CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
niedziela, 31 października 2010
Dziki Wschód cz. 3

Szkoda, że człowiek nie może wpełznąć do śpiwora, zapaść w sen zimowy jak Muminek i o budzić się w połowie marca na ten przykład. Zrobiłam sobie psychoanalizę i wyszło mi że się robię beznadziejnie cipowata, różowa i puchata – patrz kolor i wygląd moich ostatnich skarpetek. Generalnie jestem nienormalnie miła i przyjemna, użas jak mawiają Rosjanie... Na wszelki wypadek włożyłam dziś T-shirt z wyszczerzoną dynią (czarny) i piję kawę (też czarną). Nie wiem czy pomoże ale przynajmniej próbuję przywrócić sobie normalny stan psychiczny sarkastycznej ironii.

A teraz wracamy do sprawozdania ze stolicy byłego ZSRR.

Niechcąco wyszła nam wycieczka śladami Michaiła Bułhakowa, gdyż Galija uparła się na odwiedzenie Patriarszych Prudów, które wsławiły się występowaniem w „Mistrzu i Małgorzacie”. Patriarsze Prudy okazały się sporym skwerem z prostokątnym stawem pośrodku i wysadzaną drzewami aleją dokoła (były to chyba lipy, choć nie dam za to głowy). W tejże alei, na jednej z ławek zasiedli krytyk Berlioz i poeta Iwan Bezdomny, by dyskutować o istnieniu (czy raczej nieistnieniu) Jezusa i tamże dosiadł się do nich Woland. Niestety, wbrew spodziewaniom zamiast pomnika Bułhakowa na skwerze panoszy się wielki i niezbyt przystojny poczerniały Kryłow razem ze swoimi bajkami. Za to niedaleko, na Sadowej, znajdują się aż dwa małe muzea, poświęcone twórczości Bułhakowa, urządzone w starych mieszkaniach. Już w bramie prowadzącej na wewnętrzne podwórze można było podziwiać przepiękne grafiki – ilustracje do M i M. Aż żałowałam, że światło marne i nie dało się zrobić dobrych zdjęć. W środku klimatycznie: książki, portiery, stara maszyna do pisania, rzeczy należące do pisarza i jego krewnych, plakaty teatralne, figurki – jak choćby Nataszka na wieprzu. Akurat trafiłyśmy na wieczorek poetycki jakiegoś młodego twórcy, który recytował swe utwory jękliwym i posępnym tenorem, jakby chciał przekonać pół świata o swoim wewnętrznym cierpieniu. Skojarzenia z Bezdomnym nasuwały mi się same. A i tak za największą atrakcję uznałyśmy z Galiją szarego, długowłosego kota, który z profesjonalną obojętnością przyjmował hołdy i głaskanie od zwiedzających. Drugi kot rezydował kawałek dalej, w drugim muzeum i był tym razem czarny. Najwyraźniej stanowił też zaprzychodowany ruchomy element ekspozycji, gdyż w najlepsze wylegiwał się na zabytkowej sofie, poza tym opatrzonej karteczką: Uważajemyje gaspada, nie trogat’. Kanapy posłusznie nie trogałyśmy, ale kota obowiązkowo trzeba było pogłaskać i cyknąć fotkę. Przy okazji dowiedziałam się, że Annuszka Zaraza, ta od oleju słonecznikowego, była postacią autentyczną i mieszkała w tejże samej komunałce co Bułhakow z żoną. Musiała być z niej niezła zgaga, skoro pisarz ją uwiecznił w swojej powieści.

Na Sadowej udało mi się też kupić Cykloferon dla Mrufki, która leczy nim ciężko chore koty z fundacji.

Kolejnym etapem w tej wycieczce śladami Bułhakowa okazał się GUM czyli Gosudarstwiennyj Uniwiersalnyj Magazin. W tymże właśnie sklepie chuliganili Korowiow z Behemotem, pożerając nielegalnie czekoladę i wrzucając zacnych obywateli do beczułek ze śledziami. Sklep zresztą wielki (jak wszystko w Moskwie) i bardzo piękny zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Jeśli wpiszecie w google hasło GUM Moskwa, wyskoczą zdjęcia obiektu. O gigantomanii Rosjan zresztą już wspominałam: jak budynek to musi mieć przynajmniej 4 piętra, jak pomnik to najlepiej stumetrowy, jak ulica to na 4 pasma. Szkoda tylko, że ta gigantomania nie obejmuje porcji śniadaniowych.

Na zwiedzanie mieliśmy niecałe dwa dni, więc wszystko dobywało się w pośpiechu – Moskwa w pigułce. Na lewo chram Christa Spasitiela, na prawo carskie stajnie, na lewo Cereteli… Cereteliemu powinnam chyba poświęcić parę słów więcej. Zurab Konstantynowicz Cereteli, urodzony w 1934. Gruziński artysta, malarz i rzeźbiarz. Jeden z najbardziej znanych artystów tworzących w Rosji. Od 1997 przewodniczący Rosyjskiej Akademii Sztuk Pięknych. Wsławił się głównie tym, że wykonał monumentalny pomnik Kolumba i usiłował go opchnąć Amerykanom za 6 milionów - nie wiem tylko czy dolców czy rubli. Pragmatyczni Jankesi jednak się nie zdecydowali, pomniczek im się nie spodobał, uznali też, że jest za drogi. Nasz artysta więc, żeby mu się dzieło nie zmarnowało, upitolił Kolumbowi głowę i na jej miejsce wstawił konterfekt Piotra I, po czym dzieło opchnął merowi Moskwy, niejakiemu Łużkinowi. Moskwiczanie jednak jakoś nie docenili ani geniuszu rzeźbiarza, ani gestu władz. Mają za to jeszcze jeden powód, żeby nienawidzić Gruzinów. Kolumba z łbem cara widziałam z daleka i robił wrażenie dość… dziwne. Natomiast inne dzieło Cereteliego miałam na odległość „macaną” i zaświadczam, że zwykły obywatel może toto skomentować jedynie słabym „hy?”. Wyobraźcie sobie coś w rodzaju wybetonowanego skwerku z ozdobnymi latarniami, a pośrodku kopułę wyobrażającą pół kuli ziemskiej, na owej półkuli rozmaite zwierzaczki: żyrafa, dziobak, słoń itp. a całość jest zwieńczona spatynowaną na zielono statuą świętego Jerzego mordującego smoka. Hy…?

