CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
niedziela, 27 października 2013
Miasto żółte - dzień 2 i 3

Miasto żółte – dzień drugi.

Doszłam do wniosku, że powinnam trochę przyspieszyć, inaczej na sprawozdaniu z wojaży zastanie mnie Gwiazdka.

Dnia drugiego Serathe zabrała mnie do miejsca zwanego Ta Qali lub Craft Village, czyli Wioska Rzemiosł. Przy czym omyłkowo wysiadłyśmy przystanek wcześniej i musiałyśmy jeszcze spory kawałek iść. Nie miałam absolutnie nic przeciwko – im więcej Malty zobaczę, tym lepiej. A miałam okazję w ten sposób zobaczyć malutkie targowisko, na którym tambylcy zaopatrywali się w produkty spożywcze. Na stoiskach rozstawionych przy autach towar w ¾ pokrywał się z polskim. Ziemniaki, marchew, śliwki, kalafiory, brokuły, miód itp. – poza tym jednak od groma melonów, owoce opuncji, ryby i owoce morza, w tym siatki ze ślimakami. Za to zero chińskiej taniochy w rodzaju powłoczek, kapci albo tandetnych ręczniczków.

Po drodze minęłyśmy park publiczny, ogrodzony siatką: dołem sucho jak pieprz, górą sosny (takie niskie i rozgałęzione, nie masztowe) oraz kwitnące na całą parę wielkie krzewy niewiadomego gatunku. I właśnie wówczas usłyszałyśmy głośne, nieprzerwane buczenie, całkiem jakby w pobliżu był transformator. Rozejrzałyśmy się, czy nie widać gdzieś przewodów wysokiego napięcia, ale nie – wyłącznie roślinność. Buczenie zdawało się dobiegać właśnie z roślinności. Serathe rzuciła nie do końca pewnie: „To chyba cykady”. Albo była to jedna cykada wielkości traktora, która jakimś cudem zdołała się zakamuflować na drzewie (jak słoń w jarzębinie), albo dużo mniejsza i nadawała przez megafon, albo było to dużo małych cykad, potrafiących się zgrać w idealny, bezbłędny chór. Czysty obłęd.

Spodziewałam się czegoś w rodzaju jarmarku Dominikańskiego ale Craft Village okazało się zastawione głównie półokrągłymi barakami z blachy – jak niewielkie hangary samolotowe. Wewnątrz znajdowały się pracownie rzemieślnicze i sklepiki. Zaczęłyśmy od wytwórni szkła, gdzie akurat trwał pokaz wyginania z miękkiej, plastycznej masy szklanej kolorowego kwiatka. Surowe pomieszczenie z piecem, zastawione rozmaitym niepięknymi, ale bardzo potrzebnymi przedmiotami, natychmiast przypomniało mi pracownię witrażową, w której spędziłam spory kawałek życia – i poczułam się bardzo swojsko. Z sali produkcyjnej można było przejść do części wystawowo-sklepowej, gdzie na eleganckich (szklanych) półkach roiło się od gotowych dzieł, pogrupowanych wedle kolorystyki. Wyglądało to naprawdę imponująco – wielkie plamy purpury, błękitu, fioletu, zieleni… Wazony, wazy, miski, filiżanki, talerze, wzlatujące ptaki, malutkie ozdóbki w kształcie jabłek, świnek, kotków i ryb… Duże – na kieszeń bogatego Amerykanina, i małe – w granicach możliwości finansowych przybysza z Polski. Nawet przez moment się zastanawiałam, czy nie nabyć tam prezentu dla mamy, ale przypomniałam sobie te wszystkie zbieracze kurzu, jakimi jest obstawione mieszkanko mej macierzy i skwapliwie odegnałam ową myśl. Co jeszcze w wiosce rzemiosł? Rozmaite dynksy z kutego żelaza. Naczynia grawerowane laserem i techniką trawienia kwasem. Wyroby drewniane, i oczywiście full serwis jeśli chodzi o turystyczne śmieci typu „I love Malta”. W jednym z hangarów była pracownia kamieniarska, gdzie maszyna piłowała na plastry wielki kawał skały – trudno rzec co, ale chyba wapień. Dokoła mnóstwo wyrobów z kamienia, figurek, pudełeczek, bransoletek, wisiorków, prezentowane dumnie geody ametystowe, ale także miejscowe skamieliny – amonity wielkości kołpaków samochodowych i rybie szkielety zachowane w wapiennej skale. W innym sklepie: miniatury budynków charakterystycznych dla maltańskiej architektury, miód (z jakiegoś powodu uznany za przysmak narodowy i już), słoiczki z kozim serem w zalewie, dżem z opuncji i nalewka z opuncji, a prócz tego kot imieniem Pumpkin, który najpierw próbował zjeść mnie, a potem mój kapelusz. Ogromnym zaskoczeniem były wełniane swetry. Czujecie? Na zewnątrz od 28 do 30 stopni, człowiek się czuje chwilami jak w mikrofalówce, a tu grube swetry z wełny, jak na Krupówkach. No bo, panie, jesień już, za chwilę zima i statystyczny Maltańczyk zaczyna marznąć… Zresztą co tu gadać, później miałam okazję widzieć na przystanku panią w swetrze i długich polarowych spodniach, podczas gdy obie z Serathe miałyśmy na sobie minimum wszystkiego oraz kapelusze od słońca. Koniec dygresji. Największa jednak niespodzianka czekała nas w jednej z pracowni ceramicznych. Weszłyśmy, podziwiając porozstawiane wszędzie i porozwieszane śliczne naczynia, ryby, kwiaty, zwierzaki małe i większe. Serathe zatrzymała się przy jakiejś półce, ja przeszłam dalej, gdzie można było popatrzeć na cześć produkcyjną… i wryło mnie w podłogę. Po czym ryknęłam za całe gardło: „Serek, chodź tu NATYCHMIAST!” Na stelażu pionowo stał okrągły blat stołu (najwyraźniej), a na nim polatywała sobie w kosmosie… Tardis. Prędzej bym się spodziewała hiszpańskiej inkwizycji… Okazać się miało, że było to zamówienie klienta z Abu Dabi (Emiraty Arabskie), które właśnie czekało sobie na odbiór. Życie jest pełne cudownych niespodzianek. Ta na oko nieduża wytwórnia ceramiczna jest znana ze swoich wyrobów na całym świecie i jeden z takich artystycznych stołów (z krzyżem maltańskim, nie z Tardis) zawędrował nawet na brytyjski dwór. Właśnie tam nabyłam drogą kupna trzy cudownej urody solniczki-zwierzątka i teraz mogę się chwalić, że robiłam zakupy w sklepie, który zaopatruje angielską królową, a co!

Kolejnym sztandarowym wyrobem Malty (poza dżemem z opuncji ;-) jest biżuteria filigranowa – wykonana z cieniutkich drucików, wygląda jak zrobiona z koronki. Na terenie Craft Village było takich jubilerni kilka. Można było w nich obejrzeć (i kupić) nie tylko kolczyki, naszyjniki, pierścionki itp. rzeczy, ale nawet całe nieduże rzeźby, takie jak np. chiński smok albo wikiński drakkar.

