CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
sobota, 25 stycznia 2014
Przyjdzie zombie i cię wrąbie…

Przyjdzie zombie i cię wrąbie…

Dość często moje czynności odbywają się tzw. fazami, czyli ustala mi się pewna określona tematyka. Jak kryminał to 5 tomów pod rząd, jak space opera to od razu trylogia, jak marmolada to 10 słoików. Tym razem jest to etap zombie, utrzymujący się już od pewnego czasu w dolnej warstwie aktywności i od czasu do czasu przechodzący w fazę czynną. Zaczęło się przed dwoma laty od przeczytania „Zombie survival” Maxa Brooksa - moją pełną aprobatę zyskała logika i pragmatyzm autora. Następnie za ciosem poszły „Ciepłe ciała”, kiedy do kin weszła ekranizacja, z powodów marketingowych przemianowane w Polsce na „Wiecznie żywy” - nie wiem czy słusznie, ale może tytuł oryginalny za bardzo się kojarzył z eskimoskim pornolem. Natychmiast też, jeszcze przed zobaczeniem filmu, stwierdziłam, że książki tej nie można traktować ani jak post-apokaliptycznego SF, ani też magicznego fantasy – jest to opowieść alegoryczna, symboliczna, raczej trudna w odbiorze i wymagająca rozplątywania symboliki. Niemniej polecam. Nie bez kozery, kiedy brakuje nam energii i chęci do życia, mówimy, że czujemy się jak zombie.

 Na chwilę zainteresowałam się przeróbkami arcydzieł literatury na zombiczne, ale uczucie mi natychmiast wychłódło, kiedy w moje ręce trafił ebook „Przedwiośnie żywych trupów”. Nie, Żeromskiego naprawdę nie jestem w stanie czytać nawet w takiej formie. Ani „Opowieści zombilijnej”, ani „Dumy, uprzedzenia i zombi”, ani „Alicji z krainie zombi”. Może rozpoczęłam od złej pozycji (pozytywizm!), a może moje wewnętrzne zwierzątko uznało, że czytanie o zombi z książki, która sama w sobie jest zombi, to jakby już trochę przesada.

„Lamentowi zombie” bliżej do „Ciepłych ciał” niż do survivalu, ale powieść jest zbyt ponura i na razie ją odłożyłam do przeczytania później. Serial „Walkind Dead” oglądałam z początku ze sporym zainteresowaniem, lecz gdzieś na etapie osiedlenia bohaterów w stanowym więźniu odpadłam, bo fabuła zdawała się prowadzić donikąd. W każdym razie nauczyłam się z tego serialu bardzo ważnej rzeczy: zombi da się zabić cicho, wydajnie i bardzo oszczędnościowo za pomocą ciosu zadanego przez oko do mózgu – najlepiej za pomocą zaostrzonego pręta. (Oczywiście w starciu jeden na jeden.) Postanowiłam się zaopatrzyć w takie narzędzie w najbliższym Obi, Juli albo Praktikerze. Sądzę, że na skinów i kolędników też zadziała.

Nie mogę nie wspomnieć o doskonałej serii „Przegląd Końca Świata”, która zaczyna się sceną dziabania zombi patykiem, ale potem bardzo szybko zmienia się w świetny thriller społeczno-polityczny z niezwykle dobrze zarysowanym tłem, realiami świata i psychologią postaci. Autorka nie zapomniała o takim drobnym szczególe, jak to, że na logikę zwierzęta też powinny się zombifikować i bardzo zgrabnie rozwiązała tę kwestię. Żywa (czasami „nieżywa”) akcja też robi swoje. Nie wykluczam, że kiedyś sobie powtórzę lekturę, zwłaszcza że teraz czekam aż wydawnictwo łaskawie wypuści tom trzeci.

Obecnie jestem w trakcie 2 tomu „Apokalipsy Z” i choć moim zdaniem nie dorównuje „Przeglądowi”, autor dobrze sobie radzi z kreacją świata i psychologią bohaterów, chociaż parę razy użył tzw. boskiej interwencji, ale na szczęście niezbyt rażąco.

Gdzieś po drodze obejrzałam „War World Z” z Bradem Pittem i czoło mi się spłaszczyło od facepalmów oraz headdesców. Wiadomo, każda opowieść jest inna, czasami wymaga od odbiorcy zawieszenia niewiary, czasami ustala sobie swoje własne prawa, ale generalnie od każdej wymagam logiki. Tu natomiast z pełną świadomością reżyser na spółkę ze scenarzystą próbowali mi wcisnąć kit na każdym kroku. Sama nie wiem, jak dotrwałam do końca, nie wyrzucając monitora za okno. Infekcja, która po ugryzieniu rozwija się w ciągu 11 (słownie: jedenastu sekund). Nie godzin, nie minut, sekund. Żeby się przed nią uchronić, należy sobie odrąbać np. rączkę nim te 11 sekund minie. Jeśli jest się izraelską żołnierką, to nie przeżywa się po tym szoku bólowego, nie słabnie z upływu krwi, nie dostaje się też posocznicy. Zjadanie podków i sranie gwoździami w zestawie. Nosicielstwo uśpionej formy wirusa powoduje niewidzialność – znaczy zombi cię nie widzą. I tyle. Dlaczego – nie wiadomo. Poza tym zombi z WWZ są silne jak woły i szybkie jak lamparty, a jak podskoczą to umią ściągnąć z nieba śmigłowiec. Są też bardzo dobre w robieniu piramidy i przeskakiwaniu samochodów, co jest niezłym atutem gdyby któryś chciał się zatrudnić w cyrku. No ale nie chcą bo wolą gryźć ciepłych. Pitt jest bardzo smutnym naukowcem, bo jego córka ma astmę, a on się pokłócił ze swoim fryzjerem i do tego zombi mu zjadły samochód. Dzień zdecydowanie źle się zaczął a potem jest jeszcze gorzej. Potem pan naukowiec musi jechać z jednoręką Żydówką do jednego zazombionego laboratorium, żeby sobie wstrzyknąć cudowne lekarstwo na zombizm, co jest naturalnie Bardzo Ryzykowne (i Bardzo Debilne). Oczywiście lekarstwo działa, bo Brad Pitt jest Dobrą Postacią i musi wrócić do żony, która go kocha mimo fatalnych włosów. Kurtyna, napisy końcowe, dno w butelce z wódką. Hollywood jest ZUEM.

