CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
niedziela, 29 września 2013
Londyn - miasto czerwone cz. 3

Miasto Czerwone – dzień drugi, niedziela. Ekstremalny shopping.

Nastała niedziela, więc jako wstrętne bezbożnice, zamiast szukać gorączkowo po Londynie katolickiego kościoła (w pobliżu zlokalizowałam jedynie meczet i żydowską bożnicę), poszłyśmy na zakupy. Zaczęłyśmy od spenetrowania sklepiku z pamiątkami przy Muzeum Sherlocka Holmesa – klasycznego. (Nasz ukochany Holmes Cumberbatchowy jeszcze się nie doczekał swojego, ale kto wie, co przyniesie przyszłość?) Do samego muzeum nie weszłyśmy, za wstęp życzyli sobie osiem funtów, fotki z wnętrza widziałyśmy już w sieci, a nie jesteśmy z Serathe aż takimi fankami klasycznego detektywa. W dodatku przed wejściem już ustawiła się kolejka. Natomiast sklep prezentował się milusio, urządzony w wiktoriańskim stylu, z palmą w donicy, portierami, freskami pod sufitem i wyściełaną kanapką. W ofercie właściwie wszystko, na czym można umieścić napis „Elementarne, mój drogi Watsonie”. Kubki, kufle w kształcie głowy Holmesa (straszliwe), szachy z postaciami, artykuły piśmiennicze, pocztówki, „mordercze frisbee”, meloniki, breloczki, bardzo ekskluzywne wydania książek Doyle’a, naturalnie fajki, ale także fartuszki kuchenne i ściereczki do naczyń (omatkobosko), pluszowe misie poprzebierane za sami-wiecie-kogo, oraz 101 innych drobiazgów, mających na celu odciążyć portfel turysty. Dałyśmy się odciążyć, nabywając komplet ołówków, długopisy i 2 pozytywki na korbkę. Jedna z pozytywek wygrywała melodię wg opakowania będącą „Mrugaj, mrugaj, mała gwiazdko” a podejrzanie przypominającą „Były sobie kurki trzy”. Serathe uznała, że zrobiła świetny interes, kupując dwie piosenki w cenie jednej. Gdzieś z boczku, jakby wstydliwie, upchnięto DVD z „naszym” Sherlockiem i amerykańskim, oraz Moffatowe Cluedo. Potem szczęśliwy traf zagnał nas do innego sklepu z suwenirami tuż obok wejścia na stację metra Baker Street. Sklep, jak wiele podobnych przybytków w Londynie wyglądał skromnie na zewnątrz, a w środku atakował gościa oszałamiającą różnorodnością towarów. Tam też zostałam zaatakowana kilkoma regałami wyładowanymi elfikami, wróżkami, syrenkami, smokami, magami, magiczkami itp. rzeczami w jaskrawo-pastelowych kolorkach – do tej pory nawet nie wiedziałam, że taki efekt jest możliwy do osiągnięcia. Dobrze, że z wiekiem mi przeszły ciągoty do tego rodzaju durnostojek, inaczej jak nic wyszłabym z jakimś wielkim kolczastym smoczyskiem i miałabym problem, jak go pomieścić w plecaczku. Tymczasem kupiłam za niecałe 2 funty malutką wyderkę (Otterlock!) i zaczęłam się domagać jeża do kompletu. Jeża nie było, za to po wyjściu natrafiłyśmy na pewnego pana z wielką papugą na ramieniu. Wyglądała na błękitną norweską, miała piękne upierzenie, ale wyglądała na całkiem zadowoloną z życia i raczej nie tęskniła za fiordami.