Kolejnym punktem programu była Mdina, miasto-twierdza. Kto chce poczytać o rysie historycznym tego miejsca, niech wklepie hasło w google. Wyniosłam stamtąd ogólne wrażenie, że bardzo podobna musiała być opisywana przeze mnie przed laty stolica Lengorchii, choć wówczas jeszcze na oczy nie widziałam żadnego miasta śródziemnomorskiego. Wszechobecne żółtawe, jasne mury, wąskie cieniste uliczki, mnóstwo świątyń. Figury świętych w niszach. Wszystko rozświetlone jakby nie słońcem, a jakimś wewnętrznym, spokojnym blaskiem. Mimowolnie człowiekowi udziela się ta pogoda i ten blask – nikt się z nikim nie kłóci, nigdzie się nie śpieszy, na nikogo nie krzyczy. Słychać gwar wielu języków (angielski, niemiecki, maltański, francuski, włoski, ale też polski i rosyjski) ale jest to przyjemne akustyczne tło ludzi zadowolonych. Nic dziwnego, że Malta przyciąga poza turystami także filmowców – to tam kręcono m.in. sceny do „Gladiatora”, „Troi”, „Aleksandra”, a ostatnio do „World War Z”. Trochę zmęczone łażeniem po uliczkach i podziwianiem architektury, poszłyśmy na zapowiadany przez Serathe torcik do restauracji „Fontanella”, położonej tuż przy murach obronnych. Widok roztaczał się stamtąd rozległy i cudowny, co można sprawdzić na zdjęciu w galerii. Byłyśmy głodne, więc zamówiłyśmy po dwa kawałki ciasta (ceny porównywalne do cen w lokalach polskich), ale kiedy przyniesiono nasze zamówienie, zaliczyłam spory zonk. Porcje były naprawdę solidne, niemal dwukrotnie większe, niż te nasze krajowe. Nie dziwota, że na okruszki z naszych porcji załapało się całe stadko wróbli – nie byłyśmy w stanie zjeść do końca, chociaż torciki były naprawdę przepyszne.

Tamtego dnia poszłyśmy też na zakupy do pobliskiego Smarta, bo lodówka już trochę świeciła pustkami. Kolejny sklep typu tardisowego, czyli większy w środku. W takich temperaturach gorącego się raczej nie chce, więc zażyczyłam sobie chrupek i mleka. Serathe, jako prawie-że-tubylka uprzedziła, że chrupek będzie DUŻO. Kręciłyśmy się to tu, to tam, przy okazji nauczyłam się, że „halib” znaczy po maltańsku „mleko”, w wózku lądowały różne produkty spożywcze, w końcu dotarłyśmy do chrupków kukurydzianych. Spojrzałam na regał i powiedziałam: „Nie jest ich jakoś specjalnie dużo”, na co Serathe: „To dopiero demo” i poprowadziła mnie dalej. Popatrzyłam na ścianę składającą się z pudełek oraz paczek, niknącą w perspektywie, jak regał w Bibliotece Niewidzialnego Uniwersytetu. Leciutko zwątpiłam, po czym podjęłam logiczną decyzję: „Mają zawierać miód i orzeszki, na resztę nie patrzymy”. W ten sposób sprawę chrupek śniadaniowych załatwiłyśmy w około 7 minut, zamiast stać godzinami w tym dziale nabawiając się silnej nerwicy. Generalnie sklep generujący nerwice decyzyjne, każący klientowi wybierać spomiędzy dwudziestu rodzajów musztardy, pięćdziesięciu ketchupu i miliona pińćset makaronów. Wiecie, bo Malta to taki maleńki i biedny kraik gdzieś u wybrzeży Afryki… Osobna historia to napój Kinnie, w którym się zakochałam natychmiast i cierpię obecnie, bo w Polsce jest nie do dostania. Kinnie to specjalite Malty i albo się w nim zakochujesz na zabój, albo stwierdzasz, że jest niepijalny. Sądzę, że byłby genialny do drinków. Ma kolor mniej więcej herbaciany, bazuje na soku z pomarańczy, w składzie ma przyprawy oraz zioła - jest słodko-kwaśny i jednocześnie lekko gorzkawy. Jeśli wrócę na Maltę, to jednym z czynników będzie właśnie Kinnie.

 

Miasto żółte – dzień trzeci.

Rankiem wyszłam z kawą na taras na dachu i spotkałam tam gekona. Nie był zbyt towarzyski i oddalił się w tempie przyspieszonym. Generalnie wszędzie jest tam pełno gekonów (mniejsze, z krótszymi ogonkami) i jaszczurek (większe, smuklejsze, bardziej ogoniaste). Tego dnia planowałyśmy pojechać na plażę Golden Bay. Przywykliśmy do całych kilometrów nadbałtyckiego ślicznego piaseczku, ale plaże maltańskie są głównie kamieniste. Golden Bay leży koło dużego kompleksu hotelowego i po prostu nawieziono tam X ciężarówek piasku, żeby turyści mogli się na nim wylegiwać, jak foki. Szczyt sezonu już minął, więc bez problemu znalazłyśmy sobie wygodne miejsce. Zatokę z obu stron otaczały skały, bardzo interesujące strukturalnie, porowate, pełne dziur i zakamarków, w których Sherlock nurkował z iście wydrzym temperamentem. Gratulowałam sobie kilka razy, że zdecydowałam się wziąć sportowe sandały na protektorach, inaczej spacer po manowcach groził co najmniej obdarciem kolan, w gorszym przypadku złamaniem kostki. Po raz kolejny objawiły się też cykady, które koncertowały w chaszczach koło plaży – tym razem na pewno nie było tam żadnego urządzenia elektrycznego, które mogłoby wydawać takie dźwięki. Oczywiście musiałam wleźć do morza, bo inaczej cała wycieczka byłaby nieważna. Jestem może kotem, ale wodnym. Zapobiegliwie wzięłam okulary do pływania, a Serathe wystarała mi się o rurkę (żałuję, że nie miałam lepszego sprzętu). Woda bardzo czysta i bardzo słona. Łatwo się w niej pływa i ciężko schodzi do dna. Ryby trzymały się raczej nie tej części zasypanej piaskiem, a tej skalistej z rozpadlinami. Trafiłam na pasiaste wzdłużnie i pasiaste poprzecznie, płaskie żółtawe z fałszywym „okiem” koło ogona i ryby-pawie cieniowane od zieleni do metalicznego błękitu, z żółtym paskiem przy skrzelach. Dostrzegłam też 2 sztuki krabów między kamieniami, oraz jedną małą różową meduzę, którą popukałam palcem w kapelusz. Najwidoczniej była to taka nieparząca. Wisienką na torcie okazała się dość spora ośmiornica, która wychynęła z jakiejś rozpadliny, rozsiadła się na kamieniu, podwijając pod siebie macki, jak kot – łapki i popatrzyła na mnie z miną „czego? to moja miejscówka”. Przy ośmiornicy objawił się zaś jakiś naturysta, który pływał bez gaci, ale za to w słomkowym kapeluszu. Zagaił, czy są rybki, przedstawił się, przeprosił, że jest nago… Dżentelmen, no proszę… Z moim sprzętem do pływania było coś nie tak, zaczęłam się krztusić, więc rycersko skierował mnie do miejsca, gdzie można było w miarę bezpiecznie wyjść na brzeg. Pogadaliśmy jeszcze chwilę (ja swoim łamanym angielskim) na standardowy temat: skąd jesteś, jak ci się podoba Malta, pogoda itede, po czym miło się uśmiechnęłam i wróciłam pod parasol do Serathe. Poderwać się Mario nie dałam, nie do romansów mi było, ale przygodę oceniam jako dosyć śmieszną.

