CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
środa, 09 lipca 2014
Rekin drugiej świeżości

Proszę Szanownych Państwa, jest sobie pewna restauracja. W tej restauracji klient płaci za jedzenie z góry, a nie po spożyciu posiłku. Byłoby to normalne, gdybyśmy mieli do czynienia z budką z fastfoodem, ale jest to jednak restauracja z pretensjami do iluś tam gwiazdek. Tak więc klient płaci z góry przelewem, po czym przychodzi i korzysta z menu. Rozmowa z kelnerem wygląda przykładowo tak:

- Poproszę jajecznicę z kaparami.

- Nie ma.

- Ależ tu jest w menu, o tu.

- Nie ma, bo jest czwartek. A jajecznica z kaparami była w środę.

- Czyli to menu jest nieaktualne? Więc dlaczego je podajecie do wglądu?

- Żeby klient zobaczył, co go ominęło. To mu powinno dać do myślenia.

- W takim razie poproszę pieczeń wołową z grzybami.

- Proszę bardzo, będzie za dwie godziny.

- Dlaczego dopiero za dwie?! Ja jestem głodny w tej chwili! I za dwie godziny mam w planach co innego do roboty!

- Niestety, tak działa nasze menu.

- Nie można przesunąć wołowiny?

- Nie można.

- A co jest dostępne w tej chwili?  

- Tatar z jajami, placek amerykański, budyń malinowy…

- W takim razie poproszę placek, a dla żony… Może placek cygański?

- Nie możemy podać placka cygańskiego, jest przewidziany na osiemnastą czterdzieści, a teraz jest trzynasta zero osiem.

- To co jest?

- Tatar z jajami, placek amerykański, budyń malinowy, pizza z owocami morza, rekin na słodko, lody bananowe, czernina świętego Józefa…

- Tylko nie czernina! Niech będzie rekin.

- Czyli dwa rekiny na słodko…

- Ja zamawiałem placek amerykański.

- Nie możemy podać jednocześnie placka i rekina.

- Dlaczego?

- Niemożliwe z przyczyn technicznych, proszę pana.

- Nie podoba mi się ta restauracja, wychodzę!

- Proszę bardzo. Polecamy się na przyszłość.

- Żądam zwrotu pieniędzy!

- Nie zwracamy pieniędzy, proszę pana. Takie mamy przepisy.

- Przecież nic nie zjadłem!

- Ale mógł pan!

- Ale nie zjadłem.

- Takie mamy przepisy…

- Daj pan te cholerne rekiny!

Kelner znika i po chwili przynosi na talerzach dwie małe porcyjki ryby.

- Dlaczego tak mało?

- Kiedy pan dyskutował o menu, rekin się zdezaktualizował z przyczyn technicznych. Im dłużej zastanawia się klient nad aktualnym daniem, tym bardziej ono się dezaktualizuje. Radzę jeść, nim się zdezaktualizuje do końca. Smacznego.

Para klientów je swoje porcje rekina. Po pięciu minutach nagle pojawia się kelner, wyrywa im gwałtownie talerze sprzed nosa. Przed osłupiałymi klientami pojawia się zespół taneczny, wykonujący numer artystyczny i śpiewający piosenkę o zaletach płynu do czyszczenia toalet. Zespół zostaje wymieniony na panią zwierzającą się z uśmiechem ze swoich problemów z lekkim nietrzymaniem moczu, a następnie dwóch panów w garniturach próbuje naszego klienta namówić na założenie konta w banku, który jest najlepszy na świecie i tylko kompletny łoś z niego nie korzysta. W końcu talerze z rekinem pojawiają się na nowo.

- Czy to było konieczne?

- Takie mamy przepisy.

- Zdecydowanie nie podoba mi się ta restauracja i nie mam zamiaru już nigdy z niej korzystać. A ten rekin był nieświeży!

- Nie szkodzi, proszę pana. Niebawem wejdzie przepis, że każdy powinien wpłacać obowiązkowe sumy na nasze konto dla wspierania polskiej gastronomii.

- Z jakiej racji?! Przecież nie mam zamiaru u was jeść.

- Nie szkodzi. Ale mógłby pan! Takie będą przepisy, a nawet ustawa!

- Takie przepisy kwalifikują się do wymiany! Dlaczego nie mogę po prostu wejść o dowolnej porze, wybrać czegoś, na co mam ochotę i zwyczajnie tego zjeść, bez wydziwiania i bez reklamy Domestosa?

- Bo klienci tak lubią, proszę pana.