Jeśli na zakupy, to do dzielnicy Camden (!), więc wpakowałyśmy się do piętrowego autobusu, oczywiście na górę i zajechałyśmy z paradą w miejsce, które okazało się kompletnie oszałamiające. Coś jak Jarmark Dominikański razy 10, trwający przez cały tydzień na okrągło. Przeważały stoiska z T-shirtami, gdzie bez problemu można było znaleźć takie ucieszności jak „Keep Calm and Don’t Blink” lub „Trust me I’m the Doctor”. Camden Market to były jeszcze tylko budki i zwykłe sklepy, ale potem dotarłyśmy do Camden Stables – czyli zabytkowych stajni, przerobionych na przestrzeń handlową. A żeby podkreślić to, że kiedyś były to stajnie królewskie, wszędzie naprawdę poumieszczano konie, kowali, stajennych i zaprzęgi – wszystko z brązu i w skali 1:1, z niewielkimi wyjątkami. Zachwycająca sprawa. Najbardziej oryginalnym sklepem, jaki zobaczyłyśmy natychmiast po wejściu na teren stajni, był „Cyberdog”. Pierwsze wrażenie: dyskoteka, ale dlaczego działająca w środku białego dnia? Weszłyśmy do środka trochę nieufnie, nieco ogłuszone rąbiącą z głośników muzyką techno. Wewnątrz mrocznie, błyskają światełka, a na dwóch platformach pod sufitem wygina się jakaś parka – chłopak i dziewczyna w kosmatych, różowych getrach. Jak się okazało, zaciemnienie było dlatego, że większość towaru świeciła w promieniach ultrafioletowych (w pewnej chwili zorientowałam się, że świeci mi lakier na paznokciach oraz sznurówki), a było tam wszystko, co tylko może się podobać technomaniakom i wielbicielom cyberpunku. Plus dział dziecięcy i na najniższej kondygnacji sexshop. Nie jestem maniaczką cyberpunku, ale zachwyciły mnie wystawione tam nowoczesne rzeźby – połączenie manekinów i elektronicznych bebechów. Sklep i galeria sztuki w jednym, cudowne. Niestety, kiedy próbowałam robić zdjęcia, natychmiast podleciał do mnie jakiś chłopaczek z obsługi, że „no pictures”. Dobra, nie chciałam się kłócić. Jak wrzucicie w google hasło „cyberdog”, wyskoczy kilka fotek, pewnie też nielegalnych. Po Camden można błądzić cały dzień i jeszcze się nie zobaczy wszystkiego, bo sklepiki i kramy tworzą istny labirynt. Ubrania, buty, książki, zegary, antykwariaty z wypchanymi zwierzętami, biżuteria, torebki, gry i zabawki najrozmaitszych rodzajów, stroje „gotyckie”, płyty, instrumenty muzyczne, wyroby ze skóry, indyjskie drobiazgi, wyroby tytoniowe, rzeźby, starocie z drugiej ręki – w tym także figurki bohaterów z filmów i komiksów – oraz jeszcze wiele, wiele innych rzeczy. Zakotwiczyłyśmy na dłuższą chwilę w wytwórni koszulek, zwabione portretami Dziesiątego, Dziewiątego i Jedenastego, oraz Tardis. Był też Sherlock, ale z osobliwie rybim spojrzeniem i nawet jakby lekkim zezem, więc stwierdziłam, że starczą mi koszulki z allegro. Na swój biust dobrałam niebieską, artystycznie namazaną Tardis (męskie S), natomiast chudeusz Serathe tonęła nawet w damskiej S, więc skośnookie panie wyciągnęły rozmiar dziecięcy i wykonały budkę na poczekaniu. Nasz klient – nasz pan! Niestety, a może stety, moja klatka piersiowa nie zmieściła się w kraciastej kiecce z innego stoiska, choć było to podobno XL. Może i dobrze. W tymże Camden Serathe zaspokoiła też swoją potrzebę kupienia bardzo kolorowej bawełnianej bluzy made in Nepal, a ja poszłam za jej przykładem – przez co później na lotnisku, identycznie odziane, wyglądałyśmy jak siostry, albo matka z córką (zależy z jakiej odległości). Oczywiście wielogodzinny shopping wzmaga głód, a na Camden można zjeść smacznie i wielonarodowo. Francuskie naleśniki, polska kiełbasa i pierogi, ryba z frytkami, ciastka, pączki z rozmaitymi dodatkami, kuchnia dalekowschodnia, bliskowschodnia i afrykańska – bazujące na ryżu, makaronie, mięsie drobiowym i tajemniczych przyprawach. Dobre to było i nie dziwię się, że John z Sherlockiem wiecznie zamawiali chińszczyznę. W ogóle, w Londynie lepiej jednak żywić się chińszczyzną, bo kuchnia angielska okazała się okrutnie ciężka. Natomiast to, co odkryłyśmy w miejscowym Tesco, nie budziło zachwytu, a chwilami wołało o pomstę do nieba. Kompletnie niejadalna zupka chińska (nasz Vifon czy Amino to w porównaniu mistrzostwo świata), chleb tostowy o konsystencji waty, tzw. woda smakowa przeraźliwie naładowana słodzikami, bez dolewania kranówki nie dawało się tego pić. Odważyłyśmy się na kupno sera, ale na wędlinę już nie. Jadalne okazały się zupy w puszkach i marmolada pomarańczowa (miś Paddington), generalnie jednak bazowałyśmy na kiełbasie i kiszonych ogórkach przywiezionych z ojczyzny. Koniec dygresji. Camden zostało wpisane na listę Rzeczy Które Należy Powtórzyć Następnym Razem. Po Camden kręciło się sporo nakrapianych ptaków, podejrzanych o bycie szpakami i rzeczywiście okazało się nimi, po skonsultowaniu z wikipedią. Kiedy wracałyśmy pod wieczór z tego rozpasania, postanowiłyśmy jeszcze przespacerować się Baker Street od krańca do krańca i sprawdzić, czy jest na niej jakaś piekarnia (ta, w której Czołg miał jakoby kupować bułeczki). Ostatecznie jest to ulica Piekarska. Na Baker Street stwierdzono obecność 1 (słownie: jednej) piekarni, która w dodatku specjalizowała się raczej w wypiekaniu wyrafinowanych croisantów, była połączona z kawiarnią i prawie ją przeoczyłyśmy, tak mało się wyróżniała. Uratowało to co prawda w pewnym stopniu honor ulicy, ale wcale nas nie zadowoliło. Baker Street bez prawdziwej piekarni, phi!

