CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
czwartek, 06 listopada 2014
Z wojaży wpis bardzo spóźniony

Spóźniony, gdyż wojaże odbyły się w sierpniu, a teraz mamy… no właśnie. Ale niemniej:

Powrót do Czerwonego Miasta.

Pierwszego dnia postanowiliśmy być bardzo dzielne i prosto z lotniska, jeszcze z bagażami udać się do Muzeum Historii Naturalnej, gdyż poprzednim razem dinozaury były w odkurzaniu i należało nadrobić to, co nas ominęło. Tam też miałyśmy się spotkać z Krytykiem – chłopakiem Serathe, który przyjechał wczesniej. Pierwszy szok: Londyn sierpniowy i Londyn wrześniowy to jakby trochę inne miasta. Przede wszystkim wszędzie panował straszny tłok i odniosłam wrażenie, że połowa miasta papla po hiszpańsku i włosku. MHN powitało nas kolejką taką, jaką ostatnio widziałam w latach osiemdziesiątych, kiedy ludzie stali po szynkę na kartki. Szczególne wrażenie zrobiła na nas sugestywna tablica z informacją: „W tym miejscu jesteś 45 minut od wejścia”. Dalej ciągnął się długi pozawijany sznur ludzi pomiędzy stalowymi płotkami, co sprawiało niepokojące skojarzenie, że u celu czeka nas rzeźnia. Jednak udało się wejść po pół godzinie. Wewnątrz znów straszne tłumy, klimatyzacja nie wyrabiała i panował zaduch. Do dinozaurów następna kolejka (!), jednak Serathe inteligentnie zarezerwowała nam wejście przez Internet i pokazawszy wydrukowany „bilet” na konkretną godzinę, dumnie ominęliśmy kolejkę. Szkielety wielkich gadów były rzeczywiście imponujące, chociaż niezbyt dobrze oświetlone, jak na mój gust. Oczywiście był przegląd najpopularniejszych, takich jak stegozaur, iguanodon, velociraptor i rzecz jasna T-rex. Było też kilka gumowych modeli, w dodatku ruchomych. Kości, dioramy gniazd i wylęgających się młodych. To i owo o historii paleontologii. Ogólnie pouczająco i sympatycznie. Największe jednak wrażenie robił mechaniczny tyrannozaur w zupełnie osobnym pomieszczeniu, który ruszał się, ryczał i ogólnie straszył. Był na tyle dobrze zrobiony, że nawet mrugał. Kiedy jednak spojrzałam w te niewielkie oczka, ujrzałam w nich zmęczenie etatowego pracownika, który marzy o przerwie na kawę. Raptem oczy mej wyobraźni ujrzały to zwierzę, jak po wyjściu ostatniego gościa przestaje udawać model, z westchnieniem ulgi odrywa łapy od podłoża, przeciąga się i człapie na zaplecze, mamrocząc: „Niech licho porwie tych Japońców z ich fleszami!”. Tłok, zaduch i ciągłe noszenie plecaka (choć niewielkiego) zrobiło swoje i z każda minutą traciłam zainteresowanie geologią, wulkanami i co tam jeszcze pokazywano. Oczywiście tradycyjnie należało wpaść na zagranicznych wojażach na kogoś znajomego z Polski (patrz zeszłoroczne spotkanie z Kasią na Malcie) i tym razem w holu muzeum zobaczyłam Olę i Sławka z Łodzi. Niezły traf, nawet jeśli wziąć pod uwagę, że w tym czasie w Londynie odbywał się Worldcon i zjechało na niego mnóstwo fanów. W końcu wszyscy mieliśmy dość i zarządziliśmy ewakuację.

Już na lotnisku odkryłam, że jakimś cudem udało mi się nie zabrać z domu woreczka z kosmetykami, więc potrzeba zakupu szamponu, grzebienia, pasty i szczotki do zębów robiła się dość pilna. Zakupu dokonałam przy placu Piccadilly, przy okazji sprawdzając lokację, znaną mi dotąd tylko z opowiadania „Trzy noce w Nielondynie”. Doznałam rozczarowania, podobnego do tego z zeszłorocznego zapoznania z Trafalgar Square. Jaki tam plac? Placyk. Trójkącik bruku, otoczony zewsząd jezdniami, ściśnięty. Anteros wieńczący fontannę wygląda, jakby chciał wystrzelać wszystkich przechodniów z łuku. A sama fontanna była tak obsiądnięta turystami, że mało co było spod nich widać. Istne stado humanoidalnych gołębi. Nie, Londyn w okresie kanikuły stanowczo nie.

W mżącym deszczu dotuptaliśmy do chińskiej dzielnicy, żeby zjeść coś konkretniejszego. Uwaga, jeśli kelner spyta, czy gość woli danie „na chrupko”, to nie chodzi o mięso, tylko o makaron. Makaronu na chrupko nie polecam, chociaż da się go zjeść.

Old Compton Street była tak samo wesoło gejowska, jak ją zapamiętałam, choć tym razem było więcej par różnopłciowych. Pewnie turyści, zwabieni pikantną sławą tego zakątka. Chyba się rozczarowali, bo ani nie było widać facetów w kieckach i na obcasach, ani nikt się z nikim nie myział publicznie.

Podczas spaceru ulicami wypatrzyliśmy pub „Cross Keys”, który zaraz skojarzył nam się z wiadomym odcinkiem „Sherlocka” i drugi, pod nazwą „10 Cases”. Serathe jednak nieco smutno zasugerowała, że nie są to sprawy (kryminalne) a po prostu skrzynki.

Chłonięcie angielskiej atmosfery jednak łagodziło mnie i prasowało zmarszczki na duszy, mimo tej straszliwej ilości rozmaitych ludzi dokoła. W końcu słońce zaczęło się zniżać, nadszedł czas jazdy do Anerley, gdzie miałyśmy spać u Ewy i Igi. Zaczęło być śmiesznie, kiedy wylądowałyśmy na pętli autobusowej koło Crystal Palace Park i okazało się, że tam już się skończyła mapa i ryczą lwy (brytyjskie). Usiłowałam wysilić pamięć na zasadzie „eee, jakoś tak prosto i potem chyba w lewo”. Poddałyśmy się, kiedy dotarłyśmy do jakiegoś kościoła, a dalej majaczył supermarket. Zadzwoniłam do Ewy i zrobiło się jeszcze śmieszniej, bo nasza gospodyni przyznała, że przeprowadziły się w tę okolicę raptem kilka dni temu i ona sama nie wie, gdzie jest ten kościół. Ostatecznie stanęłyśmy pod dobrze oświetloną stacją benzynową i czekałyśmy, aż Ewa z Igą do nas dotrą. Potem się okazało, że ich domu nie znalazłybyśmy pewnie nawet z mapą, tak pokręcona była numeracja na pół-zamkniętym osiedlu. I tak się zakończył dzień pierwszy.



wtorek, 29 kwietnia 2014
Przyjemność czekania

Niedawno Zwierz zamieściła trzyczęściową notkę poświęconą technicznej stronie wyjazdu do Londynu. W notce TUTAJ napisała „Jadę do Londynu! Jeśli chcecie spędzić wakacje w Londynie (albo gdziekolwiek na świecie) powinniście myśleć w trybie first minute czyli okrzyk który właśnie wydaliście powinien paść kiedy na ulicach leży śnieg”. I jest to jak najbardziej słuszne. Za mniej więcej trzy miesiące wyjeżdżamy z Serathe ponownie do Londynu i mamy zamiar zwizytować również Dublin za jednym zamachem. Planować zaś zaczęłyśmy… w styczniu. Znaczna część przyjemności pochodzi właśnie z planowania, no i co tu ściemniać, człowiek o skromnych dochodach nie zafunduje sobie takiej wycieczki z jednej (czy dwóch) pensji. To jest jak oczekiwanie na Gwiazdkę (tę prawdziwą, nieskomercjalizowaną). Ważenie w ręku coraz cięższej skarbonki, suwanie palcem po mapie, nanoszenie na listę coraz to nowych punktów, które chce się zobaczyć, sprawdzanie cen, negocjacje i ustalanie noclegów. Niebawem zacznie się polowanie na promocyjne bilety. Kiedy jest się człowiekiem wolnego zawodu (to taki eufemizm na „prawie bezrobotny”) znacznie łatwiej zgrać terminy lotów z urlopem, który można wziąć praktycznie w każdej chwili. Obracanie w myślach takiego marzenia cieszy znacznie dłużej, niż wtedy, gdy po prostu pakuje się walizkę, jedzie na lotnisko i po prostu pakuje do latającego blaszanego pudełka.

Osobną przyjemnością jest lista bagażu. Ustalanie, co i ile się bierze, ile to zajmie miejsca i jak zapakować bagaż podręczny, by nie przekraczał przepisowych wymiarów i wagi. Penetrowanie sklepów, bez pośpiechu i nerwówki, w poszukiwaniu rzeczy najwygodniejszych, najlżejszych i przy tym najtańszych. Wyszukiwanie odpowiednich drobiazgów prezentowych, jeśli się nocuje u znajomych i wypada coś im zawieźć.

Generalnie mamy z Serathe twardą zasadę „jak najwięcej za jak najmniejsze pieniądze”. Co to oznacza w praktyce?

  • zakupienie Oystercard, która daje znaczące zniżki przy przemieszczaniu się po mieście
  • CHODZENIE – spalamy kalorie, zobaczymy więcej niż z okna autobusu, chodzenie jest za darmo
  • wyszukiwanie miejsc, gdzie wstęp jest za free (jest ich całkiem sporo)
  • zabranie kompaktowego i niepsującego się jedzenia z Polski; jeśli jadamy w lokalach to tam, gdzie konkretna porcja kosztuje najwyżej 5 funtów

 

Warunki irlandzkie nie są nam jeszcze znane, ale zapewne większość zasad da się zastosować również tam. Już się nie mogę doczekać.



niedziela, 19 stycznia 2014
Miasto żółte – dzień (przed)ostatni

Miasto żółte – dzień (przed)ostatni

Dzień ów rozpoczął się od półgodzinnego czekania w upale na przystanku autobusowym. Autobusy na Malcie rozkład traktują raczej jak wskazówki a nie sztywne przepisy. Transportem miejskim jeżdżą tam osoby, którym się nie śpieszy - a że mało komu się tam gdziekolwiek i kiedykolwiek spieszy, to ogólnie jest OK. Przy okazji mogłyśmy ze zgrozą obserwować na przystanku młodą tubylkę w swetrze i polarowych dresach, o której już wspominałam wcześniej. (My obie w koszulkach i szortach). Kiedy nareszcie nadjechał nasz autobus, kierowca powiedział (po angielsku), że pierwszy raz widzi, żeby ktoś się tak ucieszył na jego widok. Dotarłyśmy na przystań promową, kupiłyśmy bilet i ustawiłyśmy się w luźnej kolejce przed bramką. Zorientowałam się, że jakiś metr przed nami stoi para młodych Polaków, gdyż przeglądali przewodnik z ewidentnie polskimi napisami. Kiedy skończyli, grzecznie się przywitałam i spytałam skąd mają coś takiego, bo na razie owszem moją przewodniczką tutaj jest przyjaciółka ale jeśli zechcę wrócić tu sama to mi się przyda… Dziewczyna odruchowo spojrzała i…

- Serathe!!!

- Kasia!!!

