CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
niedziela, 23 czerwca 2013
O tym czego nam nie wolno i co w związku z tym radośnie olewamy

Na początku pragnę zawiadomić, że tajemniczą pracę ukończyłam i teraz wszystko zależy od czynników wyższych ode mnie. Nadal działam na tzw. jałowym biegu, czyli organizm uważa, że coś mam koniecznie robić i to pilnie, podczas gdy zadanie się skończyło i zębatki mielą powietrze. Ale nie o tym dziś chciałam. Otóż kilka dni temu natrafiłyśmy z koleżankami na artykulik pt. Czego nie powinna nosić trzydziestolatka? – ze sporym opóźnieniem, gdyż był wyemitowany już rok temu, ale nadal budzi zrozumiałe emocje. Trzydzieści lat zostawiłam za sobą już spory szmat czasu temu, tak przy okazji.

Zerknęłam na punkt pierwszy i natychmiast zdębiałam.

Nie wolno: kolorowych koszulek z zabawnymi nadrukami! Spojrzałam w tym momencie na swoją szafę, wypełnioną po brzegi grzeszną odzieżą. Koszulek bez nadruków (niezależnie od stopnia zabawności tych pierwszych) mam, o ile mnie pamięć nie myli, trzy. Nawiasem, czy w takim razie wolno trzydziestolatce nosić koszulki z nadrukami niezabawnymi lub wręcz posępnie-ponurymi?

Nie wolno: młodzieżowej biżuterii! Bardzo proszę określić, co jest ową „młodzieżową biżuterią”, bo jako żywo nie wiem i razem ze mną nie wie około 90% Polek, jak sądzę.

Nie wolno: mocno wyciętych szortów, eksponujących pośladki! Owszem, idąc do kościoła, na koncert symfoniczny albo do ekskluzywnej restauracji, natomiast dlaczego nie wolno włożyć ich na wyjście do parku lub na zakupy? I co ma do tego wiek, jeśli ma się do nich odpowiednie uda i tyłek?

Nie wolno: kryształków, brokatu i cekinków! Jakiś czas temu widziałam starszą panią w bladożółtej bluzce z wyszytym na niej dużymi perełkami kotem. Istotnie nie powinna jej wkładać, ale nie z powodu skończonych (jak mniemam) sześćdziesięciu lat. Po prostu bluzka była brzydka i równie fatalnie wyglądałaby na piętnastolatce.

Nie wolno: rozkloszowanych, falbaniastych spódniczek! Po raz kolejny zadałyśmy sobie pytanie: dlaczego ten zakaz powiązano z wiekiem i powtarzaną do znudzenia frazą „kobieta dojrzała”? Nadal będę twierdzić do upadłego, że to ma związek nie z wiekiem, a zwyczajnie z szerokością pośladków.

Nie wolno: kolorowych skarpetek! Co prawda stylistka łaskawie zaznaczyła, że tylko na spotkaniach biznesowych. Szczęśliwie nie chodzę na spotkania biznesowe, więc wolno mi mieć i nosić skarpetki w paseczki, kwiatki a nawet w kaczuszki.

Zabronione są bawełniane bluzy z kapturem. Kolejne curiosum. Przy czym pani Kasia zdradza nam prawdę objawioną, że takiej bluzy absolutnie nie powinnyśmy wkładać do pracy w biurze. Uroniłam łzę wzruszenia – przez tyle lat nie posiadałam tak cennej wiedzy! Jak ja żyłam do tej pory?

Kobieta trzydziestoletnia nie powinna nosić mocno wyciętych biodrówek. Z tych samych powodów co krótkich szortów. Jakie są te powody poza sakramentalnym „bo tak” pozostaje słodką tajemnicą stylistki Katarzyny K. Dodaje też, że powinnam się lepiej czuć w pełnych, zabudowanych spodniach. Owszem, na pewno będę się doskonale czuła w pełnych zabudowanych dżinsach po pępek, w których mam tyłek optycznie szerszy o 3 kilo. Mniót.

Kolejna rzecz zabroniona: czapka z daszkiem. Zamiast tego kapelusik. Czemu nie, pod warunkiem, że ma się długą szyję, inaczej w kapelutku wygląda się jak podgrzybek. Ja do szczęśliwych posiadaczek długiej szyi nie należę i z tychże powodów np. unikam jak ognia golfów, które zmieniają mnie w trolla. Niezależnie od wieku.