Na szczęście los się ulitował i zesłał kolegę, który mi powiedział, że książka jest trochę inna i stanowi raczej zbiór reportaży, więc zdecydowałam się dać jej szansę. Po czym zarwałam dwie noce, nie mogąc się oderwać. Dlaczego Brooks nie pozwał filmowców za powiązanie jego nazwiska z tym kinowym gniotem? Książka trochę inna? Mało powiedziane. CAŁKOWICIE inna. Film z „pierwowzorem” łączy jedynie tytuł i słowo „zombi”. Tak niesamowicie trzyma w napięciu, że parę razy musiałam sobie przypominać: „To zbiór wywiadów. Skoro dziennikarz robi z tymi ludźmi wywiady, to oni przeżyli, uspokój się.” Narracja pierwszoosobowa, pełna rozpiętość płci, wieku, profesji, pochodzenia bohaterów. Łączy ich jedno: przeżyli piekło. Niektórzy nadal w nim pozostają. Chyba największe wrażenie zrobiła na mnie opowieść japońskiego otaku, który w czasie apokalipsy był nastolatkiem i koniec świata zauważył dopiero wtedy, kiedy wysiadł mu Internet. Dlaczego scenarzyści nie wybrali np. wątku amerykańskiej pilotki, dziewczynki głodującej w Kanadzie i chirurga z Miami, żeby zgrabnie je połączyć w jedno? W książce Brooksa jest pomysłów na co najmniej 5 filmów i 3 seriale. Czemu nie wybrali wątku kapitana chińskiej łodzi podwodnej? Co im się nie spodobało w walce o Paryż? Bór Szumiący raczy wiedzieć.

Przymierzam się do zrobienia listy zombicznych filmów. Trochę tego będzie, ale chyba mniej, niż wampirycznych.



sobota, 04 stycznia 2014
Sherlock Holmes i pusty karawan

UWAGA SPOJLERY

Właściwie powinnam poczekać z tym wpisem, aż obejrzę „Sherlock: Empty Hearse” po raz drugi, bo na razie mam w głowie za duży groch z kapustą, żeby napisać rasową pełnowymiarową recenzję. Poza tym znacznie lepiej zrobiła to już Zwierz TUTAJ. Postaram się jednak przynajmniej odnieść do czegoś, na co czekałam tak długo. Czytałam już opinie w rodzaju: "mam mieszane uczucia, to jednak nie to, jestem lekko rozczarowana…" Ja nie jestem rozczarowana. Przede wszystkim jakimś cudem nie zrobiłam tego błędu, by się nastawiać z góry na konkretne rzeczy, mieć oczekiwania i wymagania, bo jak świat światem „jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził” (i nie dotyczy to bynajmniej seksualnych maratonów). Owszem, byłam zaciekawiona, spekulowałam razem z całym fandomem, śledziłam newsy i kwiczałam nad wąsami Watsona, ale nie miałam nastawienia, że coś być MUSI – i w ostatecznym rozrachunku na tym wygrałam.

Kiedy zobaczyłam na ekranie akcję z ciągnięciem trupa i walizeczką, moje wewnętrzne zwierzątko pisarsko-redakcyjne odezwało się: „Rili??? Przecież to kompletnie nie ma sensu…” WTF trwał podczas sceny z bungee, ale już po sekundzie zwierzątko stwierdziło, że tego nie kupuje i miało rację. Dalsze rewelacje odnośnie sposobów ocalenia Sherlocka przyjmowaliśmy ze zwierzątkiem tak jak należy, czyli jako dowcipy. Przechichotaliśmy niemalże cały odcinek, bawiąc się wręcz szampańsko. Jedynie podczas tego kawałka z ogniskiem przejęłam się na serio, chociaż doskonale wiedziałam, że musi nastąpić happy end, gdyż śmierci głównego bohatera scenariusz na pewno nie przewidywał. Gatiss, pisząc go, co chwila kłaniał się w stronę fandomu, nie robiąc właściwie nic szczególnie prekursorskiego (patrz serial „Supernatural”) ale za to z wdziękiem i przyjaźnie. Ostatecznie nie da się pominąć milczeniem, nie można nie zauważyć tej całej otoczki, jaką serial obrósł: plakatów i napisów „I believe in Sherlock Holmes” albo „Moriarty is real”, karteczek wieszanych na budce telefonicznej koło Barts Hospital, setek tysięcy fanfików i fanartów. Zresztą to przedłużenie ponad stuletniej tradycji fanowstwa, od kiedy czytelnicy Doyle’a nosili żałobę po detektywie uśmierconym w wodospadzie. Podsumowując: nie drażniło mnie to mruganie do fandomu, a wręcz przeciwnie, uważam je za bardziej urocze elementy odcinka. Podobno ktoś gdzieś się odezwał, że scenariusz nosi cechy homofobiczne. Odpowiadam: niech się ta osoba puknie w rozumek. Scenariusz razem z tymi cechami napisał ujawniony gej, od dawna w zalegalizowanym związku z mężczyzną. Kogo on ma potępiać? Siebie?

