CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
piątek, 14 września 2012
W Internecie jest nie tylko porno

Tytuł: W Internecie jest nie tylko porno
Autor: cyerus
Oryginał: The Internet Is Not Just For Porn
Zgoda na przekład: brak kontaktu
Tłumacz: toroj
Fandom: Sherlock BBC
Kategoria: slash, humor, PG, Sherlock/John

Zajawka: John jest chłopakiem Sherlocka, mieszka w Kanadzie, poznali się i kontaktują się przez Internet. Nikt w Scotland Yardzie nie wierzy, że John rzeczywiście istnieje.  

Objaśnienie: „Dziewczyna z Kanady” to typowy amerykański mem, oznaczający, że jakiś podrostek rozpaczliwie chce się pochwalić swoją wspaniałą dziewczyną, chociaż żadnej w rzeczywistości nie ma. Takiej Kanadyjki nikt nie widział i nie zna, bo ona mieszka daleko, piękna jak gwiazda filmowa i sprytna jak Batman, można ją opisać typowymi frazami i w razie czego zawsze można się wymówić, że właśnie nastąpiła kłótnia albo związek na odległość nie działa. Oczywiście prawdziwości takiej historii nie da się sprawdzić.

 

 

Sherlock esemesujący na miejscu przestępstwa nie był niczym niezwykłym.
Sherlock wysyłający sms, a potem odrzucający głowę i śmiejący się z czułością, nieco odbiegał od standardowego obrazu.
- Najwyraźniej ześwirował już na amen. Co za szkoda. Według moich obliczeń to powinno nastąpić dopiero za trzy miesiące. – Sally Donovan uniosła w zamyśleniu głowę. – Kto zgarnia pulę w zakładzie?
Ignorując ją demonstracyjnie, Lestrade odchrząknął i spytał:

- Sherlock, z kim rozmawiasz?
Sherlock nie odrywał oczu od ekranu.

- Nie rozmawiam.

Och, na miłość boską...

- Do kogo piszesz?

- Do swojego chłopaka.
Głucha cisza, jaka nastąpiła po tych słowach zwróciła uwagę nawet Sherlocka. Uniósł wzrok i zamrugał, jakby lekko stropiony.

- Jakiś problem?

- Twój chłopak – powiedział Anderson z niedowierzaniem.

- Dokładnie to powiedziałem – warknął Sherlock z rozdrażnieniem.

- Chłopak. Twój.

- Anderson, czyżby twoje pozostałe szare komórki podjęły ostateczną decyzję o ucieczce? Powtarzasz się. Ciągle.
- Ile za niego zapłaciłeś? – wtrąciła się Donovan. – To jeden z tych narzeczonych z ogłoszenia, tak? Nie wolno takim ufać, oskubią cię do zera a potem zwieją na Kajmany.
- Dość! Starczy! – Lestrade podniósł głos, przerywając spór, zanim przerodził się w bijatykę z takimi atrakcjami jak wyrywanie włosów i kąsanie po kostkach. Chwilami odczuwał empatyczną więź ze swoim byłym nauczycielem z podstawówki. – Gratulacje, Sherlock, ale znajdujesz się na miejscu zbrodni. Możesz poesemesować ze swoim ch... – Lestrade zaciął się. Jego mózg odmówił używania słów „Sherlock” i „jego chłopak” w jednym zdaniu. – Możesz się z nim skontaktować później.
- Raczej nie – burknął Sherlock. – Pytam go o prędkość rozkładu ludzkiej wątroby. To bardzo ważne dla śledztwa.

Wypowiedź Donovan: „Skąd on miałby wiedzieć cokolwiek o rozkładających się organach? Boże, znalazłeś sobie faceta, który jest seryjnym mordercą, prawda?” utonęła w pełnym wzburzenia krzyku Lestrade’a:

- Sherlock! Nie wolno zdradzać szczegółów trwającego śledztwa osobom postronnym! Ja już i tak naruszam regulamin, wpuszczając tutaj ciebie...
- Chociaż brzmi to strasznie, ma to jakiś sens...

- ...tylko dlatego, że ja pozwalam tobie, nie znaczy, że możesz przyprowadzać tu kumpli, żeby się razem bawić...