- To absurd. Nikt nie może lubić tak idiotycznego i niewygodnego systemu. Do tego podkreślam, że rekin był nieświeży!

- Dostaliśmy rekina drugiej świeżości. A klienci to lubią, bo tak powiedział pan kierownik, a on ma zawsze rację i z panem kierownikiem się nie dys-ku-tu-je.

- Sam sobie złowię i usmażę rybę.

- Samowolne łowienie i smażenie jest jawnym łamaniem przepisów gastronomicznych, a użyczanie ryby (jak również kotleta, jajecznicy, pierogów itp.) osobom postronnym jest zagrożone wysoką grzywną oraz pozbawieniem wolności do lat trzech.

W tle zespół artystyczny wystawia spektakl, w którym Serce i Rozum walczą o plantację pomarańczy.

Kurtyna.



piątek, 27 czerwca 2014
Szydełkowanie miarą wartości człowieka

Niedawno na twarzoksiążce ktoś napisał notkę o tym, że taki jeden nieprzyjemny pan twierdzi, jakoby kobieta w glanach powinna się powiesić, a ktoś inny, iż dziewczyna bez sukienki to babochłop itd. Z twarzoksiążką jest ten kłopot, że notki się gubią i źródła nie podam, ale w każdym (bądź) razie dało mi to do myślenia i spowodowało ciąg skojarzeniowo-myślowo-wspomnieniowy.

Dawno temu, kiedy jeszcze miałam na koncie jakieś skromne opowiadanka wydrukowane w ś.p. Fenixie, darzyło mi się biesiadować przy jednym stole z pisarzem Eugeniuszem D. i dyskusja chyba zeszła na kobiety piszące czy też kobiety w ogóle (po latach pamięć zawodzi). Jednakowoż odezwał się on do skromnej debiutantki w te słowy (cytat niedokładny): „A gotować umiesz?” Zdziwiona, odparłam, że tak, bo co to w końcu za filozofia zrobić ogórkową? „A ciasto upiec?” – indagował dalej. „Umiem” – odrzekłam, bo umiałam, może nie na poziomie zawodowego cukiernika, ale keks, jabłecznik i murzynek nie przekraczały moich możliwości. Robiło się coraz zdziwniej, bo autor „Flashbacka” dopytywał się o moje możliwości w zakresie szydełkowania, haftu krzyżykowego, szycia, robienia na drutach i ogólnie rzeczy uznawanych tradycyjnie za zajęcia kobiece. (Wszystko to miałam jakoś tam opanowane.) W końcu wygłosił patetycznie: „W takim razie możesz zajmować się pisaniem”. Byłam młoda i (jeszcze) dobrze wychowana, więc powiedziałam tylko kwaśno: „Serdecznie dziękuję”. Dziś pewnie zapytałabym zwrotnie czy pan D. potrafi naprawić czołg, albo zaproponowałabym, żeby spadał na bambus i wychędożył się czubkiem. Wiek mi wpłynął bardzo dodatnio na rozwój asertywności.

Kontynuując temat: dawno temu, kiedy jeszcze w ogóle oglądałam telewizję, zdarzyło mi się natrafić na Twoim Stylu program o tytule bodaj czy nie „Damą być”. Nie była to w każdym razie Perfekcyjna Pani Domu. Z zafascynowaniem obejrzałam całość, chwilami zbierając szczękę z podłogi. Założenie było proste: wziąć parę dziewczyn typu „imprezowiczka” i zamknąć je na parę tygodni w oboz… to znaczy w angielskiej rezydencji i poddać tresu… nauczyć być damą. Uff… Nagrodą miał być bardzo piękny, bardzo drogi i czerwony, jak sny kurwy weneckiej, samochód. Znaczy dla tej dziewoi, co się da najlepiej wytresować, tfu, wyszkolić na damę. Z jednej strony kilka wesołych i bardzo kolorowo ubranych dziewczyn, a z drugiej trzy czy cztery panie w identycznych granatowych garsonkach i czółenkach, wystylizowanych na najbardziej ponure angielskie biurwy, jakie święta ziemia nosiła. No i pajechali z tym koksem. W czym się te biedne dziewuszki edukowały? Ano jak chodzić, jak siadać, jak używać miliona pińćset sztućców i jak jeść homara. Jak mówić i jak patrzeć, i nie robić min. Bardzo ważna okazała się umiejętność składania serwetek, upieczenia ciasta cytrynowego, a już kluczowa - wybudowania wieży Babel z miniaturowych bez. Oczywiście obserwowano dziewczyny na każdym kroku, co chwila któraś odpadała z konkursu, a to z powodu zawalenia się stosu ciastek na paterze, a to z powodu tego, że któraś wyrwała się na wieczór do pubu i ośmieliła się tam tańczyć oraz pić piwo. Cały czas miałam nadzieję, że pojawi się tam ktoś z obsady Monty Pythona i potwierdzi moje podejrzenia, że to wszystko jest gigantycznym dowcipem, ale tak się niestety nie stało. Jedna z odrzuconych dziewczyn pokazała paniom kuratorkom gołą dupę przez okno odjeżdżającego samochodu, co było najlepszym momentem programu. O ile pamiętam, nikogo tam nie obchodziło, czy te dziewczyny posiadają umiejętności w rodzaju jazdy na rowerze, tańca dyskotekowego, łowienia ryb albo szycia maskotek. Nikt nie pytał o gusta filmowe, ani o to co lubią. (Założono z góry,  że lubiły latać po pubach i się puszczać). Nareszcie została tylko jedna zwyciężczyni, odebrała zasłużony czerwony kabriolet i odjechała w siną dal, nie oglądając się za siebie. Tyłka nie pokazała, ale idę o zakład, że miała na to wielką ochotę. Podziwiam jej hart ducha, że wytrzymała do końca, zdobyła co chciała i nie wymordowała tych zadufanych kretynek w żakiecikach.