Mary – kupiłam ją w całości, od szaliczka po podeszwy butów. Przesympatyczna, ciepła postać. Czuje się, że będzie stanowić element dopełniający duet Holmes-Watson, a nie przeszkodę. Aż szkoda, że w oryginale autor ją utłukł. No ale może w serialu ocaleje.

Dialożki na cztery nożki między braciszkami Holmes są po prostu miodne, a grę w „Operację” muszę sobie ukraść do jakiegoś fanfika.

Poczułam się lekko zirytowana w momencie, kiedy pojawili się rodzice Sherlocka, bo u mnie oboje nie żyją. Nie ma jednak przepisu, że Moffat z Gatissem mają się dostosowywać do mojego pisania.

Podobał mi się Holmes, kiedy przepraszał Johna w wagonie metra. Taki nagle chudy, biedny i młodszy o kilkanaście lat. O, ta glizda puszysta jest doskonałym aktorem, choć na pewno nie wszystko w tej scenie było udawane. Naprawdę mu zależało. Za to nie kupuję rozwiązania z wyłącznikiem bomby. Zapętlił się bidny Mark w scenariuszu i użył brzytwy Ockhama, co mu nie za bardzo wyszło.

Struktura odcinka była dość chaotyczna, ale było to raczej bezbolesne aż do momentu, kiedy ni z gruszki ni z pietruszki w sam środek kawałka o podziemnych tunelach wetknięto następną historię skoku z dachu, całkiem jak mysz w tort. I właściwie tylko do tego mam poważne zastrzeżenie, bo efekt był taki, jakby montażysta pomylił kolejność scen. Co do całej reszty: nie żałuję, warto było czekać, choćby dla zobaczenia Sherlocka, przyciskającego chustkę do rozkwaszonego nosa, z miną „ale właściwie o co chodzi?”. Cały Holmes…



środa, 13 listopada 2013
"Zgon" Gina Damico

Zaliczyłam zgon. To znaczy „Zgon”, dzięki uprzejmości Fabryki Słów.

Pytanie podstawowe: dobrze się czytało? Tak.

Tłumaczenie było dobre? Tak.

Historia zajmująca? Tak.

Targetowo się toto plasuje gdzieś między young a young adult. Być może w kolejnych tomach przesunie się bardziej w stronę adult.

Fabuły streszczać nie będę, bo to sobie możecie przeczytać w dowolnej notce księgarni wysyłkowej albo na stronie wydawcy. Podczas lektury miałam pewne skojarzenia z serialem „Dead like me”, ale zaliczam to na plus, bo serial jest dobry, a Damico jednak go nie kalkuje. Najwyżej czerpała inspirację. Bohaterka znów jest Wybraną, obdarzoną wyjątkowymi Zdolnościami (z drugiej strony, zwykła Kowalska w takiej roli się nie sprawdzi technicznie) i można by powiedzieć, że o rany, ileż tysięcy razy to już było, ale na szczęście Lex nie jest ani wyjątkowo śliczna, ani wyjątkowo mądra, ani też nie załatwia kopem w szczękę facetów dwa razy większych od siebie. To znaczy owszem, zdarzają się podobne rzeczy, ale nie dlatego, że jest superwoman – po prostu zaskoczony przeciwnik nie spodziewa się, że takie niewielkie dziewczę rzuci się na niego wściekle jak wikiński berserker albo Diabeł Tasmański z kreskówki. Lex trafia do miasteczka Zgon, jest szkolona na Mrocznego Żniwiarza. Podobało mi się to miejsce przeokrutnie, coś jakby połączenie lunaparku z muzeum osobliwości, bardzo-tajną-bazą szpiegowską i laboratorium ekscentrycznego naukowca, oraz szkołą dla młodocianych agentów. A wszystko posypane po wierzchu kruszonką humoru słownego i sytuacyjnego całkiem niezłej jakości. Wątek romansowy istnieje, szesnastoletnie hormony trudno okiełznać, lecz szczęśliwie jest tylko przyprawą, a nie daniem głównym. Intryga niemalże kryminalna? Jest. Co prawda autorka tak ostentacyjnie powiewa czytelnikowi przed nosem fałszywymi podejrzanymi, że nawet najbardziej naiwny się na to nie nabierze. Za to godne uwagi jest to, że Lex wbrew tradycji nie jest sierotką! Wręcz odwrotnie, ma kochających rodziców i siostrę bliźniaczkę, a jej miłość do rodziny jest elementem bardzo ważnym, mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że kluczowym. Właśnie to przełamanie tradycji tak starej, że stała się niemal aksjomatem bardzo mnie ujęło.

