CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
niedziela, 20 października 2013
Miasto żółte – dzień pierwszy

Miasto żółte – dzień pierwszy.

Kiedy lądowałam w Anglii, widać było przede wszystkim chmury. Morze Śródziemne (o Borze Szumiący, Morze Śródziemne iiii…) miało kolor niebieskiego atramentu, a sama Malta była mała i żółta. Żółto-płowa, mówiąc dokładniej. A dokoła jej brzegów uwijały się jakieś jednostki pływające. Maltańskie lotnisko powitało nas słońcem i temperaturą. Była połowa września, więc było zaledwie 29 stopni, ale i tak dość szybko zaczęłam się podgotowywać w dżinsach. Wyszłyśmy z hali przylotów i ryms (!) palma. Zapatrzyłam się na nią nabożnie. Do domu Serathe był jeszcze kawałek, a widoki za oknem autobusu, po statecznej, porządnej i wylizanej Anglii, jawiły się jako nieco szokujące. Domy były utrzymane głównie w różnych odcieniach żółtego. Spora ich część wyglądała na zaniedbaną i łuszczyła się z nich całymi płatami farba. Dopiero później miałam dostrzec, że chociaż domy maltańskie bywają w pewien nonszalancki sposób niechlujne (podobnie jak artysta, który nosi niezbyt świeżą koszulę, obszarpane dżinsy, nie wiąże sznurówek i przydałoby mu się golenie) to nie są brudne w ten odrzucający sposób, nagminny w Polsce, ani nie pogryzdane przez wandali ze sprajami. Architektura jest tam typowa dla terenów wystawionych na upały: solidne ściany, niewielkie okna, wąskie fasady często z charakterystycznymi dwuskrzydłowymi drzwiami i jednym okienkiem, by nie wpuszczać do środka zbyt wiele gorącego powietrza. Siedziba statystycznego Maltańczyka nie ciągnie się wszerz, a w głąb i w górę – przeważająca część zabudowań ma tarasy na płaskich dachach. Na dachach są też zbiorniki z wodą. Cała wyspa to kawał skały, pokrytej cienką warstwą gleby, więc co tylko się da – rury, kable itp. – ciągnie się po wierzchu. Dom, wynajmowany przez Serathe: na dole salon, wyżej kuchnio-jadalnia, jeszcze wyżej sypialnia i na samej górze pralnia – wszystko połączone wąskimi schodami kręconymi, poustawiane jedno na drugim, jak wieża z klocków. Pralkę, a jakże, wnosił na najwyższe piętro dźwig i nie jest to tam żadna osobliwość.

Roślinność dzika jest sucha, kolczasta, odporna na wiatry i słońce. Jak u nas czarny bez, tak tam wszędzie pleni się opuncja, świetnie też radzą sobie drzewa szpilkowe, takie jak sosny i tuje.

Po marnie przespanej nocy i męczącej podróży wpierw musiałyśmy trochę odespać, ale po południu poszłyśmy do blisko położonego ogrodu San Anton, gdzie zobaczyłam jeszcze więcej palm :-) Oraz różne inne roślinki, które kwitły sobie w najlepsze, mimo tego, że była połowa września. Drzewka cytrynowe rozpoznałam, jak również dwa figowce, okalające ścieżkę. Natychmiast przypomniałam sobie „Cieplarnię” Aldissa, gdzie taki jeden figowiec zajmował całą (byłą) Europę, popatrzyłam na te niesamowite pnie i stwierdziłam, że owszem, to byłoby możliwe. Znakomitej większości roślin nie znałam nawet z widzenia, a Serathe twierdziła, że bardzo wiele z nich to nie są gatunki rodzime, ale nic to. Moja potrzeba egzotyki została zdecydowanie zaspokojona. Cały ogród wyglądał jak jedna gigantyczna palmiarnia. Poza tym po ścieżkach łaziły pawie z młodymi, w zagródce rezydowały kury i kaczki. W jednym stawku pływały dwa czarne łabędzie, w drugim co najmniej kilkanaście żółwi, a w trzecim złote rybki. Poza tym wszędzie było pełno kotów – w rozmaitych kolorach, wieku, płci i cechach charakteru. Mieszkają tam na całkowitym legalu, dokarmiane i pojone przez pracowników. Część zachowywała dystans, ale część łasiła się i domagała pieszczot. W jednym z zakątków ogrodu znajdowały się woliery z ptactwem, które odebrano niedbałym właścicielom. Nie było tam tłoku. Maltańczycy ogólnie lubią zwierzęta, a złe traktowanie domowych zwierzaków jest mocno piętnowane społecznie.

Zaobserwowana ludność (poza turystami) prezentuje się jako mieszanina biało-brązowo-czarna. Większość białych ciemnowłosa, ciemnooka i śniada jak stereotyp południowego Włocha. Trafiają się czarnoskórzy – wielu z nich to uchodźcy z Libii. Jeśli trafi się coś skośnego i żółtego to na bank turysta. Językiem urzędowym jest angielski i rzeczywiście można się w nim dogadać wszędzie – z kierowcą autobusu, w sklepie, na ulicy, i nawet ze starszą panią, która handluje na bazarze. Maltański oczywiście również rozbrzmiewa wszędzie i jest niewiarygodnie osobliwy. Brzmi jak mocno scementowana mieszanina arabskiego i włoskiego, posypana po wierzchu słówkami z angielskiego i francuskiego. Mózg uszami wycieka.

Mój pierwszy dzień na Malcie skończył się dwukrotnym spożyciem smażonego kalmara – to znaczy pierwszym i ostatnim. MMŻ Serathe przyrządził kolację. Nie mam nic do jego zdolności kulinarnych, ale kalmar sam w sobie ma konsystencję gumowego szlaucha – z mackami. Zwłaszcza te macki mnie przerosły. No ale zaliczyłam kalmara i nie muszę już tego powtarzać, co za ulga.



sobota, 12 października 2013
Czas leci, rosną dzieci

Kiedy Ryżyk się wprowadził, był mniej więcej wielkości mojego adidasa.

W tej chwili przerósł glana. Ma 42 cm od nosa do nasady ogona. Ogona nie mogłam zmierzyć, bo się za bardzo ruszał.

Po drodze oboje, Ryżyk i Tori, zaliczyli koci katar. Ryżątko musiało przywlec ze sobą – i co z początku wydawało się niezbyt groźną infekcją oka, rozkwitło w całej okazałości po paru tygodniach. Ryżyk wizyty u weterynarza i lekarstwa przyjął z pogodą ducha: życie jest zbyt interesujące, żeby się koncentrować na jego mniej przyjemnych stronach. W tej chwili jest już praktycznie zdrowy i roznosi dom na czynniki pierwsze. Podawanie tabletek kotu w wykonaniu Ryżyka: bierze się tabletkę, kładzie się na miseczce, woła się kota, kot przychodzi i zjada tabletkę. Kurtyna.

Za to Torka… Spróbujcie, mili państwo, wywlekać cztery razy dziennie spod łóżka i podawać leki kotu, który Sobie Nie Życzy. Ostatecznie stanęło na zastrzykach co drugi dzień, bo łatwiej jest złapać kota i wepchnąć go do kontenerka, niż wtykać mu coś do paszczęki.

A oto Ryżyk w całej okazałości, z czytnikiem obok, dla porównania wielkości. I ten kot nadal rośnie…



piątek, 11 października 2013
Miasto czerwone cz.6

Miasto czerwone – dzień szósty, czwartek. Pożegnanie.

Ten dzień miał być ostatnim w stolicy Anglii. Ostatnie spacery, ostatnie kupowanie pamiątek i drobiazgów dla rodziny. Obie miałyśmy ochotę na powrót do Camden, gdzie zajrzałyśmy tym razem również na Camden Lock – miejsce koło kanału, gdzie prócz normalnych stoisk były też kramiki z chińskim jedzeniem, które można było spożywać przy stołach z widokiem na kanał i śluzę. Stamtąd też pochodzi zdjęcie z wielkim mosiężnym lwem. Nad kanałem przebywały na wpół oswojone gęsi, utuczone na rzucanych im frytkach. Serathe nabyła zaś u pewnego miłego pana na wyprzedaży koszulkę z graffitti Banksy’ego: szczurem i napisem „I'm out of bed and dressed – what more do you want?” (Wstałem z łóżka i jestem ubrany – czego chcesz więcej?) Święte słowa.

Ponownie pojechałyśmy pod Barts, by rzucić po raz ostatni okiem na obiekt kul… eee… to znaczy na miejsce kręcenia epickiej sceny upadku Sherlocka. Zszokowanym oczom naszym ukazała się wyczyszczona święta budka telefoniczna. Świętokradztwo dokonane na fandomie! Oczywiście natychmiast przeciwdziałałyśmy tej straszliwości, zostawiając własną karteczkę, jako zaczątek nowej kolekcji fangirlowych wpisów.