I tak się zakończył dzień drugi.



środa, 25 września 2013
Londyn – miasto czerwone cz. 2

Miasto Czerwone – dzień pierwszy, sobota. Śladami fikcyjnych postaci.  

Na pierwszy ogień z samego rana poszedł Regent’s Park, po którym tak często spacerował zarówno John Watson, jak i sam Sherlock Holmes – w setkach i tysiącach fanfików oraz 3 sezonie serialu (rozpoznałam tę stylową ławkę, a jakże!). Park śliczny, pełen kwiatów, fontann i strumieni, na wpół oswojonych gęsi i innego wodnego ptactwa. Trafiła się nawet wiewiórka, chociaż nie wykazała zainteresowania bliższym zaznajomieniem. O poranku wyroili się także biegacze, a było ich tylu, że przez moment czułam się jakoś nieswojo, że jesteśmy z Serathe jedynymi spacerującymi w zasięgu wzroku. Przy okazji: w Londynie jest pełno automatycznych wypożyczalni rowerów (takich, jakie z gigantycznym trudem próbuje się wprowadzić w Polsce) i mnóstwo rowerzystów. W dalszej części parku objawił się rudzik, który robił zachęcające miny i gesty, całkiem jakby chciał pokazać nam wejście do Tajemniczego Ogrodu. Widocznie rudziki już tak mają. Trafiłyśmy nawet na sfosylizowane pnie drzew, postawione tam w charakterze ciekawostek. Pomacałam – rzeczywiście, niby drewno, a kamień. A oto fotki z Regent’s Park. Na North Gover Street, do Speedy’s Sandwich Bar & Cafe doszłyśmy akurat na późne śniadanie. Bardzo tradycyjne, obfite (i tanie) angielskie śniadanie, tonące w tłuszczu, do którego należy mieć wątrobę jak słoń, ale za to owo śniadanie dostarcza paliwa na cały dzień łażenia, aż do kolacji. W porównaniu do Baker Street właściwej, NGS jest rzeczywiście cicha – niewielu przechodniów, niewiele przejeżdżających aut, trochę turystów, którzy - tak jak my – przyszli tu z powodu serialu. Siedziałyśmy sobie przy stoliczku na zewnątrz, patrzyłyśmy na drugą stronę, gdzie w „Wielkiej grze” nastąpił wybuch i żartowałyśmy, że „naprawdę szybko ten dom odbudowali”. Przy okazji sprawdziłam kilka faktów, które zamieściłam w fanfikach na kredyt. Owszem, dach domu jest płaski i można na niego wyjść, by puszczać fajerwerki. Nad sypialnią Johna jest jeszcze jedna kondygnacja, gdzie może się mieścić np. pralnia i suszarnia, albo jakiś składzik. Natomiast Czołg, żeby obiec dom dokoła i przyłapać Sherlocka, umykającego przez okno, musiałby przeleźć przez mur, otaczający podwórko z tyłu. Byłby też pewien problem logistyczny z wyrzucanym na tamtą stronę agentem. No ale Londyn Sherlocka jest niejako Londynem alternatywnym i można założyć, że tam tego muru nie ma. Pokrzepione na duchu i ciele, podreptałyśmy do Forbidden Planet – dwukondygnacyjnego sklepu dla maniaków popkultury, gdzie dobrą godzinę z okładem, a może i dłużej, pławiłyśmy się w obfitości towarów wszelakich, miłych sercu każdego fana. Tylko zdrowy rozsądek i ograniczenia wagowe powstrzymały mnie od zostawienia tam całej gotówki. Te figurki! Te zabawki! Te breloczki, emblematy, broń, różdżki…! Ostatecznie wyszłam z pięknym kubkiem magiczno-termicznym. Kiedy