Nie wolno: nosić toreb z nadrukami ani toreb lnianych. Inaczej będziemy wyglądać śmiesznie i kiczowato. Szczęśliwie uniknęłam tego ciężkiego grzechu, gdyż noszę niemal wyłącznie plecaki. Czasami w kształcie owieczki.

Nie wolno: kolorowych frotek i spinek. Również nie grzeszę w tym wypadku, gdyż nie da się spiąć jaskraworudego jeżyka.

Obłożone klątwą: bazarowe tenisówki. Jedyny punkt, z którym mogę się zgodzić. Nie noście tenisówek ani w ogóle żadnych innych butów z rynku (ani z CCC). Tandetne, byle jak zrobione, rozlatują się po paru tygodniach. Lepiej już upolować używane markowe w dobrym stanie w jakimś szmateksie – zaświadczam, że w oryginalnych Adidasach przechodziłam 4 lata, a w nubukowej „włoszczyźnie” już 3 lata i pewnie pochodzę kolejne 3.

Kolejne mądrości zaczerpnęłam z „Autocenzury w szafie

Gdzie dowiedziałam się, że już w żadnym wypadku nie wolno mi włożyć jednocześnie mini i wysokich obcasów. Z jakiego powodu, Bór Szumiący raczy wiedzieć. Długich spódnic pozbywam się systematycznie, po prostu wyglądam w nich jak dzwonek. I to bynajmniej nie leśny.

Nie wychodzić z domu bez stanika! Poprawka: nie wychodzić z domu bez dobrze dopasowanego stanika.

Po trzydziestce tylko rurki! Dzwony precz! Oczywiście, zwłaszcza jak się chce podkreślić te dodatkowe kilka kilogramów na pupie, w takiej sytuacji rurki są wręcz niezastąpione.

Won z frywolnymi falbankami! Tak, tak, moje panie, po trzydziestce to już tylko wszystko grzeczne, gładkie i broń Borze sexy. Polecamy giezła wyjściowe marki Dejanira.

Nie odkrywać brzucha! Poprawka: nie odkrywać oponki.

Pokrzepiona powyższymi mądrościami, włożyłam koszulkę z kobrą i frędzelkami, krótkie spodenki, w uszy wetknęłam kolczyki w kształcie wisienek, zgarnęłam plecaczek zdobny znaczkiem z wydrą i jeżem – i poszłam fotografować fontanny, o czym w kolejnym odcinku.



niedziela, 09 czerwca 2013
Niebieski kwiat bez kolców

Korzystając z pięknej pogody, jaka panuje na północy Polski (chacha!) urywam się codziennie na wędrówki po chaszczach, głównie żeby nie zwariować od nadmiaru pracy umysłowej. Oczywiście wracam z łupami w postaci ziół do suszenia, rumianku, mięty, kwiatów czarnego bzu itp. Dzisiejszy rekonesans wykazał dojrzewanie poziomek (mniam, mniam!). A poniżej naoczny dowód, że zaczęły się też grzyby. Wszystko kwitnie jak wściekłe, na biało, różowo, żółto, niebiesko i fioletowo. W szuwarach zaobserwowałam obecność kwiatów bardzo przypominających żółte irysy, jednak google na hasło „kwitnąca trzcina/tatarak/szuwar” nie wypluwa nic sensownego. Koło brzozowego zagajniczka trafiłam też na coś frapującego, jakby storczyk w miniaturze. Co to, na Bora Szumiącego, może być? Czy jest na sali botanik?!



środa, 05 czerwca 2013
Wrocławskie Dni Fantastyki - foteczki

Mark Hodder, autor "Dziwnej sprawy Skaczącego Jacka", ze swoim redaktorem. Redaktor jest rudy, Mark jest łysy - tak dla wyjaśnienia.

A tu od lewej: robotorycerz (być może parowy), Mark Hodder, elfka (bardzo dzielna z powodu panujących temperatur, zbliżonych do arktycznych) oraz wyżej wymieniona redaktorka, tym razem w kucki, żeby nie peszyć autora swoim wzrostem. (Rolę peszyciela przejął rycerz parowy).