Zesmażyłam się na tej plaży niemożebnie (Serathe potem drwiła, że przecież proponowała mi krem z filtrem) i po jakimś czasie (już w Polsce) zaczęłam obłazić ze skóry, całkiem jak wąż, co mi się nie przytrafiło od czasów dzieciństwa. Jesień na Morzu Śródziemnym… Następnym razem: krem z filtrem i lepszy sprzęt do pływania, koniecznie.

W Golden Bay poszłyśmy też na lody do restauracyjki przy plaży i ponownie się przekonałam, że ceny może i są wysokie, ale za to jak już cię karmią, to od serca, a podwójna porcja lodów wygląda jak polska poczwórna.

Z niepowiązanych atrakcji tego dnia:

Rowerowa procesja. Stojąc na przystanku, wpierw usłyszałyśmy oddaloną muzykę, potem pojawił się jeden rowerzysta, zaraz potem drugi, potem rowerów zrobiło się więcej, muzyka i śpiew przybliżał się, a potem naszym oczom ukazała się furgonetka z obrazem Matki Boskiej, otoczonej kwieciem – z zamontowanych na samochodzie głośników walił na całą parę psalm. Auto przejechało, a za nim znów pojawiła się niewielka kolumna rowerów. Zdaje się, że miałyśmy trochę oszołomione miny. Serathe twierdzi, że chociaż Malta jest do bólu katolicka, jakoś ten katolicyzm jest znacznie weselszy i bardziej na luzie, niż ten nasz. W maleńkim kraiku wielkości Warszawy jest około 400 kościołów, co chwila odbywają się festy na cześć patronów: z kwiatami, pochodami, śpiewaniem, koncertami i fajerwerkami.

Rotunda of Mosta – zajrzałyśmy do środka, choć nie zdecydowałyśmy się na dokładniejsze oglądanie, bo akurat trwała msza i nie wypadało. Podczas wojny, kiedy biedną maleńka Maltę bombardowali hitlerowcy, 9 kwietnia 1942 roku sklepienie tego kościoła przebiła bomba – ale nie wybuchła i tym samym zachowali życie wszyscy ludzie, którzy schronili się wewnątrz. Uznano to za cud i jawny przejaw łaski Boga. Mówi się, że po otwarciu korpusu bomby wewnątrz znaleziono piasek i kartkę z pozdrowieniami od sabotażystów-Czechów, ale to raczej urban legend.

W nocy była burza, co objawiało się tym, że pioruny błyskały i grzmiało co parę sekund, natomiast deszczu było tyle, co kot napłakał. Nic dziwnego, że najlepiej się tam mają kaktusy.



sobota, 26 października 2013
Koci horror

Zacznę od tego, że Ryżyk do tej pory nie bał się niczego. Może poza odkurzaczem – trochę. Po prostu widać różnicę pomiędzy kocim „nie lubię i unikam” a „boję się ojejej”. A tu, ni stąd ni zowąd, w domu pojawił się WRÓG. Wróg był tak strasznie straszny, że należało do niego podchodzić w pozycji bocznej, wyłamany w podkowę, nastroszony i bardzo-bardzo powoli. Bo może wróg się rzuci. Jak dzik. Albo locha. Kot w końcu nie wytrzymał nerwowo straszliwej obecności Wroga i schował się pod łóżko. Kiedy w końcu wylazł, Wróg był schowany pod kocykiem, ale sterczało mu jedno ucho – i to ucho Mierzyło się podejrzliwym Spojrzeniem. Zachowując Rezerwę.

A oto podobizna WROGA.

W rzeczywistości jest to poduszka, którą kiedyś dostałam w prezencie od przyjaciela z Rosji. Do tej pory rezydowała sobie wysoko na półce i Ryżyk nie zwracał na nią uwagi, dopóki nie pojawiła się na dole, w całej swej potwornej materiałowej okazałości.



niedziela, 20 października 2013
Miasto żółte – dzień pierwszy

Miasto żółte – dzień pierwszy.

Kiedy lądowałam w Anglii, widać było przede wszystkim chmury. Morze Śródziemne (o Borze Szumiący, Morze Śródziemne iiii…) miało kolor niebieskiego atramentu, a sama Malta była mała i żółta. Żółto-płowa, mówiąc dokładniej. A dokoła jej brzegów uwijały się jakieś jednostki pływające. Maltańskie lotnisko powitało nas słońcem i temperaturą. Była połowa września, więc było zaledwie 29 stopni, ale i tak dość szybko zaczęłam się podgotowywać w dżinsach. Wyszłyśmy z hali przylotów i ryms (!) palma. Zapatrzyłam się na nią nabożnie. Do domu Serathe był jeszcze kawałek, a widoki za oknem autobusu, po statecznej, porządnej i wylizanej Anglii, jawiły się jako nieco szokujące. Domy były utrzymane głównie w różnych odcieniach żółtego. Spora ich część wyglądała na zaniedbaną i łuszczyła się z nich całymi płatami farba. Dopiero później miałam dostrzec, że chociaż domy maltańskie bywają w pewien nonszalancki sposób niechlujne (podobnie jak artysta, który nosi niezbyt świeżą koszulę, obszarpane dżinsy, nie wiąże sznurówek i przydałoby mu się golenie) to nie są brudne w ten odrzucający sposób, nagminny w Polsce, ani nie pogryzdane przez wandali ze sprajami. Architektura jest tam typowa dla terenów wystawionych na upały: solidne ściany, niewielkie okna, wąskie fasady często z charakterystycznymi dwuskrzydłowymi drzwiami i jednym okienkiem, by nie wpuszczać do środka zbyt wiele gorącego powietrza. Siedziba statystycznego Maltańczyka nie ciągnie się wszerz, a w głąb i w górę – przeważająca część zabudowań ma tarasy na płaskich dachach. Na dachach są też zbiorniki z wodą. Cała wyspa to kawał skały, pokrytej cienką warstwą gleby, więc co tylko się da – rury, kable itp. – ciągnie się po wierzchu. Dom, wynajmowany przez Serathe: na dole salon, wyżej kuchnio-jadalnia, jeszcze wyżej sypialnia i na samej górze pralnia – wszystko połączone wąskimi schodami kręconymi, poustawiane jedno na drugim, jak wieża z klocków. Pralkę, a jakże, wnosił na najwyższe piętro dźwig i nie jest to tam żadna osobliwość.

Roślinność dzika jest sucha, kolczasta, odporna na wiatry i słońce. Jak u nas czarny bez, tak tam wszędzie pleni się opuncja, świetnie też radzą sobie drzewa szpilkowe, takie jak sosny i tuje.

Po marnie przespanej nocy i męczącej podróży wpierw musiałyśmy trochę odespać, ale po południu poszłyśmy do blisko położonego ogrodu San Anton, gdzie zobaczyłam jeszcze więcej palm :-) Oraz różne inne roślinki, które kwitły sobie w najlepsze, mimo tego, że była połowa września. Drzewka cytrynowe rozpoznałam, jak również dwa figowce, okalające ścieżkę. Natychmiast przypomniałam sobie „Cieplarnię” Aldissa, gdzie taki jeden figowiec zajmował całą (byłą) Europę, popatrzyłam na te niesamowite pnie i stwierdziłam, że owszem, to byłoby możliwe. Znakomitej większości roślin nie znałam nawet z widzenia, a Serathe twierdziła, że bardzo wiele z nich to nie są gatunki rodzime, ale nic to. Moja potrzeba egzotyki została zdecydowanie zaspokojona. Cały ogród wyglądał jak jedna gigantyczna palmiarnia. Poza tym po ścieżkach łaziły pawie z młodymi, w zagródce rezydowały kury i kaczki. W jednym stawku pływały dwa czarne łabędzie, w drugim co najmniej kilkanaście żółwi, a w trzecim złote rybki. Poza tym wszędzie było pełno kotów – w rozmaitych kolorach, wieku, płci i cechach charakteru. Mieszkają tam na całkowitym legalu, dokarmiane i pojone przez pracowników. Część zachowywała dystans, ale część łasiła się i domagała pieszczot. W jednym z zakątków ogrodu znajdowały się woliery z ptactwem, które odebrano niedbałym właścicielom. Nie było tam tłoku. Maltańczycy ogólnie lubią zwierzęta, a złe traktowanie domowych zwierzaków jest mocno piętnowane społecznie.