naleje się do niego wrzątku, Tardis z jednej strony znika, a pojawia się z drugiej. Serathe zaś wybrała portfel, oczywiście stylizowany na Tardis! Trafalgar Square (kolejna sherlockowa lokacja) trochę nas rozczarował. Okazał się mały, ciasny i zatłoczony. Mniejszy, niż Długi Targ w Gdańsku. Na google wiev wydawał się rozleglejszy. Obejrzałyśmy wielkiego niebieskiego koguta na podeście, posiedziałyśmy na brzegu fontanny, obejrzałyśmy ulicznych mimów i artystów, zrobiłyśmy parę zdjęć przy Kolumnie Nelsona ze wspaniałymi lwami, po czym ruszyłyśmy w stronę Downing Street, do siedziby rządu – na wyraźne życzenie Serathe. Po drodze załapałyśmy się jeszcze na Szkota grającego na dudach, co wydajnie poprawiło nam humor. Downing Street, niestety, była zamknięta z powodu niedawnej próby zamachu bombowego, więc jedynie zarejestrowałam kraty i panów policjantów. A potem był już Big Ben, który nawet zrobił uprzejmość i zaczął bić. Oczywiście tłumy turystów i cała kupa sklepików i stoisk ze wszystkim co tylko mogło na sobie pomieścić napis I Love London. Najstraszliwszą rzeczą, godną miana kiczu roku, była plastikowa figurka królowej, machającą rączką – brrr! Spacer wzdłuż Tamizy i widok na London Eye. Wcale nie żałujemy, że nie przejechałyśmy się na tym Diabelskim Młynie – stał na drugim brzegu, więc pewnie wcale byśmy nie natrafiły na aleję wysadzaną platanami, urocze rzeźby nad brzegiem rzeki, ozdobne ławeczki ze zwierzętami, ani na obelisk, który Anglicy swego czasu zatentegowali z Egiptu. Ani na Pomnik Bitwy o Anglię – moim zdaniem bardzo gustowny i zrobiony z sensem. Nie natrafiłybyśmy też na niskobudżetową wersję Tardis ;-) Trasa zaprowadziła nas do Black Friar Pubu – przeuroczego, trójkątnego jak kawałek tortu budynku na rozwidleniu ulic, gdzie napiłyśmy się dobrego piwa, odpoczęłyśmy przed dalszą drogą do Barts. Przy okazji wyjaśniło się bez najmniejszych wątpliwości, że fanfikowy John nie mógł sobie skracać drogi do roboty w Barts, idąc przez Baker Street. To byłaby godzina marszu. Prędzej chodził tamtędy do metra. Po drodze minęłyśmy też wylot Fleet Street, ale wyglądała ta ulica całkiem przeciętnie – żadnego pana z brzytwą, ani nawet zapachu pasztecików – więc nie zbaczałyśmy z trasy. Na miejscu było dokładnie tak, jak być powinno – przystanek, ławeczki plus stojak na rowery, którego nie było podczas kręcenia odcinka, więc albo postawiono go później, albo zdemontowano na czas zdjęć. Serathe nawet ustaliła dokładnie, gdzie padł Sherlock: „O, zobacz, tu jest ta ławka, tu jest ta, na której siedzimy. Tam miał nogi, a głowę dokładnie tu”. Dodatkowym bonusem okazała się budka telefoniczna, przemieniona w fanowską świątynię kultu, oblepioną od góry do dołu dowodami uczuć.

A potem poczułyśmy się już tak bardzo wykończone, że do „bazy” wróciłyśmy metrem. I tak się zakończył wyprawy dzień pierwszy.



wtorek, 24 września 2013
Londyn - miasto czerwone cz. 1

Prolog wojaży, czyli O sztuce artystycznego pakowania plecaczka.