I jeśli nie macie nic przeciwko to poproszę, żebyście kliknęli TU. Kliknięcie nie niesie dla klikającego żadnych konsekwencji. Chyba żeby je chciał. Te konsekwencje.

sobota, 01 czerwca 2013
Notka wyjaśniająca

To nie jest prawdziwy wpis, tylko notka wyjaśniająca, dlaczego nie ma wpisu. Po podróży na wrocławskie Dni Fantastyki, które jakimś dziwnym trafem nałożyły się na Dzień Matki i komunie (oraz dość marną pogodę) wróciłam do domu i natychmiast wpadłam w wir pracy, dosłownie. Innymi słowy, zap…ieprzam jak mały samochodzik, od rana do nocy, odliczając kolejne dni do terminu i przerobione stronice. A odpoczynek wygląda tak, że ustalam: od tej do tej godziny robię redakcję, bo wymaga mniej klikania w klawiaturę, a potem wracam do tłumaczenia, które jest cięższe fizycznie i umysłowo. W międzyczasie moczę puchnące ręce w zimnej wodzie i smaruję ramię maścią z ketonalem. Ktoś coś mówił o łatwym życiu człowieka parającego się słowem? Nie słyszę. Jeżeli wszystko się uda, w sierpniu czeka was niespodzianka, więc trzymajcie kciuki. Nie powiem nic więcej.

PS. We Wrocławiu spotkałam Marka Hoddera, ale o tym napiszę za dwa tygodnie, okej?

piątek, 10 maja 2013
Pesymistyczna Łączka Kłapouchego

Po długiej przerwie Kłapouchy wznawia działalność. Nowa notka TU.

poniedziałek, 06 maja 2013
Syrop z podbiału

Wiosna próbuje w tempie przyspieszonym wynagrodzić spóźnienie, a Kot Niekanapowy zaczyna trochę wojażować. Nieco ponad tydzień temu wybrałam się z towarzystwem kajakowym do leśniczówki. Z dostępnych atrakcji był naturalnie las, jeziora i dużo chaszczy. Zaliczyliśmy dwunastokilometrowy spacer, na którym stwierdzono, że kwitną już kaczeńce, przylaszczki i całe dywany zawilców. W lesie zaś natrafiliśmy na dwie, niezbyt nami przejęte, sarny. Zaś w mijanym gospodarstwie trafił się indyk – gigantyczny, nastroszony i gulgocący. Był to pierwszy indyk, jakiego widziałam w stanie że tak powiem niegarmażeryjnym, poza supermarketem, i zrobił na mnie wielkie wrażenie.

W rodzimych chaszczach natrafiam co rusz na sroki, widziałam też dwie kuropatwy i sarnę (całkiem z bliska). Opóźniona wegetacja i niejaka przezroczystość zarośli pozwala na łatwiejszą obserwację. Szkoda, że na razie nie mogę jeszcze kupić sobie lornetki. Dziki są tu także, ale o tym świadczą tylko ślady rycia, bo świniaki za dnia siedzą zaszyte gdzieś w zaroślach i zapewne wychodzą na żer w nocy i o świcie. Jako że dla mnie świt to ósma rano, nie ma szans na kontakt bezpośredni. W sumie dobrze.

Akurat jest sezon na podbiał (a za chwilę zaczną na całego kwitnąć mniszki), więc nazbierałam dwa woreczki kwiecia i zrobiłam z niego syrop na przeziębienia. Przepis trochę z internetu, a trochę z głowy.

Surowce: kwiaty podbiału (dużo), cukier, woda.

Podbiał rośnie byle gdzie, jest rośliną ruderalną, nie potrzebuje specjalnych warunków, ale lubi słońce. Zbierać na łąkach, a nie przy drogach – chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego. W miarę możliwości otrząsnąć kwiatki z czarnych żuczków, przelać wrzątkiem na sicie, układać warstwami w słoju i przesypywać cukrem, ugniatając. Odstawić na dwa dni, żeby puściły sok. Zlać sok do jakiegoś naczynia, kwiaty włożyć do garnczka i zalać wodą (tylko tyle, żeby były przykryte), pogotować trochę na niedużym ogniu. Odcedzić na gęstym sitku, wygniatając starannie masę roślinną. Cały płyn, łącznie z tym, który się odcedziło wcześniej, teraz należy gotować, żeby trochę odparował. Powinien mieć kolor ciemnego bursztynu czy też esencji herbacianej. Podobno niektórzy gotują tak długo, że sok robi się gęsty jak płynny miód, ale moim zdaniem szkoda gazu. Przygotować niewielkie butelki, wlewać gorący syrop, natychmiast mocno zakręcać i przewracać butelkę do góry dnem w jakimś wysokim naczyniu (koszyk, wiaderko…). W ten sposób powinien się dobrze zakonserwować. Przechowywać w ciemnym miejscu. Dlaczego? Nie wiem. Może, żeby nie straciło koloru, a może żeby wrogowie nie znaleźli i nie ukradli.