- ...on będzie zabijać ludzi i przynosić ci ręce, nogi i inne kawałki do eksperymentów. Pewnie będzie robił też zakupy, bo jest dostawcą...
- ...zasady istnieją nie tylko tak sobie, cholerny dupku. Możesz się nimi nie przejmować, ale wszyscy pozostali muszą się ich trzymać, jeśli chcą służyć prawu!

- ...a potem będziecie tulić się do siebie na kanapie i opowiadać jak wam minął dzień. On opowie ci o ludziach, których zamordował, a ty o najgorszych sprawach kryminalnych, jakie rozwiązałeś i wszystko będzie takie koszmarnie, obrzydliwie, przytulnie domowe...
Sherlock przeszył spojrzeniem ich oboje.

- John jest lekarzem! – warknął do Donovan, a do Lestrade’a powiedział: - Wątpię, by Kanadyjczyków cokolwiek obchodziła banalna afera spadkowa.

Lestrade powoli zamknął oczy, potem ponownie je otworzył.

- Kanadyjczyków...
- Cudownie, teraz ty się powtarzasz. – Sherlock odwrócił się do stojącego nieopodal kryminalistyka. – Anderson, gratulacje. Dokonałeś pierwszego w dziejach transferu głupoty z człowieka do człowieka.
- Sherlock. – Lestrade prawie krzyczał. – Co ma z tym wspólnego Kanada?
Sherlock wzniósł oczy ku niebu z miną pod tytułem „Ach, dlaczegóż moja genialność przyćmiewana jest przez obecność tych śmiertelników”. Lestrade doskonale znał ten wyraz twarzy. Wystarczająco często się spotykali, by być już po imieniu. 

- John mieszka w Kanadzie. I choć jest bardzo bystry, wątpię by mógł z Richmond wpływać jakkolwiek na brytyjski system sądowniczy.  
Wszyscy obecni wymienili znaczące spojrzenia.
- Sherlock... – zaczął Lestrade ostrożnie - ...jak właściwie poznałeś się z... ekhm... Johnem?

- Przez internet.
Głucha cisza powróciła razem z przyjaciółmi: Skrępowaniem i O-Jasnym-Gwintem.

- Boże... – jęknęła Donovan. – Dlaczego nie mogłeś sobie znaleźć jakiegoś miłego seryjnego mordercy?

 

888

 

- Co słychać u twojego korespondencyjnego przyjaciela?

- To nie korespondent, tylko mój chłopak, pani Hudson.

- Oczywiście, mój drogi.

 

888



Nie powinieneś spotykać się z kimś poznanym w Internecie. Mamie to się nie spodoba. MH

 

Spadaj. SH


888

 

Lestrade miał nadzieję, że Sherlock znudzi się i porzuci zabawę pod tytułem „to mój chłopak z Kanady, spotykamy się w sieci”.

Nie porzucił. Na odwrót, całkiem już stracił głowę.
- Jak możecie być aż tak tępi?! – Sherlock zamachał rękami. – Gdyby był tu John, domyśliłby się tego już wieki temu!
Teraz słyszeli takie rzeczy nieustannie. Gdyby był tu John. John powiedział to. John powiedział tamto. John by tupnął, a ziemia by się rozstąpiła i pojawiłby się spod niej przestępca – od razu w kajdankach i z założoną kartoteką.
Tak upłynęło kilka miesięcy. Doszło do tego, że Lestrade wzdrygał się nerwowo, kiedy tylko słyszał imię „John”.
Donovan w końcu miała dość.

- Kiedy wreszcie z tym skończysz?!

- Nie musiałbym nawet zaczynać, gdybyście wykonywali swoją pracę! – odparł Sherlock jadowicie. – Doprawdy, John...

- John nie istnieje! I nigdy nie istniał! To twój wymysł, żebyśmy uwierzyli, że jesteś bardziej ludzki!
- O, i co doprowadziło sierżant Donovan do tak błyskotliwego wniosku? – Sherlock uniósł się. – Proszę się podzielić wiedzą. Twoje próby logicznego myślenia dostarczają mi prawdziwej rozrywki.

- Dosyć! – ryknął Lestrade. – Donovan, zabezpiecz miejsce przestępstwa. Sherlock, za mną.
Inspektor zaprowadził Sherlocka do spokojnego kąta, gdzie detektyw wbił w niego spojrzenie, w którym malowała się dziwna mieszanina rozdrażnienia i obawy.