Jeśli ktoś chce dowodu, że świat jest naprawdę mały, powinien pojechać na drugi koniec Europy i spotkać tam znajomą z Krakowa. Nie rozpoznałam Kasi5K tylko dlatego, że nie była podobna do swojego nicka z czatu. W ten sposób na wyspę Gozo popłynęliśmy grupką już czteroosobową. Po drodze mijając wyspę Comino, gdzie według słów Serathe turyści skaczą z klifu do morza i zawsze w sezonie jakiś nieszczęsny idiota źle wceluje i robi sobie kuku na skałach. Czasem tak mocno, że ląduje w kostnicy. No ale głupich nie sieją, sami rosną… Na miejscu się rozdzieliliśmy, planując odmienne trasy, zakończone ewentualnie ponownym spotkaniem przy Lazurowym Oknie.

Głównym miastem wyspy Gozo jest Rabat, ponad sto lat temu przemianowany na Victoria. Tubylcy do tej pory mówią „Rabat”, w ogóle nie przejmując się oficjalnym nazewnictwem.

Obie z Serathe pojechałyśmy autobusem do Muzeum Zabawek – malutkiego i bardzo sympatycznego. Kolekcja zawierała eksponaty mniej więcej od końca XIX wieku do połowy XX. Parę domków dla lalek z wyposażeniem, żołnierzyki, pojazdy, drewnianą arkę Noego ze zwierzątkami i maleńkie zoo. Rozmaite gry, pajacyki, wielkiego konia na biegunach, na którym beztrosko bujała się wnuczka właścicielki muzeum, nie dbając o szacowność zabytku. Nie mogło zabraknąć kolejki, domowego teatrzyku, oraz naturalnie wielkiej obfitości różnorodnych lalek. Zwykłe szmacianki, eleganckie damulki o porcelanowych główkach, tańsze panienki o buziach z wosku (popękane z racji wieku), najmłodsze celuloidowe. Najmniejsza z laleczek, drewniana ale o ruchomych kończynach, była mniejsza od zapałki. Były tam też dwie lalki w strojach zakonnic – podobno takie lale darowywano w szkołach przyklasztornych wzorowym uczennicom. Stał tam też buldog z masy papierowej, który otwierał pysk i wydawał dziwny dźwięk – ni to warczenie, ni to skowyt – kiedy pociągało się za łańcuszek przy obroży. No i oczywiście Serathe musiała wypatrzeć w szklanej witrynie malutką niebieską budkę policyjną. Doktor jest wszędzie.

W drodze powrotnej zaczepiłyśmy o mały ryneczek, gdzie handlowano chyba wszystkim, co można było zakwalifikować jako „przynęta na turystę” oraz z pewnymi obawami przeszłyśmy (szybkim krokiem) pod szeregiem drzew, na których zgromadził się ptasi konwent wielkości Pyrkonu - sądząc z ogłuszającego ćwierkania.

Odwiedziłyśmy też cytadelę na wzgórzu, częściowo zrujnowaną i zarośniętą (oczywiście!) opuncją, ale częściowo już wyremontowaną – z czynnym kościołem, katownią do zwiedzania, muzeum i paroma kawiarenkami. I tam ponownie wpadłyśmy na Kasię z Przemkiem.

W końcu dotarliśmy do głównej atrakcji, czyli do Lazurowego Okna. Co jak co, ale widok był nieziemski.

Okno to rzeczywiście okno: wielka dziura w skale na wylot, przez którą widać wodę błękitną jak farbka do bielizny. Bałtyk nawet w najlepszych warunkach nie ma takiego koloru. Grunt pod nogami przedziwny: niejednolita skała, częściowo wapień, częściowo chyba zastygła lawa, dziurawa jak szwajcarski ser. Powolny spacerek ze wzrokiem utkwionym w morskiej dali wykluczony, chyba że klient ma życzenie skręcić/złamać nogę, paść na ryj i zdrowo się obrypać. Dziury bardzo się podobały Sherlockowi i z zapałem w nich pozował. Generalnie było to Bardzo Dziurawe Miejsce. Najlepsze miejsce do obserwacji najważniejszej dziury leżało nieco wyżej na szczycie klifu, który był też równiejszy. Żółto-beżowa skała była gładka, mocna i twarda jak beton, więc nie bałyśmy się podejść do samej krawędzi, za którą – surprajz surprajz – było mniej więcej trzy piętra pionowo w dół do fal wściekle rozbijających się o zębate rafy. W ogóle żadnych zabezpieczeń, żadnego płotka, poręczy czy balustradki. W pierwszej chwili trochę mnie to zdziwiło, ale kiedy zobaczyłam młodego Włocha w klapkach, jak pełznie niemalże na brzuchu do krawędzi, by wyjrzeć dalej, zrozumiałam ideę. Jakakolwiek barierka w tym miejscu nakłaniałaby do wychylania się, pozowania do słitfoci, bujania itp. wygłupów. Brak płotka włączał turystom instynkt samozachowawczy, który jest najlepszym zabezpieczeniem na świecie. Posiedziałyśmy sobie nad krawędzią, wiało jak na dworcu w Kielcach, ale był to przyjemny, ciepły wiatr. Przemek cały czas pstrykał zdjęcia jak opętany. W końcu nam się znudziło i postanowiliśmy zejść do takiej jednej zatoczki obok i się wykąpać. Po drodze zauważyliśmy, że pod nogami mamy na amen wbetonowane w podłoże setki tysięcy drobnych odłamków muszli i jeżowców. Woda w zatoczce, niestety, była mętna i widoczność strasznie słaba, więc sobie nie pooglądałam podwodnych widoczków. Za to kolejną atrakcję stanowiła następna dziura, naprawdę cholernie wielka i głęboka, przez którą Morze Śródziemne zasilało ową zatoczkę zamkniętą niczym basen. Odważyłam się wpłynąć kawałek do dziury, ale bujało mną w amplitudzie 2 metry w górę i w dół, i pomyślałam sobie, że naprawdę idiotycznie byłoby przywalić głową w jakiś kamień i utopić się na wycieczce. Miałam w planach ponowną wizytę w londyńskich muzeach! Udało mi się jakoś dotrzeć na brzeg, bo pływy w jaskini bardziej wypluwały, niż wsysały. Przemek, jako dużo lepszy pływak, zapuścił się głębiej i dowiedział się od innego pływaka, że może niekoniecznie należy zapuszczać się za daleko, skoro morze jest tego dnia mocno wzburzone, a do dna w tym miejscu circa ebaut 60 metrów. Choć po mojemu 60 czy 5 to dla topielca żadna różnica. Po kąpieli wysuszyliśmy się i poszliśmy jeszcze na mały spacerek w inny rejon brzegu, gdzie udało mi się wypatrzeć nieuszkodzoną skamielinę, w której rozpoznałam piaskowego dolara. Świetnie się trzymał, jak na swój milion lat. Słońce zaczęło zachodzić. Kasia z Przemkiem postanowili jeszcze trochę zostać i wrócić do Valletty nocnym promem i autobusem, a my z Serathe syte wrażeń wróciłyśmy do domu, podziwiając rozświetlone setkami lamp brzegi wysp.

Następnego dnia spotkałam parę rodaków już na lotnisku, gdzie z powodzeniem udawałam, że moja kurtka wcale a wcale nie jest w rzeczywistości schowkiem, w którym przemycam między innymi pół kilo owoców opuncji i dwie butelki napoju Kinnie.

I tak się zakończyły wojaże angielsko-maltańskie.  Fotki TUTAJ.



poniedziałek, 02 grudnia 2013
Miasto żółte – dzień czwarty

Miasto żółte – dzień czwarty.

Tego dnia jeszcze raz nawiedziłyśmy Wioskę Rzemiosł, by zajrzeć do tych sklepików, które poprzednio były pozamykane z powodu soboty. (Pumpkin ponownie próbował zjeść wstążkę od mojego kapelusza). Wtedy też dałam upust swojej manii zbierackiej. W pobliżu przystanku były całe gąszcze opuncji z dojrzałymi owocami, więc przykazałam Serathe: „Pilnuj tu, a jak będzie jechał autobus to krzycz” – po czym udałam się z torebką papierową na szaber. Przy czym był to szaber jakiś nierasowy, wbrew prawidłom sztuki, bo opuncje były ewidentnie niczyje. Zarośla takich opuncji są imponujące, wyższe od człowieka, masywne, splątane i wyglądają jak coś nie z tej planety. Cały dowcip polega na tym, że zarówno liście, jak i owoce pokryte są kępkami drobniutkich włosowatych kolców, bardzo łamliwych. Wbija się toto w skórę z zadziwiającą łatwością, a potem potrzeba mikroskopu, żeby wydłubać. Mam podejrzenia, że kaktus, który hodowała Okrętka z powieści Joanny Chmielewskiej „Zwyczajne życie” był właśnie rodzajem opuncji. Nie miałam ze sobą żadnej szmatki, a tym bardziej rękawiczek, więc próbowałam działać ostrożnie, co i tak skończyło się tym, że czekając na autobus iskałam się z igiełek, całkiem jak milicjant Krzysztof Cegna. Owoce są pokryte cienką skórką. Wpierw trzeba się pozbyć igiełek, np. pod bieżącą wodą, skrobiąc czymś, potem obrać. W środku jest cienka warstwa miękkiego miąższu i galaretowate wnętrze pełne drobnych twardych pestek. Próbowałam je wypluwać, ale to naprawdę nie ma sensu. Smak łagodny i właściwie nie przypominał niczego, co spożywałam do tej pory, czyli można pokusić się o stwierdzenie, że opuncja smakuje po prostu opuncją i tyle.

Kolejnym punktem programu była stolica, czyli Valletta.

Valletta charakteryzuje się głównie tym, że jest tu więcej turystów i żółte domy są wyższe. Poza tym ma cudowny widok na zatokę portową z wysokości murów obronnych. „To takie na drugim brzegu, to w zasadzie są trzy miasta w kupie” – objaśniła Serathe, kiedy podziwiałyśmy słoneczny pejzaż, błękitną wodę, żurawie portowe i wielki statek wyprowadzany z zatoki przez malutki kuter-pilota. Trójmiasto, no proszę, jak w domu…

Serathe nadal cierpiała na cluedo breloczkowe, więc zaniosło nas do sklepu z zabawkami, który znów okazał się być sklepem typu Tardis, czyli po małym przedsionku, okazał się mieć ciąg dalszy, a ten ciąg dalszy miał swój ciąg dalszy itd. I właśnie tam, choć Ser już w Londynie mormorała, że „jeże to nie, bo na Malcie jeże niepopularnie, bo na Malcie jeży to nie ma” owszem znalazłam i nabyłam jeża do kompletu londyńskiej wyderce. Żaden tam bajkowy z jabłkiem, tylko normalny, zoologiczny jeż i nawet wielkością pasował. No proszę, wydra z Londynu, a jeż może nie z Afganistanu ale zawsze z jakowejś bardziej egzotycznej i cieplejszej okolicy.

Zgodnie z obietnicą Serathe zaprowadziła mnie też do „magicznej budki”, gdzie można było sobie zamówić portret 3D grawerowany laserem w szkle. Jako wabik i reklama był tam wystawiony wizerunek Harry’ego Pottera. Nie powiem, robił wrażenie. Aż tak siebie nie lubię, żeby się uwieczniać swoje 3D w szkle, więc zamówiłam breloczek z wytrawionymi malutkimi portretami Sherlocka i Johna – niestety, ze zwykłej fotki z pena dawało się zrobić tylko 2D, ale i tak wyszło pięknie. Teraz nie mogę tego breloczka używać, bo się boję, że zgubię. Byłyśmy też z Ser w pubie o bezpretensjonalnej nazwie „Pub”, który wsławił się tym, że był ostatnim, jaki odwiedził św.p. Oliver Reed podczas kręconych w 1999 roku scen do „Gladiatora”. Po powrocie z balangi aktor zmarł w hotelowym pokoju na atak serca. Wieść gminna niesie, że wypił dużo za dużo. Osobiście ograniczyłyśmy się do cydru, zwłaszcza, ze miałyśmy jeszcze to i owo do obejrzenia. Na przykład boczne uliczki, nie tak reprezentacyjne jak główne turystyczne deptaki, ale za to swojsko malownicze. W ten sposób trafiłyśmy na jedyny w swoim rodzaju widok pana wędkarza, oblężonego przez koty, które czekały aż coś złowi i je poczęstuje. Później widziałyśmy takich panów jeszcze kilku i na każdego wypadało średnio po trzy koty. Ucieszny widok, ale też świadczący, jak przyjaźnie traktuje się na tej wyspie zwierzaki. Żadnemu z tych kotów nawet nie przyszło do głowy, że człowiek mógłby w nie czymś rzucić, kopnąć czy postraszyć.