Poza GUM-em moje serce zdobył sobie też Biblio Globus czyli gigantyczna (jakże by nie?) księgarnia, największa w mieście – 3 czy 4 kondygnacje wypchane od góry do dołu książkami – po wiele pozycji trzeba było włazić po drabince. Warszawski empik może się schować do mysiej nory. Sam dział fantastyki zajmował kilkanaście wysokich regałów plus jeszcze standy z nowościami. Ceny książek w przeliczeniu na złotówki średnio od 19 do 27 zł i to w twardych oprawach. W miękkich są chyba tylko wydania kieszonkowe. Dział filmów DVD dużo skromniejszy, porównywalny z empikowym. Co wyniosłam z tej skarbnicy? Płyty: „Radca stanu”, „Pelagia i biały buldog” („Azazela” nie mieli) oraz „Przenicowany świat”. Z książek „Cyfrowego” Diaczenków, choć prawdę powiedziawszy wykupiłabym tam połowę asortymentu, gdyby mi na to pozwalały zasoby finansowe i możliwości transportowe. Jeszcze jakieś drobne suweniry dla rodziny, jeszcze kawa w lokaliku w suterenie i zdjęcie z kukłą Puszkina (zadziwiająco podobną z twarzy do małpy), i musieliśmy iść dalej.

Poszliśmy na stary Arbat, kiedy już się miało ściemniać, więc zaliczyliśmy klimatyczny spacer pomiędzy jasno oświetlonymi witrynami. Była sobota, ale widać weekend w niczym nie przeszkadza w robieniu interesów, bo większość sklepów była otwarta. W celu skubania turystów naturalnie. Po drodze pomnik Bułata Okudżawy – różni się od innych, jakie widziałam, zwłaszcza od monumentalnego Żukowa przy Krasnoj Płoszczadi. Okudżawa idzie po swoim Arbacie w rozpiętej marynarce, niedbale rozchełstanym kołnierzyku i z rękami w kieszeniach. Tak jakby uchwycono go akurat w tej chwili, kiedy w jego głowie powstawała piosenka: Ach Arbat, moj Arbat, ty majo prizwanije, ty i  radast’ maja i maja bieda… Nic nie oddziela go od pieszechodow – tak, tu widać zmiany. Śpiewamy z Galiją fragment „Wojny” póki nam starcza pamięci, ale po zielionych kryliach pagon zawodzi sromotnie. Podnoszę z chodnika koło Okudżawy 10 kopiejek – pieniążek na szczęście. Może to znak, że jeszcze wrócę do tego miasta? A już przyciągają setką barw i jasnym światłem sklepy z suwenirami…

Suweniry tylko oglądaliśmy. W każdym razie ja, bo Richard z Janą jednak kupili jakieś drobiazgi mimo cen grożących udarem mózgu. Rozpiętość urody pamiątek gigantyczna: od wielkich, artystycznych, przepięknych, wręcz oszałamiających kunsztem wykonania Matrioszek aż do plastikowych ozdóbek na lodówkę w kształcie kanapki z kawiorem. Nie, nie żartuję. Wyobraźcie sobie sklep wielkości przyzwoitego butiku, a w nim chyba wszystko, co jest w stanie zaoferować rosyjskie rękodzieło. Drewniane malowane rzeźby, figurki niedźwiedzi, matrioszki wszelakich form i rodzajów, ikony i pudełka z Palecha, biżuteria, kwiaciaste chusty, a osobno wstydliwie zgromadzony plastikowy musor i koszulki ze „śmiesznymi” obrazkami. No cóż, na to też są amatorzy. Uświadomiłam sobie po jakimś czasie, że nigdzie nie widać żadnych czerwonych gwiazd ani podobizn Lenina. Owszem, są Czeburaszki (Kiwaczki), matrioszki z Putinem, oczy me zdumione ujrzały nawet ruski kicz sezonu czyli myszkę komputerową pomalowaną we wzorek ludowy, bodajże z jakimś carewiczem, ale brak Leninów i generalnie pamiątek postkomunistycznych. Widać jest to temat wstydliwy, tak samo zresztą wstydliwy jak słowo „pieriestrojka”. Nie mówi się o pieriestrojce, podobnie jak u nas omija się kwestię przynależności do PIS-u. Dlaczego? „Nie tak to sobie wyobrażaliśmy” – stwierdza zmartwiony Witalij. – „Miało być inaczej”. Ha, samo życie…

Naturalnie polowałam na podstakanniki i nawet były ale cena takiego gadżetu urywała łeb w locie: 170 zł za sztukę. Westchnęłam ciężko i postanowiłam być twarda. Co okazało się słusznym posunięciem.