- John istnieje. Prowadzi bloga. Właśnie tak na niego trafiłem.
- Tak, wierzę ci. Wierzę, że John istnieje. Ale, Sherlock... – Lestrade starał się mówić jak najłagodniej - ...czy ty go znasz?
- Oczywiście, że znam! Jest lekarzem, służył w oddziale medycznym kanadyjskich sił zbrojnych. Jest beznadziejny w sprawach technicznych i...

- Spotkałeś go? Wiesz chociaż, jak wygląda?
Sherlock prychnął z irytacją.

- Cenię w nim jego umysł. Jego powierzchowność jest mi obojętna.
- Sherlock... – westchnął Lestrade. – Wiem, że to trudno przyjąć, ale John może być całkiem inną osobą, niż ci się wydaje.

- Ja doskonale wiem, kim on jest.

- Jesteś pewien? – upierał się Lestrade. – Możesz z absolutną, stuprocentową pewnością powiedzieć, że go znasz? W Internecie człowiek może ukryć wiele informacji o sobie. Nikt nie może wydedukować wszystkiego na podstawie kilku maili i bloga. Nawet ty.
Przez sekundę Sherlock wyglądał, jakby ktoś dał mu w twarz. Natychmiast wrócił do normalnej dla siebie, beznamiętnej miny, ale Lestrade zauważył w jego oczach cień zwątpienia.

- Posłuchaj, John może być tym, za kogo się podaje, ale może być też jakimś znudzonym dzieciakiem, który się tobą zabawia. Albo samotną starszą panią. Rzecz w tym, że nie możesz mieć absolutnej pewności. Nie w takiej sytuacji.
Na miejsce przestępstwa Sherlock wrócił cichszy, przytłumiony. Rozwiązał przypadek ze zwykłą sprawnością, lecz bez zwyczajowych sarkastycznych uwag.
O Johnie już nie wspominał.

 

888

 

Po tygodniu Lestrade zajrzał na Baker Street 221b. Drzwi otworzyła pani Hudson.
- Och, przykro mi, minął się pan z nim, inspektorze. Wyjechał za granicę w jakiejś sprawie.

Lestrade’owi mrówki przebiegły po plecach.

- Poleciał do Kanady?
- Do Kanady? Nie. Wspominał coś o Białorusi.
- A... No cóż, dobrze. Kiedy wróci, mogłaby pani przekazać, żeby do mnie zadzwonił?

- Oczywiście, mój drogi.
Lestrade pojechał do Scotland Yardu z pewną ulgą. Wyglądało na to, że Sherlock Holmes choć raz go usłuchał i jego życie wracało na normalne tory.

Wspaniale. Im prędzej wyrzucą z głowy to fiasko z wymyślonym chłopakiem, tym lepiej.

888

 

Lestrade nie widział Sherlocka przez cały miesiąc, dopóki wyjątkowo dziwaczne, potrójne morderstwo nie zmusiło go do wysłania esemesa o treści: „Przywlecz tu dupę, albo oddam sprawę Dimmockowi”.

- Anderson, nie waż się tego dotykać!

Sherlock wyskoczył na scenę zbrodni jak diabeł z pudełka, dramatycznie powiewając połami rozpiętego płaszcza. Powitanie zamarło inspektorowi na wargach, kiedy ujrzał niewysokiego, jasnowłosego mężczyznę, idącego za Holmesem. Przybysz miał na sobie dżinsy i kurtkę militarnego kroju w kolorze khaki, i rozglądał się dokoła z widocznym zainteresowaniem.

- Sherlock, co ja ci mówiłem o przyprowadzaniu znajomków na miejsce przestępstwa?
Sherlock rzucił inspektorowi mordercze spojrzenie i już otwierał usta, kiedy nieznajomy ubiegł:

- O, przepraszam. Zdaje się, że nie powinno mnie tu być. Sherlock, poczekam na zewnątrz.

Sherlock nachmurzył się. Pochylona nad trupem Donovan wyprostowała się raptownie.

- Pan jest Amerykaninem?
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko.

- Tak dokładnie, to Kanadyjczykiem.

Wszyscy zamarli.