Zakończenie książki jest otwarte szeroko jak wjazd do podziemnego garażu, ale na szczęście nie ma tu chamskiego zagrania w rodzaju: bohater dostał kulkę, a czy z tego wyjdzie to się okaże w następnym tomie.

 

 

 

 



wtorek, 15 listopada 2011
Maja Kossakowska - Grillbar Galaktyka

Są takie książki, które się spożywa jak hamburgera – weszło jednym końcem, wylazło drugim, udział umysłu w konsumpcji na poziomie średnio pięciu aktywnych neuronów. I nigdy się już do nich nie wraca, bo już wiadomo kto zabił/zginął i kto z kim się seksił. Są też takie, których lektura wywraca bebechy na drugą stronę, wstrząsa całym światopoglądem, odkładamy przeczytany tom i... albo do niego wracamy, albo nie, pieszcząc jedynie w pamięci wspomnienie obcowania z czymś WIELKIM. A są i takie pozycje, do których się wraca i wraca, i wraca, po roku, po dwóch, w wakacje, w ferie - choć już wiadomo, co jest na kolejnej stronie. Taką książką jest „Ania z Zielonego Wzgórza” i „Gra Endera”, „Diuna” i „Paradoksy Młodszego Patriarchy”, „Róża Selerbergu”, wiele Pratchettów i „Klaudyna w szkole”, gdyż należą do tej cennej kategorii opowieści urodziwych, które się czyta nie po to by poznać zakończenie historii (mam na myśli ten drugi raz), a po to, by się raczyć ich „ładnością”. A całkiem niedawno do tej kategorii doszlusował „Grillbar Galaktyka”. Kiedy rok temu z okładem Maja sprzedała mi nowinę, że zamierza napisać humoreskę, to zrobiłam takie wewnętrzne „yyy?” na zewnątrz pokazując minę pełną zainteresowania, otuchy i tego wszystkiego, co powinien okazywać dobrze wychowany rozmówca. Aczkolwiek i Maja, i Jeremiasz są przeuroczymi ludźmi, potrafią cudownie opowiadać anegdoty i rozmaite historyjki, to piszą wiadomo jak. Wszystkie ich książki są ponure i dramatyczne, albo przynajmniej się mocno ocierają o kategorię „żyłochlast”. A tu Majeczka chce napisać coś wesołego, ja pierdykam... No i napisała, udowadniając tym samym, że umie. I to umie naprawdę hoho, hoho-ho!

Najkrócej jak można: ta książka jest o gotowaniu i o wolności.

Zasiadłam z czytnikiem nad wyżebranym pedeefem, gdzieś tak kole godziny 21, z zamiarem poczytania do północka. Już na pierwszej stronie Maja pobudziła moją ciekawość potrawą z motyli, najwyraźniej żywych. Fuj... A potem było już tylko lepiej. Chichotałam, pokwikiwałam, szczerzyłam się jak głupia do kolejnych wersów, lub oburzałam na niecne praktyki galaktycznego sanepidu, aż raptem stwierdziłam, że po tych wszystkich opisach kulinarnych jestem okropnie głodna. Była trzecia nad ranem... Co za szczęście, że miałam z czego zrobić kanapki.

„Grillbar” jest zarazem zabawny i mądry, oraz pełen smaczków dla osób, które lubią sobie pokopać głębiej. Choćby już to, jak się nazywa główny bohater – Hermoso Madrid – daje do myślenia. Jaki rodzic, na Merlina, nadaje dziecku imię Piękny Madryt? A jego starszemu bratu: Museo Vaticano? (Biedny chłopiec...) Pewnie taki, który żyje w społeczeństwie opanowanym nostalgią za „starymi, dobrymi czasami”, skoro bodajże czy nie wszyscy osobnicy rasy ludzkiej mają właśnie takie geograficzne imiona ze Starej Ziemi. Imiona zresztą wydają się pełnić w książce ważną rolę – potomkowie Ziemian są „geograficzni”, żywe kryształy z planety Gemma – chemiczno-geologiczni (jakżeby inaczej), a jaszczurokształtni – bankowo-giełdowi (jak np. pan Nieustający Profit), gdyż ich główne zainteresowania obracają się dokoła pieniędzy. Wegetanie są natomiast naturami prostymi i przybierają sobie imiona od aktualnie wykonywanej czynności. W ten sposób, gdybym była Bulwą, aktualnie nazywałabym się Klepiąca-W-Klawiaturę. Ale do rzeczy. Hermoso Madrid Iven jest kucharzem - więcej, jest szefem kuchni restauracji na skalę międzyplanetarną, co znaczy, że on i jego ludzie potrafią ugotować, usmażyć, zgrillować, upiec wszystko dla każdej rasy zamieszkującej galaktykę. I są z tego cholernie dumni. Kuchnia restauracji „Płacząca Kometa” rozmiarami przypomina fabrykę, a najmniejsza spiżarnia – supermarket. Przez ręce, macki, odnóża oraz pazury kucharzy z „Komety” przepływają najdziwniejsze i najbardziej luksusowe produkty. I co tu kryć, wszyscy oni są świrami (psychopatami i zboczeńcami ;-P). Kiedy w jednej ze spiżarni zalęga się tajemnicze „coś”, nie wzywają brygady deratyzacyjnej, lecz ruszają do boju osobiście, uzbrojeni w tasaki oraz wrzący karmel. A nuż szkodnik okaże się jadalny? „Kosmos jest pełen żarcia” jak mawiał stary mistrz patelni T’fu-k. Alien z grilla... Mniam, mniam... Najbardziej uchichotałam się, wyławiając po kolei – jak grzybki z kapuśniaku – odniesienia do naszej kochanej popkultury, którą wszak wyssaliśmy z mlekiem matki i piwem na konwentach. A obfitość ich jest przemnoga, powiadam wam. Przede wszystkim pełno uciesznych kąsków dla starwarsowców, po drugie: coś dla wielbicieli Obcego, mrugnięcie w stronę mangi i anime (lukiańscy piloci), ukłonik dla Ojca chrzestnego (podany z pieczarkami) oraz trybut dla klasyki, czyli „Zielonej pożywki”. I bardzo-bardzo wyraźne nabijanie się z absurdalnych przepisów UE.

