CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
czwartek, 22 października 2009
STYMULACJA KOTA

W jednym mądrym artykule pani kotolog przeczytałam, że kota trzeba stymulować, bo inaczej się nudzi, głupieje i dostaje nerwicy. Co za tym idzie sam sobie wynajduje rozrywki, niszczy meble albo śpi całymi dniami, albo się wylizuje do łysego... W każdym razie stymulacja to coś pozytywnego. Na wsi albo w domu z ogródkiem problemu nie ma, bo kot się stymuluje sam, czając się na wróble, łapiąc myszy i nornice, albo włażąc na drzewo, albo rozgrzebując klomby... no różne rzeczy taki kot może robić, jak ma możliwość wyjścia na dwór. Natomiast w bloku, na pierwszym piętrze możliwości jakby maleją. W ramach stymulacji kota pozostaje obserwowanie ptaków przez okno (nie zawsze są jakieś ptaki do stymulacji), drapanie foteli (niemile widziane przez panią), włam do szafy ubraniowej (zdecydowanie zabroniony), gra w piłkę w wannie, ganianie papierka i rozmaite myszki, piłeczki, dzwoneczki – czyli wszystko, czym prawdziwy kot gardzi (bo najlepsze do zabawy są i tak papierowe torby oraz plastikowe obejmy od paczek.

Swego czasu kupowałam swoim kocim lokatorom rozmaite zabawki: szmaciane rybki na gumce, myszki na wędce (podstawową wadą tej wędki był fakt, że na drugim jej końcu musi być człowiek) i rozmaite tego rodzaju gadżety. 90 procent okazywało się totalnymi niewypałami. Piłka na baterie z doczepionym wijącym się szczurowatym stworem, na oko atrakcyjna, za bardzo hałasowała i wystraszyła Rudiego niemal na śmierć. Podobnie wybredny był w kwestii futrzanych myszek – zawsze musiały być białe (ewentualnie szare) i gładkowłose. Raz kupiłam mysz w wersji afro i musiałam ją ostrzyc, gdyż kot zareagował obrazą i potępieniem. On się nie będzie stymulował jakimś paskudztwem, co mu włazi do nosa, i już. Interaktywna mysz piszcząca po chwilowym zainteresowaniu została uznana za niefajną, może właśnie dlatego, że piszczała, a może dlatego, że kosztowała więcej niż 3 zł. Myszka działająca na zasadzie wańki-wstańki również została olana, choć teoretycznie pacanie łapą czegoś co się rusza jakby samo, powinno być atrakcyjne. Do tej pory najukochańszą zabawką Tori jest zwykła maskotka za parę zet, kupiona w kiosku. Malutki szary kotek, noszony w pysku i wylizywany, jakby to była kocia lalka. Naturalnie „barbie” jest już strasznie brudna i naprawdę nie wiem, co będzie, kiedy zniszczy się do reszty, bo wymiana na cokolwiek innego nie wchodzi w rachubę. Pod tym względem Tori zachowuje się jak dziecko – „misio bez oczka jest najpiękniejszy i najukochańszy na świecie”.

Ale wróćmy do tematu stymulowania kotów. Przejrzałam oferty w sieci, reklamujące zabawki dla kotów i zaniemówiłam z wrażenia. Proszę bardzo, Panic Mouse czyli coś w rodzaju elektronicznej wędki z czujnikiem ruchu, nie potrzebującej człowieka na drugim końcu. Mysz na kółkach, sterowana pilotem – nie jestem pewna kto miałby obsługiwać pilota, kot czy ja? Pluszowy ser z dziurami, w którym w środku są jakieś dzwoniące piłeczki. Kosmata piłka z uchwytem do wieszania na klamce. Pseudo akwarium bez wody, z piłeczką do łapania. (Prawdziwe akwarium jest sto razy lepsze, to powie wam każdy kot!) Częściowo kryty tor do turlania piłeczki. Składany z modułów. A w końcu absolutny hit: centrum kociego masażu, z jakimiś dziwnymi szczoteczkami i wypustkami.

A w końcu refleksja: im bardziej skomplikowana zabawka i droższa, tym mniej kot się nią interesuje – to aksjomat. Najlepiej to przedstawia Simon Tofield na obrazku, gdzie Simon właśnie skończył montować niesłychanie wypasiony, wielopiętrowy drapak dla swojego kota, a ten tymczasem obok cały szczęśliwy bawi się w kartonie wypełnionym kawałeczkami styropianu.

Najnowsza kocia zabawka ma postać małej butelki po wodzie mineralnej, od której odcięłam szyjkę, a do środka nasypałam chrupek. Tori suwa tę butelkę po dywanie, wsadza łapę do środka, wybiera chrupki po jednej i zjada. Rudi uznał, że za dużo fatygi. Albo może wydaje mu się, że zabawka jest nadal za droga?

piątek, 02 października 2009
Fredzia

Kiedy Mrufka zapowiedziała, że dostanie pod opiekę chorą sfiksiczkę, obie się spodziewałyśmy, że do Mrufkowego domu trafi kot owszem łysy, i owszem zapewne nieco chudy. Rzeczywistość przeszła wszelkie oczekiwania. W kontenerku siedział szkielecik obciągnięty skórą. Kot, wyglądający jak jak postać z koszmarnej gry komputerowej McGee's Alice. Niewiarygodne, że w takim stanie mogła jeszcze chodzić, a nawet wdrapywać się ludziom na kolana. Tu jest wątek Fredzi na forum Miau http://forum.miau.pl/viewtopic.php?f=1&t=100840

http://allegro.pl/show_user_auctions.php?uid=428165 - natomiast tutaj wystawione są aukcje "kotkowe", z których dochód przeznaczony będzie na wyleczenie i odkarmienie najchudszego kota na świecie.