CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
piątek, 20 grudnia 2013
Lukier

Zdecydowałam się jednak polukrować pierniczki. Na wzorki nie starczyło mi pary, więc dizajn można nazwać „puchowy śniegu tren”. Jeśli dam radę to jeszcze upiekę coś niedużego w kształcie kotów i Tardisów. Poprzednio lukier lepił się jak nieszczęście i spływał, więc tym razem podeszłam do nowego przepisu dość nieufnie, ale okazał się dobry.

2 białka jajek

niecałe 2 szklanki cukru pudru

Białka ubijać mikserem w misce, dodając po trochu cukier – na końcu trzeba się wykazać wyczuciem, produkt ostateczny powinien mieć konsystencję i wygląd kleju Wikol (tylko zapach nie ten). Lukier stężał bardzo szybko i starczyło go na całościowe pokrycie 4 tac pierniczków.



czwartek, 12 grudnia 2013
Pierniczki świąteczne

Pierniczki świąteczne

Składniki:

2 kostki margaryny

½ kg cukru

3 łyżki stołowe miodu

4 jajka

1 kg mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

1 paczuszka przyprawy do piernika

1 czubata łyżeczka cynamonu

1 łyżeczka kakao (opcjonalnie, jeżeli ktoś lubi ciemniejsze pierniczki)

 

Wykonanie:

W garnku rozpuścić margarynę z cukrem, miodem i przyprawami. Nie dopuścić do wrzenia. Ostudzić (nie musi być zimne, może być ciepłe, byle nie gorące). Jajka roztrzepać widelcem. Do miski dodawać po trochu roztopioną margarynę, mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i jajka. Mieszać przy tym dużą łyżką. Kiedy ciasto zrobi się gęste, krótko wyrobić na stolnicy, żeby składniki dobrze się połączyły. Bryłę ciasta należy zawinąć w worek foliowy i odstawić do lodówki przynajmniej na 12 godzin. Ale może też leżakować nawet 3 dni. Nie zamrażać!

Ciasto będzie dość tłuste, ogrzane rękami nabierze konsystencji plasteliny, łatwo je rozwałkować na grubość ok. 3 milimetrów. Wykrawać pierniczki foremkami. Piec w temperaturze 180 st. około 6-7 minut. Uwaga, każdy piekarnik piecze trochę inaczej i trzeba to wziąć pod uwagę. Upieczone ciastka są spoiste i lekko kruche, nie są twarde jak kamień, ale też nie łamią się od byle czego. Z 1 kg mąki wychodzi spora czubata miska pierniczków.



wtorek, 10 grudnia 2013
Pod choinkę i nie tylko

Akurat trwa okres, kiedy zastanawiamy się komu co pod choinkę. Obecnie mam w zasobach jedną sztukę Tardis i nowe wzory dyndadełek. O kontakt w sprawie ewentualnego zakupu, ceny, przesyłki itd. jak zwykle poproszę na toroj@op.pl

Tardis może być dostępna w opcji z Bad Wolfem i bez Bad Wolfa.

Komplet z IMIENIEM DOKTORA.

SUPERWHOLOCK - duży (2,5 cm x 7 cm)

I NA DESER RÓŻOWE DALEKI

poniedziałek, 02 grudnia 2013
Miasto żółte – dzień czwarty

Miasto żółte – dzień czwarty.

Tego dnia jeszcze raz nawiedziłyśmy Wioskę Rzemiosł, by zajrzeć do tych sklepików, które poprzednio były pozamykane z powodu soboty. (Pumpkin ponownie próbował zjeść wstążkę od mojego kapelusza). Wtedy też dałam upust swojej manii zbierackiej. W pobliżu przystanku były całe gąszcze opuncji z dojrzałymi owocami, więc przykazałam Serathe: „Pilnuj tu, a jak będzie jechał autobus to krzycz” – po czym udałam się z torebką papierową na szaber. Przy czym był to szaber jakiś nierasowy, wbrew prawidłom sztuki, bo opuncje były ewidentnie niczyje. Zarośla takich opuncji są imponujące, wyższe od człowieka, masywne, splątane i wyglądają jak coś nie z tej planety. Cały dowcip polega na tym, że zarówno liście, jak i owoce pokryte są kępkami drobniutkich włosowatych kolców, bardzo łamliwych. Wbija się toto w skórę z zadziwiającą łatwością, a potem potrzeba mikroskopu, żeby wydłubać. Mam podejrzenia, że kaktus, który hodowała Okrętka z powieści Joanny Chmielewskiej „Zwyczajne życie” był właśnie rodzajem opuncji. Nie miałam ze sobą żadnej szmatki, a tym bardziej rękawiczek, więc próbowałam działać ostrożnie, co i tak skończyło się tym, że czekając na autobus iskałam się z igiełek, całkiem jak milicjant Krzysztof Cegna. Owoce są pokryte cienką skórką. Wpierw trzeba się pozbyć igiełek, np. pod bieżącą wodą, skrobiąc czymś, potem obrać. W środku jest cienka warstwa miękkiego miąższu i galaretowate wnętrze pełne drobnych twardych pestek. Próbowałam je wypluwać, ale to naprawdę nie ma sensu. Smak łagodny i właściwie nie przypominał niczego, co spożywałam do tej pory, czyli można pokusić się o stwierdzenie, że opuncja smakuje po prostu opuncją i tyle.