Idąc trasą wzdłuż zatoki, dotarłyśmy do gigantycznego dzwonu, mającego upamiętniać bombardowania podczas wojny. Dokładnie o 12 w południe dzwon dzwoni i wówczas nie należy stać zbyt blisko, jeśli się nie chce doznać trwałego ubytku słuchu – przeznaczona dla turystów ostrzegawcza tabliczka z rysunkami była bardzo sugestywna. Tuż obok dzwonu spoczywa gigantyczny Śpiący Rycerz Maltański. Legenda głosi, że w razie czego wstanie i przyp… wrogom. Taka ichnia wersja baśni o rycerzach śpiących pod Giewontem, tyle, że ten jest z brązu i ewidentnie nadmorski. Nadśródziemnomorski.

Przeszłyśmy się „zapleczami”, oglądając domy mało reprezentacyjne, wychłostane zimowymi ulewami, nadgryzione solą, ale mające pewien swoisty urok. Co ciekawe, właściwie żadnych śladów wandalizmu. Wysnułam teorię, że latem jest o wiele za gorąco, żeby podejmować niemały przecież wysiłek zrujnowania przystanku autobusowego czy czegoś w tym stylu, a zimą okropnie tam leje, ulicami płyną rzeki i nikt nie wychodzi z domu jeśli koniecznie nie musi. Przypadkowo trafiłyśmy na coś, co z daleka wyglądało na restauracyjkę z kolorowymi kolumnami (dziwne, w takim miejscu?), z bliska zobaczyłyśmy katafalk (!) stojący w czymś na kształt garażu, a ostatecznie okazało się, że jest to wytwórnia dewocjonaliów w dużej skali. Kolumny i „katafalk” były drewniane, podmalowywane na marmur i ze złoceniami. Po prostu akcesoria na festę. Jak już wspomniałam, organizowanie procesji z figurami świętych jest na Malcie ulubioną rozrywką narodową. Dużo kwiatów, dużo wesołej muzyki, fajerwerki i przenośne, rozkładane ołtarze.

Wyżywienie się na Malcie jest dziecinnie proste, nawet kiedy się nie ma za wiele pieniędzy i człowiek woli nie zostawiać kasy w restauracjach. Owoce są tanie i do kupienia w zasadzie wszędzie, a na niemal każdej ulicy są pastizzerie. Pastizzi to taka potrawa narodowa, jak u nas pierogi. Likwidacja pastizzi wywołałaby na Malcie rozruchy, jak u nas zakaz ogórków kiszonych. Pastizzi to po prostu rodzaj pasztecika czy też pieroga z ciasta francuskiego (bardzo tłustego), nadziewanego różnymi rodzajami farszu: białym serem ricotta, tuńczykiem, mięsem mielonym z przyprawami albo piure z grochu. Kosztuje to od 25 eurocentów do półtora euro, a duże pastizzi z grochem z powodzeniem zastępowało mi obiad.

Zdjęcia TUTAJ. 

niedziela, 27 października 2013
Miasto żółte - dzień 2 i 3

Miasto żółte – dzień drugi.

Doszłam do wniosku, że powinnam trochę przyspieszyć, inaczej na sprawozdaniu z wojaży zastanie mnie Gwiazdka.

Dnia drugiego Serathe zabrała mnie do miejsca zwanego Ta Qali lub Craft Village, czyli Wioska Rzemiosł. Przy czym omyłkowo wysiadłyśmy przystanek wcześniej i musiałyśmy jeszcze spory kawałek iść. Nie miałam absolutnie nic przeciwko – im więcej Malty zobaczę, tym lepiej. A miałam okazję w ten sposób zobaczyć malutkie targowisko, na którym tambylcy zaopatrywali się w produkty spożywcze. Na stoiskach rozstawionych przy autach towar w ¾ pokrywał się z polskim. Ziemniaki, marchew, śliwki, kalafiory, brokuły, miód itp. – poza tym jednak od groma melonów, owoce opuncji, ryby i owoce morza, w tym siatki ze ślimakami. Za to zero chińskiej taniochy w rodzaju powłoczek, kapci albo tandetnych ręczniczków.

Po drodze minęłyśmy park publiczny, ogrodzony siatką: dołem sucho jak pieprz, górą sosny (takie niskie i rozgałęzione, nie masztowe) oraz kwitnące na całą parę wielkie krzewy niewiadomego gatunku. I właśnie wówczas usłyszałyśmy głośne, nieprzerwane buczenie, całkiem jakby w pobliżu był transformator. Rozejrzałyśmy się, czy nie widać gdzieś przewodów wysokiego napięcia, ale nie – wyłącznie roślinność. Buczenie zdawało się dobiegać właśnie z roślinności. Serathe rzuciła nie do końca pewnie: „To chyba cykady”. Albo była to jedna cykada wielkości traktora, która jakimś cudem zdołała się zakamuflować na drzewie (jak słoń w jarzębinie), albo dużo mniejsza i nadawała przez megafon, albo było to dużo małych cykad, potrafiących się zgrać w idealny, bezbłędny chór. Czysty obłęd.

Spodziewałam się czegoś w rodzaju jarmarku Dominikańskiego ale Craft Village okazało się zastawione głównie półokrągłymi barakami z blachy – jak niewielkie hangary samolotowe. Wewnątrz znajdowały się pracownie rzemieślnicze i sklepiki. Zaczęłyśmy od wytwórni szkła, gdzie akurat trwał pokaz wyginania z miękkiej, plastycznej masy szklanej kolorowego kwiatka. Surowe pomieszczenie z piecem, zastawione rozmaitym niepięknymi, ale bardzo potrzebnymi przedmiotami, natychmiast przypomniało mi pracownię witrażową, w której spędziłam spory kawałek życia – i poczułam się bardzo swojsko. Z sali produkcyjnej można było przejść do części wystawowo-sklepowej, gdzie na eleganckich (szklanych) półkach roiło się od gotowych dzieł, pogrupowanych wedle kolorystyki. Wyglądało to naprawdę imponująco – wielkie plamy purpury, błękitu, fioletu, zieleni… Wazony, wazy, miski, filiżanki, talerze, wzlatujące ptaki, malutkie ozdóbki w kształcie jabłek, świnek, kotków i ryb… Duże – na kieszeń bogatego Amerykanina, i małe – w granicach możliwości finansowych przybysza z Polski. Nawet przez moment się zastanawiałam, czy nie nabyć tam prezentu dla mamy, ale przypomniałam sobie te wszystkie zbieracze kurzu, jakimi jest obstawione mieszkanko mej macierzy i skwapliwie odegnałam ową myśl. Co jeszcze w wiosce rzemiosł? Rozmaite dynksy z kutego żelaza. Naczynia grawerowane laserem i techniką trawienia kwasem. Wyroby drewniane, i oczywiście full serwis jeśli chodzi o turystyczne śmieci typu „I love Malta”. W jednym z hangarów była pracownia kamieniarska, gdzie maszyna piłowała na plastry wielki kawał skały – trudno rzec co, ale chyba wapień. Dokoła mnóstwo wyrobów z kamienia, figurek, pudełeczek, bransoletek, wisiorków, prezentowane dumnie geody ametystowe, ale także miejscowe skamieliny – amonity wielkości kołpaków samochodowych i rybie szkielety zachowane w wapiennej skale. W innym sklepie: miniatury budynków charakterystycznych dla maltańskiej architektury, miód (z jakiegoś powodu uznany za przysmak narodowy i już), słoiczki z kozim serem w zalewie, dżem z opuncji i nalewka z opuncji, a prócz tego kot imieniem Pumpkin, który najpierw próbował zjeść mnie, a potem mój kapelusz. Ogromnym zaskoczeniem były wełniane swetry. Czujecie? Na zewnątrz od 28 do 30 stopni, człowiek się czuje chwilami jak w mikrofalówce, a tu grube swetry z wełny, jak na Krupówkach. No bo, panie, jesień już, za chwilę zima i statystyczny Maltańczyk zaczyna marznąć… Zresztą co tu gadać, później miałam okazję widzieć na przystanku panią w swetrze i długich polarowych spodniach, podczas gdy obie z Serathe miałyśmy na sobie minimum wszystkiego oraz kapelusze od słońca. Koniec dygresji. Największa jednak niespodzianka czekała nas w jednej z pracowni ceramicznych. Weszłyśmy, podziwiając porozstawiane wszędzie i porozwieszane śliczne naczynia, ryby, kwiaty, zwierzaki małe i większe. Serathe zatrzymała się przy jakiejś półce, ja przeszłam dalej, gdzie można było popatrzeć na cześć produkcyjną… i wryło mnie w podłogę. Po czym ryknęłam za całe gardło: „Serek, chodź tu NATYCHMIAST!” Na stelażu pionowo stał okrągły blat stołu (najwyraźniej), a na nim polatywała sobie w kosmosie… Tardis. Prędzej bym się spodziewała hiszpańskiej inkwizycji… Okazać się miało, że było to zamówienie klienta z Abu Dabi (Emiraty Arabskie), które właśnie czekało sobie na odbiór. Życie jest pełne cudownych niespodzianek. Ta na oko nieduża wytwórnia ceramiczna jest znana ze swoich wyrobów na całym świecie i jeden z takich artystycznych stołów (z krzyżem maltańskim, nie z Tardis) zawędrował nawet na brytyjski dwór. Właśnie tam nabyłam drogą kupna trzy cudownej urody solniczki-zwierzątka i teraz mogę się chwalić, że robiłam zakupy w sklepie, który zaopatruje angielską królową, a co!

Kolejnym sztandarowym wyrobem Malty (poza dżemem z opuncji ;-) jest biżuteria filigranowa – wykonana z cieniutkich drucików, wygląda jak zrobiona z koronki. Na terenie Craft Village było takich jubilerni kilka. Można było w nich obejrzeć (i kupić) nie tylko kolczyki, naszyjniki, pierścionki itp. rzeczy, ale nawet całe nieduże rzeźby, takie jak np. chiński smok albo wikiński drakkar.