CDN

Wigilia Wszystkich Świętych
Ostatnio sąsiadka mnie zastrzeliła: jej dziecko zostało przez katechetkę zawiadomione, że halloween jest nie tylko świętem pogańskim, ale wręcz satanistycznym, w związku z czym żegnajcie przebieranki, dynie i cukierki. Córeczka innej znajomej przyniosła do domu podobne rewelacje - ze łzami w oczach, bo tak się cieszyła na drążenie dyni razem z tatusiem, i co teraz? "Kocham" bigotów, nie mających bladego, zielonego ani fiołkowego pojęcia o temacie, ale na wszelki wypadek potępiających w czambuł wszystko, na czym nie postawił pieczątki Rydzyk.
Nie dajcie się zwariować, kochani.

WESOŁEJ ZABAWY WSZYSTKIM OBCHODZĄCYM HALLOWEEN!


sobota, 30 października 2010
Dziki Wschód cz. 2

Konferencja odbywała się w przepięknym, starym, przedrewolucyjnym jeszcze domu, w którym zachował się dawny wystrój, a gdzie mieścił się Bułgarski Instytut Kulturalny. Uczestników było około setki. Działacze, pisarze, dziennikarze itp. indywidua. Gości zza granicy poza mną było jeszcze czworo: Christo z Bułgarii - pisarz, Igor z Ukrainy – pisarz, profesor nauk, pułkownik ichnich wojsk, figura generalnie bardzo wesoła i pierwowzór Agenta 013 z „Profesjonalnego zwierzołaka” (przetłumaczone na polski), Jana z Czech – pisarka i redaktorka oraz Richard – też z Czech, muzyk i kompozytor. A poza tym około setki rozmaitych miejscowych działaczy kulturalnych i oficjeli. A jak wyglądała sama konferencja? Jak na konferencję, dość dziwnie, zresztą sam duch sprawczy tej imprezy, Witalij, z rozbrajającą szczerością przyznał, że jest to konferencja wyłącznie z nazwy, ale musiał tak to nazwać, żeby wydoić z wierchuszki dotacje nie tylko na pokrycie kosztów bieżących, ale też ogólnie na dalszą działalność. Ten sposób nagle zostałam zaskoczona tym, że mam przemawiać oficjalnie (choć pytałam o to wcześniej i nie dostałam odpowiedzi) i na stoliku w kawiarni między filiżankami przygotowywałam sobie gadkę, rozpisując ją w podpunktach. Podobno wyszło duszeszczypatielno i tak wzruszająco, że Gala zapomniała mi zrobić fotki. Nawet lepiej, bo jestem tak okropnie fotogeniczna, że w cyfrówkach karty pękają. Najciekawsza była obserwacja rozmaitych stylów przemówień. Niektórzy (zwłaszcza starsi) lecieli tradycyjną, sprawdzoną manierą komunistyczną: witamy tych, witamy tamtych, dziękujemy temu i tamtemu, za to i za tamto, a szczególnie… Niektórzy radzili sobie tak jak Jana, która lekko drżącym głosem czytała z kartki rosyjską wersję swojego wystąpienia. Jeden z oficjeli, ku memu zdumieniu, wygłosił coś, co brzmiało jak sprawozdanie produkcyjne. Inni, zwykle młodsi i bardziej na luzie, zaczynali od anegdotek, zgrabnie wplatali w wypowiedzi poglądy i przekonania o tym, że Rosjanie, Słowacy, Czesi, Polacy, Bułgarzy - wszyscy w istocie jesteśmy krewnymi, wywodzimy się z tych samych korzeni i jako rodzina powinniśmy lepiej się poznawać nawzajem. Nie mogłam, ani też nie chciałam uderzać w wielki dzwon, zresztą jak to by wyglądało: w glanach, w bojówkach i z włosami na jeża, przemawiająca jak własna mumia? No halo… Postawiłam na uśmiech, bezpośredniość i mówienie prostymi słowami, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Poza tym odbyło się też tradycyjne rosyjskie wręczanie medali i dyplomów, przy czym otrzymałam ładny karteluszek w złotej ramce za działalność kulturalną i propagowanie języka rosyjskiego za granicą – pewnie chodziło o to, że tłumaczyłam to i owo z literatury z ichniego na nasze. Oficjalne gadanie na szczęście nie trwało zbyt długo. Nastąpiła część artystyczna, czyli występ kozackiego zespołu pieśni: dwóch panów i cztery panie, przy czym główna wokalistka obdarzona była głosem potężnym jak dzwon Zygmunta. Niestety, w żaden sposób nie mogę sobie przypomnieć, z jakiego miasta pochodzili, a szkoda. Poza tym wystąpił też Richard z pieśnią o Janie Husie przy akompaniamencie własnym na fortepianie, a następnie psalmem po staroczesku. Na chwilę zrobiło się religijnie, ale nie na długo. W końcu można było przejść do stołu, w kuluary i nareszcie rozpocząć prawdziwe zacieśnianie związków między narodami. Wszak nie od dziś wiadomo, że prawdziwe sprawy załatwia się zawsze już po tzw. oficjałce. Nie inaczej było i tym razem, kiedy wymienialiśmy się wizytówkami, rozmawialiśmy o tym, jak wyglądają nasze domy i praca, porównywaliśmy słowa z języków. Mam wrażenie, że choćby dla niejakiego Maksa, reżysera i generalnie postaci ponadprzeciętnej, zaskoczeniem było, że wiele słów polskich i rosyjskich różni się zaledwie jedną głoską albo tylko akcentem. Zapoznałam się też z Aleksiejem z Kazania i jeśli wszystko pójdzie dobrze, za rok będę miała okazję odwiedzić Ziłantkon - konwent robiony przez Tatarów. Jeśli chodzi o jedzenie, wszystko na zimno, w postaci zakąsek: kanapeczki z czerwonym kawiorem i łososiem, rybka wędzona, rozmaite wędliny, ser, grejpfruty, melony, a to wszystko pod wódkę oraz wino białe i czerwone. Plus kawa i herbata dla chętnych. Obyło się bez większych ekscesów, choć kilku panów przesadziło z procentami i org Wita z niesmakiem wykreślił ich z listy gości na przyszłość. Jeśli ktoś przyprowadza ze sobą młodziutką poetkę w charakterze OT, to nie powinien zostawiać jej na pastwę losu, śpiącą w toalecie. Po prostu nie uchodzi, ot co.