- Kanadyjczykiem... – powtórzył Lestrade ledwo dosłyszalnie. – Nie ma pan przypadkiem na imię John?

Gość uśmiechnął się ponownie, z lekkim zmieszaniem.

- Tak. Doktor John Watson. Witam. – Wyciągnął rękę.

Lestrade uścisnął ją całkowicie automatycznie, gdyż jego umysł właśnie zawiesił się, jak wysoce wyspecjalizowany produkt Microsoftu.
Sherlock wyglądał na obrzydliwie zadowolonego z siebie.
Nikt się nie ruszał. Wszyscy byli zbyt zajęci oglądaniem Johna Watsona, by wykonywać policyjną robotę. Lestrade powinien na nich wrzasnąć i przywrócić porządek, jednak mózg mu się jeszcze nie restartował. Sądząc po czasie, jaki to zajmowało, pewnie pracował pod Windows Vista.

John rozejrzał się niepewnie i wskazał kciukiem za siebie.

- To ja już chyba pójdę...?

- Nie. – Sherlock nagle znalazł się na drugim końcu pomieszczenia, stając tak blisko, że prawie stykali się piersiami. – Zostań. Przyda mi się twoja pomoc.
John uśmiechnął się do niego, a w kącikach jego oczu pojawiły się drobne zmarszczki. Sherlock nie oddał uśmiechu, lecz wyraz jego twarzy wyraźnie złagodniał.
Kiedy Sherlock oglądał zwłoki, Donovan zagaiła:

- A więc to pan jest tym osławionym Johnem.

- Nie wiem czy osławionym, ale owszem.

- Jest pan seryjnym mordercą?
- Eee... Nie.

- A ten świr, który tam stoi, owszem, może być. – Donovan obejrzała krytycznie wełniany sweter i kraciastą koszulę Johna Watsona. – Wydaje się pan całkiem normalny.

- Proszę...?
- Rozumie pan, świr nieustannie nam powtarzał, że jest pan jego chłopakiem.

- Tak? – John zmarszczył brwi. – Bardzo dziwne.

Donovan zrobiła minę człowieka pomszczonego, który zawsze wiedział, że zasady normalności i rozsądku w końcu zatriumfują.

- No właśnie.

- Oświadczył mi się już kilka miesięcy temu.

Triumf okazał się krótkotrwały.

- Hej! Nie rozmyśliłeś się chyba?! – zawołał John do Sherlocka.
- Nie bądź głupi. Czekamy. Mamusia chce urządzić wesele latem.
- Świetnie. Pamiętaj tylko, że wiza mi się kończy za parę miesięcy.

- Niezupełnie. Mycroft już potwierdził, że otrzymałeś podwójne obywatelstwo. Dokumenty będą gotowe we wtorek.
- Aha. Fajnie. – John zmarszczył nos. – Przypomnij mi, czym zajmuje się twój brat?

- Nieważne. Chodź obejrzeć ciało.

John spojrzał pytająco na Lestrade’a, który tylko w milczeniu machnął ręką. Czuł, że powinien się położyć. Z zimnym kompresem na czole. Albo zaaplikować sobie w celach leczniczych whisky. Dużo whisky. Donovan bez słowa podała mu batonik „Mars”. Lestrade pochłonął go w dwóch kęsach.

- Niewiarygodne.

- Aha...

- Jest milion wersji, w których to wszystko mogło źle się potoczyć. Według wszelkich prawideł to powinno pójść nie tak – rozmyślała głośno Donovan.
- Mhm...

- Ale kto, jeśli nie Holmes, mógłby obalić prawo Murphy’ego i zdobyć fajnego chłopaka? – Donovan westchnęła. – Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
John tymczasem coś szeptał do Sherlocka, gestykulując nad jednym z ciał. Pokazywał na paznokcie u reki, potem na głowę. Sherlock zakrzyknął radośnie, a potem chwycił Johna za kołnierz, przyciągnął do siebie i obdarował długim, namiętnym pocałunkiem.
Sierżant Donovan obserwowała to z zawiścią.

- O rany...

- Sherlock, coś wymyśliłeś? – zapytał Lestrade z miną człowieka, który przeżył straszliwą traumę i pokornie spędzi resztę życia jako pusta, pobliźniona skorupa.
- Bliźniacy! – wrzasnął Sherlock, przebiegając obok. – John, za mną!