Kolejnym punktem programu była Mdina, miasto-twierdza. Kto chce poczytać o rysie historycznym tego miejsca, niech wklepie hasło w google. Wyniosłam stamtąd ogólne wrażenie, że bardzo podobna musiała być opisywana przeze mnie przed laty stolica Lengorchii, choć wówczas jeszcze na oczy nie widziałam żadnego miasta śródziemnomorskiego. Wszechobecne żółtawe, jasne mury, wąskie cieniste uliczki, mnóstwo świątyń. Figury świętych w niszach. Wszystko rozświetlone jakby nie słońcem, a jakimś wewnętrznym, spokojnym blaskiem. Mimowolnie człowiekowi udziela się ta pogoda i ten blask – nikt się z nikim nie kłóci, nigdzie się nie śpieszy, na nikogo nie krzyczy. Słychać gwar wielu języków (angielski, niemiecki, maltański, francuski, włoski, ale też polski i rosyjski) ale jest to przyjemne akustyczne tło ludzi zadowolonych. Nic dziwnego, że Malta przyciąga poza turystami także filmowców – to tam kręcono m.in. sceny do „Gladiatora”, „Troi”, „Aleksandra”, a ostatnio do „World War Z”. Trochę zmęczone łażeniem po uliczkach i podziwianiem architektury, poszłyśmy na zapowiadany przez Serathe torcik do restauracji „Fontanella”, położonej tuż przy murach obronnych. Widok roztaczał się stamtąd rozległy i cudowny, co można sprawdzić na zdjęciu w galerii. Byłyśmy głodne, więc zamówiłyśmy po dwa kawałki ciasta (ceny porównywalne do cen w lokalach polskich), ale kiedy przyniesiono nasze zamówienie, zaliczyłam spory zonk. Porcje były naprawdę solidne, niemal dwukrotnie większe, niż te nasze krajowe. Nie dziwota, że na okruszki z naszych porcji załapało się całe stadko wróbli – nie byłyśmy w stanie zjeść do końca, chociaż torciki były naprawdę przepyszne.

Tamtego dnia poszłyśmy też na zakupy do pobliskiego Smarta, bo lodówka już trochę świeciła pustkami. Kolejny sklep typu tardisowego, czyli większy w środku. W takich temperaturach gorącego się raczej nie chce, więc zażyczyłam sobie chrupek i mleka. Serathe, jako prawie-że-tubylka uprzedziła, że chrupek będzie DUŻO. Kręciłyśmy się to tu, to tam, przy okazji nauczyłam się, że „halib” znaczy po maltańsku „mleko”, w wózku lądowały różne produkty spożywcze, w końcu dotarłyśmy do chrupków kukurydzianych. Spojrzałam na regał i powiedziałam: „Nie jest ich jakoś specjalnie dużo”, na co Serathe: „To dopiero demo” i poprowadziła mnie dalej. Popatrzyłam na ścianę składającą się z pudełek oraz paczek, niknącą w perspektywie, jak regał w Bibliotece Niewidzialnego Uniwersytetu. Leciutko zwątpiłam, po czym podjęłam logiczną decyzję: „Mają zawierać miód i orzeszki, na resztę nie patrzymy”. W ten sposób sprawę chrupek śniadaniowych załatwiłyśmy w około 7 minut, zamiast stać godzinami w tym dziale nabawiając się silnej nerwicy. Generalnie sklep generujący nerwice decyzyjne, każący klientowi wybierać spomiędzy dwudziestu rodzajów musztardy, pięćdziesięciu ketchupu i miliona pińćset makaronów. Wiecie, bo Malta to taki maleńki i biedny kraik gdzieś u wybrzeży Afryki… Osobna historia to napój Kinnie, w którym się zakochałam natychmiast i cierpię obecnie, bo w Polsce jest nie do dostania. Kinnie to specjalite Malty i albo się w nim zakochujesz na zabój, albo stwierdzasz, że jest niepijalny. Sądzę, że byłby genialny do drinków. Ma kolor mniej więcej herbaciany, bazuje na soku z pomarańczy, w składzie ma przyprawy oraz zioła - jest słodko-kwaśny i jednocześnie lekko gorzkawy. Jeśli wrócę na Maltę, to jednym z czynników będzie właśnie Kinnie.

 

Miasto żółte – dzień trzeci.

Rankiem wyszłam z kawą na taras na dachu i spotkałam tam gekona. Nie był zbyt towarzyski i oddalił się w tempie przyspieszonym. Generalnie wszędzie jest tam pełno gekonów (mniejsze, z krótszymi ogonkami) i jaszczurek (większe, smuklejsze, bardziej ogoniaste). Tego dnia planowałyśmy pojechać na plażę Golden Bay. Przywykliśmy do całych kilometrów nadbałtyckiego ślicznego piaseczku, ale plaże maltańskie są głównie kamieniste. Golden Bay leży koło dużego kompleksu hotelowego i po prostu nawieziono tam X ciężarówek piasku, żeby turyści mogli się na nim wylegiwać, jak foki. Szczyt sezonu już minął, więc bez problemu znalazłyśmy sobie wygodne miejsce. Zatokę z obu stron otaczały skały, bardzo interesujące strukturalnie, porowate, pełne dziur i zakamarków, w których Sherlock nurkował z iście wydrzym temperamentem. Gratulowałam sobie kilka razy, że zdecydowałam się wziąć sportowe sandały na protektorach, inaczej spacer po manowcach groził co najmniej obdarciem kolan, w gorszym przypadku złamaniem kostki. Po raz kolejny objawiły się też cykady, które koncertowały w chaszczach koło plaży – tym razem na pewno nie było tam żadnego urządzenia elektrycznego, które mogłoby wydawać takie dźwięki. Oczywiście musiałam wleźć do morza, bo inaczej cała wycieczka byłaby nieważna. Jestem może kotem, ale wodnym. Zapobiegliwie wzięłam okulary do pływania, a Serathe wystarała mi się o rurkę (żałuję, że nie miałam lepszego sprzętu). Woda bardzo czysta i bardzo słona. Łatwo się w niej pływa i ciężko schodzi do dna. Ryby trzymały się raczej nie tej części zasypanej piaskiem, a tej skalistej z rozpadlinami. Trafiłam na pasiaste wzdłużnie i pasiaste poprzecznie, płaskie żółtawe z fałszywym „okiem” koło ogona i ryby-pawie cieniowane od zieleni do metalicznego błękitu, z żółtym paskiem przy skrzelach. Dostrzegłam też 2 sztuki krabów między kamieniami, oraz jedną małą różową meduzę, którą popukałam palcem w kapelusz. Najwidoczniej była to taka nieparząca. Wisienką na torcie okazała się dość spora ośmiornica, która wychynęła z jakiejś rozpadliny, rozsiadła się na kamieniu, podwijając pod siebie macki, jak kot – łapki i popatrzyła na mnie z miną „czego? to moja miejscówka”. Przy ośmiornicy objawił się zaś jakiś naturysta, który pływał bez gaci, ale za to w słomkowym kapeluszu. Zagaił, czy są rybki, przedstawił się, przeprosił, że jest nago… Dżentelmen, no proszę… Z moim sprzętem do pływania było coś nie tak, zaczęłam się krztusić, więc rycersko skierował mnie do miejsca, gdzie można było w miarę bezpiecznie wyjść na brzeg. Pogadaliśmy jeszcze chwilę (ja swoim łamanym angielskim) na standardowy temat: skąd jesteś, jak ci się podoba Malta, pogoda itede, po czym miło się uśmiechnęłam i wróciłam pod parasol do Serathe. Poderwać się Mario nie dałam, nie do romansów mi było, ale przygodę oceniam jako dosyć śmieszną.

Zesmażyłam się na tej plaży niemożebnie (Serathe potem drwiła, że przecież proponowała mi krem z filtrem) i po jakimś czasie (już w Polsce) zaczęłam obłazić ze skóry, całkiem jak wąż, co mi się nie przytrafiło od czasów dzieciństwa. Jesień na Morzu Śródziemnym… Następnym razem: krem z filtrem i lepszy sprzęt do pływania, koniecznie.

W Golden Bay poszłyśmy też na lody do restauracyjki przy plaży i ponownie się przekonałam, że ceny może i są wysokie, ale za to jak już cię karmią, to od serca, a podwójna porcja lodów wygląda jak polska poczwórna.

Z niepowiązanych atrakcji tego dnia:

Rowerowa procesja. Stojąc na przystanku, wpierw usłyszałyśmy oddaloną muzykę, potem pojawił się jeden rowerzysta, zaraz potem drugi, potem rowerów zrobiło się więcej, muzyka i śpiew przybliżał się, a potem naszym oczom ukazała się furgonetka z obrazem Matki Boskiej, otoczonej kwieciem – z zamontowanych na samochodzie głośników walił na całą parę psalm. Auto przejechało, a za nim znów pojawiła się niewielka kolumna rowerów. Zdaje się, że miałyśmy trochę oszołomione miny. Serathe twierdzi, że chociaż Malta jest do bólu katolicka, jakoś ten katolicyzm jest znacznie weselszy i bardziej na luzie, niż ten nasz. W maleńkim kraiku wielkości Warszawy jest około 400 kościołów, co chwila odbywają się festy na cześć patronów: z kwiatami, pochodami, śpiewaniem, koncertami i fajerwerkami.

Rotunda of Mosta – zajrzałyśmy do środka, choć nie zdecydowałyśmy się na dokładniejsze oglądanie, bo akurat trwała msza i nie wypadało. Podczas wojny, kiedy biedną maleńka Maltę bombardowali hitlerowcy, 9 kwietnia 1942 roku sklepienie tego kościoła przebiła bomba – ale nie wybuchła i tym samym zachowali życie wszyscy ludzie, którzy schronili się wewnątrz. Uznano to za cud i jawny przejaw łaski Boga. Mówi się, że po otwarciu korpusu bomby wewnątrz znaleziono piasek i kartkę z pozdrowieniami od sabotażystów-Czechów, ale to raczej urban legend.

W nocy była burza, co objawiało się tym, że pioruny błyskały i grzmiało co parę sekund, natomiast deszczu było tyle, co kot napłakał. Nic dziwnego, że najlepiej się tam mają kaktusy.



niedziela, 20 października 2013
Miasto żółte – dzień pierwszy

Miasto żółte – dzień pierwszy.

Kiedy lądowałam w Anglii, widać było przede wszystkim chmury. Morze Śródziemne (o Borze Szumiący, Morze Śródziemne iiii…) miało kolor niebieskiego atramentu, a sama Malta była mała i żółta. Żółto-płowa, mówiąc dokładniej. A dokoła jej brzegów uwijały się jakieś jednostki pływające. Maltańskie lotnisko powitało nas słońcem i temperaturą. Była połowa września, więc było zaledwie 29 stopni, ale i tak dość szybko zaczęłam się podgotowywać w dżinsach. Wyszłyśmy z hali przylotów i ryms (!) palma. Zapatrzyłam się na nią nabożnie. Do domu Serathe był jeszcze kawałek, a widoki za oknem autobusu, po statecznej, porządnej i wylizanej Anglii, jawiły się jako nieco szokujące. Domy były utrzymane głównie w różnych odcieniach żółtego. Spora ich część wyglądała na zaniedbaną i łuszczyła się z nich całymi płatami farba. Dopiero później miałam dostrzec, że chociaż domy maltańskie bywają w pewien nonszalancki sposób niechlujne (podobnie jak artysta, który nosi niezbyt świeżą koszulę, obszarpane dżinsy, nie wiąże sznurówek i przydałoby mu się golenie) to nie są brudne w ten odrzucający sposób, nagminny w Polsce, ani nie pogryzdane przez wandali ze sprajami. Architektura jest tam typowa dla terenów wystawionych na upały: solidne ściany, niewielkie okna, wąskie fasady często z charakterystycznymi dwuskrzydłowymi drzwiami i jednym okienkiem, by nie wpuszczać do środka zbyt wiele gorącego powietrza. Siedziba statystycznego Maltańczyka nie ciągnie się wszerz, a w głąb i w górę – przeważająca część zabudowań ma tarasy na płaskich dachach. Na dachach są też zbiorniki z wodą. Cała wyspa to kawał skały, pokrytej cienką warstwą gleby, więc co tylko się da – rury, kable itp. – ciągnie się po wierzchu. Dom, wynajmowany przez Serathe: na dole salon, wyżej kuchnio-jadalnia, jeszcze wyżej sypialnia i na samej górze pralnia – wszystko połączone wąskimi schodami kręconymi, poustawiane jedno na drugim, jak wieża z klocków. Pralkę, a jakże, wnosił na najwyższe piętro dźwig i nie jest to tam żadna osobliwość.