Wiadomo, że kiedy się gdzieś jedzie, to trzeba zabrać ze sobą jakiś bagaż. Miałam przebywać poza domem 17 dni - w dwóch strefach klimatycznych. Do dyspozycji miałam plecak miejski o pojemności 26 litrów i ograniczenie wagowe do 10 kg bagażu podręcznego (tanie linie lotnicze Ryanair oraz ich cudowny regulamin). Bagaż dodatkowy w grę nie wchodził, gdyż opłata zań dorównałaby cenie biletu za przelot. Tak więc zadanie logistyczne przypominało przemianę plecaczka w zakamuflowaną Tardis, większą w środku. Niektóre osoby w tej chwili mogą zakrzyknąć: „Ależ to absolutnie niemożliwe!! Nie na taką podróż, nie tak daleko i na tak długo!”. Owszem, możliwe, gdyż dokonałam tego własnymi rękami i umysłem, po czym okazało się na miejscu, że i tak zabrałam za dużo ubrań. Po prostu na dwutygodniowy wyjazd nie potrzebujemy 14 podkoszulek, ani też 14 par skarpetek czy też majtek. Wystarczą 3 – o ile się zdyscyplinujemy i codziennie wieczorem zrobimy pranie – kiedy będziemy mieć na sobie trzeci komplet, ten pierwszy już będzie suchy i gotowy do włożenia dnia następnego. Nie potrzebujemy wielkiej tuby pasty do zębów, starczy malutka 20 ml. Ręcznik – szybkoschnący z mikrofibry, zwija się w malutki rulonik. Mydło kupujemy na miejscu, będzie służyło także do prania. Piżamy dwie, ale jak najcieńsze i najmniejsze. Ze strefy klimatu umiarkowanego miałam trafić niemalże w tropiki, więc niezbędne były sandały, ale za to zrezygnowałam z kapci. Niepotrzebne są 2 pary dżinsów, a tę jedną przewozi się na własnym tyłku, podobnie rzecz ma się z kurtką. Ubrania włożone do woreczka z suwakiem, spłaszczone i szczelnie zapięte, tracą na objętości średnio ¼ i łatwiej je zapakować. Jeśli się wszystko spłaszcza, kompaktuje, wkłada drobne przedmioty do wnętrza większych, utyka tak, żeby wykorzystać każdy centymetr przestrzeni, wykorzystuje kieszenie (w tym wypadku nieocenione bywają bojówki i wielokieszeniowe kurtki) zadanie okazuje się możliwe do wykonania. W moim bagażu zmieścił się nawet cieniutki materac dmuchany, dwa pęta kiełbasy i pół kilo kiszonych ogórków (odsączonych z zalewy, pamiętajmy o przepisach przewozu płynów samolotem). Problem mogą mieć osoby z dużymi aparatami fotograficznymi, ale ja robiłam zdjęcia komórką i wychodziły całkiem nieźle, a widziałam też turystów cykających widoczki za pomocą tabletu.

O Ryanairze i jego przepisach bagażowych krążą straszne opowieści, ale najwyraźniej są to mity, które obrastają straszliwymi szczegółami, jak to bywa z urban legends. Trzykrotnie przechodziłam przez bramki z kurtką przewieszoną przez ramię (udając, że nie waży 4 kilo i nie jest nadziewana różnymi osobliwymi składnikami), z plecaczkiem na plecach i pies z kulawą nogą się mną nie zainteresował. Karta pokładowa, paszport, dziękuję, proszę przejść dalej. Najwyraźniej wszystkie te historie biorą się z przygód pasażerów, którzy próbują naiwnie przemycić na pokład bagaż „podręczny” wielkości niewielkiej szafy.

 

Miasto Czerwone – dzień zero, piątek.