Takim to sposobem w hotelu wylądowaliśmy późno, a niespodzianki dopiero się zaczęły. Na wejściu utknęliśmy „na bramce” – kołowrót, wykrywacz metalu i mundurowi strażnicy. Na Merlina, co to za hotel?! Witalij tłumaczył nieco mętnie, że „specjalny” i że przypisany do jego resortu, no w każdym razie on pracuje w tym czymś powiązanym z tą twierdzą. Nie zrozumiałam nawet połowy, ale nie miałam siły ani ochoty drążyć tematu, bo wszyscy ze zmęczenia spełzaliśmy po ścianach. Tymczasem bez potwierdzenia telefonicznego z recepcji mundurowi nie chcieli nas przepuścić dalej, recepcja nie podnosiła słuchawki, a iść tam nie można było, bo żeby wejść należało mieć owo potwierdzenie czyli kółeczko się zamykało. Zaczęłam się zastanawiać, czy przyjdzie nam spędzić noc na podłodze w portierni. Na szczęście telefon się odblokował i mogliśmy przejść dalej. Myślicie, że w rejestracji dostaliśmy klucze? Akurat – spisano dokładnie nasze paszporty, dostaliśmy kartę hotelową i skierowanie do służbówki pokojówek gdzieś na piętrze, oraz prikaz wygłoszony z dużym naciskiem, żeby następnego dnia się zgłosić w pokoju 112 w celu rejestracji cudzoziemców. Dopiero dyżurna etażnaja wydała nam klucze i talony na śniadania, oraz dobrą radę, żebyśmy się nie spóźnili na śniadanie, bo nie dostaniemy jeść w ogóle. Śniadania od 8.00 do 10.00. Aha… Rosja.

Pokoje standardem nie odbiegały w niczym od pokoi hotelowych w jakich nocowałam przy rozmaitych okazjach. Na pewno były lepsze od tych w poznańskim Elzamecie, czyli zapomnijcie o braku żarówek, mydła czy obecności myszy. Nawet pająków nie było, człowiek jakiś taki się czuł samotny… Czternaste piętro, a za oknem nocna Moskwa w całej krasie, lśniąca tysiącem świateł. O dziwo, dość cicho – albo okno tak szczelne, albo na tę wysokość hałas docierał z większym trudem. W każdym razie wyspałam się doskonale i o godzinie 9 rano mogłam stawić czoło kolejnemu wyzwaniu, czyli śniadaniu.

Już samo dotarcie do stołówki okazało się silnym przeżyciem i wymagało pytania o drogę. Kompleks zaprojektował ktoś cierpiący na gigantomanię (która zresztą jest powszechną jednostką chorobową w Rosji). Kiedy platałam się po korytarzach, odczuwałam widmową obecność Minotaura gdzieś w pobliżu. Kiedy nareszcie trafiłam na miejsce i oddałam tałonczik, wprawiło mnie w osłupienie menu. Śniadanie mianowicie składało się z: chleba w ilości dowolnej, za to z 1 (słownie jednego) plasterka sera i kawałeczka masła wielkości małego orzecha włoskiego. Do tego można było sobie dołożyć jogurt w filiżance, otrzymywało się miseczkę ledwo ciepłej owsianki oraz kawałek sernika plus dowolną ilość surówki z marchewki i surówki z kapusty. Do tego herbata. Kawy z jakichś tajemniczych powodów nie było. Z wyprzedzeniem opiszę jadłospis z następnego dnia: chlebek, mikroskopijna ilość masła, 2 plasterki kiełbasy, porcyjka kaszki manny, porcyjka omletu z fasolką szparagową i 3 herbatniczki. I nieśmiertelna tarta marchewka! Tym razem dawali też kawę. Śniadanko to wg cennika kosztowało 200 rubli czyli circa ebaut 20 zł polskich. Radzę jeść na mieście – też nie będzie tanio, ale ominie was tarta marchew.

CDN

czwartek, 28 października 2010
Wyprawa na Dziki Wschód częśc 1

Byłam w Moskwie i wróciłam żywa. Legendy o żarówce okazały się nieprawdziwe, niemniej nagromadzenie wrażeń w tych trzech dniach ogromne.

Przedziały kolejowe w pociągu relacji Warszawa – Moskwa mają wielkość szafy, a egzystencja trzech osób na tej powierzchni wymaga wzajemnej współpracy i porozumienia. Kto się pierwszy poczuje zmęczony, niezależnie od przydzielonego miejsca na bilecie powinien zająć górną półkę, gdyż rozłożenie dwóch pozostałych sprawi, że nikt już w przedziale nie usiądzie. Okno się nie otwiera i cześć. Nie dlatego, że zabite gwoździami, tylko ma tak z natury, jest klimatyzacja. Materace są twarde jak kamień, ale powleczenie dostaje się czyste, zafoliowane, plus do tego ręcznik, więc da się wytrzymać. W przedziale jest umywalka, zakamuflowana jako stoliczek, natomiast mydła itp. Rzeczy nie dają, czyli tu należy pamiętać, żeby środki higieniczne trzymać na wierzchu bagażu. Można za to u slipingowego zamówić sobie kawę lub herbatę i kupić jakieś herbatniczki. Płacić można i w rublach i w złotówkach. Wrzątek dają za darmo – i to jest wpisane w regulamin. Herbata została nam podana w szklankach w koszyczkach przecudnej urody i natychmiast zapłonęłam żądzą ich posiadania. Co jak co, ale w Polsce czegoś takiego się nie dostanie, albo dostanie z wielkim trudem. Podstakanniki były ciężkie jak wrota piekieł i solidne jak okowy Lokiego, stalowe, zdobne rozmaitymi roślinnymi figlaskami, dwugłowym orłem i napisem: 1945-2005, Sława narodu pobieditielju! Czysta fantastyka. Obiecałam sobie solennie, że w Moskwie się za czymś podobnym rozejrzę.