Roślinność dzika jest sucha, kolczasta, odporna na wiatry i słońce. Jak u nas czarny bez, tak tam wszędzie pleni się opuncja, świetnie też radzą sobie drzewa szpilkowe, takie jak sosny i tuje.

Po marnie przespanej nocy i męczącej podróży wpierw musiałyśmy trochę odespać, ale po południu poszłyśmy do blisko położonego ogrodu San Anton, gdzie zobaczyłam jeszcze więcej palm :-) Oraz różne inne roślinki, które kwitły sobie w najlepsze, mimo tego, że była połowa września. Drzewka cytrynowe rozpoznałam, jak również dwa figowce, okalające ścieżkę. Natychmiast przypomniałam sobie „Cieplarnię” Aldissa, gdzie taki jeden figowiec zajmował całą (byłą) Europę, popatrzyłam na te niesamowite pnie i stwierdziłam, że owszem, to byłoby możliwe. Znakomitej większości roślin nie znałam nawet z widzenia, a Serathe twierdziła, że bardzo wiele z nich to nie są gatunki rodzime, ale nic to. Moja potrzeba egzotyki została zdecydowanie zaspokojona. Cały ogród wyglądał jak jedna gigantyczna palmiarnia. Poza tym po ścieżkach łaziły pawie z młodymi, w zagródce rezydowały kury i kaczki. W jednym stawku pływały dwa czarne łabędzie, w drugim co najmniej kilkanaście żółwi, a w trzecim złote rybki. Poza tym wszędzie było pełno kotów – w rozmaitych kolorach, wieku, płci i cechach charakteru. Mieszkają tam na całkowitym legalu, dokarmiane i pojone przez pracowników. Część zachowywała dystans, ale część łasiła się i domagała pieszczot. W jednym z zakątków ogrodu znajdowały się woliery z ptactwem, które odebrano niedbałym właścicielom. Nie było tam tłoku. Maltańczycy ogólnie lubią zwierzęta, a złe traktowanie domowych zwierzaków jest mocno piętnowane społecznie.

Zaobserwowana ludność (poza turystami) prezentuje się jako mieszanina biało-brązowo-czarna. Większość białych ciemnowłosa, ciemnooka i śniada jak stereotyp południowego Włocha. Trafiają się czarnoskórzy – wielu z nich to uchodźcy z Libii. Jeśli trafi się coś skośnego i żółtego to na bank turysta. Językiem urzędowym jest angielski i rzeczywiście można się w nim dogadać wszędzie – z kierowcą autobusu, w sklepie, na ulicy, i nawet ze starszą panią, która handluje na bazarze. Maltański oczywiście również rozbrzmiewa wszędzie i jest niewiarygodnie osobliwy. Brzmi jak mocno scementowana mieszanina arabskiego i włoskiego, posypana po wierzchu słówkami z angielskiego i francuskiego. Mózg uszami wycieka.

Mój pierwszy dzień na Malcie skończył się dwukrotnym spożyciem smażonego kalmara – to znaczy pierwszym i ostatnim. MMŻ Serathe przyrządził kolację. Nie mam nic do jego zdolności kulinarnych, ale kalmar sam w sobie ma konsystencję gumowego szlaucha – z mackami. Zwłaszcza te macki mnie przerosły. No ale zaliczyłam kalmara i nie muszę już tego powtarzać, co za ulga.



piątek, 11 października 2013
Miasto czerwone cz.6

Miasto czerwone – dzień szósty, czwartek. Pożegnanie.

Ten dzień miał być ostatnim w stolicy Anglii. Ostatnie spacery, ostatnie kupowanie pamiątek i drobiazgów dla rodziny. Obie miałyśmy ochotę na powrót do Camden, gdzie zajrzałyśmy tym razem również na Camden Lock – miejsce koło kanału, gdzie prócz normalnych stoisk były też kramiki z chińskim jedzeniem, które można było spożywać przy stołach z widokiem na kanał i śluzę. Stamtąd też pochodzi zdjęcie z wielkim mosiężnym lwem. Nad kanałem przebywały na wpół oswojone gęsi, utuczone na rzucanych im frytkach. Serathe nabyła zaś u pewnego miłego pana na wyprzedaży koszulkę z graffitti Banksy’ego: szczurem i napisem „I'm out of bed and dressed – what more do you want?” (Wstałem z łóżka i jestem ubrany – czego chcesz więcej?) Święte słowa.

Ponownie pojechałyśmy pod Barts, by rzucić po raz ostatni okiem na obiekt kul… eee… to znaczy na miejsce kręcenia epickiej sceny upadku Sherlocka. Zszokowanym oczom naszym ukazała się wyczyszczona święta budka telefoniczna. Świętokradztwo dokonane na fandomie! Oczywiście natychmiast przeciwdziałałyśmy tej straszliwości, zostawiając własną karteczkę, jako zaczątek nowej kolekcji fangirlowych wpisów.

Serathe uparła się na Muzeum Zegarmistrzów w Guildhall Library, a przy okazji po drodze zerknęłyśmy sobie na London Wall, czyli kawałek ruin, pozostawiony przez londyńczyków „ku pamięci” po bombardowaniach miasta. Muzeum Zegarmistrzów nas zaskoczyło, bo a/ było małe - ładne i miało ciekawe eksponaty, od bardzo stareńkich zegarów szafkowych i pierwszych mobilnych wielkości solidnego kubka, aż do współczesnego wzornictwa i elektronicznych – ale jednak małe; b/ nie miało sklepiku (!) co rozczarowało Serathe, która miała nadzieję na zakup jakichś zegarmistrzowskich dynksów dla swojego TŻ.

Tate Modern Gallery było całkiem niedaleko, więc podreptałyśmy zapoznać się ze sztuką współczesną. Oczywiście nie mogłyśmy jak normalni ludzie, tylko zaczęłyśmy od Sklepiku z Pamiątkami, zamiast na nim skończyć. Bardzo dużo albumów i książek o malarstwie, zabawki dla dzieci, jakieś malowanki, rameczki do obrazków i różne pierdołki, kolorki raczej pastelowe. Coś mnie tknęło, że mi się tu podoba trochę jakby średnio, ale harcerz się nie łamie i idziemy dalej. Co tu jest za free? O, współczesna sztuka afrykańska – może być fajne. Kluczowe okazało się słowo „współczesna”… Spodziewałam się kolorowych tkanin, rzeźb inspirowanych starym Beninem, może jakichś zdjęć krajobrazów, miast i ludzi… Tymczasem niemal przy wejściu zostałam zaatakowana widokiem sklepowej zamrażarki wyładowanej bladymi kurczęcymi korpusami. Odniosłam wrażenie, że plastikowymi, ale nie miałam ochoty przyglądać się bliżej. Dalej był drewniany, nieheblowany stół, na którym leżały rozmaite banknoty i kamienie. Dalej na podłodze winylowe płyty pomalowane złotą farbą… W kącie kolejny stos kurzęcych części, pochlapanych na czerwono. Tkaniny owszem były – ale określiłabym je jako „szmaty”. Zdawałam sobie sprawę, że jest w tym wszystkim jakiś głęboki symbolizm, ale był najwyraźniej taki głęboki, że nie umiałam z niego wygrzebać sensu. Czegóż chcieć, jestem osobą, której się podoba elf na łosiu. Dojrzałam coś w dwóch instalacjach, ale wcale nie mam pewności czy odczytałam je właściwie. Po kilku minutach dałyśmy sobie spokój i poszłyśmy pospacerować nad Tamizą. Jedyne muzeum w Londynie, które nam się nie spodobało, ale oczywiście nie można wyrokować na podstawie jednej wystawy. Louise bardzo zachwalała, a my widocznie miałyśmy pecha.

Uparłam się, że chcę sprawdzić jeszcze jedną lokację, a mianowicie Old Compton Street, która jakoby jest centrum subkultury gejowskiej – i gdzie umieściłam część akcji „Możesz mnie dotykać”. Tak, chodzi o klub nocny Red Valentine. Okazało się, że aczkolwiek klub o tej nazwie nie istnieje, bez problemu mógłby się w tej lokacji znajdować. Przeszłyśmy się tą ulicą w te i we w te, po drodze rejestrując mnóstwo lokali z ogródkami za zewnątrz, a przy każdym stoliczku siedziały męskie pary. Jak się zachowywali? Normalnie. Co w końcu się robi w pubie czy kawiarni? Siedzi się, rozmawia, pije herbatę lub piwo. Ale fakt faktem – tylko raz dostrzegłam przy takim stoliku kobietę i mężczyznę. Jak ktoś szukał wyuzdania to owszem, był zaułek z Peep Show i po drodze zauważyłyśmy też dwa sexshopy, zdecydowanie dla panów lubiących panów – w witrynach manekiny prezentowały specyficzną bieliznę z dziurą na tyłku. I tyle, jeśli chodzi o rozwiązłość w wykonaniu Anglików. Na Oxford Street zrobiłam jeszcze najazd na Marksa & Spencera, domagając się ciuchów z elementami z Doktora Who. Doktorowych nie było, za to wyszłam z 2 parami starwarsowych skarpetek, udając, że to wcale nie dla mnie, tylko dla mojego trzynastoletniego (nieistniejącego) syna. Gdzieś podczas tej bieganiny zaczepiłyśmy też o Primark, gdyż znajoma twierdziła, że można tam dostać bardzo fajne i bardzo tanie ciuszki. Primark był jeszcze jednym sklepem typu „tardis” czyli takim, co się wydaje mniejszy na zewnątrz. Nastawione byłyśmy głównie na T-shirty, ale było z tym raczej średnio. Homer Simpson, którego żywiołowo nie cierpię, trochę Batmana (uczucia letnie), Spiderman (całkowita obojętność), stary marvelowski Wolverine na żółto (au), poza tym dużo bluzeczek z bladawymi nadrukami, które nazywałyśmy z Serathe „jednorazowymi”, gdyż wyglądały jak uszyte z chusteczek do nosa i robiły wrażenie, że się rozpuszczą na deszczu. Zero zakupów.

Ostatnim miłym akcentem była bardzo przedsiębiorcza mysz, biegająca po peronie metra na stacji Oxford Circus.

Wieczór zajęło nam ponowne kompaktowe pakowanie torby i plecaka. Lot miałyśmy około 7 rano, więc żeby dotrzeć na lotnisko i odstać swoje w kolejkach, musiałyśmy wstać o 3 nad ranem. Czyli przedrzemać w ubraniu pod pożyczonymi kocami, a potem podreptać przez nocny Londyn na Gloucester Road, gdzie zatrzymywał się Easybus. Jednak nie traciłam ducha, gdyż w perspektywie czekała mnie MALTA.



poniedziałek, 07 października 2013
Miasto czerwone cz.5

 

Miasto czerwone – dzień czwarty, wtorek. Dinozaur na przystawkę.

Wtorek lekkomyślnie postanowiłyśmy przeznaczyć na przelecenie się po muzeach. Muzeum Historii Naturalnej, Naukowe oraz Sztuki są niejako w kupie, więc to bardzo ułatwiało zadanie. Liczyłyśmy po polsku: tu godzinka, tam godzinka i styknie. Naiwne!