Spotkałyśmy się z Serathe na lotnisku w Stansted, przy czym ja przyleciałam z Trójmiasta, a ona z Malty. Stansted to jednak jeszcze nie Londyn, a coś zbudowanego pośrodku niczego. W dodatku to coś było niewiarygodnie wielkie. Wpierw należało pokonać kosmicznie długą drogę z płyty do hali głównej a potem zadać sobie ważkie pytanie: O jeżu kolczasty, gdzie tu jest wyjście i czy mamy dość kanapek, żeby po drodze nie umrzeć z głodu? Do Londynu właściwego było jeszcze 1,5 godziny drogi Easybusem. Po drodze oglądałyśmy sobie widzianą po raz pierwszy w życiu Anglię i uznałyśmy, że krajobrazowo bardzo przypomina Polskę. Różnice: brak śmieci na poboczach, ruch lewostronny, do którego jednak błyskawicznie człowiek przywyka, brak lasów (bo tych nędznych zagajniczków lasami nazwać nie sposób) i brak wierzb. Doszłyśmy jednak do wniosku, że w kraju gdzie powstała książka „O czym szumią wierzby” te drzewa muszą występować obowiązkowo, tylko po prostu tak się różnią od wierzb polskich, że ich nie umiemy rozpoznać z większej odległości. Kolejna różnica objawiła się, kiedy bus zaczął przejeżdżać przez mniejsze miejscowości i zobaczyłyśmy mnóstwo charakterystycznych dla angielskiej zabudowy trzykondygnacyjnych domków z wysuniętymi od frontu trapezowatymi wykuszami (czy też może to się zwie ryzalitem) – plus czerwona cegła albo biały tynk. Później taką samą czerwień i biel zobaczyłam w samym Londynie, tak więc stolica Anglii została ochrzczona na prywatny użytek Miastem Czerwonym. Easybus uprzejmie wysadził nas na Baker Street. Pierwszy zonk: mimo późnawej pory i zachodzącego słońca w żaden sposób nie można było nazwać jej „cichą ulicą”. Gromady ludzi drepczące w różne strony, samochody, autobusy, wrażenie kłębiącego się dokoła i kipiącego w najlepsze życia. Oczywiście po drodze minęłyśmy najsłynniejsze drzwi świata, przy których najspokojniej fotografowali się japońscy turyści. Miejscówkę na nocleg miałyśmy dosłownie rzut beretem od Baker Street, a mieściła się w starym budynku sortowni poczty królewskiej. Warunki niecodzienne, ale zdecydowanie bardzo interesujące. Nasz gospodarz, Gerard, wydzielił nam za pomocą kotary część przechodniego pomieszczenia, urządził przytulne gniazdko, gdzie mogłyśmy rozłożyć materace i śpiwory. Obok była wielka kantyna, duża wspólna kuchnia i łazienka, ale cały budynek był tak rozległy, że nikt nikomu nie przeszkadzał i miałyśmy, paradoksalnie, więcej prywatności niż u kogoś na kanapie w wersji klasycznego surf coachingu. A mieszkały tam jeszcze 4 osoby: Gerard, Michael, Ignatio i jego dziewczyna Luise. Dzień skończyłyśmy nad mapą, planując starannie najbardziej ekonomiczną trasę na sobotę, która miała obejmować naprawdę dużo chodzenia i bardzo dużo oglądania. Tłoczenie się wśród tłumów stonki turystycznej w miejscach najbardziej popularnych nas zupełnie nie pociągało, więc od razu na wstępie odrzuciłyśmy Tower, Pałac Buckingham i Muzeum Figur Woskowych, które na dodatek było upiornie drogie. Przede wszystkim nastawiłyśmy się na tropienie śladów naszych ulubionych seriali i książek, a więc na tapecie był „Sherlock”, „Doktor Who” i „Piotruś Pan”. W sobotę miało się zacząć na dobre!

czwartek, 05 września 2013
Ahoj, Brytanio, nadchodzę!

Jutro wieczorem będę się przechadzać po Baker Street. Serio-serio. Karta pokładowa wydrukowana, plecak spakowany, ogórki kiszone i polska kiełbasa w lodówce. Transport na lotnisko załatwiony. Osoby, które posiadają mój numer telefonu proszone są o niedzwonienie aż do 19 września, bo i tak nie odbiorę. Wraz z Serathe będziemy się pławić w londyńskiej atmosferze i chodzić tropami naszych ulubieńców, czyli Doktora i Sherlocka. Nie mam nadziei, że natrafimy akurat na plan zdjęciowy któregoś z tych seriali, ale na pewno obmacamy TE drzwi z numerkiem 221b. No i wybieramy się do Cardiff, zwiedzić wystawę Doktora, oraz powłóczyć się po wiadomym placu, pod wiadomą fontanną.

Z powodu wyjazdu zawieszam tłumaczenie „2112”, ale obiecuję, że update pojawi się jeszcze przed końcem września.

Poza tym wizytuję również Katowickie Targi Książki i będę się udzielać programowo 21 i 22 września (można sprawdzić w programie gdzie i kiedy dokładnie).