Serathe uparła się na Muzeum Zegarmistrzów w Guildhall Library, a przy okazji po drodze zerknęłyśmy sobie na London Wall, czyli kawałek ruin, pozostawiony przez londyńczyków „ku pamięci” po bombardowaniach miasta. Muzeum Zegarmistrzów nas zaskoczyło, bo a/ było małe - ładne i miało ciekawe eksponaty, od bardzo stareńkich zegarów szafkowych i pierwszych mobilnych wielkości solidnego kubka, aż do współczesnego wzornictwa i elektronicznych – ale jednak małe; b/ nie miało sklepiku (!) co rozczarowało Serathe, która miała nadzieję na zakup jakichś zegarmistrzowskich dynksów dla swojego TŻ.

Tate Modern Gallery było całkiem niedaleko, więc podreptałyśmy zapoznać się ze sztuką współczesną. Oczywiście nie mogłyśmy jak normalni ludzie, tylko zaczęłyśmy od Sklepiku z Pamiątkami, zamiast na nim skończyć. Bardzo dużo albumów i książek o malarstwie, zabawki dla dzieci, jakieś malowanki, rameczki do obrazków i różne pierdołki, kolorki raczej pastelowe. Coś mnie tknęło, że mi się tu podoba trochę jakby średnio, ale harcerz się nie łamie i idziemy dalej. Co tu jest za free? O, współczesna sztuka afrykańska – może być fajne. Kluczowe okazało się słowo „współczesna”… Spodziewałam się kolorowych tkanin, rzeźb inspirowanych starym Beninem, może jakichś zdjęć krajobrazów, miast i ludzi… Tymczasem niemal przy wejściu zostałam zaatakowana widokiem sklepowej zamrażarki wyładowanej bladymi kurczęcymi korpusami. Odniosłam wrażenie, że plastikowymi, ale nie miałam ochoty przyglądać się bliżej. Dalej był drewniany, nieheblowany stół, na którym leżały rozmaite banknoty i kamienie. Dalej na podłodze winylowe płyty pomalowane złotą farbą… W kącie kolejny stos kurzęcych części, pochlapanych na czerwono. Tkaniny owszem były – ale określiłabym je jako „szmaty”. Zdawałam sobie sprawę, że jest w tym wszystkim jakiś głęboki symbolizm, ale był najwyraźniej taki głęboki, że nie umiałam z niego wygrzebać sensu. Czegóż chcieć, jestem osobą, której się podoba elf na łosiu. Dojrzałam coś w dwóch instalacjach, ale wcale nie mam pewności czy odczytałam je właściwie. Po kilku minutach dałyśmy sobie spokój i poszłyśmy pospacerować nad Tamizą. Jedyne muzeum w Londynie, które nam się nie spodobało, ale oczywiście nie można wyrokować na podstawie jednej wystawy. Louise bardzo zachwalała, a my widocznie miałyśmy pecha.

Uparłam się, że chcę sprawdzić jeszcze jedną lokację, a mianowicie Old Compton Street, która jakoby jest centrum subkultury gejowskiej – i gdzie umieściłam część akcji „Możesz mnie dotykać”. Tak, chodzi o klub nocny Red Valentine. Okazało się, że aczkolwiek klub o tej nazwie nie istnieje, bez problemu mógłby się w tej lokacji znajdować. Przeszłyśmy się tą ulicą w te i we w te, po drodze rejestrując mnóstwo lokali z ogródkami za zewnątrz, a przy każdym stoliczku siedziały męskie pary. Jak się zachowywali? Normalnie. Co w końcu się robi w pubie czy kawiarni? Siedzi się, rozmawia, pije herbatę lub piwo. Ale fakt faktem – tylko raz dostrzegłam przy takim stoliku kobietę i mężczyznę. Jak ktoś szukał wyuzdania to owszem, był zaułek z Peep Show i po drodze zauważyłyśmy też dwa sexshopy, zdecydowanie dla panów lubiących panów – w witrynach manekiny prezentowały specyficzną bieliznę z dziurą na tyłku. I tyle, jeśli chodzi o rozwiązłość w wykonaniu Anglików. Na Oxford Street zrobiłam jeszcze najazd na Marksa & Spencera, domagając się ciuchów z elementami z Doktora Who. Doktorowych nie było, za to wyszłam z 2 parami starwarsowych skarpetek, udając, że to wcale nie dla mnie, tylko dla mojego trzynastoletniego (nieistniejącego) syna. Gdzieś podczas tej bieganiny zaczepiłyśmy też o Primark, gdyż znajoma twierdziła, że można tam dostać bardzo fajne i bardzo tanie ciuszki. Primark był jeszcze jednym sklepem typu „tardis” czyli takim, co się wydaje mniejszy na zewnątrz. Nastawione byłyśmy głównie na T-shirty, ale było z tym raczej średnio. Homer Simpson, którego żywiołowo nie cierpię, trochę Batmana (uczucia letnie), Spiderman (całkowita obojętność), stary marvelowski Wolverine na żółto (au), poza tym dużo bluzeczek z bladawymi nadrukami, które nazywałyśmy z Serathe „jednorazowymi”, gdyż wyglądały jak uszyte z chusteczek do nosa i robiły wrażenie, że się rozpuszczą na deszczu. Zero zakupów.

Ostatnim miłym akcentem była bardzo przedsiębiorcza mysz, biegająca po peronie metra na stacji Oxford Circus.

Wieczór zajęło nam ponowne kompaktowe pakowanie torby i plecaka. Lot miałyśmy około 7 rano, więc żeby dotrzeć na lotnisko i odstać swoje w kolejkach, musiałyśmy wstać o 3 nad ranem. Czyli przedrzemać w ubraniu pod pożyczonymi kocami, a potem podreptać przez nocny Londyn na Gloucester Road, gdzie zatrzymywał się Easybus. Jednak nie traciłam ducha, gdyż w perspektywie czekała mnie MALTA.



poniedziałek, 07 października 2013
Miasto czerwone cz.5

 

Miasto czerwone – dzień czwarty, wtorek. Dinozaur na przystawkę.

Wtorek lekkomyślnie postanowiłyśmy przeznaczyć na przelecenie się po muzeach. Muzeum Historii Naturalnej, Naukowe oraz Sztuki są niejako w kupie, więc to bardzo ułatwiało zadanie. Liczyłyśmy po polsku: tu godzinka, tam godzinka i styknie. Naiwne!

Już na trawniczku koło MHN przywitał nas sfosylizowany pień drzewa, dużo większy, niż te w Regent’s Park. Potem weszłyśmy do holu (żadnych biletów, wstęp jest za free) i tu z kolei stanęłyśmy twarzą w… czaszkę ze szkieletem brontozaura. Moje wewnętrzne dziecko zrobiło „łaaaaał”. Dinozaur ciągnął się od wejścia niemal do końca pomieszczenia, a nie było ono małe. Oczywiście natychmiast zaczęłyśmy szukać działu ze szkieletami, ale niestety, dinozaury akurat były nieczynne – oddano je do odkurzania czy coś w tym stylu. Jednak inne skamieliny (na przykład plezjozaur) umieszczone na stałe na ścianach innych pomieszczeń, trochę nas pocieszyły. Niemal od razu się zorientowałyśmy, że obejrzenie wszystkiego będzie niemożliwe, więc postanowiłyśmy wyselekcjonować najbardziej nas interesujące działy. W ten sposób trafiłyśmy do owadów, pajęczaków i skorupiaków. Z podziwem obejrzałyśmy gigantyczny (i ruchomy!) model skorpiona, wnętrze termitiery, ogromne kraby oraz ze zdumieniem dowiedziałyśmy się, że pszczoła żyje zaledwie 6 tygodni. Myślałam, że przynajmniej rok, ale niestety! Z drugiej strony, jednodniowej jętce taka pszczoła musi się wydawać długowieczna, jak nam elfy i krasnoludy. Na uwagę zasługiwały stanowiska dla dzieciaków, gdzie można było sobie coś pociągać, ponaciskać, poodgadywać zagadki itp. Najwyższe uznanie.