A dlaczego „książka o wolności”?

Po prostu akcja nie dzieje się wyłącznie w kuchni. Hermoso zostaje zmuszony do ucieczki ze swego gastronomicznego raju. Odkrywa, że został wplątany w globalny spisek, w którym pierwsze skrzypce grają agenci Unii Międzygalaktycznej, próbujący nakłonić cały kosmos do jedzenia ekologicznej, zbilansowanej, dietetycznej i co tu kryć, paskudnej paciai. Razem z Ivenem podrózujemy przez niezwykłe, cudowne, czasem groźne scenerie obcych planet, odkrywając straszliwe tajemnice Śluźni i walcząc o wolność. O wolność jedzenia! Kiedy zdamy sobie sprawę, jak wiele znaczy w naszym życiu i kulturze jedzenie, książka Mai nabiera wymiaru innego, niż tylko komediowy. Jedzenie może mieć wymiar symbolu. Przypomnijmy sobie łamanie się opłatkiem, tradycyjne potrawy na wigilijnym stole, tort weselny, cukierki na Halloween, „szkieletowe” ciasteczka z Peru, ruska wódka rytualnie pita na grobach, witanie chlebem i solą... A nawet to nasze piwo jako tradycyjny napój fantastów, bez którego nie może się obejść żaden, nawet najbardziej prohibicyjny konwent. Jedzeniem można nagradzać, odebranie jedzenia jest karą (do łóżka bez kolacji!) lub aktem wojennego terroru, zaś gotowanie tradycyjnych potraw - wyrazem patriotyzmu.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że do tej Majkowej jadłodajni będę wracać nie raz, dla czystej przyjemności obcowania z tymi wszystkimi ślicznościami. Tylko podczas lektury należy mieć pod ręką talerz z przekąskami, bo strasznie człowiek nabiera apetytu.

To ja idę patriotycznie gotować kapuśniak. Pa!



poniedziałek, 26 września 2011
KOT SIMONA 2012

Przestałam ogarniać trzy blogi jednocześnie czyli Salonik, Łączkę i Poczytajkę (zresztą do Poczytajki od samego początku jakoś nie miałam serca, nie wszystkie dzieci się kocha jednakowo ;P). Poczytajkę postanowiłam zlikwidować, a notki o czytanych książkach i generalnie wieści z placu wydawniczego boju wklejać do Saloniku, który odwiedza o wiele więcej gości. Ma to sens. Niniejszym rozpoczynam inaugurację wątku od KOTA SIMONA.

Ale najpierw o jego starszym kuzynie, Garfieldzie. Garfielda lubię ale nie mam do niego uczuć jakoś szczególnie gorących, od kiedy uświadomiłam sobie, że tak naprawdę jest zwykłym leniwym facetem, przebranym za kota. Jaki kot pije kawę, pączki i lazanię? Jaki kot łazi w szlafroku? Używa pilota od telewizora, czyta gazety? W dodatku Jim Davis najwyraźniej się już wypsztykał z pomysłów, o czymś świadczą „paski”, na których Garfield jest skalkowany trzykrotnie w tej samej pozie, a tylko zmieniają się napisy w dymkach. A potem pojawił się Kot Simona i z miejsca zawładnął moim sercem, bo jest... kotem. Nie ględzi, nie filozofuje, nie ubiera się w swetry, jada karmę i nie gardzi łbem od śledzia – to koci kot. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam go w Cat Man Do i usłyszałam charakterystyczne „mrrri” natychmiast pomyślałam, że niemal identycznie gada moja Tori. Chwała Simonowi Tofieldowi za to, że zachował „kociość” swojego kota, zamiast na siłę przerabiać go w bliźniaka Garfielda. Garfielda jakoś nie wyobrażam sobie podczas zabawy w pudle pełnym szeleszczącego styropianu, a Kota Simona owszem. I swoje koty też.

Spędziłam w towarzystwie Kota Simona prawie rok – w sensie ciągłego obcowania z kalendarzem na 2011. I już w sierpniu wpisałam w terminarz: kupić kalendarz z KS na 2012. Dlatego, że już dawno nie miałam tak dobrego kalendarza jak ten. Idealnie spełnia wszystkie moje wymagania.