Zaobserwowana ludność (poza turystami) prezentuje się jako mieszanina biało-brązowo-czarna. Większość białych ciemnowłosa, ciemnooka i śniada jak stereotyp południowego Włocha. Trafiają się czarnoskórzy – wielu z nich to uchodźcy z Libii. Jeśli trafi się coś skośnego i żółtego to na bank turysta. Językiem urzędowym jest angielski i rzeczywiście można się w nim dogadać wszędzie – z kierowcą autobusu, w sklepie, na ulicy, i nawet ze starszą panią, która handluje na bazarze. Maltański oczywiście również rozbrzmiewa wszędzie i jest niewiarygodnie osobliwy. Brzmi jak mocno scementowana mieszanina arabskiego i włoskiego, posypana po wierzchu słówkami z angielskiego i francuskiego. Mózg uszami wycieka.

Mój pierwszy dzień na Malcie skończył się dwukrotnym spożyciem smażonego kalmara – to znaczy pierwszym i ostatnim. MMŻ Serathe przyrządził kolację. Nie mam nic do jego zdolności kulinarnych, ale kalmar sam w sobie ma konsystencję gumowego szlaucha – z mackami. Zwłaszcza te macki mnie przerosły. No ale zaliczyłam kalmara i nie muszę już tego powtarzać, co za ulga.



sobota, 12 października 2013
Czas leci, rosną dzieci

Kiedy Ryżyk się wprowadził, był mniej więcej wielkości mojego adidasa.

W tej chwili przerósł glana. Ma 42 cm od nosa do nasady ogona. Ogona nie mogłam zmierzyć, bo się za bardzo ruszał.

Po drodze oboje, Ryżyk i Tori, zaliczyli koci katar. Ryżątko musiało przywlec ze sobą – i co z początku wydawało się niezbyt groźną infekcją oka, rozkwitło w całej okazałości po paru tygodniach. Ryżyk wizyty u weterynarza i lekarstwa przyjął z pogodą ducha: życie jest zbyt interesujące, żeby się koncentrować na jego mniej przyjemnych stronach. W tej chwili jest już praktycznie zdrowy i roznosi dom na czynniki pierwsze. Podawanie tabletek kotu w wykonaniu Ryżyka: bierze się tabletkę, kładzie się na miseczce, woła się kota, kot przychodzi i zjada tabletkę. Kurtyna.

Za to Torka… Spróbujcie, mili państwo, wywlekać cztery razy dziennie spod łóżka i podawać leki kotu, który Sobie Nie Życzy. Ostatecznie stanęło na zastrzykach co drugi dzień, bo łatwiej jest złapać kota i wepchnąć go do kontenerka, niż wtykać mu coś do paszczęki.

A oto Ryżyk w całej okazałości, z czytnikiem obok, dla porównania wielkości. I ten kot nadal rośnie…



piątek, 11 października 2013
Miasto czerwone cz.6

Miasto czerwone – dzień szósty, czwartek. Pożegnanie.

Ten dzień miał być ostatnim w stolicy Anglii. Ostatnie spacery, ostatnie kupowanie pamiątek i drobiazgów dla rodziny. Obie miałyśmy ochotę na powrót do Camden, gdzie zajrzałyśmy tym razem również na Camden Lock – miejsce koło kanału, gdzie prócz normalnych stoisk były też kramiki z chińskim jedzeniem, które można było spożywać przy stołach z widokiem na kanał i śluzę. Stamtąd też pochodzi zdjęcie z wielkim mosiężnym lwem. Nad kanałem przebywały na wpół oswojone gęsi, utuczone na rzucanych im frytkach. Serathe nabyła zaś u pewnego miłego pana na wyprzedaży koszulkę z graffitti Banksy’ego: szczurem i napisem „I'm out of bed and dressed – what more do you want?” (Wstałem z łóżka i jestem ubrany – czego chcesz więcej?) Święte słowa.

Ponownie pojechałyśmy pod Barts, by rzucić po raz ostatni okiem na obiekt kul… eee… to znaczy na miejsce kręcenia epickiej sceny upadku Sherlocka. Zszokowanym oczom naszym ukazała się wyczyszczona święta budka telefoniczna. Świętokradztwo dokonane na fandomie! Oczywiście natychmiast przeciwdziałałyśmy tej straszliwości, zostawiając własną karteczkę, jako zaczątek nowej kolekcji fangirlowych wpisów.

Serathe uparła się na Muzeum Zegarmistrzów w Guildhall Library, a przy okazji po drodze zerknęłyśmy sobie na London Wall, czyli kawałek ruin, pozostawiony przez londyńczyków „ku pamięci” po bombardowaniach miasta. Muzeum Zegarmistrzów nas zaskoczyło, bo a/ było małe - ładne i miało ciekawe eksponaty, od bardzo stareńkich zegarów szafkowych i pierwszych mobilnych wielkości solidnego kubka, aż do współczesnego wzornictwa i elektronicznych – ale jednak małe; b/ nie miało sklepiku (!) co rozczarowało Serathe, która miała nadzieję na zakup jakichś zegarmistrzowskich dynksów dla swojego TŻ.

Tate Modern Gallery było całkiem niedaleko, więc podreptałyśmy zapoznać się ze sztuką współczesną. Oczywiście nie mogłyśmy jak normalni ludzie, tylko zaczęłyśmy od Sklepiku z Pamiątkami, zamiast na nim skończyć. Bardzo dużo albumów i książek o malarstwie, zabawki dla dzieci, jakieś malowanki, rameczki do obrazków i różne pierdołki, kolorki raczej pastelowe. Coś mnie tknęło, że mi się tu podoba trochę jakby średnio, ale harcerz się nie łamie i idziemy dalej. Co tu jest za free? O, współczesna sztuka afrykańska – może być fajne. Kluczowe okazało się słowo „współczesna”… Spodziewałam się kolorowych tkanin, rzeźb inspirowanych starym Beninem, może jakichś zdjęć krajobrazów, miast i ludzi… Tymczasem niemal przy wejściu zostałam zaatakowana widokiem sklepowej zamrażarki wyładowanej bladymi kurczęcymi korpusami. Odniosłam wrażenie, że plastikowymi, ale nie miałam ochoty przyglądać się bliżej. Dalej był drewniany, nieheblowany stół, na którym leżały rozmaite banknoty i kamienie. Dalej na podłodze winylowe płyty pomalowane złotą farbą… W kącie kolejny stos kurzęcych części, pochlapanych na czerwono. Tkaniny owszem były – ale określiłabym je jako „szmaty”. Zdawałam sobie sprawę, że jest w tym wszystkim jakiś głęboki symbolizm, ale był najwyraźniej taki głęboki, że nie umiałam z niego wygrzebać sensu. Czegóż chcieć, jestem osobą, której się podoba elf na łosiu. Dojrzałam coś w dwóch instalacjach, ale wcale nie mam pewności czy odczytałam je właściwie. Po kilku minutach dałyśmy sobie spokój i poszłyśmy pospacerować nad Tamizą. Jedyne muzeum w Londynie, które nam się nie spodobało, ale oczywiście nie można wyrokować na podstawie jednej wystawy. Louise bardzo zachwalała, a my widocznie miałyśmy pecha.