Trafiło mi się naprawdę przemiłe towarzystwo w postaci dwóch Białorusinek z Mińska. Dwie Anie, jedna ode mnie starsza, a druga młodsza. Przegadałyśmy ładne kilka godzin gdyż obie kończyły podróż o drugiej w nocy, więc im się nie opłacało kłaść, a ich 02:00 była mniej więcej moją północą. Młodsza Ania odwiedzała przyjaciół w Warszawie, starsza załatwiała sprawy w ambasadzie USA, gdyż ma zamiar przeprowadzić się do córki. Tymczasem u nich zlikwidowano konsulat amerykański i najbliższy jest właśnie w Warszawie, więc biedni petenci są zmuszeni kursować w te i nazad. Przygnębiające. O czym rozmawiałyśmy? O podobieństwie języków, o tym, że białoruski zanika i właściwie nawet w domach Białorusini rozmawiają po rosyjsku, o naszych kotach, o psach i sensie ich ubierania w sweterki (klimat), o zaopatrzeniu spożywczym, wielkości państw i gęstości zaludnienia, wychowaniu młodzieży, i naturalnie o ciuchach. Czysto babskie klechanie.

Celnicy i służby graniczne oczywiście pojawiły się przy granicy, bo gdzież by indziej. Najpierw Polacy ze skanerem, potem strona białoruska. Obejrzeli paszporty i wizy, i tu się okazało, że słuszną rzecz uczyniłam, zwracając się do renomowanego pośrednictwa wizowego, bo tranzytowa wiza białoruska okazała się niezbędna, a pana, który jej nie posiadał, wyproszono z wagonu i skierowano w drogę powrotną do Warszawy. Odgrażał się w przedziwnym języku polsko-ruskim, przy czym główną rolę w jego złorzeczeniach odgrywała jakaś kalinka, czy też Kalinka, co to rabotajet już sorok lat i że on ich pozwie. Nie określił jednak, kim są tajemniczy „oni”. Po głębszym namyśle i sprawdzeniu w sieci dochodzę do wniosku, że być może chodzi o biuro turystyczne „Kalinka”, które jednakże staż istnienia ma lat 25, a nie 40. Gdyby pan leciał samolotem, sprawy by w ogóle nie było. Nie wiem co on tam zdoła ugrać od tej Kalinki. Ode mnie służby wzięły połowę tajemniczego druczku, który sobie wypełniłam jeszcze w domu. Deklaracji wizowej nie widziałyśmy z Aniami na oczy, tylko nas spytano uprzejmie: Spirtnoje? Cigarietki? Dragocennosti? Na wszystko z miłymi uśmiechami odpowiadałyśmy: Niet, niet, niet… i nikt nawet nie dotknął naszych bagaży. Widocznie nie wyglądałyśmy na przemytniczki, albo służby już wiedzą kto tam kursuje regularnie, kogo trzepać, a na kogo nie marnować cennej energii. Ania starsza zapowiadała psa, który będzie niuchał za narkotykami (bo na trasie do Warszawy był), ale ku naszemu rozczarowaniu pieska nie przyprowadzili.

W Terespolu stanęliśmy na dłużej i zaczęły się tajemnicze stuki. Ania Starsza objaśniła, że mieniajut kaliesa. To mnie zaskoczyło, muszę przyznać. Gdzieś tam kiedyś przyswoiłam informację, że rozstaw szyn w Rosji różni się od tych w reszcie Europy, ale miałam wrażenie, że to zaszłości z czasów carskich a nie obecnych. Hmmm, w sumie logika podpowiada, że jednak łatwiej przenieść wagon z całą zawartością na inną podstawę niż przebudowywać tysiące kilometrów torów. Zmiana kół na granicy może jeszcze potrwać niejedno dziesięciolecie, chociaż może ktoś opracuje nowocześniejszą metodę, kiedy rozstaw będzie się zmieniać za naciśnięciem guzika.

Białorusi w sumie nie widziałam wcale: objawiała się miganiem nielicznych światełek w ciemnym oknie przedziału, oraz widokiem podświetlonych ładnie dworców w Brześciu i w Mińsku – oba imponujące niczym modernistyczne pałace. W Brześciu ponadto objawiła się zapowiadana przez Nemezis atrakcja w postaci pań oferujących domowe jedzenie: pierożki, paszteciki, pieczonego kurczaka, owoce itd. Niczego nie kupiłam, nawet nie z powodu nieufności, ale po prostu byłam najedzona, a ponadto nie miałam białoruskich rubli.