Już na trawniczku koło MHN przywitał nas sfosylizowany pień drzewa, dużo większy, niż te w Regent’s Park. Potem weszłyśmy do holu (żadnych biletów, wstęp jest za free) i tu z kolei stanęłyśmy twarzą w… czaszkę ze szkieletem brontozaura. Moje wewnętrzne dziecko zrobiło „łaaaaał”. Dinozaur ciągnął się od wejścia niemal do końca pomieszczenia, a nie było ono małe. Oczywiście natychmiast zaczęłyśmy szukać działu ze szkieletami, ale niestety, dinozaury akurat były nieczynne – oddano je do odkurzania czy coś w tym stylu. Jednak inne skamieliny (na przykład plezjozaur) umieszczone na stałe na ścianach innych pomieszczeń, trochę nas pocieszyły. Niemal od razu się zorientowałyśmy, że obejrzenie wszystkiego będzie niemożliwe, więc postanowiłyśmy wyselekcjonować najbardziej nas interesujące działy. W ten sposób trafiłyśmy do owadów, pajęczaków i skorupiaków. Z podziwem obejrzałyśmy gigantyczny (i ruchomy!) model skorpiona, wnętrze termitiery, ogromne kraby oraz ze zdumieniem dowiedziałyśmy się, że pszczoła żyje zaledwie 6 tygodni. Myślałam, że przynajmniej rok, ale niestety! Z drugiej strony, jednodniowej jętce taka pszczoła musi się wydawać długowieczna, jak nam elfy i krasnoludy. Na uwagę zasługiwały stanowiska dla dzieciaków, gdzie można było sobie coś pociągać, ponaciskać, poodgadywać zagadki itp. Najwyższe uznanie.

Interesowały nas przede wszystkim zwierzęta, więc zgodnie ze strzałkami poszłyśmy obejrzeć działy ptaków i ssaków. Od razu było widać przeszłość kolonizacyjną Anglii: pełno wypchanych zwierząt. Lwy, tygrysy, lamparty, wypreparowane strusie, dziobak… Cała Afryka, Azja i Bór Szumiący wie co jeszcze. Wszystkie okazy w doskonałym stanie, zadbane, ale znakomita większość bardzo wypłowiała – bez wątpienia miały dziesiątki lat, może nawet sto? Stosunek Anglików do własnej niechwalebnej przeszłości, czyli masowego wybijania zwierząt egzotycznych, jest pragmatyczny, na zasadzie „było, minęło, ale czemu miałoby się marnować?” W kolejnej sali jakaś gigantyczna ciemna masa, znów od krańca do krańca – dopiero po chwili rozpoznałam w tym czymś model wieloryba wielkości naturalnej. O rety! Był to chyba płetwal błękitny. Na jego tle figury słoni wydawały się całkiem nieduże. W gablotach konie (w tym również koń Przewalskiego), gazele, niedźwiedzie, łoś (jakże żałuję, że nie wyszło mi zdjęcie, które mogłabym podpisać „Sam Winchester w środowisku naturalnym”), hipopotam… a także ssaki dawno wymarłe, takie jak tygrys szablozębny, mamut albo megatherium – te już w postaci poskładanych szkieletów. I znów zagadki albo stanowiska w stylu „zważ się i sprawdź ile razy twoja waga mieści się w wybranym zwierzęciu”. Moje porównanie do białego niedźwiedzia wypadło całkiem optymistycznie. W ptaszarni niesłychana obfitość wszystkiego co fruwa (poza nielotami oczywiście), a nawet całe drzewko obwieszone kolibrami, jak choinka bombkami. Trafiłyśmy też do bardzo ciekawego działu ewolucji człowieka – modele, wykresy, zdjęcia, porównania, kości… Szczęśliwie dotarłyśmy też do czegoś, co nazywano Skarbnicą i wyglądało – ho ho – całkiem poważnie. Ta część wydzielona została szklanymi ścianami, oświetlona w specjalny sposób, żeby światło nie szkodziło zbiorom – były tu wyeksponowane najcenniejsze rzeczy (a przynajmniej ich część). Czaszka neandertalczyka, zapiski Darwina i wypreparowane okazy, które przywiózł z wyprawy HMS „Beagle”, stareńkie karty z zielników, rozczulające swoją wiktoriańską ozdobnością, płyta wapienna ze szkieletem archaeopteryxa… A najmilszym akcentem było to, że w kilku miejscach umieszczono plastikowe kopie eksponatów z zachęcającymi napisami „please touch”. Czas mijał nie wiadomo jak i kiedy, nogi bolały od chodzenia, należało się zbierać do wyjścia, a gdzież jeszcze dział minerałów, ekologii, laboratorium…? Sam sklepik z pamiątkami (bluźnię, nie sklepik a sklep pełną gębą) zasługuje na uwagę, bo wszystko, co znajdowało się na wystawach miało też odbicie w oferowanym towarze. Dinozaury różniste – są, zwierzęta pluszowe, plastikowe, szmaciane, drewniane – są, gumowe robale – są, książki i albumy – są, rzeczy z motylami – są, przedmioty z recyklingu – są, minerały – są. Szkielety i makiety do składania, gry edukacyjne – są. Breloczków – zatrzęsienie, w tym nawet przeurocze szmaciane wirusy kataru, z oczkami. A kiedy zobaczyłam na półce estetyczne pudełeczka z kupą słonia (przypuszczam, że wysuszoną), to już musiałam sobie poprawić opadającą szczękę. Tam też łypnęła na mnie z regału wydra, a raczej wydr. Odwróciłam oczy, mówiąc sobie, że jestem już za stara na pluszaki (brednie), wydr jest za duży i w ogóle to kosztuje tyle co dwa obiady… No i co? No i wyszłam stamtąd z wydrem w torbie! I absolutnie nie żałuję tego zakupu, bo Sherlock (jak inaczej miałby się nazywać?) okazał się później wdzięcznym modelem przy robieniu zdjęć. Przy wyjściu złapał nas jeszcze ankieter z tabletem i wypytał dokładnie skąd jesteśmy, co oglądałyśmy, jak nam się podobało, czy chcemy wrócić (oczywiście!) i czego jeszcze byśmy sobie życzyły na ekspozycjach. Z jego pytań wypływał wniosek, że nie widziałyśmy połowy tego, co MHN ma do zaoferowania i w ten sposób zostało wciągnięte na listę „Wrócić i zbadać dokładnie następnym razem”, podkreślone wężykiem.

W holu Science Museum od razu stwierdziłyśmy, że nie da rady, absolutnie brak szans na szczegółowe zwiedzanie, więc obejrzałyśmy początki rewolucji przemysłowej, czyli wielgachne maszyny parowe, przeszłyśmy przez kosmos i rozwój lotnictwa, a potem uznałyśmy, że najbardziej nas interesuje rozwój medycyny i weterynarii. Opisać się tego nie da, dość wspomnieć, że zaczęłyśmy od pierwszych, niezdarnych jeszcze płuco-serc, aparatów Roentgena i skanerów, a potem cofnęłyśmy się w przeszłość, do medycyny egipskiej, arabskiej i ciemnych wieków, kiedy panowała dżuma oraz zabobony. I stamtąd nas już zaczęto uprzejmie wyganiać, bo zostało pół godziny do zamknięcia. Generalnie, polskie muzea w porównaniu wyglądają skromnie i jakoś niepokaźnie. Zaliczyłyśmy jeszcze „wyjście przez sklepik z pamiątkami” – tym razem bardzo wyraźna przewaga gadżetów naukowo-edukacyjnych oraz zabawek mechanicznych. Parę rzeczy z Doktora Who też było!

No i tyle, przeznaczenie jednego tylko dnia na trzy muzea okazało się mrzonką. Zdecydowanie bardziej realistyczna jest wersja: Jedno Muzeum – Jeden Dzień i to od rana do zamknięcia. Wisienką na torcie tego dnia okazały się wielkie, dziwaczne, jasnofioletowe kwiaty, które zobaczyłam w kwiaciarni, mijanej po drodze do naszej dziupli. Zapytana pani kwiaciarka oznajmiła, że to „artichoke”, co nam niewiele mówiło. „Sprawdzimy w Internecie, ale mnie to wygląda chyba na karczocha” – powiedziałam niepewnie po polsku, na co pani z kwiaciarni się rozpromieniła: „To panie z Polski?!”. Jak się okazało, rodaczka, w Anglii już od kilku lat. Od tamtej pory mówiłyśmy sobie „dzień dobry” kiedy tylko była okazja.

Kiedy włóczyłyśmy się po Anglii, całkiem często słyszałyśmy język polski, rosyjski (oraz kilka innych). Londyn to multikulturowy kocioł, w którym w równych proporcjach kipią rozmaite nacje i rasy. Nie jest niczym dziwnym widzieć w metrze białą kobietę w służbowym garniturku, obok czarną muzułmankę w chuście i dżinsach, faceta ewidentnie z Japonii lub Korei i biało-ryżego gościa archetypicznie wręcz irlandzkiego. Grupka dziewcząt nadających z prędkością kulomiotu po hiszpańsku, a obok my – Polki.

 

Miasto czerwone – dzień piąty, środa. Śladami Piotrusia Pana.

Środę postanowiłyśmy przeleniuchować w Ogrodach Kensingtońskich, a potem zajrzeć do Harrodsa. Wcześniej jednak zajrzałyśmy do mijanego już parokrotnie London Beatles Store, z czystej ciekawości, bo aczkolwiek Beatlesi są fajni, to nasz fangirlizm ich nie obejmuje. Gdybyśmy jednak były fanatyczkami Johna, Paula, George’a i Ringo, to byśmy tam pewnie dostały samorzutnej owulacji, bo było tam wszystko, co sobie może fan zamarzyć. Od najskromniejszych breloczków aż po oryginalne (i bardzo drogie) winyle z autografami. A po drodze: płyty, poduszki, kapcie, kubki, oczywiście T-shirty i cały ten chłam miły sercu każdego fana. Szczególnie mnie zauroczyło pudełko na drugie śniadanie w kształcie Żółtej Łodzi Podwodnej. Ciekawe czy wodoszczelne…