*

Zrobiłam kotu dobrze i podarowałam mu pudło z sianem. Kot jest zachwycony. Mam kota w sianie i jednocześnie siano na połowie pokoju. Jednak nie mam serca Ryżykowi tego zlikwidować – tyle kociego szczęścia za niecałe 2 zł. Przynajmniej ładnie pachnie.

*

Wczoraj wieczorem usłyszałam ŁOMOT. Rozejrzałam się podejrzliwie, szukając źródła (czyli jakiegoś kota). Ryżyk spał (chwilowe błogosławieństwo), Tori siedziała na parapecie i żadne z nich nie mogło być źródłem dźwięku. Łomot się nie powtórzył, więc uspokojona wróciłam do swoich zajęć. Resztki łomotu odkryłam po jakimś czasie, kiedy otworzyłam lodówkę: na najniższej półce poniewierały się szczątki szklanej butelki i rozlewał niewielki staw podpiwka. Przetrzymany nieco za długo napój zwiększał coraz bardziej ciśnienie (w zimnie? osobliwe) aż wreszcie eksplodował. Wniosek: stosować butelki plastikowe.



niedziela, 01 września 2013
Grzybiarz i inne niebezpieczeństwa łona natury

Podczas przebywania na tzw. łonie natury możemy się natknąć na stworzenia niebezpieczne.

Na przykład na jeża. Na jeżu nie należy siadać, gdyż a/ kole b/ jeż plaskaty jest nieestetyczny.

Źmija. Jeśli spotkamy źmiję to znaczy, że: a/ jest martwa b/ głucha i nie słyszała, jak nadchodzimy (i może z zaskoczenia paść na serce – czyli pacz punkt a) c/ przed nami źmija napotkała urzędnika skarbówki, jest cholernie wściekła i chce uźreć. W ostatnim wypadku należy szybko się rozejrzeć gdzie jest urzędnik i uciekać w kierunku przeciwnym, nawet jeśli jest tam źmija.

Dzik. Dzik się rzuca, ale w przeciwieństwie do przedstawiciela US i źmiji jest zwierzakiem nocnym i o ile nie szwendamy się po lesie po zmroku, nie mamy szans żeby się rzucił akurat na nas. Chyba że wliziemy w najgłębsze chaszcze i spadniemy dzikowi na łeb, budząc go. Budzenie dzika jest niewskazane, bo nikt nie lubi być budzony, a dzik może do tego się wnerwić. I się rzucić. Za dnia z dzika zaobserwować można ślady rycia. Ślady rycia nie są niebezpieczne i się nie rzucają, więc można nawet po nich chodzić.

I ostatnie, najważniejsze stworzenie: grzybiarz pospolity.

Stwór ten jest wyjątkowo drażliwy i niebezpieczny, w dodatku żeruje za dnia, często w godzinach przedpołudniowych. Grzybiarza nietrudno rozpoznać po kaloszkach na kończynach dolnych i pojemniku grzybnym w kończynie górnej. Porusza się powoli i z głową spuszczoną ku ziemi – ale jest to zwodnicze, gdyż podrażniony grzybiarz może poruszać się błyskawicznie podczas ataku. Zwierzę owo prowadzi samotniczy tryb życia, rzadko tworząc pary. Mniejsze stada liczące kilka osobników są spotykane wyjątkowo rzadko. Grzybiarz jest wyjątkowo terytorialny i każdego obcego na swoim terenie traktuje jak groźnego intruza. W żadnym wypadku nie należy się zbliżać do grzybiarza, gdyż zawsze jest on uzbrojony w narzędzie tnące. W przypadku, kiedy jednak nieszczęśliwym trafem natkniemy się na grzybiarza, powinniśmy podjąć czynności kamuflujące: przybieramy gamoniowaty wyraz twarzy i udajemy krótkowzroczność, ewentualnie rozglądamy się po koronach drzew, symulując obserwowanie ptaszków i wiewiórek. Grzybiarz, uspokojony, że nie stanowimy konkurencji do jego żerowiska, powinien dać nam spokój. Samica grzybiarza z małymi, wbrew spodziewaniom, jest o wiele mniej niebezpieczna. Zajęta zaganianiem rozłażącego się przychówku, ignoruje otoczenie i można jej nawet podebrać (ostrożnie) jakiegoś grzyba. Aczkolwiek nie zalecamy aż takiego ryzyka.