Kolejnym punktem programu była stolica, czyli Valletta.

Valletta charakteryzuje się głównie tym, że jest tu więcej turystów i żółte domy są wyższe. Poza tym ma cudowny widok na zatokę portową z wysokości murów obronnych. „To takie na drugim brzegu, to w zasadzie są trzy miasta w kupie” – objaśniła Serathe, kiedy podziwiałyśmy słoneczny pejzaż, błękitną wodę, żurawie portowe i wielki statek wyprowadzany z zatoki przez malutki kuter-pilota. Trójmiasto, no proszę, jak w domu…

Serathe nadal cierpiała na cluedo breloczkowe, więc zaniosło nas do sklepu z zabawkami, który znów okazał się być sklepem typu Tardis, czyli po małym przedsionku, okazał się mieć ciąg dalszy, a ten ciąg dalszy miał swój ciąg dalszy itd. I właśnie tam, choć Ser już w Londynie mormorała, że „jeże to nie, bo na Malcie jeże niepopularnie, bo na Malcie jeży to nie ma” owszem znalazłam i nabyłam jeża do kompletu londyńskiej wyderce. Żaden tam bajkowy z jabłkiem, tylko normalny, zoologiczny jeż i nawet wielkością pasował. No proszę, wydra z Londynu, a jeż może nie z Afganistanu ale zawsze z jakowejś bardziej egzotycznej i cieplejszej okolicy.

Zgodnie z obietnicą Serathe zaprowadziła mnie też do „magicznej budki”, gdzie można było sobie zamówić portret 3D grawerowany laserem w szkle. Jako wabik i reklama był tam wystawiony wizerunek Harry’ego Pottera. Nie powiem, robił wrażenie. Aż tak siebie nie lubię, żeby się uwieczniać swoje 3D w szkle, więc zamówiłam breloczek z wytrawionymi malutkimi portretami Sherlocka i Johna – niestety, ze zwykłej fotki z pena dawało się zrobić tylko 2D, ale i tak wyszło pięknie. Teraz nie mogę tego breloczka używać, bo się boję, że zgubię. Byłyśmy też z Ser w pubie o bezpretensjonalnej nazwie „Pub”, który wsławił się tym, że był ostatnim, jaki odwiedził św.p. Oliver Reed podczas kręconych w 1999 roku scen do „Gladiatora”. Po powrocie z balangi aktor zmarł w hotelowym pokoju na atak serca. Wieść gminna niesie, że wypił dużo za dużo. Osobiście ograniczyłyśmy się do cydru, zwłaszcza, ze miałyśmy jeszcze to i owo do obejrzenia. Na przykład boczne uliczki, nie tak reprezentacyjne jak główne turystyczne deptaki, ale za to swojsko malownicze. W ten sposób trafiłyśmy na jedyny w swoim rodzaju widok pana wędkarza, oblężonego przez koty, które czekały aż coś złowi i je poczęstuje. Później widziałyśmy takich panów jeszcze kilku i na każdego wypadało średnio po trzy koty. Ucieszny widok, ale też świadczący, jak przyjaźnie traktuje się na tej wyspie zwierzaki. Żadnemu z tych kotów nawet nie przyszło do głowy, że człowiek mógłby w nie czymś rzucić, kopnąć czy postraszyć.

Idąc trasą wzdłuż zatoki, dotarłyśmy do gigantycznego dzwonu, mającego upamiętniać bombardowania podczas wojny. Dokładnie o 12 w południe dzwon dzwoni i wówczas nie należy stać zbyt blisko, jeśli się nie chce doznać trwałego ubytku słuchu – przeznaczona dla turystów ostrzegawcza tabliczka z rysunkami była bardzo sugestywna. Tuż obok dzwonu spoczywa gigantyczny Śpiący Rycerz Maltański. Legenda głosi, że w razie czego wstanie i przyp… wrogom. Taka ichnia wersja baśni o rycerzach śpiących pod Giewontem, tyle, że ten jest z brązu i ewidentnie nadmorski. Nadśródziemnomorski.