John pokłusował za nim, po drodze życzliwie machając ręką policjantom.

Lestrade ścisnął palcami nasadę nosa.

- Boże, dopomóż nam. Teraz jest ich dwóch.

Donovan wydała współczujący pomruk.

- Ciekawe, czy dostaniemy zaproszenie na ślub.


koniec



niedziela, 09 września 2012
Nadróbki z wojaży Kota

Wyjazd na Polcon do Wrocławia udał się nadspodziewanie przyjemnie. A leciałam po raz pierwszy w życiu samolotem. Po pierwsze: okazało się, że uwielbiam latać, świetnie się czuję w samolocie, na lotnisku jest fajniej (i czyściej) niż na dworcach kolejowych. Na bramce było bardzo wesoło, bo jakoś nie pomyślałam o tym, że mam na sobie potworną ilość metalu. Mianowicie buty glanowate marki New Rock, które charakteryzują się upiorną liczbą sprzączek i ozdobnych blach, poza tym spódniczkę do kompletu, a jakże też z metalowymi ozdóbkami po bokach i naturalnie biżuterię do kompletu. Panowie na bramce nie wiedzieli jak zareagować na moją bransoletkę zdobioną atrapami nabojów, ale jakoś przepuścili, bo niby jak miałabym nią sterroryzować załogę? Odrywając kawałki i rzucając w stewardessę? Musiałam też zdjąć te moje buty z blachami i zostałam obmacana, czy nie przemycam noża w skarpetce. Luzik. Samolot był mały i sympatyczny – coś w rodzaju autobusu ze skrzydłami. Po drugie: Polska okazała się zdumiewająco pasiasta. A nawet nie pasiasta tylko zbudowana z małych, nieregularnych klepek, jak bardzo dyletancko położony parkiet (gdzieniegdzie omszały). Po trzecie: wracałam z Wrocka już po zachodzie słońca i ziemia z góry nocą jest śliczna, pokryta gęsto perełkami świateł. Poznań wyglądał jak powierzchnia stacji kosmicznej (Babilon 5 czy może taki statek z „Otchłani”) albo grzbiet bestii z głębin, gdzie nigdy nie dociera światło słońca a ryby fosforyzują.

Pogoda dopisywała cały czas, a jak już musiało popadać, to uprzejmie robiło to w nocy. Podobno przez konwent przewinęło się ponad 3 tys osób, co jest rekordem dla Polconów – a odbyło się ich już dwadzieścia siedem. Natomiast rekord globalny padł w tym roku na Pyrconie w Poznaniu, gdzie naliczono ponad 6 tys uczestników. Nie powiem, że jakoś intensywnie uczestniczyłam w punktach programowych i prelekcjach, szkoda siedzieć w dusznej sali, kiedy na dworze jest tak ładnie i zawsze się znajdzie ktoś do rozmowy. Byłam na spotkaniu z Mirkiem  Żambochem – czeskim pisarzem i na zbiorowym panelu, na którym Mirek, Peter Brett i Marcin Mortka (czyli Czechy, USA i Polska) opowiadali o swoich debiutach i w ogóle jak to wygląda w różnych warunkach oraz czasie. Było całkiem ciekawie i chwilami bardzo zabawnie. Z Mirkiem rozmawiałam też prywatnie, bo on rozumie prawie wszystko po polsku, za to nie mówi, z kolei ja nie jestem osłuchana z czeskim, więc porozumiewaliśmy się przedziwnym pidżinem złożonym ze słów rosyjskich, polskich, czeskich i angielskich. Ale i tak było przemiło.

Przede wszystkim krążyłam po terenie konwentu i wypatrywałam ciekawie przebranych ludzi, a było tego mrowie. Mangowe dziewuszki, elfki, rycerze, steampunkowcy, kosmici, szturmowcy ze Star Wars... cała menażeria. Osobiście z powodu ograniczeń wagowych bagażu (i osobistego lenistwa) poprzestałam na lekkiej stylizacji czyli zadawałam szyku bardzo krótkimi kieckami, punkową biżuterią i wspominanymi poprzednio butami New Rock, które budziły dziką zawiść otoczenia.