Nikt nie ma prawa wyceniać waszej wartości na podstawie tego, czy umiecie szydełkować. Nikt nie ma prawa gardzić wami z powodu nieumiejętności ustawienia konstrukcji z bez. Nikt nie ma prawa szydzić z was dlatego, że nosicie glany. Niech nikt się nie ośmieli kwestionować waszej wartości jako człowieka tylko dlatego, że nie wiecie, jak się kroi homara albo piecze kruche ciasteczka. A jeśli tak się zdarzy, pokażcie mu dupę i każcie się pocałować.



niedziela, 15 czerwca 2014
Wniosek

Jeśli jesteś ciągle tak zmęczony, że nie jesteś w stanie czytać książek, to tym bardziej jesteś zmęczony na robienie czegokolwiek innego. Innymi słowy: jesteś zbyt zmęczony, by żyć.

środa, 04 czerwca 2014
Ten krępujący moment…

Ten krępujący moment…

Czy ktoś czytał autobiografię Joanny Chmielewskiej i pamięta historię o tym, jak po całej Warszawie poszukiwała kolegi swego syna, niejakiego Klekota? Po czym okazało się, że facet nazywał się całkiem inaczej i nawet bez żadnych zbieżności z bocianem?

Każdy z nas wielokrotnie przeżywa takie sytuacje kiedy jesteśmy przedstawiani jakiejś osobie i 20 sekund później już nie pamiętamy jej imienia. W większości przypadków tego człowieka nie zobaczymy już nigdy w życiu powtórnie, więc nie ma się czym przejmować. Są natomiast okoliczności znacznie bardziej frustrujące i ambarasujące. Mianowicie znamy kogoś od lat, jego sytuację życiową, zwierzaki i zainteresowania, wiemy gdzie mieszka, kojarzymy, o czym rozmawialiśmy ostatnio, widujemy się przynajmniej 2-3 razy do roku, kontaktujemy przez internet i nawet rozmawiamy telefonicznie, po czym pewnego dnia spada na nas potworne olśnienie: Jak ten gość się właściwie nazywa? Bo przecież nie Klekot, Wujo, Nurynka, Karandasz czy Uszatek! Przedstawił się kiedyś, ale to było raz jeden i 5 lat temu! Znacie to?

Rozpaczliwie grzebiemy w pamięci, przeszukujemy stare notesy i archiwa pocztowe, wypytujemy wstydliwie wspólnych znajomych, po czym z gigantycznym wysiłkiem docieramy do informacji, że Sauron w rzeczywistości nazywa się Jasiu Karolak czy coś równie oryginalnego. 