Uparłam się, że chcę sprawdzić jeszcze jedną lokację, a mianowicie Old Compton Street, która jakoby jest centrum subkultury gejowskiej – i gdzie umieściłam część akcji „Możesz mnie dotykać”. Tak, chodzi o klub nocny Red Valentine. Okazało się, że aczkolwiek klub o tej nazwie nie istnieje, bez problemu mógłby się w tej lokacji znajdować. Przeszłyśmy się tą ulicą w te i we w te, po drodze rejestrując mnóstwo lokali z ogródkami za zewnątrz, a przy każdym stoliczku siedziały męskie pary. Jak się zachowywali? Normalnie. Co w końcu się robi w pubie czy kawiarni? Siedzi się, rozmawia, pije herbatę lub piwo. Ale fakt faktem – tylko raz dostrzegłam przy takim stoliku kobietę i mężczyznę. Jak ktoś szukał wyuzdania to owszem, był zaułek z Peep Show i po drodze zauważyłyśmy też dwa sexshopy, zdecydowanie dla panów lubiących panów – w witrynach manekiny prezentowały specyficzną bieliznę z dziurą na tyłku. I tyle, jeśli chodzi o rozwiązłość w wykonaniu Anglików. Na Oxford Street zrobiłam jeszcze najazd na Marksa & Spencera, domagając się ciuchów z elementami z Doktora Who. Doktorowych nie było, za to wyszłam z 2 parami starwarsowych skarpetek, udając, że to wcale nie dla mnie, tylko dla mojego trzynastoletniego (nieistniejącego) syna. Gdzieś podczas tej bieganiny zaczepiłyśmy też o Primark, gdyż znajoma twierdziła, że można tam dostać bardzo fajne i bardzo tanie ciuszki. Primark był jeszcze jednym sklepem typu „tardis” czyli takim, co się wydaje mniejszy na zewnątrz. Nastawione byłyśmy głównie na T-shirty, ale było z tym raczej średnio. Homer Simpson, którego żywiołowo nie cierpię, trochę Batmana (uczucia letnie), Spiderman (całkowita obojętność), stary marvelowski Wolverine na żółto (au), poza tym dużo bluzeczek z bladawymi nadrukami, które nazywałyśmy z Serathe „jednorazowymi”, gdyż wyglądały jak uszyte z chusteczek do nosa i robiły wrażenie, że się rozpuszczą na deszczu. Zero zakupów.

Ostatnim miłym akcentem była bardzo przedsiębiorcza mysz, biegająca po peronie metra na stacji Oxford Circus.

Wieczór zajęło nam ponowne kompaktowe pakowanie torby i plecaka. Lot miałyśmy około 7 rano, więc żeby dotrzeć na lotnisko i odstać swoje w kolejkach, musiałyśmy wstać o 3 nad ranem. Czyli przedrzemać w ubraniu pod pożyczonymi kocami, a potem podreptać przez nocny Londyn na Gloucester Road, gdzie zatrzymywał się Easybus. Jednak nie traciłam ducha, gdyż w perspektywie czekała mnie MALTA.



poniedziałek, 07 października 2013
Miasto czerwone cz.5

 

Miasto czerwone – dzień czwarty, wtorek. Dinozaur na przystawkę.

Wtorek lekkomyślnie postanowiłyśmy przeznaczyć na przelecenie się po muzeach. Muzeum Historii Naturalnej, Naukowe oraz Sztuki są niejako w kupie, więc to bardzo ułatwiało zadanie. Liczyłyśmy po polsku: tu godzinka, tam godzinka i styknie. Naiwne!

Już na trawniczku koło MHN przywitał nas sfosylizowany pień drzewa, dużo większy, niż te w Regent’s Park. Potem weszłyśmy do holu (żadnych biletów, wstęp jest za free) i tu z kolei stanęłyśmy twarzą w… czaszkę ze szkieletem brontozaura. Moje wewnętrzne dziecko zrobiło „łaaaaał”. Dinozaur ciągnął się od wejścia niemal do końca pomieszczenia, a nie było ono małe. Oczywiście natychmiast zaczęłyśmy szukać działu ze szkieletami, ale niestety, dinozaury akurat były nieczynne – oddano je do odkurzania czy coś w tym stylu. Jednak inne skamieliny (na przykład plezjozaur) umieszczone na stałe na ścianach innych pomieszczeń, trochę nas pocieszyły. Niemal od razu się zorientowałyśmy, że obejrzenie wszystkiego będzie niemożliwe, więc postanowiłyśmy wyselekcjonować najbardziej nas interesujące działy. W ten sposób trafiłyśmy do owadów, pajęczaków i skorupiaków. Z podziwem obejrzałyśmy gigantyczny (i ruchomy!) model skorpiona, wnętrze termitiery, ogromne kraby oraz ze zdumieniem dowiedziałyśmy się, że pszczoła żyje zaledwie 6 tygodni. Myślałam, że przynajmniej rok, ale niestety! Z drugiej strony, jednodniowej jętce taka pszczoła musi się wydawać długowieczna, jak nam elfy i krasnoludy. Na uwagę zasługiwały stanowiska dla dzieciaków, gdzie można było sobie coś pociągać, ponaciskać, poodgadywać zagadki itp. Najwyższe uznanie.