Przeszłyśmy się „zapleczami”, oglądając domy mało reprezentacyjne, wychłostane zimowymi ulewami, nadgryzione solą, ale mające pewien swoisty urok. Co ciekawe, właściwie żadnych śladów wandalizmu. Wysnułam teorię, że latem jest o wiele za gorąco, żeby podejmować niemały przecież wysiłek zrujnowania przystanku autobusowego czy czegoś w tym stylu, a zimą okropnie tam leje, ulicami płyną rzeki i nikt nie wychodzi z domu jeśli koniecznie nie musi. Przypadkowo trafiłyśmy na coś, co z daleka wyglądało na restauracyjkę z kolorowymi kolumnami (dziwne, w takim miejscu?), z bliska zobaczyłyśmy katafalk (!) stojący w czymś na kształt garażu, a ostatecznie okazało się, że jest to wytwórnia dewocjonaliów w dużej skali. Kolumny i „katafalk” były drewniane, podmalowywane na marmur i ze złoceniami. Po prostu akcesoria na festę. Jak już wspomniałam, organizowanie procesji z figurami świętych jest na Malcie ulubioną rozrywką narodową. Dużo kwiatów, dużo wesołej muzyki, fajerwerki i przenośne, rozkładane ołtarze.

Wyżywienie się na Malcie jest dziecinnie proste, nawet kiedy się nie ma za wiele pieniędzy i człowiek woli nie zostawiać kasy w restauracjach. Owoce są tanie i do kupienia w zasadzie wszędzie, a na niemal każdej ulicy są pastizzerie. Pastizzi to taka potrawa narodowa, jak u nas pierogi. Likwidacja pastizzi wywołałaby na Malcie rozruchy, jak u nas zakaz ogórków kiszonych. Pastizzi to po prostu rodzaj pasztecika czy też pieroga z ciasta francuskiego (bardzo tłustego), nadziewanego różnymi rodzajami farszu: białym serem ricotta, tuńczykiem, mięsem mielonym z przyprawami albo piure z grochu. Kosztuje to od 25 eurocentów do półtora euro, a duże pastizzi z grochem z powodzeniem zastępowało mi obiad.

Zdjęcia TUTAJ. 

środa, 20 listopada 2013
Schematy

Obejrzałam niedawno film. Animowany. Polecony przez zwierza. No i niby nic, film jak film, nawet sympatyczny i zabawny, chwilami straszny. Bliżej mu do Burtona niż do Disneya i raczej bym nie pokazała go dziecku poniżej 10 roku życia. No ale nie o tym chciałam. W jednej z ostatnich scen postać męska mówi do postaci żeńskiej następujące słowa: „Poznam cię ze swoim chłopakiem, polubisz go”. Muszę przyznać, że zdębiałam, bo nigdy, absolutnie nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się zobaczyć w bądź co bądź kreskówce faceta, który całkiem otwartym tekstem określa swoją „nietradycyjną” orientację (i nie jest przy tym ukazany jako chichocący debil robiący czajniczek). I to jedno zdanie zarazem całkowicie (wstecznie) zmienia interpretację wszystkich jego czynów. Gość, który daje się dosłownie wyciągnąć spod prysznica atrakcyjnej blondynce, by włóczyć się po zakazanych okolicach i ryzykować zjedzenie przez zombi, wcale nie robi tego po to, by wywrzeć wrażenie na owej blondi, grać bohatera i w końcu dobrać jej się w nagrodę do majtek (nie żeby ona miała coś przeciw). Po prostu jest przyzwoitym facetem! Niezbyt rozgarniętym, ale opiekuńczym i no… po prostu w porządku.  

Od razu zaznaczam, że interpretowanie sojuszu Tymona i Pumby jako związku gejowskiego jest bardzo, ale to bardzo naciągane i nie ma solidnych podstaw. Równie dobrze można twierdzić, że „Masza i niedźwiedź” to serial o pedofilii. Albo pedo-zoofilii…

Książęta mają swoje księżniczki, żaba lgnie do żaby, ogr do ogrzycy, osioł do smoczycy, a kosmiczny agent do rudej kowbojki. Generalnie ocean heteroseksualizmu.

Oczywiście nie oglądałam wszystkiego, co jest wypuszczane na ekrany, ale jak na razie jedynym obrazem przełamującym schematy w tej kwestii jest właśnie „Para-Norman”. Czy ktoś gdzieś coś…?

 

Obiecuję dokończyć sprawozdanie z wojaży w przyszłym tygodniu.



środa, 13 listopada 2013
"Zgon" Gina Damico

Zaliczyłam zgon. To znaczy „Zgon”, dzięki uprzejmości Fabryki Słów.

Pytanie podstawowe: dobrze się czytało? Tak.

Tłumaczenie było dobre? Tak.

Historia zajmująca? Tak.

Targetowo się toto plasuje gdzieś między young a young adult. Być może w kolejnych tomach przesunie się bardziej w stronę adult.