Kiedy się rozpoczęła Rosja, pojęcia nie mam, gdyż granicę białorusko-rosyjską zwyczajnie przespałam. Nikt nas nie budził, niczego od nas nie chciał. Rosja zamigała do mnie za oknem niekończącymi się przestrzeniami malowniczo pomalowanymi na złotą jesień. Rosyjską jesień, gęsto ozdobioną biało-złotymi brzozami. Poza tym pusto… Przywykliśmy do tego, że w Polsce co i rusz pojawiają się za oknem pociągu jakieś ślady cywilizacji: wieś, most, droga, peryferie miasta… tu rolnik orze na traktorze, tam leci pies przez pole, ogonem wywija, tu znowuż coś się buduje. A po stronie rosyjskiej żeby policzyć ludzi, których widziałam przez cały czas aż do rozpoczęcia się przedmieść Moskwy, starczyłoby mi palców u rąk, przy czym w większości byli to pracownicy kolejowi, coś robiący przy torach. Widziałam po drodze kilka osad, złożonych z paru drewnianych zaniedbanych domów, wyglądających jak wymarłe, jakieś zabudowania na oko chyba kołchozy - ani człowieka, ani nawet psa przy budzie. Cywilizacja się zaczęła pojawiać gdzieś w okolicach Borodino i Gagarina czyli już u progu Moskwy. Albo linia kolejowa zbudowana w byłym ZSRR starannie omija wszelkie osiedla, albo istotnie tam jest tak bezludnie. Z analizy mapy wynika, że obie te teorie mogą być realne. Kolejnym kuriozum okazały się dacze. W pewnym momencie zaczęły się przed oczami memi ukazywać jakieś zabudowania i coś mi w nich nie pasowało, bo jakoś mało to wyglądało na wsie. Spytałam o mijane widoczki sąsiadów Rosjan z przedziału obok. Tak, owszem, to były dacze, czyli po naszemu coś między działką a domkiem letniskowym. Takiej wielkości?? Ciągnęło się toto kilometrami. Ano takiej wielkości – dacze ciągną się na sto kilometrów dokoła miejskiej zabudowy i nikogo to tutaj nie dziwi. A gdzie to miasto? A gdzieś za horyzontem. Aha… Znaczy się, Rosja.

A w południe na Biełarusskim Wakzale oczekiwała mnie delegacja złożona z Gali Czernej, Leonida Kudriawcewa i Witalija Iwanowa, by roztoczyć opiekę nad gościem. Konferencja miała się rozpocząć o czwartej, więc liczyłam, że zdążę się zameldować w hotelu, przebrać a nawet może wykąpać. Próżne nadzieje. Gospodarz stwierdził, że do hotelu jest daleko, a przy moskiewskich korkach mamy wszelkie szanse nie zdążyć obrócić. Dałam się więc zawlec do pobliskiego wydawnictwa Alfa Kniga w celu wypicia herbaty i przebrania. Włosy jakoś dały się ułożyć, nie śmierdziałam (chwała za istnienie chusteczek nawilżanych), jedynie oficjalny żakiet wyglądał jakby słoń na nim usiadł i pilnie potrzebował żelazka. Na szczęście żelazko się znalazło gdzieś w czeluściach wielkiego budynku i żakiet został mi dostarczony w stanie nadającym się do używania. Następnym razem (jeśli takowy będzie) oficjalny ciuch należy zabrać w pokrowcu, albo wziąć ze sobą żelazko turystyczne. Generalnie spotkałam się z wielką dbałością, gościnnością i troskliwością, nie tylko ze strony gospodarzy ale również osób postronnych. Może działał tu urok uśmiechniętego inostrańca, który wzbudza odruchy opiekuńcze i do tego tak zabawnie kaleczy rosyjskie końcówki. Każdy chętnie odpowiedział na pytania, udzielił informacji, wskazał drogę – a zgubić się można było całkiem prosto, starczyło skręcić w nieodpowiedni korytarz w przejściu podziemnym między hotelowymi gmachami (ale to zdarzyło się dużo później).

CDN

Tagi: Moskwa
23:30, toroj
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 października 2010
Nowa odnoga
Niniejszym mój blog wypączkował z siebie drugą odnóżkę: poza Pesymistyczną Łączką Kłapouchego (patrz ten pasek po lewej stronie) poświęconej głupawkowym cytatom z redakcji, zaistniała też Poczytajka (patrz miejsce koło Kłapouchego), która będzie zawierała polecanki i krótkie recenzje z tego, co akurat czytam.

Czyli dla niepełnosprytnych: TUTAJ
niedziela, 17 października 2010
Sójka za morze

Sójka za morze

Mam już prawie wszystko: wizy, paszport, bilety, przygotowane ciuchy i nawet podręczny słownik, choć do wyjazdu jeszcze cztery dni. Aż cztery i tylko cztery. Mam wśród znajomych osoby, które twierdzą, że potrafią się spakować w 20 minut przed wyjazdem na dwutygodniowy obóz. Wierzę i podziwiam, ale ja tak nie potrafię. Każdy wyjazd to dla mnie kampania logistyczna niemalże na miarę wyprawy na biegun lub do Kenii. Tym razem postanowiłam wziąć tylko najpotrzebniejsze rzeczy wychodząc z założenia, że nie jadę do Kenii tylko do dużego miasta i będę spać w hotelu, gdzie teoretycznie powinna być pościel, papier toaletowy i ciepła woda. Co prawda spędzę w pociągach około dwóch dób do kupy, więc nienajgłupszym pomysłem będzie wzięcie paczki chusteczek nawilżanych oraz kubka termicznego, gdyż według wiedzy Nemezis w wagonach na trasie Warszawa – Moskwa serwują kipiatok i można sobie zrobić herbatę lub kawę. Według takiej jednej strony w Internecie w Terespolu przyjdą panowie celnicy i trzeba będzie wypełnić deklarację celną – czyli dokładamy do bagażu długopis. Na liście rzeczy, które obowiązkowo muszę zabrać, znalazł się też szampon, żel do kąpieli, krem do twarzy i mały ręcznik. Z jakością takich środków w hotelach bywa różnie, nie mam też pojęcia jak pod tym względem wyglądają moskiewskie gostinice. Mogę się znaleźć w pałacu ze złotymi kiblami, mogę też dostać celach higienicznych kawałek szarego mydła, albo i nie dostać. Niestety, należy wziąć także kapcie… Jako alergiczka nie ruszam się nigdzie bez leków i kropli do oczu, gdyż doskonale wiem, że zapalenie spojówek w obcym mieście (i obcym kraju!) to istna katastrofa – zajmują niewielką saszetkę. Kira uszczęśliwiła mnie informacją, że od ponad tygodnia w stolicy Rosji szaleją zadymki śnieżne na zmianę z ulewami. Z westchnieniem dopisałam do listy rękawiczki, szalik, czapkę i kosmate podkolanówki oraz parasolkę. Wszystko co się tylko da jest miniaturowe, cienkie, składane albo zwijane, niemniej zabiera jakieś tam miejsce w plecaku. W dodatku należy też wziąć ze sobą torbę (bo wszak nie pójdę w miasto z wielkim plecakiem turystycznym) i suweniry dla znajomych. Przy czym futrzane kapcie w kształcie kotów dla Gali zajmują mi dosłownie 1/3 plecaka!