Interesowały nas przede wszystkim zwierzęta, więc zgodnie ze strzałkami poszłyśmy obejrzeć działy ptaków i ssaków. Od razu było widać przeszłość kolonizacyjną Anglii: pełno wypchanych zwierząt. Lwy, tygrysy, lamparty, wypreparowane strusie, dziobak… Cała Afryka, Azja i Bór Szumiący wie co jeszcze. Wszystkie okazy w doskonałym stanie, zadbane, ale znakomita większość bardzo wypłowiała – bez wątpienia miały dziesiątki lat, może nawet sto? Stosunek Anglików do własnej niechwalebnej przeszłości, czyli masowego wybijania zwierząt egzotycznych, jest pragmatyczny, na zasadzie „było, minęło, ale czemu miałoby się marnować?” W kolejnej sali jakaś gigantyczna ciemna masa, znów od krańca do krańca – dopiero po chwili rozpoznałam w tym czymś model wieloryba wielkości naturalnej. O rety! Był to chyba płetwal błękitny. Na jego tle figury słoni wydawały się całkiem nieduże. W gablotach konie (w tym również koń Przewalskiego), gazele, niedźwiedzie, łoś (jakże żałuję, że nie wyszło mi zdjęcie, które mogłabym podpisać „Sam Winchester w środowisku naturalnym”), hipopotam… a także ssaki dawno wymarłe, takie jak tygrys szablozębny, mamut albo megatherium – te już w postaci poskładanych szkieletów. I znów zagadki albo stanowiska w stylu „zważ się i sprawdź ile razy twoja waga mieści się w wybranym zwierzęciu”. Moje porównanie do białego niedźwiedzia wypadło całkiem optymistycznie. W ptaszarni niesłychana obfitość wszystkiego co fruwa (poza nielotami oczywiście), a nawet całe drzewko obwieszone kolibrami, jak choinka bombkami. Trafiłyśmy też do bardzo ciekawego działu ewolucji człowieka – modele, wykresy, zdjęcia, porównania, kości… Szczęśliwie dotarłyśmy też do czegoś, co nazywano Skarbnicą i wyglądało – ho ho – całkiem poważnie. Ta część wydzielona została szklanymi ścianami, oświetlona w specjalny sposób, żeby światło nie szkodziło zbiorom – były tu wyeksponowane najcenniejsze rzeczy (a przynajmniej ich część). Czaszka neandertalczyka, zapiski Darwina i wypreparowane okazy, które przywiózł z wyprawy HMS „Beagle”, stareńkie karty z zielników, rozczulające swoją wiktoriańską ozdobnością, płyta wapienna ze szkieletem archaeopteryxa… A najmilszym akcentem było to, że w kilku miejscach umieszczono plastikowe kopie eksponatów z zachęcającymi napisami „please touch”. Czas mijał nie wiadomo jak i kiedy, nogi bolały od chodzenia, należało się zbierać do wyjścia, a gdzież jeszcze dział minerałów, ekologii, laboratorium…? Sam sklepik z pamiątkami (bluźnię, nie sklepik a sklep pełną gębą) zasługuje na uwagę, bo wszystko, co znajdowało się na wystawach miało też odbicie w oferowanym towarze. Dinozaury różniste – są, zwierzęta pluszowe, plastikowe, szmaciane, drewniane – są, gumowe robale – są, książki i albumy – są, rzeczy z motylami – są, przedmioty z recyklingu – są, minerały – są. Szkielety i makiety do składania, gry edukacyjne – są. Breloczków – zatrzęsienie, w tym nawet przeurocze szmaciane wirusy kataru, z oczkami. A kiedy zobaczyłam na półce estetyczne pudełeczka z kupą słonia (przypuszczam, że wysuszoną), to już musiałam sobie poprawić opadającą szczękę. Tam też łypnęła na mnie z regału wydra, a raczej wydr. Odwróciłam oczy, mówiąc sobie, że jestem już za stara na pluszaki (brednie), wydr jest za duży i w ogóle to kosztuje tyle co dwa obiady… No i co? No i wyszłam stamtąd z wydrem w torbie! I absolutnie nie żałuję tego zakupu, bo Sherlock (jak inaczej miałby się nazywać?) okazał się później wdzięcznym modelem przy robieniu zdjęć. Przy wyjściu złapał nas jeszcze ankieter z tabletem i wypytał dokładnie skąd jesteśmy, co oglądałyśmy, jak nam się podobało, czy chcemy wrócić (oczywiście!) i czego jeszcze byśmy sobie życzyły na ekspozycjach. Z jego pytań wypływał wniosek, że nie widziałyśmy połowy tego, co MHN ma do zaoferowania i w ten sposób zostało wciągnięte na listę „Wrócić i zbadać dokładnie następnym razem”, podkreślone wężykiem.

W holu Science Museum od razu stwierdziłyśmy, że nie da rady, absolutnie brak szans na szczegółowe zwiedzanie, więc obejrzałyśmy początki rewolucji przemysłowej, czyli wielgachne maszyny parowe, przeszłyśmy przez kosmos i rozwój lotnictwa, a potem uznałyśmy, że najbardziej nas interesuje rozwój medycyny i weterynarii. Opisać się tego nie da, dość wspomnieć, że zaczęłyśmy od pierwszych, niezdarnych jeszcze płuco-serc, aparatów Roentgena i skanerów, a potem cofnęłyśmy się w przeszłość, do medycyny egipskiej, arabskiej i ciemnych wieków, kiedy panowała dżuma oraz zabobony. I stamtąd nas już zaczęto uprzejmie wyganiać, bo zostało pół godziny do zamknięcia. Generalnie, polskie muzea w porównaniu wyglądają skromnie i jakoś niepokaźnie. Zaliczyłyśmy jeszcze „wyjście przez sklepik z pamiątkami” – tym razem bardzo wyraźna przewaga gadżetów naukowo-edukacyjnych oraz zabawek mechanicznych. Parę rzeczy z Doktora Who też było!

No i tyle, przeznaczenie jednego tylko dnia na trzy muzea okazało się mrzonką. Zdecydowanie bardziej realistyczna jest wersja: Jedno Muzeum – Jeden Dzień i to od rana do zamknięcia. Wisienką na torcie tego dnia okazały się wielkie, dziwaczne, jasnofioletowe kwiaty, które zobaczyłam w kwiaciarni, mijanej po drodze do naszej dziupli. Zapytana pani kwiaciarka oznajmiła, że to „artichoke”, co nam niewiele mówiło. „Sprawdzimy w Internecie, ale mnie to wygląda chyba na karczocha” – powiedziałam niepewnie po polsku, na co pani z kwiaciarni się rozpromieniła: „To panie z Polski?!”. Jak się okazało, rodaczka, w Anglii już od kilku lat. Od tamtej pory mówiłyśmy sobie „dzień dobry” kiedy tylko była okazja.

Kiedy włóczyłyśmy się po Anglii, całkiem często słyszałyśmy język polski, rosyjski (oraz kilka innych). Londyn to multikulturowy kocioł, w którym w równych proporcjach kipią rozmaite nacje i rasy. Nie jest niczym dziwnym widzieć w metrze białą kobietę w służbowym garniturku, obok czarną muzułmankę w chuście i dżinsach, faceta ewidentnie z Japonii lub Korei i biało-ryżego gościa archetypicznie wręcz irlandzkiego. Grupka dziewcząt nadających z prędkością kulomiotu po hiszpańsku, a obok my – Polki.

 

Miasto czerwone – dzień piąty, środa. Śladami Piotrusia Pana.

Środę postanowiłyśmy przeleniuchować w Ogrodach Kensingtońskich, a potem zajrzeć do Harrodsa. Wcześniej jednak zajrzałyśmy do mijanego już parokrotnie London Beatles Store, z czystej ciekawości, bo aczkolwiek Beatlesi są fajni, to nasz fangirlizm ich nie obejmuje. Gdybyśmy jednak były fanatyczkami Johna, Paula, George’a i Ringo, to byśmy tam pewnie dostały samorzutnej owulacji, bo było tam wszystko, co sobie może fan zamarzyć. Od najskromniejszych breloczków aż po oryginalne (i bardzo drogie) winyle z autografami. A po drodze: płyty, poduszki, kapcie, kubki, oczywiście T-shirty i cały ten chłam miły sercu każdego fana. Szczególnie mnie zauroczyło pudełko na drugie śniadanie w kształcie Żółtej Łodzi Podwodnej. Ciekawe czy wodoszczelne…