Od 2 tygodni usiłuję sobie przypomnieć, jak się nazywa Chuchacz. Chyba coś na M…



piątek, 30 maja 2014
Czytanie w biegu

Całkiem często podczas rozmów ze znajomymi pada fraza „nie mam czasu na czytanie”. Praca, obowiązki domowe, dziecko, wieczorem człowiek już pada ze zmęczenia i chce tylko spać. Mogę zrozumieć, że na posiedzenie z książką istotnie tę godzinkę trudno wykroić. Ale z drugiej strony czy nie jest to zwykłe usprawiedliwianie niechciejstwa? Widuję przecież ludzi czytających w tramwajach i autobusach. Najczęściej pokonywana przeze mnie trasa liczy sobie około 30 minut, czyli jest to pół godziny czytania – książki papierowej, ebooka na czytniku lub słuchania audiobooka. Jeśli liczyć z drogą powrotną, godzina jak obszył. Wcale niemało. Kiedy jednak o tym wspominam, znów słyszę kontrargument: „Kiedy ja się nie mogę w takich warunkach skupić”. Na Bora Szumiącego, oczywiście, że ideałem jest wygodna kanapa, kocyk, kubek kawy i święty spokój przy lekturze, ale warunki idealne występują mniej więcej tak często, jak białe nosorożce. Jeśli chce się czytać (w ogóle, albo więcej, niż teraz), trzeba się nauczyć chwytania okazji i odporności na bodźce zakłócające oraz podzielności uwagi (żeby nie przegapić swojego przystanku). Przy czym na przegapienie przystanku szanse są minimalne. W ciągu kilku lat dojeżdżania do pracy zdarzyło mi się to dosłownie raz. Jeżeli przez 5 dni w tygodniu codziennie pokonujesz jakąś określoną trasę w ustalonym czasie, to organizm po prostu całkiem szybko utrwala sobie coś w rodzaju wewnętrznego budzika.

Osobiście czytam w środkach komunikacji miejskiej ZAWSZE. Pięć minut można poświęcić na poobserwowanie współpasażerów, gapienie się na krajobraz za oknem znajomy do bólu sensu nie ma za grosz, lepiej ten czas wykorzystać z pożytkiem.

Kiedy pogorszył mi się wzrok, znacznie więcej korzystam z audiobooków, a tych można słuchać wszędzie. I robię to naprawdę wszędzie i w warunkach, jakie inni uznaliby za dziwne: w tramwaju, na ulicy, na spacerze, przy zbieraniu poziomek/grzybów/ziół, przy sprzątaniu i praniu, przy zmywaniu naczyń, na zakupach… Wyłączam na chwilę lektora jedynie wtedy, kiedy muszę się skupić na przeczytaniu etykietki lub już podchodzę do kasy. I nie jest to jakiś niesłychany magiczny talent, właściwy jedynie mnie jednej, tylko umiejętność wyćwiczona. Zaczęło się od tego, że przez całe lata pracowałam rękami jako witrażystka i w tej pracy były etapy nazywane przez nas „robota głupiego”. Po rozrysowaniu szablonu, wycięciu wszystkich szklanych elementów (to wymagało pewnego skupienia), następowało szlifowanie (godzina, dwie przy głośnej maszynie i monotonne ruchy), po czym następowała stuprocentowa „robota głupiego” czyli stos powiedzmy 600 (albo więcej) kawałków szkła, a każdy należało owinąć po krawędzi samoprzylepną taśmą miedzianą. Mniej więcej 5-8 sekund na jeden element – ponad godzina wykonywania niemal identycznych ruchów i patrzenia w jeden punkt. Bliżej autohipnozy nie byłam nigdy w życiu. Właśnie wówczas nauczyłam się jednoczesnego słuchania audycji, a potem nawet oglądania filmów (z lektorem). Czy na początku gubiłam wątki? Oczywiście, lecz alternatywą była śmiertelna nuda. Pamiętacie może stary film z Chaplinem, który dzień za dniem, rok za rokiem przykręcał śruby w fabryce, aż w końcu mu odbiło? No właśnie. A mózg naprawdę jest doskonale przystosowany do wykonywania kilku czynności na raz, inaczej nie potrafilibyśmy jednocześnie iść i mówić. Żaden z moich rozmówców nie przyznał się do tego, że do rozmowy przez komórkę musi zasiąść w dźwiękoszczelnej kabinie bez dopływu bodźców zewnętrznych, inaczej się rozproszy. A jak przychodziło do kwestii słuchania czytającego lektora po drodze do „Biedronki” to już był wielki problem. Zaprawdę powiadam wam, słuchanie Sapkowskiego to nie msza online, można przy tym zmywać naczynia. Serio.



czwartek, 10 kwietnia 2014
Jaki jest koszt śmierci w Polsce?

Jaki jest koszt śmierci w Polsce?