Interesowały nas przede wszystkim zwierzęta, więc zgodnie ze strzałkami poszłyśmy obejrzeć działy ptaków i ssaków. Od razu było widać przeszłość kolonizacyjną Anglii: pełno wypchanych zwierząt. Lwy, tygrysy, lamparty, wypreparowane strusie, dziobak… Cała Afryka, Azja i Bór Szumiący wie co jeszcze. Wszystkie okazy w doskonałym stanie, zadbane, ale znakomita większość bardzo wypłowiała – bez wątpienia miały dziesiątki lat, może nawet sto? Stosunek Anglików do własnej niechwalebnej przeszłości, czyli masowego wybijania zwierząt egzotycznych, jest pragmatyczny, na zasadzie „było, minęło, ale czemu miałoby się marnować?” W kolejnej sali jakaś gigantyczna ciemna masa, znów od krańca do krańca – dopiero po chwili rozpoznałam w tym czymś model wieloryba wielkości naturalnej. O rety! Był to chyba płetwal błękitny. Na jego tle figury słoni wydawały się całkiem nieduże. W gablotach konie (w tym również koń Przewalskiego), gazele, niedźwiedzie, łoś (jakże żałuję, że nie wyszło mi zdjęcie, które mogłabym podpisać „Sam Winchester w środowisku naturalnym”), hipopotam… a także ssaki dawno wymarłe, takie jak tygrys szablozębny, mamut albo megatherium – te już w postaci poskładanych szkieletów. I znów zagadki albo stanowiska w stylu „zważ się i sprawdź ile razy twoja waga mieści się w wybranym zwierzęciu”. Moje porównanie do białego niedźwiedzia wypadło całkiem optymistycznie. W ptaszarni niesłychana obfitość wszystkiego co fruwa (poza nielotami oczywiście), a nawet całe drzewko obwieszone kolibrami, jak choinka bombkami. Trafiłyśmy też do bardzo ciekawego działu ewolucji człowieka – modele, wykresy, zdjęcia, porównania, kości… Szczęśliwie dotarłyśmy też do czegoś, co nazywano Skarbnicą i wyglądało – ho ho – całkiem poważnie. Ta część wydzielona została szklanymi ścianami, oświetlona w specjalny sposób, żeby światło nie szkodziło zbiorom – były tu wyeksponowane najcenniejsze rzeczy (a przynajmniej ich część). Czaszka neandertalczyka, zapiski Darwina i wypreparowane okazy, które przywiózł z wyprawy HMS „Beagle”, stareńkie karty z zielników, rozczulające swoją wiktoriańską ozdobnością, płyta wapienna ze szkieletem archaeopteryxa… A najmilszym akcentem było to, że w kilku miejscach umieszczono plastikowe kopie eksponatów z zachęcającymi napisami „please touch”. Czas mijał nie wiadomo jak i kiedy, nogi bolały od chodzenia, należało się zbierać do wyjścia, a gdzież jeszcze dział minerałów, ekologii, laboratorium…? Sam sklepik z pamiątkami (bluźnię, nie sklepik a sklep pełną gębą) zasługuje na uwagę, bo wszystko, co znajdowało się na wystawach miało też odbicie w oferowanym towarze. Dinozaury różniste – są, zwierzęta pluszowe, plastikowe, szmaciane, drewniane – są, gumowe robale – są, książki i albumy – są, rzeczy z motylami – są, przedmioty z recyklingu – są, minerały – są. Szkielety i makiety do składania, gry edukacyjne – są. Breloczków – zatrzęsienie, w tym nawet przeurocze szmaciane wirusy kataru, z oczkami. A kiedy zobaczyłam na półce estetyczne pudełeczka z kupą słonia (przypuszczam, że wysuszoną), to już musiałam sobie poprawić opadającą szczękę. Tam też łypnęła na mnie z regału wydra, a raczej wydr. Odwróciłam oczy, mówiąc sobie, że jestem już za stara na pluszaki (brednie), wydr jest za duży i w ogóle to kosztuje tyle co dwa obiady… No i co? No i wyszłam stamtąd z wydrem w torbie! I absolutnie nie żałuję tego zakupu, bo Sherlock (jak inaczej miałby się nazywać?) okazał się później wdzięcznym modelem przy robieniu zdjęć. Przy wyjściu złapał nas jeszcze ankieter z tabletem i wypytał dokładnie skąd jesteśmy, co oglądałyśmy, jak nam się podobało, czy chcemy wrócić (oczywiście!) i czego jeszcze byśmy sobie życzyły na ekspozycjach. Z jego pytań wypływał wniosek, że nie widziałyśmy połowy tego, co MHN ma do zaoferowania i w ten sposób zostało wciągnięte na listę „Wrócić i zbadać dokładnie następnym razem”, podkreślone wężykiem.

W holu Science Museum od razu stwierdziłyśmy, że nie da rady, absolutnie brak szans na szczegółowe zwiedzanie, więc obejrzałyśmy początki rewolucji przemysłowej, czyli wielgachne maszyny parowe, przeszłyśmy przez kosmos i rozwój lotnictwa, a potem uznałyśmy, że najbardziej nas interesuje rozwój medycyny i weterynarii. Opisać się tego nie da, dość wspomnieć, że zaczęłyśmy od pierwszych, niezdarnych jeszcze płuco-serc, aparatów Roentgena i skanerów, a potem cofnęłyśmy się w przeszłość, do medycyny egipskiej, arabskiej i ciemnych wieków, kiedy panowała dżuma oraz zabobony. I stamtąd nas już zaczęto uprzejmie wyganiać, bo zostało pół godziny do zamknięcia. Generalnie, polskie muzea w porównaniu wyglądają skromnie i jakoś niepokaźnie. Zaliczyłyśmy jeszcze „wyjście przez sklepik z pamiątkami” – tym razem bardzo wyraźna przewaga gadżetów naukowo-edukacyjnych oraz zabawek mechanicznych. Parę rzeczy z Doktora Who też było!

No i tyle, przeznaczenie jednego tylko dnia na trzy muzea okazało się mrzonką. Zdecydowanie bardziej realistyczna jest wersja: Jedno Muzeum – Jeden Dzień i to od rana do zamknięcia. Wisienką na torcie tego dnia okazały się wielkie, dziwaczne, jasnofioletowe kwiaty, które zobaczyłam w kwiaciarni, mijanej po drodze do naszej dziupli. Zapytana pani kwiaciarka oznajmiła, że to „artichoke”, co nam niewiele mówiło. „Sprawdzimy w Internecie, ale mnie to wygląda chyba na karczocha” – powiedziałam niepewnie po polsku, na co pani z kwiaciarni się rozpromieniła: „To panie z Polski?!”. Jak się okazało, rodaczka, w Anglii już od kilku lat. Od tamtej pory mówiłyśmy sobie „dzień dobry” kiedy tylko była okazja.

Kiedy włóczyłyśmy się po Anglii, całkiem często słyszałyśmy język polski, rosyjski (oraz kilka innych). Londyn to multikulturowy kocioł, w którym w równych proporcjach kipią rozmaite nacje i rasy. Nie jest niczym dziwnym widzieć w metrze białą kobietę w służbowym garniturku, obok czarną muzułmankę w chuście i dżinsach, faceta ewidentnie z Japonii lub Korei i biało-ryżego gościa archetypicznie wręcz irlandzkiego. Grupka dziewcząt nadających z prędkością kulomiotu po hiszpańsku, a obok my – Polki.

 

Miasto czerwone – dzień piąty, środa. Śladami Piotrusia Pana.

Środę postanowiłyśmy przeleniuchować w Ogrodach Kensingtońskich, a potem zajrzeć do Harrodsa. Wcześniej jednak zajrzałyśmy do mijanego już parokrotnie London Beatles Store, z czystej ciekawości, bo aczkolwiek Beatlesi są fajni, to nasz fangirlizm ich nie obejmuje. Gdybyśmy jednak były fanatyczkami Johna, Paula, George’a i Ringo, to byśmy tam pewnie dostały samorzutnej owulacji, bo było tam wszystko, co sobie może fan zamarzyć. Od najskromniejszych breloczków aż po oryginalne (i bardzo drogie) winyle z autografami. A po drodze: płyty, poduszki, kapcie, kubki, oczywiście T-shirty i cały ten chłam miły sercu każdego fana. Szczególnie mnie zauroczyło pudełko na drugie śniadanie w kształcie Żółtej Łodzi Podwodnej. Ciekawe czy wodoszczelne…