Fabuły streszczać nie będę, bo to sobie możecie przeczytać w dowolnej notce księgarni wysyłkowej albo na stronie wydawcy. Podczas lektury miałam pewne skojarzenia z serialem „Dead like me”, ale zaliczam to na plus, bo serial jest dobry, a Damico jednak go nie kalkuje. Najwyżej czerpała inspirację. Bohaterka znów jest Wybraną, obdarzoną wyjątkowymi Zdolnościami (z drugiej strony, zwykła Kowalska w takiej roli się nie sprawdzi technicznie) i można by powiedzieć, że o rany, ileż tysięcy razy to już było, ale na szczęście Lex nie jest ani wyjątkowo śliczna, ani wyjątkowo mądra, ani też nie załatwia kopem w szczękę facetów dwa razy większych od siebie. To znaczy owszem, zdarzają się podobne rzeczy, ale nie dlatego, że jest superwoman – po prostu zaskoczony przeciwnik nie spodziewa się, że takie niewielkie dziewczę rzuci się na niego wściekle jak wikiński berserker albo Diabeł Tasmański z kreskówki. Lex trafia do miasteczka Zgon, jest szkolona na Mrocznego Żniwiarza. Podobało mi się to miejsce przeokrutnie, coś jakby połączenie lunaparku z muzeum osobliwości, bardzo-tajną-bazą szpiegowską i laboratorium ekscentrycznego naukowca, oraz szkołą dla młodocianych agentów. A wszystko posypane po wierzchu kruszonką humoru słownego i sytuacyjnego całkiem niezłej jakości. Wątek romansowy istnieje, szesnastoletnie hormony trudno okiełznać, lecz szczęśliwie jest tylko przyprawą, a nie daniem głównym. Intryga niemalże kryminalna? Jest. Co prawda autorka tak ostentacyjnie powiewa czytelnikowi przed nosem fałszywymi podejrzanymi, że nawet najbardziej naiwny się na to nie nabierze. Za to godne uwagi jest to, że Lex wbrew tradycji nie jest sierotką! Wręcz odwrotnie, ma kochających rodziców i siostrę bliźniaczkę, a jej miłość do rodziny jest elementem bardzo ważnym, mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że kluczowym. Właśnie to przełamanie tradycji tak starej, że stała się niemal aksjomatem bardzo mnie ujęło.

Zakończenie książki jest otwarte szeroko jak wjazd do podziemnego garażu, ale na szczęście nie ma tu chamskiego zagrania w rodzaju: bohater dostał kulkę, a czy z tego wyjdzie to się okaże w następnym tomie.

 

 

 

 



piątek, 08 listopada 2013
GEEKOMANIA

Uwaga, drodzy czytelnicy!

Mamy już listopad, niedługo Gwiazdka, a wcześniej wraca Doktor i w ogóle szykuje się dużo fajnych rzeczy do oglądania, a poziom geek-gorączki rośnie. TUTAJ można obejrzeć propozycje wzorów na wisiorki i kolczyki z Thorem i Lokim. Jeśli coś się komuś spodoba, może u mnie zamówić fanowską biżuterię, zgłaszając się i podając numerek obrazka oraz określając czy ma to być dyndadło na szyję czy do uszu. Wisiorek ma szerokość 2,5 cm a wysokość jak wyjdzie – od 3 do 5 cm. Z jednej strony wisiorka może być jeden bohater, a z drugiej inny. Kolczyk ma zwykle szerokość 2 cm, a wysokość 2,5 cm.

Oczywiście jeśli ktoś jest chłodny uczuciowo wobec bogów Asgardu, może zamówić u mnie dosłownie każdego swojego ulubieńca, przysyłając mi swój obrazek – Doktora, chłopaków z Supernatural, Severusa Snape’a, Sherlocka, kucyki, Muminki i tak dalej. Uwaga: taka fotka powinna być wyraźna i duża – najlepsze szablony wychodzą z tapet na pulpit.

Zamówienia zbieram od teraz do końca listopada z lekkim poślizgiem na grudzień. Czas oczekiwania będzie zależny od ilości zamówień – jeśli uzbiera się więcej, to realizacja pójdzie szybciej (zawiłości technik drukarskich).

Cena przystępna: po 15 zł za parę lub sztukę. Robota od A do Z ręczna.

Kontakt na toroj@op.pl

Poniżej przykładowe zdjęcia gotowych biżutów.



 



Jak zrobić ekologiczną piłeczkę dla kota

Jak zrobić ekologiczną piłeczkę dla kota.

Potrzebne: 1 para starych skarpetek, które już się tak znosiły, że chcemy je wyrzucić. Skarpetki oczywiście powinny być wyprane. Igła z nitką.