Dobiły mnie Lomiel z Sally, twierdząc, że powinnam zabrać ze sobą grzałkę, metalowy garnczek, komplet sztućców i żarówkę. Przy żarówce ostatecznie trafił mnie szlag. Jasna sprawa, opowieści dziwnej treści krążą jak widmo po Europie i za wschodnią granicą przypuszczalnie mogę zetknąć się z wieloma osobliwymi zjawiskami, ale mamy jednak XXI wiek i nie sądzę by do Moskwy goście hotelowi musieli przywozić ze sobą żarówki! Z narzędzi mam scyzoryk i pilnik do paznokci, a latarkę mam wbudowaną w długopis. W razie awarii oświetlenia trafię jakoś i do WC i do łóżka, a jak skoczy na mnie szczur, to go dziabnę pilniczkiem. O!

piątek, 08 października 2010
O recenzjach, rekomendacjach i innych stworach spod łóżka

O recenzjach, rekomendacjach i innych stworach spod łóżka

Żyję z książek, w książkach i pośród książek, w wielu wariantach. Nawiasem, postanowiłam nareszcie pospisywać swój księgozbiór i zorientować się w jego zawartości oraz objętości. Właśnie przekroczyłam liczbę 1000 w owym spisie, a biorąc pod uwagę, że była to zawartość dwóch regałów i został mi jeszcze jeden, pewnie dobiję bez trudu do 1500. No i, do licha, jest jeszcze ten karton pod łóżkiem…! Ale koniec dygresji i do rzeczy: pisze się recenzje ze mnie i piszę też recenzje ja. Przede wszystkim istnieje dość istotny podział na recenzje, rekomendacje, synopsisy i tzw. blurby. No i z tymi rzeczami jest różnie. Niektórzy zwyczajnie nie mają pojęcia jak się do tego zabrać. Najgorsza recenzja, jaką zdarzyło mi się czytać kiedykolwiek, zaczynała się zwierzeniem autora, że onże, biedny chłopczyna, najpierw nie miał czasu tej książki przeczytać, ale w końcu się do tego zabrał, przeczytał i mu się podobało, po czym następowało streszczenie fabuły i konkluzja, że fajne. Eeee… Możecie spytać, dlaczego „najgorsza recenzja” skoro pochwalono książkę? Dlatego, że to nawet nie była recenzja a jakaś przedziwna krzyżówka – kundel recenzencki. Po pierwsze primo recenzja nie jest pamiętnikiem – ma potencjalnemu czytelnikowi dać pogląd na konkretną sprawę, więc co to kogo obchodzi, czy Ty, recenzencie, miałeś czas, czy go nie miałeś, bolał cię brzuch, czy wręcz przeciwnie, czy czytałeś tę książkę w domu czy może w pociągu. Twoje życie osobiste naprawdę w tej chwili nikogo nie interesuje, a jeśli nawet, to odeślij taką osobę na swojego bloga. Po drugie primo recenzja nie powinna być streszczeniem. Wyobraź sobie, że ktoś ci opowiada, jaką to wspaniałą książką jest „Władca pierścieni”, po drodze rzucając: „Boromira zabili, Gandalf niby zginął w Morii, ale tak naprawdę to nie zginął, bo potem wrócił już awansowany na białego, a hobbici…” i tak dalej aż do stwierdzenia, że koniecznie musisz przeczytać. Aha, tylko po co, skoro już wiesz najważniejsze rzeczy? Wniosek: żadnych spojlerów, wyłącznie ogólny zarys fabularny, żeby odbiorca się tylko zorientował, czy miałby do czynienia z romansem, kryminałem czy może powieścią obyczajową z życia walijskich górników w XIX wieku. Po trzecie primo po tym dopiero następuje ocena: podobało się nam lub nie podobało i konkretnie dlaczego. Czy postacie były interesujące, czy nie? Czy autor potrafił nas zaciekawić, wzbudzić nasz szacunek elokwencją i wiedzą, czy spełnił nasze oczekiwania względem opowieści? Czy język był prosty i klarowny, czy może wyładowany metaforami? Męczący czy wprost przeciwnie? Akcja szybka czy powolna? Złapaliście pisarza na jakichś wpadkach merytorycznych? Był oryginalny, czy może po raz tysięczny wykorzystał wyświechtany schemat fabularny? A może chociaż wprowadził jakieś fajne gadżety i stworzenia obcoplanetarne? No i przede wszystkim: recenzja nie musi być pozytywna. Może być też negatywna, jeśli przeczytaną książkę uważamy za rzadki szit, lub nawet nie udało nam się jej dokończyć. Byle tylko opinię wyrazić w miarę kulturalnie oraz w sposób profesjonalny.