Zwiedzanie całego Hyde Parku zajęłoby pewnie calutki dzień, więc ponownie rozsądnie ograniczyłyśmy się do obejrzenia części z pomnikiem Piotrusia Pana. Sherlock towarzyszył nam w plecaczku i pozował do fotek, szczególnie w miejscach z jakąś wodą – ostatecznie jest wydrą. Park uroczy i bardzo angielski, czyli zapuszczony w sposób artystyczny. Trawniki postrzyżone równo jak stół, a jednocześnie tu i ówdzie pozostawiane zarośla i kłęby jeżynowisk, chyba jako mateczniki dla tutejszej drobnej zwierzyny. Bo zwierzyny było a było! Jako pierwsze objawiły się łabędzie, kaczki, łyski i kurki wodne – wg. tablicy informacyjnej żyło ich tam kilkanaście gatunków – potem czaple, a następnie wiewiórki. Szare z lekko rudawym odcieniem, utuczone i okropnie ruchliwe. Zatrzymywały się dosłownie na parę sekund, by po chwili znów biegać i podskakiwać. W ten sposób większość zdjęć przedstawiała rozmazane wiewiórkopodobne smugi i musiałam je wykasować. Kiedy zaś w pewnym momencie przez ścieżkę i trawnik przegalopowały dwa dorodne szczury, uderzyło mnie silne skojarzenie z ilustracjami do „Piotrusia Pana” namalowanymi przez Arthura Rackhama. Poza secesyjnymi elfami, były na nich też myszy i szczurki. Wrażenie pogłębiło się jeszcze bardziej, kiedy w dalszej części parku natrafiłyśmy na prawdziwe kruki. Kruk Salomon, mentor Piotrusia! A przy Round Pond między gęsiami, łabędziami i kaczkami kręciły się szpaki. Zapewne praprapra-dużopra-wnuki tych szpaków, które budowały małemu Piotrusiowi jego łódeczkę. James Barrie napisał „Piotrusia”, a Rackham malował swoje obrazki ponad 100 lat temu, ale najwidoczniej od tamtej pory w Ogrodach Kensingtońskich niewiele się zmieniło. W każdym razie nie w kwestii zwierzaków. Pomnik Piotrusia, oglądany w Sieci, wydawał mi się niewielki, ale na miejscu okazało się, że jest całkiem spory: stopy statuetki miałam na wysokości oczu. Może niektórzy uznają, że jest kiczowaty – te wszystkie wróżki, króliczki i wiewióreczki na cokole – ale mnie się jednak bardzo podoba. Podobnie jak Pomnik Energii Fizycznej - co ja poradzę, że wolę przystojnego (nagiego) faceta na pięknym koniu od zgramolonej garści krzyży, mającej symbolizować uciemiężenie narodu? Byłyśmy już nauczone doświadczeniem, że wszystko, cokolwiek było w Londynie do zwiedzania, ma „sklepik z pamiątkami”, więc powiedziałam do Serathe półżartem: „Ale będzie śmiechu, jeśli tu też mają sklepik, a w nim pluszowe wiewiórki i czaple!”. Niedługo potem dotarłyśmy do Kensington Palace i wówczas okazało się, że można go zwiedzać (za biletami), a obok jest sklepik! Oczywiście zajrzałyśmy – nie żeby nas jakoś szczególnie interesowało życie rodziny panującej Wielkiej Brytanii, ale naprawdę byłyśmy ciekawe, co można sprzedawać w takim sklepie. Wiewiórek i ptaszków nie było, za to w ofercie mieli: albumy o księżnej Dianie i fotografie royal babies, wyrafinowane tradycyjne serwisy do herbaty, rękawiczki, kapelusze i ręcznie robione mydełka. Oraz między innymi korony i strojne sukienusie dla małych dziewczynek, które chciałyby pobawić się w królewny. Wyszłam stamtąd rozbawiona. Tuż obok pałacu położony jest ogrodzony wysokim parkanem plac zabaw dla dzieci, imienia księżnej Diany. Ku naszemu zdumieniu, okazało się, że mają tam wstęp tylko dzieci oraz rodzice z dziećmi. Dorosłym wstęp wzbroniony. Trochę szkoda, bo byłam ciekawa, jak wygląda piracki okręt, który dzieciaki mają tam do zabawy, ale uznałyśmy, że przepis jest całkiem rozsądny: jeśli to miejsce dla dzieci, to po grzyba tam się mają szwendać dorośli? Za to przed wejściem stał tzw. Elfin Oak czyli Elfi Dąb. Wyrzeźbiony w 1911 roku przez Ivora Innesa w prawdziwym dębowym pniu, przedstawia mnóstwo drobnych figurek krasnali, elfów i wróżek, oraz rozmaitych zwierzątek. W 1996 został odrestaurowany i wystawiony do oglądania. Przeuroczy przykład artystycznego kiczu. Serce rośnie.

Do Harrodsa wg mapy teoretycznie było blisko, ale tylko teoretycznie, więc wpakowałyśmy się na górkę do piętrusa, co nam dało po drodze niepowtarzalny widok na rzeźbę, którą ochrzciłam „Elf na łosiu”. Tak, wiem, w Hobbicie był to raczej elf na jeleniu, ale skojarzenie miałam jednoznaczne. Koniec kropka, nie pomoże żadne tłumaczenie, że żaden elf  i że to coś to nie rogi, tylko taka stylizowana końska grzywa. Elf na łosiu i już.

Dom Towarowy Harrodsa okazał się przytłaczający swoją ekskluzywnością. Ten typ instytucji, gdzie klamka jest droższa od klienta. Wiadomo z góry, że ceny będą nie do przyjęcia, ale chciałam sprawdzić w naturze lokację z „Chcesz być moim nie-przyjacielem?”. Wystrój, urządzony w stylu egipskim, był bardzo ładny, natomiast wyjątkowo mi się nie podobały grube, puchate wykładziny pod nogami. Miałam wrażenie, że chodzę po uginającym się bagnie. Sklep-labirynt, brakowało tylko czyhającego Minotaura, żadnej mapy, żadnych kierunkowskazów, błyskawicznie traci się orientację i co wrażliwsi mogą dostać ataku klaustrofobii (brak okien). Wszystko zieje blichtrem i snobizmem. Ohyda. Dopiero na najwyższym piętrze, w dziale zabawek, zrobiło się sympatycznie. Kącik dla fanów LOTR i Harry’ego Pottera, zabawki ze Star Wars, coś dla startrekowców i wielbicieli Marvela, prześliczne pluszaki – i równie prześliczne ceny. Krótko mówiąc, wydra z Harrodsa była prawie czterokrotnie droższa od tej z muzeum. Serathe zapadła tam na chorobę zwaną „cluedo breloczkowe” i zdaje się, że nadal z niej nie wyzdrowiała. Jakoś udało nam się wydostać z tego molocha, a że Muzeum Wiktorii i Alberta było o rzut beretem, wdepnęłyśmy i tam. Niestety, znów za późno, bo we wrześniu zaczynają zamykać wcześniej, więc udało nam się zobaczyć tylko jedną galerię rzeźby – i odkryć tam artystyczny slash.

W trakcie tego włóczenia widziałyśmy też dwoje małych Ślizgoniątek w szkolnych mundurkach – chłopczyka i dziewczynkę, w wieku może 7-8 lat. Oboje w zielonych marynareczkach i zielonych berecikach, w zielonych podkolanówkach, a dziewczynka miała spódniczkę w zielono-czarną kratkę. Zapierająco dech angielskie.

 

wtorek, 01 października 2013
Miasto niebieskie cz. 4

Cardiff – miasto niebieskie. Dzień trzeci – poniedziałek. Na tropach Doktora.