W sobotę zmarła moja Babcia. Przeżyła dokładnie 99 lat i 1 miesiąc. Kobieta o silnym charakterze, który po niej odziedziczyłam, zdolna kucharka i dobra gospodyni. Przez ponad pół wieku – wdowa. Przeżyła męża i trzy ze swoich czterech córek. Ostatnie miesiące życia spędziła, niestety, w szpitalu i zakładzie opiekuńczo-leczniczym w Pasłęku – ciężka choroba nie pozwoliła jej na pozostanie w domu. Personel w pasłęckim ZOL-u był przemiły, panie z Urzędu Miejskiego również, natomiast schody rozpoczęły się wtedy, kiedy z mamą zaczęłyśmy załatwiać niezbędne sprawy w Elblągu. Niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego firma pogrzebowa żąda ponad 600 zł za drewnianą urnę, która jest niczym innym, jak po prostu pomalowanym farbą pudełkiem? Dlaczego domaga się 300 zł za „przeniesienie ciała na noszach”? I drugie 300 za „uroczystą eksportację do miejsca pochówku” co oznacza tylko tyle, że pan w czerni bierze to pudełko w ręce i niesie kawałek po cmentarzu? Rachunek za naprawdę skromny pogrzeb w mieście, które bynajmniej nie jest metropolią, przekroczył wysokość zasiłku wypłacanego przez MOPS. Ale mniejsza z tym, wiadomo, że biznes jest biznes.

Potem przyszło najgorsze, czyli procedury kościelne.

Katolicy w naszym kraju mają to nieszczęście, że są przypisani do konkretnej parafii jak chłop pańszczyźniany. Zezwolenie na pochówek w innej parafii jest zależne od widzimisię proboszcza oraz wysokości haraczu, jaki mu się wręczy. Zapomnijcie o tradycyjnym „co łaska”. Proboszcz z parafii św. Wojciecha przy ul. Podgórnej ma ustalony cennik. Msza z trumną – 700 zł, msza bez trumny – 550 zł. Ceny nie podlegają negocjacji. Jednak „bez trumny” nie oznacza automatycznie „z urną”. Urnę z prochami mojej Babci proboszcz zabronił kategorycznie wnosić do kościoła, podniósł głos i grzmiał tak, jakby była to zbrodnia. Na nieśmiałą sugestię, że może w takim razie w innej parafii, w ogóle nas zakrzyczał. Wpisał w końcu dane do ksiąg, ustaliliśmy godziny mszy i wyprowadzenia prochów z przycmentarnej kaplicy. Zainkasował pieniądze, przeliczył i schował do kieszeni. Pokwitowania nie dostałyśmy, choć powinien takie wystawić, skoro nie był to datek dobrowolny a normalna opłata wg cennika. Na pytanie, czy ksiądz, który będzie odprawiał mszę, nie powinien wiedzieć cokolwiek o zmarłej, zostałam skarcona, że nie, bo oni mają swoje własne tematy misyjne. Po czym proboszcz wstał i bez słowa pożegnania podszedł do szafy z dokumentacją, dając do zrozumienia, że „audiencja” skończona. Moja mama nie doczekała się ani wyrazów współczucia, choćby zdawkowych, ani „z Panem Bogiem”. Bóg widocznie kancelarię tego kościoła starannie omija i raczej mu się nie dziwię.

Msza żałobna była ustalona na godzinę 13:00. O 13:12 księdza nadal nie było, pojawił się spóźniony o pół godziny. Młody i zakatarzony. Odbębnił tradycyjne formułki, co rusz siąkając nosem i mamrocząc tak, że z trudem rozumiałam, co mówi. Szast, prast, trzydzieści minut z zegarkiem w ręku. Tematu misyjnego nie zauważyłam. Za to odniosłam silne wrażenie bylejakości, olewactwa i lekceważenia wobec wiernych. Nie tylko ja zresztą.

Do kaplicy na szczęście zasmarkany młodziak się nie spóźnił, za to mylił się, zacinał i mamrotał tak, że miałam ochotę nim potrząsnąć. A już nad otwartym grobem – przysięgam, że to prawda - wytarł nos rękawem. Skończył, grabarze nałożyli płytę i zaczęli układać kwiaty, a ksiądz po prostu się odwrócił i poszedł. Ani „zostańcie z Panem Bogiem”, ani „do widzenia”, ani „pocałujta w dupę wójta”. Widocznie w św. Wojciechu jest to całkiem normalne zachowanie kapłanów. Przykład idzie z góry, a w tym wypadku góra jest chamska.