Zwiedzanie całego Hyde Parku zajęłoby pewnie calutki dzień, więc ponownie rozsądnie ograniczyłyśmy się do obejrzenia części z pomnikiem Piotrusia Pana. Sherlock towarzyszył nam w plecaczku i pozował do fotek, szczególnie w miejscach z jakąś wodą – ostatecznie jest wydrą. Park uroczy i bardzo angielski, czyli zapuszczony w sposób artystyczny. Trawniki postrzyżone równo jak stół, a jednocześnie tu i ówdzie pozostawiane zarośla i kłęby jeżynowisk, chyba jako mateczniki dla tutejszej drobnej zwierzyny. Bo zwierzyny było a było! Jako pierwsze objawiły się łabędzie, kaczki, łyski i kurki wodne – wg. tablicy informacyjnej żyło ich tam kilkanaście gatunków – potem czaple, a następnie wiewiórki. Szare z lekko rudawym odcieniem, utuczone i okropnie ruchliwe. Zatrzymywały się dosłownie na parę sekund, by po chwili znów biegać i podskakiwać. W ten sposób większość zdjęć przedstawiała rozmazane wiewiórkopodobne smugi i musiałam je wykasować. Kiedy zaś w pewnym momencie przez ścieżkę i trawnik przegalopowały dwa dorodne szczury, uderzyło mnie silne skojarzenie z ilustracjami do „Piotrusia Pana” namalowanymi przez Arthura Rackhama. Poza secesyjnymi elfami, były na nich też myszy i szczurki. Wrażenie pogłębiło się jeszcze bardziej, kiedy w dalszej części parku natrafiłyśmy na prawdziwe kruki. Kruk Salomon, mentor Piotrusia! A przy Round Pond między gęsiami, łabędziami i kaczkami kręciły się szpaki. Zapewne praprapra-dużopra-wnuki tych szpaków, które budowały małemu Piotrusiowi jego łódeczkę. James Barrie napisał „Piotrusia”, a Rackham malował swoje obrazki ponad 100 lat temu, ale najwidoczniej od tamtej pory w Ogrodach Kensingtońskich niewiele się zmieniło. W każdym razie nie w kwestii zwierzaków. Pomnik Piotrusia, oglądany w Sieci, wydawał mi się niewielki, ale na miejscu okazało się, że jest całkiem spory: stopy statuetki miałam na wysokości oczu. Może niektórzy uznają, że jest kiczowaty – te wszystkie wróżki, króliczki i wiewióreczki na cokole – ale mnie się jednak bardzo podoba. Podobnie jak Pomnik Energii Fizycznej - co ja poradzę, że wolę przystojnego (nagiego) faceta na pięknym koniu od zgramolonej garści krzyży, mającej symbolizować uciemiężenie narodu? Byłyśmy już nauczone doświadczeniem, że wszystko, cokolwiek było w Londynie do zwiedzania, ma „sklepik z pamiątkami”, więc powiedziałam do Serathe półżartem: „Ale będzie śmiechu, jeśli tu też mają sklepik, a w nim pluszowe wiewiórki i czaple!”. Niedługo potem dotarłyśmy do Kensington Palace i wówczas okazało się, że można go zwiedzać (za biletami), a obok jest sklepik! Oczywiście zajrzałyśmy – nie żeby nas jakoś szczególnie interesowało życie rodziny panującej Wielkiej Brytanii, ale naprawdę byłyśmy ciekawe, co można sprzedawać w takim sklepie. Wiewiórek i ptaszków nie było, za to w ofercie mieli: albumy o księżnej Dianie i fotografie royal babies, wyrafinowane tradycyjne serwisy do herbaty, rękawiczki, kapelusze i ręcznie robione mydełka. Oraz między innymi korony i strojne sukienusie dla małych dziewczynek, które chciałyby pobawić się w królewny. Wyszłam stamtąd rozbawiona. Tuż obok pałacu położony jest ogrodzony wysokim parkanem plac zabaw dla dzieci, imienia księżnej Diany. Ku naszemu zdumieniu, okazało się, że mają tam wstęp tylko dzieci oraz rodzice z dziećmi. Dorosłym wstęp wzbroniony. Trochę szkoda, bo byłam ciekawa, jak wygląda piracki okręt, który dzieciaki mają tam do zabawy, ale uznałyśmy, że przepis jest całkiem rozsądny: jeśli to miejsce dla dzieci, to po grzyba tam się mają szwendać dorośli? Za to przed wejściem stał tzw. Elfin Oak czyli Elfi Dąb. Wyrzeźbiony w 1911 roku przez Ivora Innesa w prawdziwym dębowym pniu, przedstawia mnóstwo drobnych figurek krasnali, elfów i wróżek, oraz rozmaitych zwierzątek. W 1996 został odrestaurowany i wystawiony do oglądania. Przeuroczy przykład artystycznego kiczu. Serce rośnie.

Do Harrodsa wg mapy teoretycznie było blisko, ale tylko teoretycznie, więc wpakowałyśmy się na górkę do piętrusa, co nam dało po drodze niepowtarzalny widok na rzeźbę, którą ochrzciłam „Elf na łosiu”. Tak, wiem, w Hobbicie był to raczej elf na jeleniu, ale skojarzenie miałam jednoznaczne. Koniec kropka, nie pomoże żadne tłumaczenie, że żaden elf  i że to coś to nie rogi, tylko taka stylizowana końska grzywa. Elf na łosiu i już.

Dom Towarowy Harrodsa okazał się przytłaczający swoją ekskluzywnością. Ten typ instytucji, gdzie klamka jest droższa od klienta. Wiadomo z góry, że ceny będą nie do przyjęcia, ale chciałam sprawdzić w naturze lokację z „Chcesz być moim nie-przyjacielem?”. Wystrój, urządzony w stylu egipskim, był bardzo ładny, natomiast wyjątkowo mi się nie podobały grube, puchate wykładziny pod nogami. Miałam wrażenie, że chodzę po uginającym się bagnie. Sklep-labirynt, brakowało tylko czyhającego Minotaura, żadnej mapy, żadnych kierunkowskazów, błyskawicznie traci się orientację i co wrażliwsi mogą dostać ataku klaustrofobii (brak okien). Wszystko zieje blichtrem i snobizmem. Ohyda. Dopiero na najwyższym piętrze, w dziale zabawek, zrobiło się sympatycznie. Kącik dla fanów LOTR i Harry’ego Pottera, zabawki ze Star Wars, coś dla startrekowców i wielbicieli Marvela, prześliczne pluszaki – i równie prześliczne ceny. Krótko mówiąc, wydra z Harrodsa była prawie czterokrotnie droższa od tej z muzeum. Serathe zapadła tam na chorobę zwaną „cluedo breloczkowe” i zdaje się, że nadal z niej nie wyzdrowiała. Jakoś udało nam się wydostać z tego molocha, a że Muzeum Wiktorii i Alberta było o rzut beretem, wdepnęłyśmy i tam. Niestety, znów za późno, bo we wrześniu zaczynają zamykać wcześniej, więc udało nam się zobaczyć tylko jedną galerię rzeźby – i odkryć tam artystyczny slash.

W trakcie tego włóczenia widziałyśmy też dwoje małych Ślizgoniątek w szkolnych mundurkach – chłopczyka i dziewczynkę, w wieku może 7-8 lat. Oboje w zielonych marynareczkach i zielonych berecikach, w zielonych podkolanówkach, a dziewczynka miała spódniczkę w zielono-czarną kratkę. Zapierająco dech angielskie.

 

wtorek, 01 października 2013
Miasto niebieskie cz. 4

Cardiff – miasto niebieskie. Dzień trzeci – poniedziałek. Na tropach Doktora.