Działanie: zwinąć jedną skarpetkę w kulkę, drugą przewrócić na lewą stronę. Skarpetkę skulkowaną wepchnąć do drugiej aż do palców, naciągnąć dzianinę i skręcić, naciągnąć luźny fragment skarpetki (wywracając ją na stronę prawą) na sformowaną kulkę, naciągnąć, skręcić i czynności powtarzać, aż się skończy skarpetka. Końcówkę zaszyć. W wyniku naszych działań powinna powstać okrągła dzianinowa piłeczka, lekka i sprężysta – fajnie się w nią wbija pazury.  



niedziela, 27 października 2013
Miasto żółte - dzień 2 i 3

Miasto żółte – dzień drugi.

Doszłam do wniosku, że powinnam trochę przyspieszyć, inaczej na sprawozdaniu z wojaży zastanie mnie Gwiazdka.

Dnia drugiego Serathe zabrała mnie do miejsca zwanego Ta Qali lub Craft Village, czyli Wioska Rzemiosł. Przy czym omyłkowo wysiadłyśmy przystanek wcześniej i musiałyśmy jeszcze spory kawałek iść. Nie miałam absolutnie nic przeciwko – im więcej Malty zobaczę, tym lepiej. A miałam okazję w ten sposób zobaczyć malutkie targowisko, na którym tambylcy zaopatrywali się w produkty spożywcze. Na stoiskach rozstawionych przy autach towar w ¾ pokrywał się z polskim. Ziemniaki, marchew, śliwki, kalafiory, brokuły, miód itp. – poza tym jednak od groma melonów, owoce opuncji, ryby i owoce morza, w tym siatki ze ślimakami. Za to zero chińskiej taniochy w rodzaju powłoczek, kapci albo tandetnych ręczniczków.

Po drodze minęłyśmy park publiczny, ogrodzony siatką: dołem sucho jak pieprz, górą sosny (takie niskie i rozgałęzione, nie masztowe) oraz kwitnące na całą parę wielkie krzewy niewiadomego gatunku. I właśnie wówczas usłyszałyśmy głośne, nieprzerwane buczenie, całkiem jakby w pobliżu był transformator. Rozejrzałyśmy się, czy nie widać gdzieś przewodów wysokiego napięcia, ale nie – wyłącznie roślinność. Buczenie zdawało się dobiegać właśnie z roślinności. Serathe rzuciła nie do końca pewnie: „To chyba cykady”. Albo była to jedna cykada wielkości traktora, która jakimś cudem zdołała się zakamuflować na drzewie (jak słoń w jarzębinie), albo dużo mniejsza i nadawała przez megafon, albo było to dużo małych cykad, potrafiących się zgrać w idealny, bezbłędny chór. Czysty obłęd.