wtorek, 23 kwietnia 2013
Ofiary

Pięć żuków utopionych w piwie Redd's - zwłoki znaleziono w jednej puszce. Miejsce zabójstwa: chaszcze za osiedlem na obrzeżach Gdańska.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Światowy Dzień Ziemi

Światowy Dzień Ziemi

Z tej okazji wybrałam się na całkowicie prywatną akcję sprzątania chaszczy. Piwoszy, rzucających puszki i butelki gdzie popadnie, w tym roku również nie brakuje. Plon jednego niezbyt nawet długiego spaceru to jedna wielka siatka całkowicie wypełniona pozgniatanymi puszkami i druga mała. Jakbym się uparła, zebrałabym trzecią – z plastikiem. Szkło zostawiam, niestety, jest po prostu za ciężkie, poza tym i tak przeważają puszki. W zeszłym roku przy okazji warsztatów ornitologicznych dowiedziałam się pewnej bardzo ważnej rzeczy: puszki z resztkami piwa działają jak doskonały wabik na owady i niestety zarazem jak pułapka. Wiele owadów włazi i już nie wychodzi, zdychając w środku. Taka puszka to trumna dla kilka, kilkunastu, czasami nawet kilkudziesięciu żuków. Zapuszkowany owad nie zutylizuje odchodów czy padliny, ani sam z kolei nie stanie się pokarmem dla ptaków. Jedna cholerna wyrzucona puszka z resztką piwa potrafi zachwiać ekosystemem sporego kawałka łąki. A ja zebrałam ich dzisiejszego dnia chyba ze 60 albo i więcej.

Teoria „nagrody automatycznej” wydaje się potwierdzać. W zeszłym roku za sprzątanie środowiska się mi znalazł w plenerze czterdziestopięciolitrowy plecak (brudny jak nieszczęście ale poza tym całkowicie sprawny i nieuszkodzony) a teraz na zachętę Bliżej Nieokreślona Siła Sprawcza podrzuciła dwie nietknięte puszki piwa Dębowego. Dziękuję, postaram się nie zawieść pokładanego we mnie zaufania, choć nie wiem czy zdołam sprzątnąć cały ten syf, zwłaszcza tam, gdzie jakieś niemyte świnie urządziły sobie dzikie wysypisko. No ale alleluja i w górę serca.

Koniecznie obejrzyjcie bardzo uważnie dzisiejszy baner Google.



środa, 17 kwietnia 2013
Nowe biżuty.

Zgodnie z zapowiedzią, Winchesterowie.

Bad Boy.

Puppy Eyes.

I jeszcze jakiś anioł się przyplątał.

Reszta TUTAJ.

Od pewnego czasu zastanawiam się nad tematem nowej notki i nie przychodzi mi na myśl nic poza kanibalizmem oraz faceci-są-beznadziejni. Wiosenny spadek wena blogowego?

poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Zdecydowanie SHERLOCKED

Dnia dzisiejszego Toroj wybrała się na zakupy do pobliskiego marketu typu Biedronka, dla odprężenia słuchając na zakupach muzyczki z podręcznego smartfona. W pewnym momencie ktoś do niej ZADZWONIŁ. Dzwonił uparcie i zaniepokojona Toroj wygrzebywała telefon z kieszeni kurtki, plącząc się w kabelku, pukała po ikonkach, usiłując coś zrobić - i dopiero po upływie prawie minuty zorientowała się, że nikt nie dzwoni, tylko w folderze z muzyką filmową właśnie leci sobie motyw z "Sherlocka". Kurtyna.

*

Utrzymując się w nastroju: wystawiłam na allegro box sherlockowy TU i kto chce, może go nabyć. Jutro do towarzystwa przybędą mu dwa witrażowe motyle i trochę malowanych aniołków, a pojutrze, miejmy nadzieję, cały zestaw biżutów z Deanem, Samem i Castielem. Johna Winchestera nie będzie, bo go nie lubię.