Zastanawiałyśmy się z Serathe, jaki kolor nadać stolicy Walii i niebieski nasunął się niemal od razu. Nie żeby były tam niebieskie domy czy chodniki, po prostu błękit nakrył nas tam i otoczył. Trzy i pół godziny jazdy autokarem do Cardiff oznaczało, że musiałyśmy wstać wcześnie, by dotrzeć na poranny transport z Victoria Coach Station i znaleźć się u celu o sensownej godzinie. Podróż się nie dłużyła, urozmaicana a to czytaniem ebooka, a to kanapką, a to znów obserwacjami krajobrazu, tropieniem zakamuflowanych wierzb i zwierząt. Owce nie były niczym niecodziennym, za to parę razy narwałyśmy się na zjawisko „o, krowa – a nie, to koń”. Człowiek w Polsce jest przyzwyczajony, że koń jest maści gniadej albo kasztanowatej, rzadziej karej lub siwej – ale w sumie koń jest w miarę jednolity. A tu co rusz łaciate – biało-czarne albo biało-brązowe; z pewnej odległości można było taki tabunik pomylić ze stadem pospolitych muciek. Kiedy bus pokonał długi most na rzece Severn i znalazłyśmy się w Walii, natychmiast objawiło się to dwujęzycznymi napisami na tablicach informacyjnych. U góry angielskie, na dole walijskie, wyglądające jak coś w rodzaju „rym cym cym”. Cardiff przywitało nas smętną pogodą i deszczem (podobno nic niecodziennego w tych rejonach), zakutane w deszczowce, dobrnęłyśmy miejscowym transportem publicznym do hali wystawowej z Doctor Who Experience, trochę zawiedzione, że nici z późniejszego spaceru. Przedsmaku tego, co nas czeka w środku, doznałyśmy już w holu, gdzie ściany zdobiły piękne doktorowe freski, a w gablotkach wystawiono na wabia kilka rekwizytów z serialu (np. czerwone szpilki River Song). Potem całą grupę odwiedzających pani przewodniczka wprowadziła do pomieszczenia, gdzie zafundowano nam na rozgrzewkę filmik, a potem… Mogłabym ze szczegółami opisać co się działo, ale naprawdę byłoby to obrzydliwym spojlerem, a być może niektórzy czytający jednak się wybiorą i lepiej, żeby mieli niespodziankę. W każdym razie mnie od niekontrolowanych kwików radości powstrzymywał tylko natłok wrażeń, bo nim zdążyłam zakwiczeć, już się działo coś nowego. Podłoga się trzęsła, lądowała Tardis, ze ścian wyłazili Dalekowie i grozili exterminacją, coś się dymiło… Po części interaktywnej wpuszczono nas do części statycznej i tam już można było łazić swobodnie, podziwiając makiety, dioramy, oryginalne stroje bohaterów, kilka wersji Tardis (od wewnątrz i od zewnątrz), woskowego Jedenastego (jak żywy), figury stworów i potworów… Nie zabrakło też stanowisk prezentujących pracę filmowców od kuchni i takich czysto zabawowych: można było nagrać swój głos i odtworzyć go tonem Cybermana lub Daleka, dzieciarnia miała do dyspozycji kącik z malowankami lub mogła wleźć od tyłu do pancerza Daleka i machać wypustkami. Niczego nie odgradzano od gości szybą, ani nawet sznurkiem, tylko tabliczki prosiły „nie dotykać, eksponaty oryginalne” – i nikt niczego nie dotykał, najwyżej zbliżał rękę, udając, że wita się z ulubionym bohaterem. Nie wiadomo kiedy upłynęły ponad dwie godziny. Wyjście z tej krainy czarów prowadziło oczywiście (!) przez sklep z pamiątkami. I kolejne męki niezdecydowania, bo kupić coś należało, a tutaj a to za drogo, a to za duże (ograniczenia wagowe bagażu), a to z kolei zbyt dziecinne (pluszowy Cyberman, rili?)… Ostatecznie zdecydowałam się na saszetkę z Dalekami (przyda się na wyjazdy konwentowe), a Serathe nabyła przypinkę z inicjałami DW. Pani przy kasie, zapytana o tzw. Ścianę Ianto Jonesa, nawet okiem nie mrugnęła (kto jak kto, ale pracownicy wystawy wiedzą, kim był Ianto), tylko wyciągnęła ulotkę z mapką okolicy i pokazała nam drogę. Kiedy zaś wyszłyśmy z whowiańskiego przybytku, powitało nas słońce, nieskazitelnie niebieskie niebo i niebieska woda w zatoce, a nad wodą zaparkowana (krzywo) niebieska budka Tardis. Spacer udał się wspaniale. Obejrzałyśmy miejsce poświęcone pamięci ludzi z Torchwood, potem poczułyśmy, że jesteśmy ciut głodne i Serathe wypatrzyła na nabrzeżu knajpkę Eddie's Dinner wystylizowaną na amerykański barek z lat 50-tych. Jakiś tydzień później okazało się, że ze wszystkich lokali w tym miejscu bezbłędnie (instynkt chyba nas prowadził) wybrałyśmy akurat tę, gdzie nagrywano sceny z DW, odcinek „Impossible Astronaut”. Pluję sobie w brodę, że nie zrobiłam tam żadnego zdjęcia, ale mówi się trudno. Naturalnie obowiązkowo poszłyśmy na plac z fontanną, gdzie była winda do Torchwood – i tu nastąpił zgrzyt. Przy pomocy notebooka Serathe, na którym pieczołowicie przechowywała odcinki serialu, ustaliłyśmy właściwe miejsce, ale poczułyśmy się głęboko rozczarowane. Ze ściany wody pozostała tylko ściana – bez wody – w dodatku oklejona wizerunkami dzieci i truskawek. Truskawek! No, doprawdy… A obok zamontowana była barierka, zupełnie bez sensu. W serialu jej nie było, więc albo postawiono ją później, albo zdemontowano tymczasowo do zdjęć. Byłyśmy nieco ograniczone czasowo (następne 3,5 godz. powrotu do Londynu) więc nie poszłyśmy zwiedzać zamku w Cardiff, a pospacerowałyśmy po centrum, przyglądając się architekturze i ludziom. W ten sposób natrafiłyśmy na bardzo ciekawy uliczny zegar: w szklanej obudowie widoczny był wewnętrzny mechanizm, a wśród trybów buszowały figurki myszy, szczurów, a może małpek – trudno było stwierdzić przynależność gatunkową zwierzątek. Przypadkowo słyszałyśmy dyskutujących po walijsku dwóch starszych panów: w potoku „rymbrymcymsrym” raptem wykwitł pełen pasji czysto angielski wykrzyknik „fuck!” a potem wypowiedź znów wróciła na waliskie torowisko. Serathe domagała się zakupienia suwenirów dla rodziny, więc zwizytowałyśmy parę odpowiednich sklepików. Dominowały czerwone walijskie smoki (najrozmaitszych kształtów i rodzajów, od plastikowych magnesików po pluszowe zabawki) oraz… owce. W obliczu tego, że Anglicy nazywają Walijczyków „sheep shaggers”, miejscowi wykazali się sporym poczuciem humoru. Koło dworca natrafiłyśmy jeszcze na sklep z komiksami i gadżetami dla maniaków, gdzie oczywiście musiałyśmy wejść i gdzie absolutnym przypadkiem oczy me dostrzegły małą figurkę Jedenastego Doktora – pierwszą z zapowiadanej serii kolekcjonerskiej (i dlatego kosztującą niecałe 3 funty). Całkiem jakby życzliwa Opatrzność postanowiła maksymalnie uprzyjemnić ten dzień. Syte wrażeń, powróciłyśmy do Londynu już w nocnych ciemnościach – co jednak wcale nie znaczy, że Londyn spał – a następnego dnia oczekiwały nas muzea!



niedziela, 29 września 2013
Londyn - miasto czerwone cz. 3

Miasto Czerwone – dzień drugi, niedziela. Ekstremalny shopping.

Nastała niedziela, więc jako wstrętne bezbożnice, zamiast szukać gorączkowo po Londynie katolickiego kościoła (w pobliżu zlokalizowałam jedynie meczet i żydowską bożnicę), poszłyśmy na zakupy. Zaczęłyśmy od spenetrowania sklepiku z pamiątkami przy Muzeum Sherlocka Holmesa – klasycznego. (Nasz ukochany Holmes Cumberbatchowy jeszcze się nie doczekał swojego, ale kto wie, co przyniesie przyszłość?) Do samego muzeum nie weszłyśmy, za wstęp życzyli sobie osiem funtów, fotki z wnętrza widziałyśmy już w sieci, a nie jesteśmy z Serathe aż takimi fankami klasycznego detektywa. W dodatku przed wejściem już ustawiła się kolejka. Natomiast sklep prezentował się milusio, urządzony w wiktoriańskim stylu, z palmą w donicy, portierami, freskami pod sufitem i wyściełaną kanapką. W ofercie właściwie wszystko, na czym można umieścić napis „Elementarne, mój drogi Watsonie”. Kubki, kufle w kształcie głowy Holmesa (straszliwe), szachy z postaciami, artykuły piśmiennicze, pocztówki, „mordercze frisbee”, meloniki, breloczki, bardzo ekskluzywne wydania książek Doyle’a, naturalnie fajki, ale także fartuszki kuchenne i ściereczki do naczyń (omatkobosko), pluszowe misie poprzebierane za sami-wiecie-kogo, oraz 101 innych drobiazgów, mających na celu odciążyć portfel turysty. Dałyśmy się odciążyć, nabywając komplet ołówków, długopisy i 2 pozytywki na korbkę. Jedna z pozytywek wygrywała melodię wg opakowania będącą „Mrugaj, mrugaj, mała gwiazdko” a podejrzanie przypominającą „Były sobie kurki trzy”. Serathe uznała, że zrobiła świetny interes, kupując dwie piosenki w cenie jednej. Gdzieś z boczku, jakby wstydliwie, upchnięto DVD z „naszym” Sherlockiem i amerykańskim, oraz Moffatowe Cluedo. Potem szczęśliwy traf zagnał nas do innego sklepu z suwenirami tuż obok wejścia na stację metra Baker Street. Sklep, jak wiele podobnych przybytków w Londynie wyglądał skromnie na zewnątrz, a w środku atakował gościa oszałamiającą różnorodnością towarów. Tam też zostałam zaatakowana kilkoma regałami wyładowanymi elfikami, wróżkami, syrenkami, smokami, magami, magiczkami itp. rzeczami w jaskrawo-pastelowych kolorkach – do tej pory nawet nie wiedziałam, że taki efekt jest możliwy do osiągnięcia. Dobrze, że z wiekiem mi przeszły ciągoty do tego rodzaju durnostojek, inaczej jak nic wyszłabym z jakimś wielkim kolczastym smoczyskiem i miałabym problem, jak go pomieścić w plecaczku. Tymczasem kupiłam za niecałe 2 funty malutką wyderkę (Otterlock!) i zaczęłam się domagać jeża do kompletu. Jeża nie było, za to po wyjściu natrafiłyśmy na pewnego pana z wielką papugą na ramieniu. Wyglądała na błękitną norweską, miała piękne upierzenie, ale wyglądała na całkiem zadowoloną z życia i raczej nie tęskniła za fiordami.

