula

Sól, pieprz, papryka chili

Szczypta czosnku niedźwiedziego (albo inna zielenina)

3-4 łyżki otrąb owsianych

Łyżka mąki kukurydzianej

 

Z mięsem postępujemy tak jak zawsze przy pulpetach, czyli porządnie mieszamy składniki i formujemy klopsiki wielkości orzecha włoskiego. Delikatnie układamy je w naczyniu żaroodpornym, podlewamy trochę wodą i wstawiamy na około 7 minut do mikrofalówki. Jak kto nie ma, musi sobie radzić z rondlem na gazie. Można je też podsmażyć na patelni, robiąc typowe szwedzkie kotbullar. Klopsików starczy na 3-4 osoby.



 
1 , 2 , 3 , 4