To był ostatni kontakt mojej mamy z kościołem katolickim. Żadnych mszy, żadnego dawania na tacę, żadnej kolędy. Na swoim pogrzebie też sobie nikogo z KK nie życzy. Myślę, że do Boga drogę znajdziemy prędzej same, bez takich „przewodników”.



wtorek, 18 lutego 2014
O oszczędnościach i ekologii

Całymi latami oszczędzanie wody w naszym domu stanowiło kość niezgody. Warczałam na Biednego Misia, który czyścił zęby (wycierał mokrą głowę, golił się itd.) podczas gdy do umywalki lał się wartki strumień. A kiedy przyłapałam go parę miesięcy temu na tym grzechu po raz kolejny, nerwy mi puściły ostatecznie i wydarłam się, że leje w kanał nie tylko wodę ale przede wszystkim pieniądze (mamy liczniki) i to MOJE pieniądze, bo Miś nadal do rachunków dokłada się wręcz symbolicznie. Coś to niby dało, ale za ostateczny argument posłużył podsunięty mu pod nos rachunek z podwyżką czynszu o 200 zł. Między innymi czarno na białym było tam napisane, że nasze gospodarstwo zużywa 8 metrów sześciennych wody i opłata za oną jest drugą co do wielkości pozycją w rozliczeniu. 4 metry na głowę to jest jednak sporo, starczy wyobrazić sobie sześcian metr na metr na metr i pomnożyć. Niby na moczenie w pełnej po brzegi wannie pozwalaliśmy sobie od wielkiego dzwonu, ja obsesyjnie pilnowałam zakręcania kranów, ale swoją drogą skąd te liczby? Na co to wszystko idzie i gdzie się podziewa? Wykonałam foch i ustaliłam reżim wodny. Żadnego mycia naczyń pod bieżącą wodą, od czegoś mamy zlewozmywak. Woda z przepierek i mycia jest wyczerpywana do dwóch wiaderek i służy w miarę potrzeb do spłukiwania toalety, a do rezerwuaru wsadziłam dwie butelki, które ograniczyły jego pojemność o 1,5 litra. Pierwsze obserwacje objawiły okrutną prawdę. Jednorazowe zwyczajne mycie gąbką w wannie to 20 litrów wody – 2 wiaderka. Mała przepierka w umywalce – 10 litrów. Mycie głowy – też coś koło tego. Pozostawiony na minutę odkręcony prysznic wypluwa kilkanaście litrów wody i jeśli nie zatkaliśmy wanny, to ta woda leci w rurę, a my nawet tego nie zauważamy. Co więcej, jesteśmy przekonani, że właśnie oszczędzamy. Jestem bardzo ciekawa, jak te machinacje odzwierciedlą się na przyszłym czynszu.



wtorek, 07 stycznia 2014
Mężczyzna mego życia

Mężczyzna mego życia:

  • Nie chrapie
  • Nie pali
  • Ma zadbane zęby i paznokcie
  • Myje się codziennie!
  • Używa więcej kosmetyków niż tylko mydło
  • Nie ma brody
  • Nie łysieje, ewentualnie łysieje z godnością (pożyczki wykluczone)
  • Nie jest brzuchaty
  • Uprawia sport
  • Jeździ na rowerze
  • Lubi zwierzęta (zwłaszcza koty)
  • Lubi książki
  • Czytał Trylogię (każdą)
  • Sprząta po sobie
  • Przyzwoicie zarabia
  • Ma wyobraźnię
  • Posiada poczucie humoru
  • Segreguje śmieci
  • Lubi się włóczyć po chaszczach
  • Zbiera grzyby
  • Lubi podróżować
  • Jest sprawny manualnie i z tego korzysta
  • Gotuje obiady (przynajmniej dwa razy w tygodniu)
  • Potrafi przyszyć guzik i obsłużyć pralkę – i to robi
  • Opuszcza klapę w toalecie!
  • Lubi muzykę (ale nie disco polo)
  • Na hasło „Doktor Who” odpowiada: Allons-y!
  • Jeździ na konwenty
  • Nie jest zazdrosny o ulubionych aktorów
  • Potrafi rozpalić ognisko
  • Umie pływać
  • Nie zmusza do uwielbiania Kultury Wysokiej tylko dlatego, że jest wysoka
  • Nie jest homofobem
  • Nie jest snobem
  • Nie należy do PIS, ani do PO, ani w ogóle do żadnej partii politycznej
  • Zna język polski
  • Jest cierpliwy
  • Jest poganinem albo rozważa wstąpienie do Kościoła Potwora Spaghetti
  • Docenia dobre piwo i dobre jedzenie
  • Nie zostawia pustych opakowań w lodówce, ani w ogóle nigdzie
  • Nie rozwala się na całym łóżku, a w ogóle to lubi sypiać osobno
  • Rozumie, że gra wstępna nie polega jedynie na łapaniu za cycki
  • Twierdzi, że uwielbia puszyste kobiety
  • Rozumie, że jeszcze jeden T-shirt ze smokiem/Gwiezdnymi Wojnami/Tardis/Sherlockiem to wcale nie za dużo
  • Potrafi się sensownie ubrać
  • Nie posiada „mamusi” ani koszmarnego rodzeństwa
  • Nie przeżywa kataru jakby to była dżuma
  • Nie jest pieniaczem