Jeśli na zakupy, to do dzielnicy Camden (!), więc wpakowałyśmy się do piętrowego autobusu, oczywiście na górę i zajechałyśmy z paradą w miejsce, które okazało się kompletnie oszałamiające. Coś jak Jarmark Dominikański razy 10, trwający przez cały tydzień na okrągło. Przeważały stoiska z T-shirtami, gdzie bez problemu można było znaleźć takie ucieszności jak „Keep Calm and Don’t Blink” lub „Trust me I’m the Doctor”. Camden Market to były jeszcze tylko budki i zwykłe sklepy, ale potem dotarłyśmy do Camden Stables – czyli zabytkowych stajni, przerobionych na przestrzeń handlową. A żeby podkreślić to, że kiedyś były to stajnie królewskie, wszędzie naprawdę poumieszczano konie, kowali, stajennych i zaprzęgi – wszystko z brązu i w skali 1:1, z niewielkimi wyjątkami. Zachwycająca sprawa. Najbardziej oryginalnym sklepem, jaki zobaczyłyśmy natychmiast po wejściu na teren stajni, był „Cyberdog”. Pierwsze wrażenie: dyskoteka, ale dlaczego działająca w środku białego dnia? Weszłyśmy do środka trochę nieufnie, nieco ogłuszone rąbiącą z głośników muzyką techno. Wewnątrz mrocznie, błyskają światełka, a na dwóch platformach pod sufitem wygina się jakaś parka – chłopak i dziewczyna w kosmatych, różowych getrach. Jak się okazało, zaciemnienie było dlatego, że większość towaru świeciła w promieniach ultrafioletowych (w pewnej chwili zorientowałam się, że świeci mi lakier na paznokciach oraz sznurówki), a było tam wszystko, co tylko może się podobać technomaniakom i wielbicielom cyberpunku. Plus dział dziecięcy i na najniższej kondygnacji sexshop. Nie jestem maniaczką cyberpunku, ale zachwyciły mnie wystawione tam nowoczesne rzeźby – połączenie manekinów i elektronicznych bebechów. Sklep i galeria sztuki w jednym, cudowne. Niestety, kiedy próbowałam robić zdjęcia, natychmiast podleciał do mnie jakiś chłopaczek z obsługi, że „no pictures”. Dobra, nie chciałam się kłócić. Jak wrzucicie w google hasło „cyberdog”, wyskoczy kilka fotek, pewnie też nielegalnych. Po Camden można błądzić cały dzień i jeszcze się nie zobaczy wszystkiego, bo sklepiki i kramy tworzą istny labirynt. Ubrania, buty, książki, zegary, antykwariaty z wypchanymi zwierzętami, biżuteria, torebki, gry i zabawki najrozmaitszych rodzajów, stroje „gotyckie”, płyty, instrumenty muzyczne, wyroby ze skóry, indyjskie drobiazgi, wyroby tytoniowe, rzeźby, starocie z drugiej ręki – w tym także figurki bohaterów z filmów i komiksów – oraz jeszcze wiele, wiele innych rzeczy. Zakotwiczyłyśmy na dłuższą chwilę w wytwórni koszulek, zwabione portretami Dziesiątego, Dziewiątego i Jedenastego, oraz Tardis. Był też Sherlock, ale z osobliwie rybim spojrzeniem i nawet jakby lekkim zezem, więc stwierdziłam, że starczą mi koszulki z allegro. Na swój biust dobrałam niebieską, artystycznie namazaną Tardis (męskie S), natomiast chudeusz Serathe tonęła nawet w damskiej S, więc skośnookie panie wyciągnęły rozmiar dziecięcy i wykonały budkę na poczekaniu. Nasz klient – nasz pan! Niestety, a może stety, moja klatka piersiowa nie zmieściła się w kraciastej kiecce z innego stoiska, choć było to podobno XL. Może i dobrze. W tymże Camden Serathe zaspokoiła też swoją potrzebę kupienia bardzo kolorowej bawełnianej bluzy made in Nepal, a ja poszłam za jej przykładem – przez co później na lotnisku, identycznie odziane, wyglądałyśmy jak siostry, albo matka z córką (zależy z jakiej odległości). Oczywiście wielogodzinny shopping wzmaga głód, a na Camden można zjeść smacznie i wielonarodowo. Francuskie naleśniki, polska kiełbasa i pierogi, ryba z frytkami, ciastka, pączki z rozmaitymi dodatkami, kuchnia dalekowschodnia, bliskowschodnia i afrykańska – bazujące na ryżu, makaronie, mięsie drobiowym i tajemniczych przyprawach. Dobre to było i nie dziwię się, że John z Sherlockiem wiecznie zamawiali chińszczyznę. W ogóle, w Londynie lepiej jednak żywić się chińszczyzną, bo kuchnia angielska okazała się okrutnie ciężka. Natomiast to, co odkryłyśmy w miejscowym Tesco, nie budziło zachwytu, a chwilami wołało o pomstę do nieba. Kompletnie niejadalna zupka chińska (nasz Vifon czy Amino to w porównaniu mistrzostwo świata), chleb tostowy o konsystencji waty, tzw. woda smakowa przeraźliwie naładowana słodzikami, bez dolewania kranówki nie dawało się tego pić. Odważyłyśmy się na kupno sera, ale na wędlinę już nie. Jadalne okazały się zupy w puszkach i marmolada pomarańczowa (miś Paddington), generalnie jednak bazowałyśmy na kiełbasie i kiszonych ogórkach przywiezionych z ojczyzny. Koniec dygresji. Camden zostało wpisane na listę Rzeczy Które Należy Powtórzyć Następnym Razem. Po Camden kręciło się sporo nakrapianych ptaków, podejrzanych o bycie szpakami i rzeczywiście okazało się nimi, po skonsultowaniu z wikipedią. Kiedy wracałyśmy pod wieczór z tego rozpasania, postanowiłyśmy jeszcze przespacerować się Baker Street od krańca do krańca i sprawdzić, czy jest na niej jakaś piekarnia (ta, w której Czołg miał jakoby kupować bułeczki). Ostatecznie jest to ulica Piekarska. Na Baker Street stwierdzono obecność 1 (słownie: jednej) piekarni, która w dodatku specjalizowała się raczej w wypiekaniu wyrafinowanych croisantów, była połączona z kawiarnią i prawie ją przeoczyłyśmy, tak mało się wyróżniała. Uratowało to co prawda w pewnym stopniu honor ulicy, ale wcale nas nie zadowoliło. Baker Street bez prawdziwej piekarni, phi!

I tak się zakończył dzień drugi.



środa, 25 września 2013
Londyn – miasto czerwone cz. 2

Miasto Czerwone – dzień pierwszy, sobota. Śladami fikcyjnych postaci.  