Spodziewałam się czegoś w rodzaju jarmarku Dominikańskiego ale Craft Village okazało się zastawione głównie półokrągłymi barakami z blachy – jak niewielkie hangary samolotowe. Wewnątrz znajdowały się pracownie rzemieślnicze i sklepiki. Zaczęłyśmy od wytwórni szkła, gdzie akurat trwał pokaz wyginania z miękkiej, plastycznej masy szklanej kolorowego kwiatka. Surowe pomieszczenie z piecem, zastawione rozmaitym niepięknymi, ale bardzo potrzebnymi przedmiotami, natychmiast przypomniało mi pracownię witrażową, w której spędziłam spory kawałek życia – i poczułam się bardzo swojsko. Z sali produkcyjnej można było przejść do części wystawowo-sklepowej, gdzie na eleganckich (szklanych) półkach roiło się od gotowych dzieł, pogrupowanych wedle kolorystyki. Wyglądało to naprawdę imponująco – wielkie plamy purpury, błękitu, fioletu, zieleni… Wazony, wazy, miski, filiżanki, talerze, wzlatujące ptaki, malutkie ozdóbki w kształcie jabłek, świnek, kotków i ryb… Duże – na kieszeń bogatego Amerykanina, i małe – w granicach możliwości finansowych przybysza z Polski. Nawet przez moment się zastanawiałam, czy nie nabyć tam prezentu dla mamy, ale przypomniałam sobie te wszystkie zbieracze kurzu, jakimi jest obstawione mieszkanko mej macierzy i skwapliwie odegnałam ową myśl. Co jeszcze w wiosce rzemiosł? Rozmaite dynksy z kutego żelaza. Naczynia grawerowane laserem i techniką trawienia kwasem. Wyroby drewniane, i oczywiście full serwis jeśli chodzi o turystyczne śmieci typu „I love Malta”. W jednym z hangarów była pracownia kamieniarska, gdzie maszyna piłowała na plastry wielki kawał skały – trudno rzec co, ale chyba wapień. Dokoła mnóstwo wyrobów z kamienia, figurek, pudełeczek, bransoletek, wisiorków, prezentowane dumnie geody ametystowe, ale także miejscowe skamieliny – amonity wielkości kołpaków samochodowych i rybie szkielety zachowane w wapiennej skale. W innym sklepie: miniatury budynków charakterystycznych dla maltańskiej architektury, miód (z jakiegoś powodu uznany za przysmak narodowy i już), słoiczki z kozim serem w zalewie, dżem z opuncji i nalewka z opuncji, a prócz tego kot imieniem Pumpkin, który najpierw próbował zjeść mnie, a potem mój kapelusz. Ogromnym zaskoczeniem były wełniane swetry. Czujecie? Na zewnątrz od 28 do 30 stopni, człowiek się czuje chwilami jak w mikrofalówce, a tu grube swetry z wełny, jak na Krupówkach. No bo, panie, jesień już, za chwilę zima i statystyczny Maltańczyk zaczyna marznąć… Zresztą co tu gadać, później miałam okazję widzieć na przystanku panią w swetrze i długich polarowych spodniach, podczas gdy obie z Serathe miałyśmy na sobie minimum wszystkiego oraz kapelusze od słońca. Koniec dygresji. Największa jednak niespodzianka czekała nas w jednej z pracowni ceramicznych. Weszłyśmy, podziwiając porozstawiane wszędzie i porozwieszane śliczne naczynia, ryby, kwiaty, zwierzaki małe i większe. Serathe zatrzymała się przy jakiejś półce, ja przeszłam dalej, gdzie można było popatrzeć na cześć produkcyjną… i wryło mnie w podłogę. Po czym ryknęłam za całe gardło: „Serek, chodź tu NATYCHMIAST!” Na stelażu pionowo stał okrągły blat stołu (najwyraźniej), a na nim polatywała sobie w kosmosie… Tardis. Prędzej bym się spodziewała hiszpańskiej inkwizycji… Okazać się miało, że było to zamówienie klienta z Abu Dabi (Emiraty Arabskie), które właśnie czekało sobie na odbiór. Życie jest pełne cudownych niespodzianek. Ta na oko nieduża wytwórnia ceramiczna jest znana ze swoich wyrobów na całym świecie i jeden z takich artystycznych stołów (z krzyżem maltańskim, nie z Tardis) zawędrował nawet na brytyjski dwór. Właśnie tam nabyłam drogą kupna trzy cudownej urody solniczki-zwierzątka i teraz mogę się chwalić, że robiłam zakupy w sklepie, który zaopatruje angielską królową, a co!

Kolejnym sztandarowym wyrobem Malty (poza dżemem z opuncji ;-) jest biżuteria filigranowa – wykonana z cieniutkich drucików, wygląda jak zrobiona z koronki. Na terenie Craft Village było takich jubilerni kilka. Można było w nich obejrzeć (i kupić) nie tylko kolczyki, naszyjniki, pierścionki itp. rzeczy, ale nawet całe nieduże rzeźby, takie jak np. chiński smok albo wikiński drakkar.

Kolejnym punktem programu była Mdina, miasto-twierdza. Kto chce poczytać o rysie historycznym tego miejsca, niech wklepie hasło w google. Wyniosłam stamtąd ogólne wrażenie, że bardzo podobna musiała być opisywana przeze mnie przed laty stolica Lengorchii, choć wówczas jeszcze na oczy nie widziałam żadnego miasta śródziemnomorskiego. Wszechobecne żółtawe, jasne mury, wąskie cieniste uliczki, mnóstwo świątyń. Figury świętych w niszach. Wszystko rozświetlone jakby nie słońcem, a jakimś wewnętrznym, spokojnym blaskiem. Mimowolnie człowiekowi udziela się ta pogoda i ten blask – nikt się z nikim nie kłóci, nigdzie się nie śpieszy, na nikogo nie krzyczy. Słychać gwar wielu języków (angielski, niemiecki, maltański, francuski, włoski, ale też polski i rosyjski) ale jest to przyjemne akustyczne tło ludzi zadowolonych. Nic dziwnego, że Malta przyciąga poza turystami także filmowców – to tam kręcono m.in. sceny do „Gladiatora”, „Troi”, „Aleksandra”, a ostatnio do „World War Z”. Trochę zmęczone łażeniem po uliczkach i podziwianiem architektury, poszłyśmy na zapowiadany przez Serathe torcik do restauracji „Fontanella”, położonej tuż przy murach obronnych. Widok roztaczał się stamtąd rozległy i cudowny, co można sprawdzić na zdjęciu w galerii. Byłyśmy głodne, więc zamówiłyśmy po dwa kawałki ciasta (ceny porównywalne do cen w lokalach polskich), ale kiedy przyniesiono nasze zamówienie, zaliczyłam spory zonk. Porcje były naprawdę solidne, niemal dwukrotnie większe, niż te nasze krajowe. Nie dziwota, że na okruszki z naszych porcji załapało się całe stadko wróbli – nie byłyśmy w stanie zjeść do końca, chociaż torciki były naprawdę przepyszne.