Zwiedzanie całego Hyde Parku zajęłoby pewnie calutki dzień, więc ponownie rozsądnie ograniczyłyśmy się do obejrzenia części z pomnikiem Piotrusia Pana. Sherlock towarzyszył nam w plecaczku i pozował do fotek, szczególnie w miejscach z jakąś wodą – ostatecznie jest wydrą. Park uroczy i bardzo angielski, czyli zapuszczony w sposób artystyczny. Trawniki postrzyżone równo jak stół, a jednocześnie tu i ówdzie pozostawiane zarośla i kłęby jeżynowisk, chyba jako mateczniki dla tutejszej drobnej zwierzyny. Bo zwierzyny było a było! Jako pierwsze objawiły się łabędzie, kaczki, łyski i kurki wodne – wg. tablicy informacyjnej żyło ich tam kilkanaście gatunków – potem czaple, a następnie wiewiórki. Szare z lekko rudawym odcieniem, utuczone i okropnie ruchliwe. Zatrzymywały się dosłownie na parę sekund, by po chwili znów biegać i podskakiwać. W ten sposób większość zdjęć przedstawiała rozmazane wiewiórkopodobne smugi i musiałam je wykasować. Kiedy zaś w pewnym momencie przez ścieżkę i trawnik przegalopowały dwa dorodne szczury, uderzyło mnie silne skojarzenie z ilustracjami do „Piotrusia Pana” namalowanymi przez Arthura Rackhama. Poza secesyjnymi elfami, były na nich też myszy i szczurki. Wrażenie pogłębiło się jeszcze bardziej, kiedy w dalszej części parku natrafiłyśmy na prawdziwe kruki. Kruk Salomon, mentor Piotrusia! A przy Round Pond między gęsiami, łabędziami i kaczkami kręciły się szpaki. Zapewne praprapra-dużopra-wnuki tych szpaków, które budowały małemu Piotrusiowi jego łódeczkę. James Barrie napisał „Piotrusia”, a Rackham malował swoje obrazki ponad 100 lat temu, ale najwidoczniej od tamtej pory w Ogrodach Kensingtońskich niewiele się zmieniło. W każdym razie nie w kwestii zwierzaków. Pomnik Piotrusia, oglądany w Sieci, wydawał mi się niewielki, ale na miejscu okazało się, że jest całkiem spory: stopy statuetki miałam na wysokości oczu. Może niektórzy uznają, że jest kiczowaty – te wszystkie wróżki, króliczki i wiewióreczki na cokole – ale mnie się jednak bardzo podoba. Podobnie jak Pomnik Energii Fizycznej - co ja poradzę, że wolę przystojnego (nagiego) faceta na pięknym koniu od zgramolonej garści krzyży, mającej symbolizować uciemiężenie narodu? Byłyśmy już nauczone doświadczeniem, że wszystko, cokolwiek było w Londynie do zwiedzania, ma „sklepik z pamiątkami”, więc powiedziałam do Serathe półżartem: „Ale będzie śmiechu, jeśli tu też mają sklepik, a w nim pluszowe wiewiórki i czaple!”. Niedługo potem dotarłyśmy do Kensington Palace i wówczas okazało się, że można go zwiedzać (za biletami), a obok jest sklepik! Oczywiście zajrzałyśmy – nie żeby nas jakoś szczególnie interesowało życie rodziny panującej Wielkiej Brytanii, ale naprawdę byłyśmy ciekawe, co można sprzedawać w takim sklepie. Wiewiórek i ptaszków nie było, za to w ofercie mieli: albumy o księżnej Dianie i fotografie royal babies, wyrafinowane tradycyjne serwisy do herbaty, rękawiczki, kapelusze i ręcznie robione mydełka. Oraz między innymi korony i strojne sukienusie dla małych dziewczynek, które chciałyby pobawić się w królewny. Wyszłam stamtąd rozbawiona. Tuż obok pałacu położony jest ogrodzony wysokim parkanem plac zabaw dla dzieci, imienia księżnej Diany. Ku naszemu zdumieniu, okazało się, że mają tam wstęp tylko dzieci oraz rodzice z dziećmi. Dorosłym wstęp wzbroniony. Trochę szkoda, bo byłam ciekawa, jak wygląda piracki okręt, który dzieciaki mają tam do zabawy, ale uznałyśmy, że przepis jest całkiem rozsądny: jeśli to miejsce dla dzieci, to po grzyba tam się mają szwendać dorośli? Za to przed wejściem stał tzw. Elfin Oak czyli Elfi Dąb. Wyrzeźbiony w 1911 roku przez Ivora Innesa w prawdziwym dębowym pniu, przedstawia mnóstwo drobnych figurek krasnali, elfów i wróżek, oraz rozmaitych zwierzątek. W 1996 został odrestaurowany i wystawiony do oglądania. Przeuroczy przykład artystycznego kiczu. Serce rośnie.

Do Harrodsa wg mapy teoretycznie było blisko, ale tylko teoretycznie, więc wpakowałyśmy się na górkę do piętrusa, co nam dało po drodze niepowtarzalny widok na rzeźbę, którą ochrzciłam „Elf na łosiu”. Tak, wiem, w Hobbicie był to raczej elf na jeleniu, ale skojarzenie miałam jednoznaczne. Koniec kropka, nie pomoże żadne tłumaczenie, że żaden elf  i że to coś to nie rogi, tylko taka stylizowana końska grzywa. Elf na łosiu i już.

Dom Towarowy Harrodsa okazał się przytłaczający swoją ekskluzywnością. Ten typ instytucji, gdzie klamka jest droższa od klienta. Wiadomo z góry, że ceny będą nie do przyjęcia, ale chciałam sprawdzić w naturze lokację z „Chcesz być moim nie-przyjacielem?”. Wystrój, urządzony w stylu egipskim, był bardzo ładny, natomiast wyjątkowo mi się nie podobały grube, puchate wykładziny pod nogami. Miałam wrażenie, że chodzę po uginającym się bagnie. Sklep-labirynt, brakowało tylko czyhającego Minotaura, żadnej mapy, żadnych kierunkowskazów, błyskawicznie traci się orientację i co wrażliwsi mogą dostać ataku klaustrofobii (brak okien). Wszystko zieje blichtrem i snobizmem. Ohyda. Dopiero na najwyższym piętrze, w dziale zabawek, zrobiło się sympatycznie. Kącik dla fanów LOTR i Harry’ego Pottera, zabawki ze Star Wars, coś dla startrekowców i wielbicieli Marvela, prześliczne pluszaki – i równie prześliczne ceny. Krótko mówiąc, wydra z Harrodsa była prawie czterokrotnie droższa od tej z muzeum. Serathe zapadła tam na chorobę zwaną „cluedo breloczkowe” i zdaje się, że nadal z niej nie wyzdrowiała. Jakoś udało nam się wydostać z tego molocha, a że Muzeum Wiktorii i Alberta było o rzut beretem, wdepnęłyśmy i tam. Niestety, znów za późno, bo we wrześniu zaczynają zamykać wcześniej, więc udało nam się zobaczyć tylko jedną galerię rzeźby – i odkryć tam artystyczny slash.

W trakcie tego włóczenia widziałyśmy też dwoje małych Ślizgoniątek w szkolnych mundurkach – chłopczyka i dziewczynkę, w wieku może 7-8 lat. Oboje w zielonych marynareczkach i zielonych berecikach, w zielonych podkolanówkach, a dziewczynka miała spódniczkę w zielono-czarną kratkę. Zapierająco dech angielskie.

 

wtorek, 01 października 2013
Miasto niebieskie cz. 4

Cardiff – miasto niebieskie. Dzień trzeci – poniedziałek. Na tropach Doktora.

Zastanawiałyśmy się z Serathe, jaki kolor nadać stolicy Walii i niebieski nasunął się niemal od razu. Nie żeby były tam niebieskie domy czy chodniki, po prostu błękit nakrył nas tam i otoczył. Trzy i pół godziny jazdy autokarem do Cardiff oznaczało, że musiałyśmy wstać wcześnie, by dotrzeć na poranny transport z Victoria Coach Station i znaleźć się u celu o sensownej godzinie. Podróż się nie dłużyła, urozmaicana a to czytaniem ebooka, a to kanapką, a to znów obserwacjami krajobrazu, tropieniem zakamuflowanych wierzb i zwierząt. Owce nie były niczym niecodziennym, za to parę razy narwałyśmy się na zjawisko „o, krowa – a nie, to koń”. Człowiek w Polsce jest przyzwyczajony, że koń jest maści gniadej albo kasztanowatej, rzadziej karej lub siwej – ale w sumie koń jest w miarę jednolity. A tu co rusz łaciate – biało-czarne albo biało-brązowe; z pewnej odległości można było taki tabunik pomylić ze stadem pospolitych muciek. Kiedy bus pokonał długi most na rzece Severn i znalazłyśmy się w Walii, natychmiast objawiło się to dwujęzycznymi napisami na tablicach informacyjnych. U góry angielskie, na dole walijskie, wyglądające jak coś w rodzaju „rym cym cym”. Cardiff przywitało nas smętną pogodą i deszczem (podobno nic niecodziennego w tych rejonach), zakutane w deszczowce, dobrnęłyśmy miejscowym transportem publicznym do hali wystawowej z Doctor Who Experience, trochę zawiedzione, że nici z późniejszego spaceru. Przedsmaku tego, co nas czeka w środku, doznałyśmy już w holu, gdzie ściany zdobiły piękne doktorowe freski, a w gablotkach wystawiono na wabia kilka rekwizytów z serialu (np. czerwone szpilki River Song). Potem całą grupę odwiedzających pani przewodniczka wprowadziła do pomieszczenia, gdzie zafundowano nam na rozgrzewkę filmik, a potem… Mogłabym ze szczegółami opisać co się działo, ale naprawdę byłoby to obrzydliwym spojlerem, a być może niektórzy czytający jednak się wybiorą i lepiej, żeby mieli niespodziankę. W każdym razie mnie od niekontrolowanych kwików radości powstrzymywał tylko natłok wrażeń, bo nim zdążyłam zakwiczeć, już się działo coś nowego. Podłoga się trzęsła, lądowała Tardis, ze ścian wyłazili Dalekowie i grozili exterminacją, coś się dymiło… Po części interaktywnej wpuszczono nas do części statycznej i tam już można było łazić swobodnie, podziwiając makiety, dioramy, oryginalne stroje bohaterów, kilka wersji Tardis (od wewnątrz i od zewnątrz), woskowego Jedenastego (jak żywy), figury stworów i potworów… Nie zabrakło też stanowisk prezentujących pracę filmowców od kuchni i takich czysto zabawowych: można było nagrać swój głos i odtworzyć go tonem Cybermana lub Daleka, dzieciarnia miała do dyspozycji kącik z malowankami lub mogła wleźć od tyłu do pancerza Daleka i machać wypustkami. Niczego nie odgradzano od gości szybą, ani nawet sznurkiem, tylko tabliczki prosiły „nie dotykać, eksponaty oryginalne” – i nikt niczego nie dotykał, najwyżej zbliżał rękę, udając, że wita się z ulubionym bohaterem. Nie wiadomo kiedy upłynęły ponad dwie godziny. Wyjście z tej krainy czarów prowadziło oczywiście (!) przez sklep z pamiątkami. I kolejne męki niezdecydowania, bo kupić coś należało, a tutaj a to za drogo, a to za duże (ograniczenia wagowe bagażu), a to z kolei zbyt dziecinne (pluszowy Cyberman, rili?)… Ostatecznie zdecydowałam się na saszetkę z Dalekami (przyda się na wyjazdy konwentowe), a Serathe nabyła przypinkę z inicjałami DW. Pani przy kasie, zapytana o tzw. Ścianę Ianto Jonesa, nawet okiem nie mrugnęła (kto jak kto, ale pracownicy wystawy wiedzą, kim był Ianto), tylko wyciągnęła ulotkę z mapką okolicy i pokazała nam drogę. Kiedy zaś wyszłyśmy z whowiańskiego przybytku, powitało nas słońce, nieskazitelnie niebieskie niebo i niebieska woda w zatoce, a nad wodą zaparkowana (krzywo) niebieska budka Tardis. Spacer udał się wspaniale. Obejrzałyśmy miejsce poświęcone pamięci ludzi z Torchwood, potem poczułyśmy, że jesteśmy ciut głodne i Serathe wypatrzyła na nabrzeżu knajpkę Eddie's Dinner wystylizowaną na amerykański barek z lat 50-tych. Jakiś tydzień później okazało się, że ze wszystkich lokali w tym miejscu bezbłędnie (instynkt chyba nas prowadził) wybrałyśmy akurat tę, gdzie nagrywano sceny z DW, odcinek „Impossible Astronaut”. Pluję sobie w brodę, że nie zrobiłam tam żadnego zdjęcia, ale mówi się trudno. Naturalnie obowiązkowo poszłyśmy na plac z fontanną, gdzie była winda do Torchwood – i tu nastąpił zgrzyt. Przy pomocy notebooka Serathe, na którym pieczołowicie przechowywała odcinki serialu, ustaliłyśmy właściwe miejsce, ale poczułyśmy się głęboko rozczarowane. Ze ściany wody pozostała tylko ściana – bez wody – w dodatku oklejona wizerunkami dzieci i truskawek. Truskawek! No, doprawdy… A obok zamontowana była barierka, zupełnie bez sensu. W serialu jej nie było, więc albo postawiono ją później, albo zdemontowano tymczasowo do zdjęć. Byłyśmy nieco ograniczone czasowo (następne 3,5 godz. powrotu do Londynu) więc nie poszłyśmy zwiedzać zamku w Cardiff, a pospacerowałyśmy po centrum, przyglądając się architekturze i ludziom. W ten sposób natrafiłyśmy na bardzo ciekawy uliczny zegar: w szklanej obudowie widoczny był wewnętrzny mechanizm, a wśród trybów buszowały figurki myszy, szczurów, a może małpek – trudno było stwierdzić przynależność gatunkową zwierzątek. Przypadkowo słyszałyśmy dyskutujących po walijsku dwóch starszych panów: w potoku „rymbrymcymsrym” raptem wykwitł pełen pasji czysto angielski wykrzyknik „fuck!” a potem wypowiedź znów wróciła na waliskie torowisko. Serathe domagała się zakupienia suwenirów dla rodziny, więc zwizytowałyśmy parę odpowiednich sklepików. Dominowały czerwone walijskie smoki (najrozmaitszych kształtów i rodzajów, od plastikowych magnesików po pluszowe zabawki) oraz… owce. W obliczu tego, że Anglicy nazywają Walijczyków „sheep shaggers”, miejscowi wykazali się sporym poczuciem humoru. Koło dworca natrafiłyśmy jeszcze na sklep z komiksami i gadżetami dla maniaków, gdzie oczywiście musiałyśmy wejść i gdzie absolutnym przypadkiem oczy me dostrzegły małą figurkę Jedenastego Doktora – pierwszą z zapowiadanej serii kolekcjonerskiej (i dlatego kosztującą niecałe 3 funty). Całkiem jakby życzliwa Opatrzność postanowiła maksymalnie uprzyjemnić ten dzień. Syte wrażeń, powróciłyśmy do Londynu już w nocnych ciemnościach – co jednak wcale nie znaczy, że Londyn spał – a następnego dnia oczekiwały nas muzea!