  1. Dobra wielkość, nie za duży i nie za mały – 60 x 30 cm w stanie rozłożonym, 30 x 30 jeśli się go zegnie na pół i zawiesi na sznurku, rezygnując z oglądania grafik (ale kto by chciał to robić?)
  2. Bardzo dużo fajnych obrazeczków poza dużymi grafikami głównymi. Na całym kalendarzu roi się od kotów, jeży, myszy i ptaszków z wyłupiastymi oczkami.
  3. Przystępna cena. Niecałe 20 zł za taki superaśny kalendarz to nie jest dużo.
  4. Brak imienin ale za to wyszczególnione wszystkie święta i dni specjalne (jak np. Światowy Dzień Ofiar Holocaustu czy Dzień Bez Papierosa)
  5. A co najważniejsze: DUŻE kratki, w które mogę wpisywać zaplanowane na dany dzień czynności, takie jak wyjście do kina, spotkanie z koleżanką, fryzjer itp.  

Nie lubię kalendarzy, które wyglądają następująco: wielgachny kolorowy obraz i ciupeńkie cyferki pod spodem. Sorry, ale czemu to ma służyć? Jestem krótkowidzem, jak obecnie połowa społeczeństwa, ten maczek nie ma dla mnie żadnego zastosowania – w Kocie cyfry mają prawie centymetr, widzę je nawet z oddalenia. Poza tym: jak się chce mieć na ścianie grafikę - to w estetycznych ramkach, a nie na gwoździu; a jak chce się kalendarz użytkowy – to powinno być na nim widać dni tygodnia. Czyli KS spełnia te wymogi i szafa gra.

Kot Simona na 2012 poza nowymi grafikami różni się od wydania 2011 kolorem. Jest czerwony, w mocnym soczystym kolorze sowieckiej flagi. Na szczęście tylko dokoła tabelek, nawet ładnie to wygląda.

Co jeszcze o ofertach WAB-u na 2012? Terminarz Kot Simona na każdy dzień, również z czerwonymi elementami, śliczny, estetyczny i doskonale zakomponowany. Wewnątrz dużo, duuużo kotów i fragmenty „kocich” książek, sporo miejsca na notatki. Jeśli ktoś jest mobilny i ma dużo zajęć poza domem, powinien być z niego zadowolony.

Niestety, cena 34,90 zł – ale jeśli będzie się go używało cały rok, wychodzi 9 groszy dziennie :-))) Nie tak źle, no nie?

A ten obrazek doprowadził mnie do okropnego ataku śmiechu i bólu przepony.



Za przysłanie kalendarza i terminarza dziękuję wydawnictwu WAB. Kalendarz miałam zamiar kupić, ino zdążyli wcześniej!

wtorek, 22 lutego 2011
Makbet z kałasznikowem

Makbet z kałasznikowem

Lomiel dostała bilety na ostatnie w tym sezonie przedstawienie „Makbeta” w Operze Bałtyckiej, więc popędziłyśmy z radością, tym bardziej, że do tej pory miałyśmy okazję wysłuchać tylko koncertu stand up, kiedy wszyscy śpiewacy byli w garniturach (prócz Katarzyny Hołysz w krwistej kiecce, która wyciskała łzy zazdrości wszystkim kobietom na widowni). I jeszcze bardziej tym bardziej popędziłyśmy, że partię Banka miał śpiewać nasz ulubieniec, którego całkiem prywatnie nazywamy z Lomiel między sobą Prosiaczkiem. Być może w ten sposób hańbimy najbardziej męskiego z męskich basów Rzeczpospolitej wraz z okolicami, no ale... Kiedy po raz pierwszy zobaczyłyśmy go jako Leporella w „Don Giovannim”, w zachwycie szepnęłam do Lomiel: „Zobacz, jaki śliczny... Wygląda całkiem jak Prosiaczek...” Lomiel mało się nie udusiła, bo jednak nie wypada chichotać podczas przedstawienia, i przepadło. „Prosiaczek” przylepił się jak na super glue. Czy to odstające uszka, czy nieco zadarty nos, czy też ogólny wyraz jakiejś sympatycznej prosiaczkowatości, spowodowały, że na amen skojarzył nam się z bohaterem filmu Disneya.

No ale sami porównajcie:


Obsada generalnie była miodna, lady Makbet we wspomnianej kiecce usiłowała feministycznie zaśpiewać na śmierć wszystkich w promieniu stu metrów, a Makdufa od razu bym wysłała na plan kręconego właśnie „Hobbita”, by zagrał któregoś z krasnoludów. Sam Makbet wypadł jakoś blado, ale właściwie jak miał wypaść? Pantoflarz z kryzysem wieku średniego. Najwspanialsza była jednak scenografia i sceny zbiorowe. Uwielbiam Operę Bałtycką za jej pomysłowość. Kurtyna poszła w górę i poczułam się zamotana, bo znaleźliśmy się w pralni – w każdym razie takie odniosłam wrażenie, a jako żywo nie przypominałam sobie, by w Makbecie była jakaś pralnia. To znaczy pewnie w zamku mieli pralnię, lecz nie odbywała się w niej zasadnicza fabuła. Lomiel uświadomiła mnie, że wielki metalowy kontener na gruz nie wyobraża balii do prania, a podkasane panie w koszulach dokoła to nie praczki, tylko wiedźmy. Powinno być ich trzy, ale tu im się jakoś rozmnożyły. Dalej było łatwiej. Kontener robił już to za potoczek, w którym obmywali po bitwie swe członki (bez podtekstów!) rycerze szkoccy (przy czym Prosiaczek... tfu, Banko prezentował apetyczne nagie ramiona w bokserce); już to za kocioł czarownic, za śmiertelne łoże króla Dunkana i stół biesiadny. Rycerze latali po scenie w moro i z kałachami, co by się pewnie strasznie spodobało Magdzie Kozak. Lady Makbet uprawiała seks z niezbyt jurnym mężem tuż obok królewskiego trupa – piękna symboliczna scena. Gromada zbirów, mordujących Banka, odziana została w szare garniaki i każdy miał maczetę, przez co wyglądali jak grupa rozwścieczonych maklerów giełdowych. Brakowało im tylko tradycyjnych czerwonych szelek. Wszystko jednak zakasował początek drugiego aktu. Kurtyna w górę, pojawia się spora grupa kobiet i mężczyzn ubranych jakoś po roboczemu: kitle, spodnie-ogrodniczki, flanelowe koszule w kratę. Coś zaczęłam przeczuwać, kiedy niektórzy włożyli kaski. Kilku panów podeszło do jakiejś konstrukcji, zaczęli majstrować i... w ciągu niecałej minuty pośrodku sceny wyrosły trzy wysokie krzyże – dokładna replika pomnika sprzed stoczni! I wyobraźcie sobie lud Szkocji śpiewający na kolanach dokoła tych krzyży o nieszczęsnej zniewolonej ojczyźnie. No, dali... Nawet wieszanie kwiatów na bramie było – w scenie z samobieżnym lasem Birnamskim. Po rycerzach w moro i wojskowych trepach spodziewałam się jakiejś akcji z siatką maskującą, ale kwiaty im bardziej pasowały do koncepcji.

Kto wie, czy nie wybierzemy się jeszcze raz w przyszłym sezonie. Oczywiście wtedy, kiedy będzie śpiewał Prosiaczek, musowo!

piątek, 07 stycznia 2011
Tron Dziedzictwo czyli Dialogi przeszkadzają

Tron Dziedzictwo czyli Dialogi przeszkadzają

Obejrzeliśmy ze Smokiem „Tron: Dziedzictwo”. Czekało się na ten film cały rok, uprzyjemniając sobie ten czas nadzieją, że będzie to coś na miarę Avatara, albo przynajmniej tylko półkę niżej. I co? I nic. Obiecanki cacanki a głupiemu stoi, jak to mówią.

Po półgodzinie, kiedy bezskutecznie oczekiwaliśmy, że teledysk nareszcie przemieni się w prawdziwy film, rzekłam z urazą: „To-jest-nudne”. A Smok się zgodził natychmiast i w całej rozciągłości. Bo cóż tam było? Pościgi na świecących motocyklach – a czy my nie widzieliśmy świecących motocykli? W jedynce też były. Rzucanie świecącym frisby – w jedynce też było. I tak dalej… Było, było, było… tyle, że teraz szybsze i bardziej świecące. Co było w Tronie numer jeden, a czego zabrakło w kontynuacji? Poczucia humoru. W Tron Legacy niemal wszystko jest rozpaczliwie poważne, smętne i dęte. Zawadiaka i dowcipniś Flynn przemieniony w jakieś buddyjskie widmo, stylizowane ni to na Obi-wana Kenobiego, ni to na Yodę - podświadomie czekałam, kiedy mu wyrosną zielone spiczaste uszy. Naliczyłam w tym filmie 3 (słownie trzy) dowcipy sytuacyjne, przy czym trzeci z łatwością może zostać przeoczony przez widza. A/ jazda na dachu taksówki i wypowiedź taksówkarza B/ Quorra pyta o Juliusza Verne’a C/ jeden ze „złych” programów otwiera książkę i trzyma ją tak, jak się trzyma netbooka. W głębiach przesłania tej historii nawet wróbel nie zamoczyłby łapek, a jedyne odrobinę głębsze miejsce znajduje się tam, gdzie CLU z rozżaleniem mówi do Flynna seniora, że przecież miał stworzyć świat doskonały i zrobił wszystko w tej kwestii (w domyśle: czemu mnie nie pochwaliłeś, dupku, i czemu wolałeś te denne ISO-sy?). Odniesienie do Boga i obrażonego Lucyfera waliło po oczach, ale nie mam pojęcia ile osób to zauważyło, przytłoczonych fajerwerkami przed i po. Zresztą nawet jeśli scenarzysta próbował coś przemycić, to został bezlitośnie rozwalcowany przez te wszystkie święcące, migające, skaczące i latające gadżety. Wątek miłości ojcowsko-synowskiej pomińmy litościwym milczeniem.

Że co? Że ja spojleruję fabułę? Kiedy naprawdę nie ma tam żadnej fabuły. Ot, dwóch facetów wlazło do komputera, a potem usiłowali wyjść i nie bardzo mogli.

Tyle było narzekania na „Avatara”, że wtórny, że Pocahontas w kosmosie, że intryga prosta jak kij od szczotki… Ale jednak „Avatara” obejrzałam już 2 razy i bez bólu obejrzę trzeci, choćby dla sceny, kiedy Neytiri mówi: „Jake, mój Jake…?” natomiast na Trona 2 mnie wołami nie zaciągną. Gdzieś tam, chyba na Filmwebie, wspomniano, że Tron Legacy jest pewnym kandydatem do Oscara w kategorii efektów. Litości, w XXI wieku, kiedy tak zwane efekty wsadza się nawet do reklam szamponu, o reklamach telefonii komórkowej nie wspominając, nie jest to żadna zachęta do oglądania. Chyba że wywali się z tego filmu wszystkie dialogi i zostawi tylko te kawałki, gdzie tak fajnie miga, lata, skacze i napieprza dyskami. Będzie i krócej, i bardziej rozrywkowo, bo dialogi akurat w tym wypadku nic nie wnoszą, a wręcz przeszkadzają.