Tamtego dnia poszłyśmy też na zakupy do pobliskiego Smarta, bo lodówka już trochę świeciła pustkami. Kolejny sklep typu tardisowego, czyli większy w środku. W takich temperaturach gorącego się raczej nie chce, więc zażyczyłam sobie chrupek i mleka. Serathe, jako prawie-że-tubylka uprzedziła, że chrupek będzie DUŻO. Kręciłyśmy się to tu, to tam, przy okazji nauczyłam się, że „halib” znaczy po maltańsku „mleko”, w wózku lądowały różne produkty spożywcze, w końcu dotarłyśmy do chrupków kukurydzianych. Spojrzałam na regał i powiedziałam: „Nie jest ich jakoś specjalnie dużo”, na co Serathe: „To dopiero demo” i poprowadziła mnie dalej. Popatrzyłam na ścianę składającą się z pudełek oraz paczek, niknącą w perspektywie, jak regał w Bibliotece Niewidzialnego Uniwersytetu. Leciutko zwątpiłam, po czym podjęłam logiczną decyzję: „Mają zawierać miód i orzeszki, na resztę nie patrzymy”. W ten sposób sprawę chrupek śniadaniowych załatwiłyśmy w około 7 minut, zamiast stać godzinami w tym dziale nabawiając się silnej nerwicy. Generalnie sklep generujący nerwice decyzyjne, każący klientowi wybierać spomiędzy dwudziestu rodzajów musztardy, pięćdziesięciu ketchupu i miliona pińćset makaronów. Wiecie, bo Malta to taki maleńki i biedny kraik gdzieś u wybrzeży Afryki… Osobna historia to napój Kinnie, w którym się zakochałam natychmiast i cierpię obecnie, bo w Polsce jest nie do dostania. Kinnie to specjalite Malty i albo się w nim zakochujesz na zabój, albo stwierdzasz, że jest niepijalny. Sądzę, że byłby genialny do drinków. Ma kolor mniej więcej herbaciany, bazuje na soku z pomarańczy, w składzie ma przyprawy oraz zioła - jest słodko-kwaśny i jednocześnie lekko gorzkawy. Jeśli wrócę na Maltę, to jednym z czynników będzie właśnie Kinnie.

 

Miasto żółte – dzień trzeci.

Rankiem wyszłam z kawą na taras na dachu i spotkałam tam gekona. Nie był zbyt towarzyski i oddalił się w tempie przyspieszonym. Generalnie wszędzie jest tam pełno gekonów (mniejsze, z krótszymi ogonkami) i jaszczurek (większe, smuklejsze, bardziej ogoniaste). Tego dnia planowałyśmy pojechać na plażę Golden Bay. Przywykliśmy do całych kilometrów nadbałtyckiego ślicznego piaseczku, ale plaże maltańskie są głównie kamieniste. Golden Bay leży koło dużego kompleksu hotelowego i po prostu nawieziono tam X ciężarówek piasku, żeby turyści mogli się na nim wylegiwać, jak foki. Szczyt sezonu już minął, więc bez problemu znalazłyśmy sobie wygodne miejsce. Zatokę z obu stron otaczały skały, bardzo interesujące strukturalnie, porowate, pełne dziur i zakamarków, w których Sherlock nurkował z iście wydrzym temperamentem. Gratulowałam sobie kilka razy, że zdecydowałam się wziąć sportowe sandały na protektorach, inaczej spacer po manowcach groził co najmniej obdarciem kolan, w gorszym przypadku złamaniem kostki. Po raz kolejny objawiły się też cykady, które koncertowały w chaszczach koło plaży – tym razem na pewno nie było tam żadnego urządzenia elektrycznego, które mogłoby wydawać takie dźwięki. Oczywiście musiałam wleźć do morza, bo inaczej cała wycieczka byłaby nieważna. Jestem może kotem, ale wodnym. Zapobiegliwie wzięłam okulary do pływania, a Serathe wystarała mi się o rurkę (żałuję, że nie miałam lepszego sprzętu). Woda bardzo czysta i bardzo słona. Łatwo się w niej pływa i ciężko schodzi do dna. Ryby trzymały się raczej nie tej części zasypanej piaskiem, a tej skalistej z rozpadlinami. Trafiłam na pasiaste wzdłużnie i pasiaste poprzecznie, płaskie żółtawe z fałszywym „okiem” koło ogona i ryby-pawie cieniowane od zieleni do metalicznego błękitu, z żółtym paskiem przy skrzelach. Dostrzegłam też 2 sztuki krabów między kamieniami, oraz jedną małą różową meduzę, którą popukałam palcem w kapelusz. Najwidoczniej była to taka nieparząca. Wisienką na torcie okazała się dość spora ośmiornica, która wychynęła z jakiejś rozpadliny, rozsiadła się na kamieniu, podwijając pod siebie macki, jak kot – łapki i popatrzyła na mnie z miną „czego? to moja miejscówka”. Przy ośmiornicy objawił się zaś jakiś naturysta, który pływał bez gaci, ale za to w słomkowym kapeluszu. Zagaił, czy są rybki, przedstawił się, przeprosił, że jest nago… Dżentelmen, no proszę… Z moim sprzętem do pływania było coś nie tak, zaczęłam się krztusić, więc rycersko skierował mnie do miejsca, gdzie można było w miarę bezpiecznie wyjść na brzeg. Pogadaliśmy jeszcze chwilę (ja swoim łamanym angielskim) na standardowy temat: skąd jesteś, jak ci się podoba Malta, pogoda itede, po czym miło się uśmiechnęłam i wróciłam pod parasol do Serathe. Poderwać się Mario nie dałam, nie do romansów mi było, ale przygodę oceniam jako dosyć śmieszną.