Co innego rekomendacja. Rekomendacja - poparcie, pozytywna opinia, polecenie (kogoś). Rekomendować - dawać pozytywne świadectwo, ocenę; polecać coś komuś. zachwalać, zalecać. Czyli rekomendacja zawsze jest pozytywna. Negatywna rekomendacja to jakiś oksymoron. Wbrew pozorom napisanie rekomendacji jest trudniejsze, niż stworzenie recenzji. Recenzja może być długa jak wypracowania Hermiony Granger, natomiast rekomendacja to polecanka w pigułce: ma od 1500 do 2500 znaków. Spróbujcie zawrzeć wszystkie istotne elementy w 2,5 tysiąca znaków, w taki sposób, żeby nie wyglądało to sucho i prymitywnie, a zarazem było zrozumiałe i ZACHĘCAJĄCE do lektury. Kto opanuje tę sztukę, może sobie śmiało dopisać do CV, że jest mistrzem kompresowania i nadaje się na starszego pakowacza w Ikei (gdzie jak wiadomo trzeba umieć zmieścić w jednym kartonie wyposażenie sypialni). Z rekomendacjami wiąże się jeszcze jeden temat, a mianowicie moralny. Nie sztuka zgnoić coś, co nam się nie podobało, ale są takie sytuacje, kiedy pochwalić by wypadało. Ale z drugiej strony książka nam się nie podobała… więc milczymy jako ten głaz przydrożny, ale z trzeciej strony ktoś tę książkę nam wręczył (za darmo) z nadzieją, że ją zarekomendujemy jako dobrą. W tym momencie ja osobiście (o ile tylko treść nie wycisnęła mi powietrza z płuc, a oczu z czaszki) wychodzę z siebie i staję obok. Po czym staram się spojrzeć na rzecz z pozycji osoby, której ewentualnie to COŚ mogłoby się podobać. Co tu dużo gadać, żadna ocena nigdy nie jest w stu procentach obiektywna, zawsze patrzymy na dzieło przez pryzmat swoich gustów i doświadczeń. A jeśli nie mamy mu do zarzucenia nic poza misiem („misię nie podobało”) to należałoby się zastanowić, komu mogłoby się podobać. Inaczej nasza ocena sprowadzi się do… zupy.  Podobnie jak nie możemy mieć pretensji do rosołu, że nie jest ogórkową, nie możemy też gromić space opery za to, że nie jest kryminałem. Nie lubisz to nie jedz – znaczy nie czytaj, oddaj komuś kto zje – tfu, przeczyta. Dawno temu przeczytałam bardzo niepochlebną recenzyjkę czegoś, co nosiło tytuł „Przygody rycerza Darlana”, po czym w ręce trafiła mi sama książeczka i wówczas ze zdumieniem zorientowałam się, że to zbiór opowiadań dla ośmiolatków - z recenzji to jakoś nie wynikało - z niewiadomych powodów oceniany w Nowej Fantastyce według kryteriów czytelnika dorosłego. Innymi słowy: recenzent miał pretensje, że nie dostał ogórkowej. „Rozkosze nocy” Sherilyn Kenyon mogą u mnie wywoływać niekontrolowane kwiki, wytrzeszcz oczu i pokrzywkę, ale na pewno spodobają się zagorzałym fankom „Zmierzchu”, zwłaszcza, że główny bohater nie jest pokryty brokatem, a i opisy erotyczne są znacznie bardziej śmiałe niż w tym nieszczęsnym tasiemcu pani Meyer. Gdybym miała wybierać między Edziem Cullenem a Kyrianem, biorę tego drugiego! Koniec dygresji, wracamy do tematu i przechodzimy do synopsisu.

Synopsis - przegląd ogólny, zestawienie, także zbiór artykułów o wspólnym; zarys, skrót, szkic scenariusza filmowego, książki. W naszym przypadku po prostu streszczenie książki, może być w punktach – i jest ono potrzebne wydawcy do zorientowania się co właściwie wydaje, ale nie potencjalnemu klientowi. Nie wstawiamy synopsisu do recenzji! Na takich przyjemniaczków, którzy z góry uprzedzają, że Dumbledore’a zabił Snape, powinien być specjalny paragraf, a najlepiej prawo do odstrzału. Z kuszy.

Blurb – brzmi jak odgłos wydawany po smacznym i obfitym obiedzie, jednak jest (cytuję za wikipedią) - rekomendacją lub krótkim streszczeniem utworu, umieszczanym najczęściej na tylnej stronie okładki książki lub płyty DVD. Blurb zawsze "opisuje" utwór w sposób pozytywny lub nawet entuzjastyczny, gdyż z założenia ma charakter marketingowy, a nie krytycznoliteracki. Generalnie jest to noteczka złożona z dwóch, najwyżej trzech zdań hasłowych typu: Musicie to przeczytać! Rewelacja na skalę europejską! Najlepsza książka wg tygodnika Times. Należy już do tradycji i właściwie nikt nie bierze tego poważnie. Blurb ma więcej wspólnego z reklamą majonezu niż z rasową rekomendacją, ale jak wiadomo reklamy majonezu też mają swoje miejsce w naszej rzeczywistości.

A na deser Kyrian Tracki – najseksowniejszy wampir obecnego sezonu! (blurb)