A teraz pozostało tylko znaleźć wydawcę na powyższą powieść science fiction.

wtorek, 31 grudnia 2013
Ostatni dzień 2013 roku

Ostatni dzień 2013 roku. Zdaje się, że należałoby jakoś się podsumować. Z dwunastu postanowień noworocznych zrealizowałam tylko dwa, ale były za to wielkoformatowe, więc chyba mogę je liczyć podwójnie. Nie napisałam książki, nie nauczyłam się angielskiego, nie chciało mi się uprawiać gimnastyki, nie jeździłam na rowerze (źle). Za to poleciałam do Londynu i kąpałam się w Morzu Śródziemnym, stając (płynąc) oko w oko z ośmiornicą – ostatni odcinek maltańskiej epopei jeszcze wrzucę. Miałam go napisać wczoraj, ale migrena mnie wyłączyła na cały dzień. Byłam na jednym spływie kajakowym. Włóczyłam się po chaszczach. Odwiedziłam trzy konwenty i jedne targi książki, uczestniczyłam jako wykładowca w jednych warsztatach pisarskich. W roku 2013 obejrzałam 26 filmów długometrażowych, gorzej było z serialami. Przeczytałam (lub odsłuchałam) 48 książek, przy czym żadna nie była papierowa. Do spisu lektur, które chciałabym zabrać ze sobą na bezludną wyspę doszła trylogia „Hunger Games” i „War World Z”. Przeczytałam zupełnie kosmiczną liczbę fanfików, których nie jestem w stanie policzyć, ale było ich cholernie dużo. Przetłumaczyłam 9 opowiadań z j. rosyjskiego. Napisałam jedną miniaturę i jedno drabble. Stworzyłam jedną (tylko) recenzję książkową – tu trzeba się zdecydowanie poprawić. Za to jest zdecydowanie dobrze na polu przetworów: mam nasuszoną dziką ilość mięty i innych zielsk na herbatę, mnóstwo dżemów śliwkowych i jabłkowych, soki malinowe, jabłkowe i jeżynowe, chutneye, zapasteryzowane przeciery pomidorowe, dżem pomarańczowy, pomrożone grzyby i warzywa. Wyprodukowałam 3 litry octu jabłkowego i bliżej niesprecyzowaną ilość litrów wina z jabłek oraz wina z mniszka. Do wiosny dociągnę. Nauczyłam się piec przyzwoite ciasto drożdżowe.

W styczniu zmarł mój kolega Krzysztof P.

7 lipca zamieszkał u nas Ryżyk.

5 listopada moja ciocia przegrała walkę z rakiem.

Nadal nie jestem oficjalnie rozwiedziona (zgrzyt zębów).

Nadal szukam pracy jako tłumacz z języka rosyjskiego.

Nadal nie schudłam.

Nadal jestem kompletnie zasherlockowana. Moje maniactwo ma się doskonale, wysuwając macki w stronę Doktora Who i lekko w stronę Avengersów.



sobota, 21 grudnia 2013
Bo są prezenty i prezęty...