Zastanawiałyśmy się z Serathe, jaki kolor nadać stolicy Walii i niebieski nasunął się niemal od razu. Nie żeby były tam niebieskie domy czy chodniki, po prostu błękit nakrył nas tam i otoczył. Trzy i pół godziny jazdy autokarem do Cardiff oznaczało, że musiałyśmy wstać wcześnie, by dotrzeć na poranny transport z Victoria Coach Station i znaleźć się u celu o sensownej godzinie. Podróż się nie dłużyła, urozmaicana a to czytaniem ebooka, a to kanapką, a to znów obserwacjami krajobrazu, tropieniem zakamuflowanych wierzb i zwierząt. Owce nie były niczym niecodziennym, za to parę razy narwałyśmy się na zjawisko „o, krowa – a nie, to koń”. Człowiek w Polsce jest przyzwyczajony, że koń jest maści gniadej albo kasztanowatej, rzadziej karej lub siwej – ale w sumie koń jest w miarę jednolity. A tu co rusz łaciate – biało-czarne albo biało-brązowe; z pewnej odległości można było taki tabunik pomylić ze stadem pospolitych muciek. Kiedy bus pokonał długi most na rzece Severn i znalazłyśmy się w Walii, natychmiast objawiło się to dwujęzycznymi napisami na tablicach informacyjnych. U góry angielskie, na dole walijskie, wyglądające jak coś w rodzaju „rym cym cym”. Cardiff przywitało nas smętną pogodą i deszczem (podobno nic niecodziennego w tych rejonach), zakutane w deszczowce, dobrnęłyśmy miejscowym transportem publicznym do hali wystawowej z Doctor Who Experience, trochę zawiedzione, że nici z późniejszego spaceru. Przedsmaku tego, co nas czeka w środku, doznałyśmy już w holu, gdzie ściany zdobiły piękne doktorowe freski, a w gablotkach wystawiono na wabia kilka rekwizytów z serialu (np. czerwone szpilki River Song). Potem całą grupę odwiedzających pani przewodniczka wprowadziła do pomieszczenia, gdzie zafundowano nam na rozgrzewkę filmik, a potem… Mogłabym ze szczegółami opisać co się działo, ale naprawdę byłoby to obrzydliwym spojlerem, a być może niektórzy czytający jednak się wybiorą i lepiej, żeby mieli niespodziankę. W każdym razie mnie od niekontrolowanych kwików radości powstrzymywał tylko natłok wrażeń, bo nim zdążyłam zakwiczeć, już się działo coś nowego. Podłoga się trzęsła, lądowała Tardis, ze ścian wyłazili Dalekowie i grozili exterminacją, coś się dymiło… Po części interaktywnej wpuszczono nas do części statycznej i tam już można było łazić swobodnie, podziwiając makiety, dioramy, oryginalne stroje bohaterów, kilka wersji Tardis (od wewnątrz i od zewnątrz), woskowego Jedenastego (jak żywy), figury stworów i potworów… Nie zabrakło też stanowisk prezentujących pracę filmowców od kuchni i takich czysto zabawowych: można było nagrać swój głos i odtworzyć go tonem Cybermana lub Daleka, dzieciarnia miała do dyspozycji kącik z malowankami lub mogła wleźć od tyłu do pancerza Daleka i machać wypustkami. Niczego nie odgradzano od gości szybą, ani nawet sznurkiem, tylko tabliczki prosiły „nie dotykać, eksponaty oryginalne” – i nikt niczego nie dotykał, najwyżej zbliżał rękę, udając, że wita się z ulubionym bohaterem. Nie wiadomo kiedy upłynęły ponad dwie godziny. Wyjście z tej krainy czarów prowadziło oczywiście (!) przez sklep z pamiątkami. I kolejne męki niezdecydowania, bo kupić coś należało, a tutaj a to za drogo, a to za duże (ograniczenia wagowe bagażu), a to z kolei zbyt dziecinne (pluszowy Cyberman, rili?)… Ostatecznie zdecydowałam się na saszetkę z Dalekami (przyda się na wyjazdy konwentowe), a Serathe nabyła przypinkę z inicjałami DW. Pani przy kasie, zapytana o tzw. Ścianę Ianto Jonesa, nawet okiem nie mrugnęła (kto jak kto, ale pracownicy wystawy wiedzą, kim był Ianto), tylko wyciągnęła ulotkę z mapką okolicy i pokazała nam drogę. Kiedy zaś wyszłyśmy z whowiańskiego przybytku, powitało nas słońce, nieskazitelnie niebieskie niebo i niebieska woda w zatoce, a nad wodą zaparkowana (krzywo) niebieska budka Tardis. Spacer udał się wspaniale. Obejrzałyśmy miejsce poświęcone pamięci ludzi z Torchwood, potem poczułyśmy, że jesteśmy ciut głodne i Serathe wypatrzyła na nabrzeżu knajpkę Eddie's Dinner wystylizowaną na amerykański barek z lat 50-tych. Jakiś tydzień później okazało się, że ze wszystkich lokali w tym miejscu bezbłędnie (instynkt chyba nas prowadził) wybrałyśmy akurat tę, gdzie nagrywano sceny z DW, odcinek „Impossible Astronaut”. Pluję sobie w brodę, że nie zrobiłam tam żadnego zdjęcia, ale mówi się trudno. Naturalnie obowiązkowo poszłyśmy na plac z fontanną, gdzie była winda do Torchwood – i tu nastąpił zgrzyt. Przy pomocy notebooka Serathe, na którym pieczołowicie przechowywała odcinki serialu, ustaliłyśmy właściwe miejsce, ale poczułyśmy się głęboko rozczarowane. Ze ściany wody pozostała tylko ściana – bez wody – w dodatku oklejona wizerunkami dzieci i truskawek. Truskawek! No, doprawdy… A obok zamontowana była barierka, zupełnie bez sensu. W serialu jej nie było, więc albo postawiono ją później, albo zdemontowano tymczasowo do zdjęć. Byłyśmy nieco ograniczone czasowo (następne 3,5 godz. powrotu do Londynu) więc nie poszłyśmy zwiedzać zamku w Cardiff, a pospacerowałyśmy po centrum, przyglądając się architekturze i ludziom. W ten sposób natrafiłyśmy na bardzo ciekawy uliczny zegar: w szklanej obudowie widoczny był wewnętrzny mechanizm, a wśród trybów buszowały figurki myszy, szczurów, a może małpek – trudno było stwierdzić przynależność gatunkową zwierzątek. Przypadkowo słyszałyśmy dyskutujących po walijsku dwóch starszych panów: w potoku „rymbrymcymsrym” raptem wykwitł pełen pasji czysto angielski wykrzyknik „fuck!” a potem wypowiedź znów wróciła na waliskie torowisko. Serathe domagała się zakupienia suwenirów dla rodziny, więc zwizytowałyśmy parę odpowiednich sklepików. Dominowały czerwone walijskie smoki (najrozmaitszych kształtów i rodzajów, od plastikowych magnesików po pluszowe zabawki) oraz… owce. W obliczu tego, że Anglicy nazywają Walijczyków „sheep shaggers”, miejscowi wykazali się sporym poczuciem humoru. Koło dworca natrafiłyśmy jeszcze na sklep z komiksami i gadżetami dla maniaków, gdzie oczywiście musiałyśmy wejść i gdzie absolutnym przypadkiem oczy me dostrzegły małą figurkę Jedenastego Doktora – pierwszą z zapowiadanej serii kolekcjonerskiej (i dlatego kosztującą niecałe 3 funty). Całkiem jakby życzliwa Opatrzność postanowiła maksymalnie uprzyjemnić ten dzień. Syte wrażeń, powróciłyśmy do Londynu już w nocnych ciemnościach – co jednak wcale nie znaczy, że Londyn spał – a następnego dnia oczekiwały nas muzea!