Na pierwszy ogień z samego rana poszedł Regent’s Park, po którym tak często spacerował zarówno John Watson, jak i sam Sherlock Holmes – w setkach i tysiącach fanfików oraz 3 sezonie serialu (rozpoznałam tę stylową ławkę, a jakże!). Park śliczny, pełen kwiatów, fontann i strumieni, na wpół oswojonych gęsi i innego wodnego ptactwa. Trafiła się nawet wiewiórka, chociaż nie wykazała zainteresowania bliższym zaznajomieniem. O poranku wyroili się także biegacze, a było ich tylu, że przez moment czułam się jakoś nieswojo, że jesteśmy z Serathe jedynymi spacerującymi w zasięgu wzroku. Przy okazji: w Londynie jest pełno automatycznych wypożyczalni rowerów (takich, jakie z gigantycznym trudem próbuje się wprowadzić w Polsce) i mnóstwo rowerzystów. W dalszej części parku objawił się rudzik, który robił zachęcające miny i gesty, całkiem jakby chciał pokazać nam wejście do Tajemniczego Ogrodu. Widocznie rudziki już tak mają. Trafiłyśmy nawet na sfosylizowane pnie drzew, postawione tam w charakterze ciekawostek. Pomacałam – rzeczywiście, niby drewno, a kamień. A oto fotki z Regent’s Park. Na North Gover Street, do Speedy’s Sandwich Bar & Cafe doszłyśmy akurat na późne śniadanie. Bardzo tradycyjne, obfite (i tanie) angielskie śniadanie, tonące w tłuszczu, do którego należy mieć wątrobę jak słoń, ale za to owo śniadanie dostarcza paliwa na cały dzień łażenia, aż do kolacji. W porównaniu do Baker Street właściwej, NGS jest rzeczywiście cicha – niewielu przechodniów, niewiele przejeżdżających aut, trochę turystów, którzy - tak jak my – przyszli tu z powodu serialu. Siedziałyśmy sobie przy stoliczku na zewnątrz, patrzyłyśmy na drugą stronę, gdzie w „Wielkiej grze” nastąpił wybuch i żartowałyśmy, że „naprawdę szybko ten dom odbudowali”. Przy okazji sprawdziłam kilka faktów, które zamieściłam w fanfikach na kredyt. Owszem, dach domu jest płaski i można na niego wyjść, by puszczać fajerwerki. Nad sypialnią Johna jest jeszcze jedna kondygnacja, gdzie może się mieścić np. pralnia i suszarnia, albo jakiś składzik. Natomiast Czołg, żeby obiec dom dokoła i przyłapać Sherlocka, umykającego przez okno, musiałby przeleźć przez mur, otaczający podwórko z tyłu. Byłby też pewien problem logistyczny z wyrzucanym na tamtą stronę agentem. No ale Londyn Sherlocka jest niejako Londynem alternatywnym i można założyć, że tam tego muru nie ma. Pokrzepione na duchu i ciele, podreptałyśmy do Forbidden Planet – dwukondygnacyjnego sklepu dla maniaków popkultury, gdzie dobrą godzinę z okładem, a może i dłużej, pławiłyśmy się w obfitości towarów wszelakich, miłych sercu każdego fana. Tylko zdrowy rozsądek i ograniczenia wagowe powstrzymały mnie od zostawienia tam całej gotówki. Te figurki! Te zabawki! Te breloczki, emblematy, broń, różdżki…! Ostatecznie wyszłam z pięknym kubkiem magiczno-termicznym. Kiedy naleje się do niego wrzątku, Tardis z jednej strony znika, a pojawia się z drugiej. Serathe zaś wybrała portfel, oczywiście stylizowany na Tardis! Trafalgar Square (kolejna sherlockowa lokacja) trochę nas rozczarował. Okazał się mały, ciasny i zatłoczony. Mniejszy, niż Długi Targ w Gdańsku. Na google wiev wydawał się rozleglejszy. Obejrzałyśmy wielkiego niebieskiego koguta na podeście, posiedziałyśmy na brzegu fontanny, obejrzałyśmy ulicznych mimów i artystów, zrobiłyśmy parę zdjęć przy Kolumnie Nelsona ze wspaniałymi lwami, po czym ruszyłyśmy w stronę Downing Street, do siedziby rządu – na wyraźne życzenie Serathe. Po drodze załapałyśmy się jeszcze na Szkota grającego na dudach, co wydajnie poprawiło nam humor. Downing Street, niestety, była zamknięta z powodu niedawnej próby zamachu bombowego, więc jedynie zarejestrowałam kraty i panów policjantów. A potem był już Big Ben, który nawet zrobił uprzejmość i zaczął bić. Oczywiście tłumy turystów i cała kupa sklepików i stoisk ze wszystkim co tylko mogło na sobie pomieścić napis I Love London. Najstraszliwszą rzeczą, godną miana kiczu roku, była plastikowa figurka królowej, machającą rączką – brrr! Spacer wzdłuż Tamizy i widok na London Eye. Wcale nie żałujemy, że nie przejechałyśmy się na tym Diabelskim Młynie – stał na drugim brzegu, więc pewnie wcale byśmy nie natrafiły na aleję wysadzaną platanami, urocze rzeźby nad brzegiem rzeki, ozdobne ławeczki ze zwierzętami, ani na obelisk, który Anglicy swego czasu zatentegowali z Egiptu. Ani na Pomnik Bitwy o Anglię – moim zdaniem bardzo gustowny i zrobiony z sensem. Nie natrafiłybyśmy też na niskobudżetową wersję Tardis ;-) Trasa zaprowadziła nas do Black Friar Pubu – przeuroczego, trójkątnego jak kawałek tortu budynku na rozwidleniu ulic, gdzie napiłyśmy się dobrego piwa, odpoczęłyśmy przed dalszą drogą do Barts. Przy okazji wyjaśniło się bez najmniejszych wątpliwości, że fanfikowy John nie mógł sobie skracać drogi do roboty w Barts, idąc przez Baker Street. To byłaby godzina marszu. Prędzej chodził tamtędy do metra. Po drodze minęłyśmy też wylot Fleet Street, ale wyglądała ta ulica całkiem przeciętnie – żadnego pana z brzytwą, ani nawet zapachu pasztecików – więc nie zbaczałyśmy z trasy. Na miejscu było dokładnie tak, jak być powinno – przystanek, ławeczki plus stojak na rowery, którego nie było podczas kręcenia odcinka, więc albo postawiono go później, albo zdemontowano na czas zdjęć. Serathe nawet ustaliła dokładnie, gdzie padł Sherlock: „O, zobacz, tu jest ta ławka, tu jest ta, na której siedzimy. Tam miał nogi, a głowę dokładnie tu”. Dodatkowym bonusem okazała się budka telefoniczna, przemieniona w fanowską świątynię kultu, oblepioną od góry do dołu dowodami uczuć.

A potem poczułyśmy się już tak bardzo wykończone, że do „bazy” wróciłyśmy metrem. I tak się zakończył wyprawy dzień pierwszy.



wtorek, 24 września 2013
Londyn - miasto czerwone cz. 1

Prolog wojaży, czyli O sztuce artystycznego pakowania plecaczka.

Wiadomo, że kiedy się gdzieś jedzie, to trzeba zabrać ze sobą jakiś bagaż. Miałam przebywać poza domem 17 dni - w dwóch strefach klimatycznych. Do dyspozycji miałam plecak miejski o pojemności 26 litrów i ograniczenie wagowe do 10 kg bagażu podręcznego (tanie linie lotnicze Ryanair oraz ich cudowny regulamin). Bagaż dodatkowy w grę nie wchodził, gdyż opłata zań dorównałaby cenie biletu za przelot. Tak więc zadanie logistyczne przypominało przemianę plecaczka w zakamuflowaną Tardis, większą w środku. Niektóre osoby w tej chwili mogą zakrzyknąć: „Ależ to absolutnie niemożliwe!! Nie na taką podróż, nie tak daleko i na tak długo!”. Owszem, możliwe, gdyż dokonałam tego własnymi rękami i umysłem, po czym okazało się na miejscu, że i tak zabrałam za dużo ubrań. Po prostu na dwutygodniowy wyjazd nie potrzebujemy 14 podkoszulek, ani też 14 par skarpetek czy też majtek. Wystarczą 3 – o ile się zdyscyplinujemy i codziennie wieczorem zrobimy pranie – kiedy będziemy mieć na sobie trzeci komplet, ten pierwszy już będzie suchy i gotowy do włożenia dnia następnego. Nie potrzebujemy wielkiej tuby pasty do zębów, starczy malutka 20 ml. Ręcznik – szybkoschnący z mikrofibry, zwija się w malutki rulonik. Mydło kupujemy na miejscu, będzie służyło także do prania. Piżamy dwie, ale jak najcieńsze i najmniejsze. Ze strefy klimatu umiarkowanego miałam trafić niemalże w tropiki, więc niezbędne były sandały, ale za to zrezygnowałam z kapci. Niepotrzebne są 2 pary dżinsów, a tę jedną przewozi się na własnym tyłku, podobnie rzecz ma się z kurtką. Ubrania włożone do woreczka z suwakiem, spłaszczone i szczelnie zapięte, tracą na objętości średnio ¼ i łatwiej je zapakować. Jeśli się wszystko spłaszcza, kompaktuje, wkłada drobne przedmioty do wnętrza większych, utyka tak, żeby wykorzystać każdy centymetr przestrzeni, wykorzystuje kieszenie (w tym wypadku nieocenione bywają bojówki i wielokieszeniowe kurtki) zadanie okazuje się możliwe do wykonania. W moim bagażu zmieścił się nawet cieniutki materac dmuchany, dwa pęta kiełbasy i pół kilo kiszonych ogórków (odsączonych z zalewy, pamiętajmy o przepisach przewozu płynów samolotem). Problem mogą mieć osoby z dużymi aparatami fotograficznymi, ale ja robiłam zdjęcia komórką i wychodziły całkiem nieźle, a widziałam też turystów cykających widoczki za pomocą tabletu.

O Ryanairze i jego przepisach bagażowych krążą straszne opowieści, ale najwyraźniej są to mity, które obrastają straszliwymi szczegółami, jak to bywa z urban legends. Trzykrotnie przechodziłam przez bramki z kurtką przewieszoną przez ramię (udając, że nie waży 4 kilo i nie jest nadziewana różnymi osobliwymi składnikami), z plecaczkiem na plecach i pies z kulawą nogą się mną nie zainteresował. Karta pokładowa, paszport, dziękuję, proszę przejść dalej. Najwyraźniej wszystkie te historie biorą się z przygód pasażerów, którzy próbują naiwnie przemycić na pokład bagaż „podręczny” wielkości niewielkiej szafy.

 

Miasto Czerwone – dzień zero, piątek.