Będzie o prezentach. Ostatnio mnóstwo obcych ludzi usiłuje mnie mailowo przekonać, że najlepszym prezentem pod choinkę dla mnie i mojej rodziny będzie np. łącze internetowe, telewizja satelitarna, usługi konkretnej telefonii komórkowej, albo akurat te a nie inne perfumy, a nawet rolety. Rolety – najlepszy prezent gwiazdkowy! Oczekuję z zainteresowaniem gwiazdkowej oferty kominiarskiej. Ja nie neguję, być może jest ktoś, kto nie śpi po nocach, pieszcząc w myśli fantazję, że dostanie pod choinkę rolety. Osobiście znam osobę, która twierdziła, że ją uszczęśliwią płyty kartonowo-gipsowe, styropian albo worek cementu. Wciąż jeszcze trwająca akcja Secret Santa, koordynowana przez Zwierza, sprawiła już przyjemność bardzo wielu osobom, a wszystkie prezentowane na facebooku podarki były niedrogie i zwykle samorobne. Po prostu nie jest kwestią rodzaj podarku, ani jego cena tylko dopasowanie prezentu do prezentobiorcy – nie odkrywam tu żadnej Ameryki. Piszę to trochę a propos kolejnego rankingu, zrobionego gdzieś tam na WP czy Gazecie Wybiórczej, dotyczącego najgorszych prezentów. Że absolutnie nie można skarpetek dawać, ani krawata bo to obciach, ani „samoróbek” bo to już w ogóle dno. No a jeśli ktoś akurat lubi takie skarpetki z rysuneczkami i nawet się ucieszy z unikalnej pary zdobnej głową Lenina? (Skarpetki z Leninem istniały/istnieją. Wiem, posiadałam). Krawat może być komuś potrzebny, a kto inny się zachwyci samorobnym decoupage’wym pudełkiem na chusteczki, dopasowanym do kolorystyki łazienki. Jak już się całkiem nie ma pomysłu, można rozdawać rzeczy jadalne: słodycze, owoce, soki i konfitury. A samorobne prezenty były zawsze najmilszymi i najcenniejszymi, jakie dostawałam, nawet jeśli nie do końca trafionymi w gust.

Natomiast życiowe doświadczenie nauczyło mnie jednego: że nietrafiony prezent to jeszcze nic takiego, są rzeczy gorsze od dziesiątej pary skarpetek albo sweterka z koszmarnym reniferem wydzierganego dla ciebie przez kochającą ciocię. Istnieją mianowicie podarunki pogardliwe. Dawane nie tylko z poczucia obowiązku, ale wręcz z niechęcią. Ekstremalnym przykładem podarunku pogardliwego są przedmioty, których prezentodawca chce się pozbyć z domu, bo mu zalegają, a wyrzucić na śmietnik jakoś mu szkoda. W ten sposób zamiast na śmietniku, lądują pod choinką. Osobiście otrzymałam takie PP kilkakrotnie i to zawsze od tej samej osoby. Nawet jeśli temu prezentodawcy zdarzały się lepsze momenty, to PP zaćmiły je na zawsze. Pewnie jesteście ciekawi, co to były za PP? Pierwszy dostałam jeszcze jako chyba ośmiolatka. Gramofon! Oczywiście dziecko cieszyło się jak głupie – do momentu, kiedy okazało się, że gramofon nie gra, bo nie ma głośnika. Prezent mogłam wykorzystywać jedynie do robienia karuzeli maskotkom na obracającym się talerzu. Nie mogłam rozgryźć bezsensu tego prezentu, czułam, że coś jest nie tak, aż mamie się wyrwało, że prezentodawca chciał się tego sprzętu zwyczajnie pozbyć. Zrobiło mi się przykro. W późniejszych latach dostawałam… zdjęcia. Zwykłe koperty wypełnione plikami amatorskich fotek, robionych w rozmaitych rodzinnych okolicznościach. Możecie sobie wyobrazić, jaka to radocha dla dziewczynki w okresie dojrzewania, takie oglądanie siebie w dziesiątkach wariantów, a każdy wariant wyglądał jak pół dupy zza krzaka? Do tej pory nienawidzę swoich fotografii. Dość wysoko w rankingu PP stoi również skrobaczka – nie wiadomo konkretnie do czego, niemniej ku swemu zdumieniu znalazłam ją pewnego roku pod choinką.

Pudełko Skarbów, opisywane przeze mnie przed laty jako swoisty magazyn prezentów, gdzie składa się rozmaite drobiazgi i wykorzystuje w miarę potrzeb, leży zupełnie poza zasięgiem PP i w żadnym wypadku nie może, nie powinno być śmietnikiem.

Tak więc z jednej strony skali mamy PP, a co z drugiej?

Z drugiej są Podarunki Serca - na przykład pasiasty szal, wzorowany dokładnie na szaliku Czwartego Doktora, który dostałam na urodziny od Lomiel. A wydziergała go sama, w ciągu paru pracowitych tygodni. To druga co do cenności rzecz, jaką posiadam – pierwszą jest szmaciany miś, uszyty przez moją mamę, kiedy jeszcze chodziłam do przedszkola.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7