Pójdę sobie na Narnię, przynajmniej mam pewność, że tam JEST fabuła.

piątek, 19 lutego 2010
Połamanie dniem albo Fizjologia wampira

Obejrzałam sobie horror pt. „Daybreakers”, przetłumaczony na j. polski jako „Świt” z takim samym wdziękiem, jak „Prisonbreak” przełożono jako „Skazany na śmierć”. Ale to w sumie nic nowego i powinniśmy być przyzwyczajeni. Mamy już Zmierzch, może być też Świt, Północ, Wieczór  i nawet Trzecia po południu, czemu nie. Do Ethana Hawke w roli głównej nie miałam zastrzeżeń. Przeczytałam zajawkę, ucieszyłam się, że jest szansa na wampiry potraktowane nareszcie poważnie, bez wygłupów w rodzaju sypiania w trumnie, przemian w nietoperza lub brokatowego świecenia w świetle słonecznym (mimo że główny bohater również ma na imię Edward). Wampiryzm jako choroba, wampiryzm ogólnoświatowy, który w ten sposób zyskuje akceptację i staje się w sumie normą. Brzmiało dobrze. Pierwsza scena była nawet nie dobra, a doskonała. Podobało mi się miasto, ożywające nocą, pełne bladych, lekko zębatych obywateli, i bary szybkiej obsługi serwujące kawę z dodatkiem krwi. I samochody z zabezpieczeniem UV, żeby móc jeździć za dnia. Bo wampiry sypiają jednak normalnie, a nie zapadają w przymusowy dzienny letarg, jak na przykład Henry Fitzroy z „Bloodties”. Taka nienormalna normalność. Narastającym problemem wampirzej społeczności jest trywialny głód. Ludzi, dostarczających ten drogocenny płyn, jest coraz mniej – zarażają się wampirzym wirusem, są rabunkowo odławiani i zjadani, albo lądują w straszliwych fabrykach, podłączeni do aparatury odsysającej, niczym dojne krowy. Taka fabryka zresztą bardzo przypominała analogiczne zakłady przetwórcze w „Matrixie”. Ed jest naukowcem, pracującym w zespole, mającym na celu uzyskanie sztucznie wytwarzanego substytutu krwi. W wszystko byłoby fajnie, gdyby bracia Spierig w pewnym momencie nie powiedzieli: „To się robi nudne, podkręcamy pałer”. Byłam w stanie zaakceptować wybuchającego wampira. Dobra, nie znam się na biochemii, może i bydlak mógł eksplodować. Wampiry też całkiem klasycznie płonęły w bezpośrednim świetle słonecznym. Głupawe, ale OK, ja się nie znam na biochemii, mogę przyjąć taką gwałtowną reakcję z ogromnym wydzielaniem ciepła. Całkiem fajnie wyglądał też pomysł, że wampiry pozbawione ludzkiej krwi dość szybko mutują (w ciągu dwóch, trzech tygodni) i zamieniają się w potworne nietoperzowate stwory. To nawet było logiczne, jeśli przyjąć, że ludzka krew to nie tylko żywność, ale też lekarstwo, hamujące działanie wirusa. Nie zaakceptowałam natomiast braku pulsu. Tak, jasne, taka płaska linia na ekranie wygląda bajerancko, ale jeśli serce nie pompuje, cała krew pod wpływem grawitacji w naturalny sposób spływa w dolne partie ciała, powodując efekt „słoniowych nóg”, rozstępowanie się skóry i szereg innych niemiłych efektów z plamami opadowymi na czele. Nie ma mowy o żadnej tam nadludzkiej sile i bieganiu po ścianach. Umówiliśmy się na wampiry SF, a nie wampiry fantasy z magią, prawda? Przestało mi się podobać w momencie, kiedy wszystko to zaczęło zmierzać od SF do klasycznego horroru i tylko czekałam, kiedy z kąta wychynie trumna oraz czarny płaszcz z czerwoną podszewką. W finale panowie zaserwowali widzowi totalną rozpierduchę (nie wytrzymali i musieli zaszaleć) plus kołkowane wampiry, które pięknie się rozpadały na rozgrzany popiół w momencie uderzenia sztachetką w serce. Zdawało mi się, że w tle drwiąco rechoce Drakula. Wniosek: nawet najlepszy pomysł da się spierdolić, jeśli tylko włożysz w to odpowiednio dużo wysiłku.

poniedziałek, 21 kwietnia 2008
Manula Kalicka
Recenzyjki „Tata, one i ja” oraz „Szczęście za progiem”.
wtorek, 15 kwietnia 2008
„Zmierzch” Stephenie Meyer - bestseller mniemany
Miałam zrecenzować cykl „Zmierzch” Stephenie Meyer, ale nie zdołałam. Sądząc z opisu (nastolatka zakochana w wampirze), nie spodziewałam się rewelacji, raczej wagonowego czytadła. Takie książki też wszak mają rację bytu – jak nie umiesz spać w pociągu to poczytaj. Podobno bestseller, podobno film z tego robią, podobno milionowe nakłady... podobno.