Spotkałyśmy się z Serathe na lotnisku w Stansted, przy czym ja przyleciałam z Trójmiasta, a ona z Malty. Stansted to jednak jeszcze nie Londyn, a coś zbudowanego pośrodku niczego. W dodatku to coś było niewiarygodnie wielkie. Wpierw należało pokonać kosmicznie długą drogę z płyty do hali głównej a potem zadać sobie ważkie pytanie: O jeżu kolczasty, gdzie tu jest wyjście i czy mamy dość kanapek, żeby po drodze nie umrzeć z głodu? Do Londynu właściwego było jeszcze 1,5 godziny drogi Easybusem. Po drodze oglądałyśmy sobie widzianą po raz pierwszy w życiu Anglię i uznałyśmy, że krajobrazowo bardzo przypomina Polskę. Różnice: brak śmieci na poboczach, ruch lewostronny, do którego jednak błyskawicznie człowiek przywyka, brak lasów (bo tych nędznych zagajniczków lasami nazwać nie sposób) i brak wierzb. Doszłyśmy jednak do wniosku, że w kraju gdzie powstała książka „O czym szumią wierzby” te drzewa muszą występować obowiązkowo, tylko po prostu tak się różnią od wierzb polskich, że ich nie umiemy rozpoznać z większej odległości. Kolejna różnica objawiła się, kiedy bus zaczął przejeżdżać przez mniejsze miejscowości i zobaczyłyśmy mnóstwo charakterystycznych dla angielskiej zabudowy trzykondygnacyjnych domków z wysuniętymi od frontu trapezowatymi wykuszami (czy też może to się zwie ryzalitem) – plus czerwona cegła albo biały tynk. Później taką samą czerwień i biel zobaczyłam w samym Londynie, tak więc stolica Anglii została ochrzczona na prywatny użytek Miastem Czerwonym. Easybus uprzejmie wysadził nas na Baker Street. Pierwszy zonk: mimo późnawej pory i zachodzącego słońca w żaden sposób nie można było nazwać jej „cichą ulicą”. Gromady ludzi drepczące w różne strony, samochody, autobusy, wrażenie kłębiącego się dokoła i kipiącego w najlepsze życia. Oczywiście po drodze minęłyśmy najsłynniejsze drzwi świata, przy których najspokojniej fotografowali się japońscy turyści. Miejscówkę na nocleg miałyśmy dosłownie rzut beretem od Baker Street, a mieściła się w starym budynku sortowni poczty królewskiej. Warunki niecodzienne, ale zdecydowanie bardzo interesujące. Nasz gospodarz, Gerard, wydzielił nam za pomocą kotary część przechodniego pomieszczenia, urządził przytulne gniazdko, gdzie mogłyśmy rozłożyć materace i śpiwory. Obok była wielka kantyna, duża wspólna kuchnia i łazienka, ale cały budynek był tak rozległy, że nikt nikomu nie przeszkadzał i miałyśmy, paradoksalnie, więcej prywatności niż u kogoś na kanapie w wersji klasycznego surf coachingu. A mieszkały tam jeszcze 4 osoby: Gerard, Michael, Ignatio i jego dziewczyna Luise. Dzień skończyłyśmy nad mapą, planując starannie najbardziej ekonomiczną trasę na sobotę, która miała obejmować naprawdę dużo chodzenia i bardzo dużo oglądania. Tłoczenie się wśród tłumów stonki turystycznej w miejscach najbardziej popularnych nas zupełnie nie pociągało, więc od razu na wstępie odrzuciłyśmy Tower, Pałac Buckingham i Muzeum Figur Woskowych, które na dodatek było upiornie drogie. Przede wszystkim nastawiłyśmy się na tropienie śladów naszych ulubionych seriali i książek, a więc na tapecie był „Sherlock”, „Doktor Who” i „Piotruś Pan”. W sobotę miało się zacząć na dobre!

czwartek, 05 września 2013
Ahoj, Brytanio, nadchodzę!

Jutro wieczorem będę się przechadzać po Baker Street. Serio-serio. Karta pokładowa wydrukowana, plecak spakowany, ogórki kiszone i polska kiełbasa w lodówce. Transport na lotnisko załatwiony. Osoby, które posiadają mój numer telefonu proszone są o niedzwonienie aż do 19 września, bo i tak nie odbiorę. Wraz z Serathe będziemy się pławić w londyńskiej atmosferze i chodzić tropami naszych ulubieńców, czyli Doktora i Sherlocka. Nie mam nadziei, że natrafimy akurat na plan zdjęciowy któregoś z tych seriali, ale na pewno obmacamy TE drzwi z numerkiem 221b. No i wybieramy się do Cardiff, zwiedzić wystawę Doktora, oraz powłóczyć się po wiadomym placu, pod wiadomą fontanną.

Z powodu wyjazdu zawieszam tłumaczenie „2112”, ale obiecuję, że update pojawi się jeszcze przed końcem września.

Poza tym wizytuję również Katowickie Targi Książki i będę się udzielać programowo 21 i 22 września (można sprawdzić w programie gdzie i kiedy dokładnie).

*

Zrobiłam kotu dobrze i podarowałam mu pudło z sianem. Kot jest zachwycony. Mam kota w sianie i jednocześnie siano na połowie pokoju. Jednak nie mam serca Ryżykowi tego zlikwidować – tyle kociego szczęścia za niecałe 2 zł. Przynajmniej ładnie pachnie.

*

Wczoraj wieczorem usłyszałam ŁOMOT. Rozejrzałam się podejrzliwie, szukając źródła (czyli jakiegoś kota). Ryżyk spał (chwilowe błogosławieństwo), Tori siedziała na parapecie i żadne z nich nie mogło być źródłem dźwięku. Łomot się nie powtórzył, więc uspokojona wróciłam do swoich zajęć. Resztki łomotu odkryłam po jakimś czasie, kiedy otworzyłam lodówkę: na najniższej półce poniewierały się szczątki szklanej butelki i rozlewał niewielki staw podpiwka. Przetrzymany nieco za długo napój zwiększał coraz bardziej ciśnienie (w zimnie? osobliwe) aż wreszcie eksplodował. Wniosek: stosować butelki plastikowe.



niedziela, 01 września 2013
Grzybiarz i inne niebezpieczeństwa łona natury

Podczas przebywania na tzw. łonie natury możemy się natknąć na stworzenia niebezpieczne.

Na przykład na jeża. Na jeżu nie należy siadać, gdyż a/ kole b/ jeż plaskaty jest nieestetyczny.

Źmija. Jeśli spotkamy źmiję to znaczy, że: a/ jest martwa b/ głucha i nie słyszała, jak nadchodzimy (i może z zaskoczenia paść na serce – czyli pacz punkt a) c/ przed nami źmija napotkała urzędnika skarbówki, jest cholernie wściekła i chce uźreć. W ostatnim wypadku należy szybko się rozejrzeć gdzie jest urzędnik i uciekać w kierunku przeciwnym, nawet jeśli jest tam źmija.

Dzik. Dzik się rzuca, ale w przeciwieństwie do przedstawiciela US i źmiji jest zwierzakiem nocnym i o ile nie szwendamy się po lesie po zmroku, nie mamy szans żeby się rzucił akurat na nas. Chyba że wliziemy w najgłębsze chaszcze i spadniemy dzikowi na łeb, budząc go. Budzenie dzika jest niewskazane, bo nikt nie lubi być budzony, a dzik może do tego się wnerwić. I się rzucić. Za dnia z dzika zaobserwować można ślady rycia. Ślady rycia nie są niebezpieczne i się nie rzucają, więc można nawet po nich chodzić.

I ostatnie, najważniejsze stworzenie: grzybiarz pospolity.

Stwór ten jest wyjątkowo drażliwy i niebezpieczny, w dodatku żeruje za dnia, często w godzinach przedpołudniowych. Grzybiarza nietrudno rozpoznać po kaloszkach na kończynach dolnych i pojemniku grzybnym w kończynie górnej. Porusza się powoli i z głową spuszczoną ku ziemi – ale jest to zwodnicze, gdyż podrażniony grzybiarz może poruszać się błyskawicznie podczas ataku. Zwierzę owo prowadzi samotniczy tryb życia, rzadko tworząc pary. Mniejsze stada liczące kilka osobników są spotykane wyjątkowo rzadko. Grzybiarz jest wyjątkowo terytorialny i każdego obcego na swoim terenie traktuje jak groźnego intruza. W żadnym wypadku nie należy się zbliżać do grzybiarza, gdyż zawsze jest on uzbrojony w narzędzie tnące. W przypadku, kiedy jednak nieszczęśliwym trafem natkniemy się na grzybiarza, powinniśmy podjąć czynności kamuflujące: przybieramy gamoniowaty wyraz twarzy i udajemy krótkowzroczność, ewentualnie rozglądamy się po koronach drzew, symulując obserwowanie ptaszków i wiewiórek. Grzybiarz, uspokojony, że nie stanowimy konkurencji do jego żerowiska, powinien dać nam spokój. Samica grzybiarza z małymi, wbrew spodziewaniom, jest o wiele mniej niebezpieczna. Zajęta zaganianiem rozłażącego się przychówku, ignoruje otoczenie i można jej nawet podebrać (ostrożnie) jakiegoś grzyba. Aczkolwiek nie zalecamy aż takiego ryzyka.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36