niedziela, 29 września 2013
Londyn - miasto czerwone cz. 3

Miasto Czerwone – dzień drugi, niedziela. Ekstremalny shopping.

Nastała niedziela, więc jako wstrętne bezbożnice, zamiast szukać gorączkowo po Londynie katolickiego kościoła (w pobliżu zlokalizowałam jedynie meczet i żydowską bożnicę), poszłyśmy na zakupy. Zaczęłyśmy od spenetrowania sklepiku z pamiątkami przy Muzeum Sherlocka Holmesa – klasycznego. (Nasz ukochany Holmes Cumberbatchowy jeszcze się nie doczekał swojego, ale kto wie, co przyniesie przyszłość?) Do samego muzeum nie weszłyśmy, za wstęp życzyli sobie osiem funtów, fotki z wnętrza widziałyśmy już w sieci, a nie jesteśmy z Serathe aż takimi fankami klasycznego detektywa. W dodatku przed wejściem już ustawiła się kolejka. Natomiast sklep prezentował się milusio, urządzony w wiktoriańskim stylu, z palmą w donicy, portierami, freskami pod sufitem i wyściełaną kanapką. W ofercie właściwie wszystko, na czym można umieścić napis „Elementarne, mój drogi Watsonie”. Kubki, kufle w kształcie głowy Holmesa (straszliwe), szachy z postaciami, artykuły piśmiennicze, pocztówki, „mordercze frisbee”, meloniki, breloczki, bardzo ekskluzywne wydania książek Doyle’a, naturalnie fajki, ale także fartuszki kuchenne i ściereczki do naczyń (omatkobosko), pluszowe misie poprzebierane za sami-wiecie-kogo, oraz 101 innych drobiazgów, mających na celu odciążyć portfel turysty. Dałyśmy się odciążyć, nabywając komplet ołówków, długopisy i 2 pozytywki na korbkę. Jedna z pozytywek wygrywała melodię wg opakowania będącą „Mrugaj, mrugaj, mała gwiazdko” a podejrzanie przypominającą „Były sobie kurki trzy”. Serathe uznała, że zrobiła świetny interes, kupując dwie piosenki w cenie jednej. Gdzieś z boczku, jakby wstydliwie, upchnięto DVD z „naszym” Sherlockiem i amerykańskim, oraz Moffatowe Cluedo. Potem szczęśliwy traf zagnał nas do innego sklepu z suwenirami tuż obok wejścia na stację metra Baker Street. Sklep, jak wiele podobnych przybytków w Londynie wyglądał skromnie na zewnątrz, a w środku atakował gościa oszałamiającą różnorodnością towarów. Tam też zostałam zaatakowana kilkoma regałami wyładowanymi elfikami, wróżkami, syrenkami, smokami, magami, magiczkami itp. rzeczami w jaskrawo-pastelowych kolorkach – do tej pory nawet nie wiedziałam, że taki efekt jest możliwy do osiągnięcia. Dobrze, że z wiekiem mi przeszły ciągoty do tego rodzaju durnostojek, inaczej jak nic wyszłabym z jakimś wielkim kolczastym smoczyskiem i miałabym problem, jak go pomieścić w plecaczku. Tymczasem kupiłam za niecałe 2 funty malutką wyderkę (Otterlock!) i zaczęłam się domagać jeża do kompletu. Jeża nie było, za to po wyjściu natrafiłyśmy na pewnego pana z wielką papugą na ramieniu. Wyglądała na błękitną norweską, miała piękne upierzenie, ale wyglądała na całkiem zadowoloną z życia i raczej nie tęskniła za fiordami.

Jeśli na zakupy, to do dzielnicy Camden (!), więc wpakowałyśmy się do piętrowego autobusu, oczywiście na górę i zajechałyśmy z paradą w miejsce, które okazało się kompletnie oszałamiające. Coś jak Jarmark Dominikański razy 10, trwający przez cały tydzień na okrągło. Przeważały stoiska z T-shirtami, gdzie bez problemu można było znaleźć takie ucieszności jak „Keep Calm and Don’t Blink” lub „Trust me I’m the Doctor”. Camden Market to były jeszcze tylko budki i zwykłe sklepy, ale potem dotarłyśmy do Camden Stables – czyli zabytkowych stajni, przerobionych na przestrzeń handlową. A żeby podkreślić to, że kiedyś były to stajnie królewskie, wszędzie naprawdę poumieszczano konie, kowali, stajennych i zaprzęgi – wszystko z brązu i w skali 1:1, z niewielkimi wyjątkami. Zachwycająca sprawa. Najbardziej oryginalnym sklepem, jaki zobaczyłyśmy natychmiast po wejściu na teren stajni, był „Cyberdog”. Pierwsze wrażenie: dyskoteka, ale dlaczego działająca w środku białego dnia? Weszłyśmy do środka trochę nieufnie, nieco ogłuszone rąbiącą z głośników muzyką techno. Wewnątrz mrocznie, błyskają światełka, a na dwóch platformach pod sufitem wygina się jakaś parka – chłopak i dziewczyna w kosmatych, różowych getrach. Jak się okazało, zaciemnienie było dlatego, że większość towaru świeciła w promieniach ultrafioletowych (w pewnej chwili zorientowałam się, że świeci mi lakier na paznokciach oraz sznurówki), a było tam wszystko, co tylko może się podobać technomaniakom i wielbicielom cyberpunku. Plus dział dziecięcy i na najniższej kondygnacji sexshop. Nie jestem maniaczką cyberpunku, ale zachwyciły mnie wystawione tam nowoczesne rzeźby – połączenie manekinów i elektronicznych bebechów. Sklep i galeria sztuki w jednym, cudowne. Niestety, kiedy próbowałam robić zdjęcia, natychmiast podleciał do mnie jakiś chłopaczek z obsługi, że „no pictures”. Dobra, nie chciałam się kłócić. Jak wrzucicie w google hasło „cyberdog”, wyskoczy kilka fotek, pewnie też nielegalnych. Po Camden można błądzić cały dzień i jeszcze się nie zobaczy wszystkiego, bo sklepiki i kramy tworzą istny labirynt. Ubrania, buty, książki, zegary, antykwariaty z wypchanymi zwierzętami, biżuteria, torebki, gry i zabawki najrozmaitszych rodzajów, stroje „gotyckie”, płyty, instrumenty muzyczne, wyroby ze skóry, indyjskie drobiazgi, wyroby tytoniowe, rzeźby, starocie z drugiej ręki – w tym także figurki bohaterów z filmów i komiksów – oraz jeszcze wiele, wiele innych rzeczy. Zakotwiczyłyśmy na dłuższą chwilę w wytwórni koszulek, zwabione portretami Dziesiątego, Dziewiątego i Jedenastego, oraz Tardis. Był też Sherlock, ale z osobliwie rybim spojrzeniem i nawet jakby lekkim zezem, więc stwierdziłam, że starczą mi koszulki z allegro. Na swój biust dobrałam niebieską, artystycznie namazaną Tardis (męskie S), natomiast chudeusz Serathe tonęła nawet w damskiej S, więc skośnookie panie wyciągnęły rozmiar dziecięcy i wykonały budkę na poczekaniu. Nasz klient – nasz pan! Niestety, a może stety, moja klatka piersiowa nie zmieściła się w kraciastej kiecce z innego stoiska, choć było to podobno XL. Może i dobrze. W tymże Camden Serathe zaspokoiła też swoją potrzebę kupienia bardzo kolorowej bawełnianej bluzy made in Nepal, a ja poszłam za jej przykładem – przez co później na lotnisku, identycznie odziane, wyglądałyśmy jak siostry, albo matka z córką (zależy z jakiej odległości). Oczywiście wielogodzinny shopping wzmaga głód, a na Camden można zjeść smacznie i wielonarodowo. Francuskie naleśniki, polska kiełbasa i pierogi, ryba z frytkami, ciastka, pączki z rozmaitymi dodatkami, kuchnia dalekowschodnia, bliskowschodnia i afrykańska – bazujące na ryżu, makaronie, mięsie drobiowym i tajemniczych przyprawach. Dobre to było i nie dziwię się, że John z Sherlockiem wiecznie zamawiali chińszczyznę. W ogóle, w Londynie lepiej jednak żywić się chińszczyzną, bo kuchnia angielska okazała się okrutnie ciężka. Natomiast to, co odkryłyśmy w miejscowym Tesco, nie budziło zachwytu, a chwilami wołało o pomstę do nieba. Kompletnie niejadalna zupka chińska (nasz Vifon czy Amino to w porównaniu mistrzostwo świata), chleb tostowy o konsystencji waty, tzw. woda smakowa przeraźliwie naładowana słodzikami, bez dolewania kranówki nie dawało się tego pić. Odważyłyśmy się na kupno sera, ale na wędlinę już nie. Jadalne okazały się zupy w puszkach i marmolada pomarańczowa (miś Paddington), generalnie jednak bazowałyśmy na kiełbasie i kiszonych ogórkach przywiezionych z ojczyzny. Koniec dygresji. Camden zostało wpisane na listę Rzeczy Które Należy Powtórzyć Następnym Razem. Po Camden kręciło się sporo nakrapianych ptaków, podejrzanych o bycie szpakami i rzeczywiście okazało się nimi, po skonsultowaniu z wikipedią. Kiedy wracałyśmy pod wieczór z tego rozpasania, postanowiłyśmy jeszcze przespacerować się Baker Street od krańca do krańca i sprawdzić, czy jest na niej jakaś piekarnia (ta, w której Czołg miał jakoby kupować bułeczki). Ostatecznie jest to ulica Piekarska. Na Baker Street stwierdzono obecność 1 (słownie: jednej) piekarni, która w dodatku specjalizowała się raczej w wypiekaniu wyrafinowanych croisantów, była połączona z kawiarnią i prawie ją przeoczyłyśmy, tak mało się wyróżniała. Uratowało to co prawda w pewnym stopniu honor ulicy, ale wcale nas nie zadowoliło. Baker Street bez prawdziwej piekarni, phi!

I tak się zakończył dzień drugi.



 
1 , 2