Zesmażyłam się na tej plaży niemożebnie (Serathe potem drwiła, że przecież proponowała mi krem z filtrem) i po jakimś czasie (już w Polsce) zaczęłam obłazić ze skóry, całkiem jak wąż, co mi się nie przytrafiło od czasów dzieciństwa. Jesień na Morzu Śródziemnym… Następnym razem: krem z filtrem i lepszy sprzęt do pływania, koniecznie.

W Golden Bay poszłyśmy też na lody do restauracyjki przy plaży i ponownie się przekonałam, że ceny może i są wysokie, ale za to jak już cię karmią, to od serca, a podwójna porcja lodów wygląda jak polska poczwórna.

Z niepowiązanych atrakcji tego dnia:

Rowerowa procesja. Stojąc na przystanku, wpierw usłyszałyśmy oddaloną muzykę, potem pojawił się jeden rowerzysta, zaraz potem drugi, potem rowerów zrobiło się więcej, muzyka i śpiew przybliżał się, a potem naszym oczom ukazała się furgonetka z obrazem Matki Boskiej, otoczonej kwieciem – z zamontowanych na samochodzie głośników walił na całą parę psalm. Auto przejechało, a za nim znów pojawiła się niewielka kolumna rowerów. Zdaje się, że miałyśmy trochę oszołomione miny. Serathe twierdzi, że chociaż Malta jest do bólu katolicka, jakoś ten katolicyzm jest znacznie weselszy i bardziej na luzie, niż ten nasz. W maleńkim kraiku wielkości Warszawy jest około 400 kościołów, co chwila odbywają się festy na cześć patronów: z kwiatami, pochodami, śpiewaniem, koncertami i fajerwerkami.

Rotunda of Mosta – zajrzałyśmy do środka, choć nie zdecydowałyśmy się na dokładniejsze oglądanie, bo akurat trwała msza i nie wypadało. Podczas wojny, kiedy biedną maleńka Maltę bombardowali hitlerowcy, 9 kwietnia 1942 roku sklepienie tego kościoła przebiła bomba – ale nie wybuchła i tym samym zachowali życie wszyscy ludzie, którzy schronili się wewnątrz. Uznano to za cud i jawny przejaw łaski Boga. Mówi się, że po otwarciu korpusu bomby wewnątrz znaleziono piasek i kartkę z pozdrowieniami od sabotażystów-Czechów, ale to raczej urban legend.

W nocy była burza, co objawiało się tym, że pioruny błyskały i grzmiało co parę sekund, natomiast deszczu było tyle, co kot napłakał. Nic dziwnego, że najlepiej się tam mają kaktusy.



sobota, 26 października 2013
Koci horror

Zacznę od tego, że Ryżyk do tej pory nie bał się niczego. Może poza odkurzaczem – trochę. Po prostu widać różnicę pomiędzy kocim „nie lubię i unikam” a „boję się ojejej”. A tu, ni stąd ni zowąd, w domu pojawił się WRÓG. Wróg był tak strasznie straszny, że należało do niego podchodzić w pozycji bocznej, wyłamany w podkowę, nastroszony i bardzo-bardzo powoli. Bo może wróg się rzuci. Jak dzik. Albo locha. Kot w końcu nie wytrzymał nerwowo straszliwej obecności Wroga i schował się pod łóżko. Kiedy w końcu wylazł, Wróg był schowany pod kocykiem, ale sterczało mu jedno ucho – i to ucho Mierzyło się podejrzliwym Spojrzeniem. Zachowując Rezerwę.

A oto podobizna WROGA.

W rzeczywistości jest to poduszka, którą kiedyś dostałam w prezencie od przyjaciela z Rosji. Do tej pory rezydowała sobie wysoko na półce i Ryżyk nie zwracał na nią uwagi, dopóki nie pojawiła się na dole, w całej swej potwornej materiałowej okazałości.



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36