Na wykładach Daenikena nie byłam, choć podobno były bardzo ciekawe. Trzeba było się zapisać osobno, spóźniłam się i przepadło. Może jeszcze kiedyś przyjedzie do Polski. Mówił o sztucznym jeziorze pod piramidą Cheopsa i zatopionym w nim sarkofagu, z tego co mi przekazali znajomi, którzy na Daenikenie byli.

W sobotę była gala zakończenia konwentu i rozdanie nagród literackich. Zawsze jest jakiś fajny pokaz z tej okazji i tym razem była to krótka pantomima czterech gości przebranych za (chyba) fauny – Jeźdźców Apokalipsy. Polegało to na tym, że od dołu mieli szczudła, podobne do zwierzęcych nóg i kosmate portki (z ogonkami) a na górze byli pomalowani na biało, szaro, czerwono. Nie wiem tylko czy Wojną miał być ten czerwony czy może ten z łukiem.

Nagroda Zajdla w kategorii opowiadanie przypadła Kubie Ćwiekowi, a statuetkę za powieść zgarnęła Maja Kossakowska za „Grillbar Galaktyka”, co mnie niebotycznie ucieszyło, bo Grillbarem byłam zachwycona, a poza tym nie zniosłabym kolejnej nagrody dla Dukaja za jeszcze jeden egzystencjalny żyłochlast.

Po rozdaniu Zajdli wybranych gości zaproszono na bankiecik (wino, przystaweczki, owoce, rozmówki w kuluarach) – szybko się jednak zmyliśmy, bo na widoku były inne atrakcje.

Ostatni wieczór jak zwykle na konwentach był najbardziej rozpasany, do knajpy „Cynamon” zszedł się cały konwent (ok, przesadzam, ale tłum był duży). Didżej puszczał same stare dobre przeboje z lat 80 i 90 (nawet Modern Talking się trafiło) i jakoś tak dałam się porwać nastrojowi, i ani się obejrzałam a podskakiwałam entuzjastycznie z całym tłumem na parkiecie do Nirvany (w tych butach po 1,5 kilo każdy). Spaliłam tego wieczoru chyba z milion kalorii, spociłam i byłam przeszczęśliwa.

*

Kot wróciła do domu z konwentu, po czym pozbierała niezbędne części zapasowe do roweru (dętka, narzędzia) i w poniedziałkowy ranek ruszyła w samotną podróż rowerową na trasie Gdańsk – Kościerzyna, przed Kolbudy, Przywidz i Nową Karczmę. 51 kilometrów. Kot najwięcej na rowerze zrobiła 40 i to w dwóch turach a nie w jednej, i było to 20 lat temu. Czuję, że dokonałam CZEGOŚ. I jeśli dotarłam do tej cholernej Kościerzyny, prawie cały czas lekko pod górkę, i nie umarłam, i byłam w stanie chodzić, i nie miałam następnego dnia gigantycznych zakwasów, to dokonam zapewne wszystkiego, co tylko sobie zaplanuję (w granicach rozsądku). W pewnym momencie już nie mogłam zawrócić, tylko jechać do przodu, pocieszając się, że z powrotem będę miała z górki. I że na miejscu czekają mnie przyjaciele z piwem. Parę razy krótko odpoczywałam, kiedy nie mogłam już dalej jechać (ból kolan) zsiadałam i szłam. Droga prosta jak w pysk dał i dopiero w okolicach Małego Klincza zaczęły się schody, bo miałam skręcić w lewo i nie bardzo wiedziałam gdzie, a miejscowi plątali się w zeznaniach. GPS odmówił współpracy, a mapy nie miałam. Jednak poradziłam sobie doskonale i trafiłam gdzie miałam trafić. Czas podróży globalnie: około 5 godzin. Wiosną przez parę dni odchorowywałam przejażdżkę 20 km, teraz z 51 km wykpiłam się jednym wieczorem nieznacznej niedyspozycji i łyknięciem ibupromu. A siłą niejako sprawczą tej wyprawy była Tola, która opowiadała niesamowite rzeczy o kościerskich szmateksach i chwaliła się oryginalnymi goreteksami, polartekami, wibramami i różnymi markowymi cudami nabytymi za grosze. Jako rasowa kobieta i wybierający się w góry Kot Niekanapowy po prostu musiałam tam jechać, do owego zdroju. Irek i Tola są przeuroczymi, gościnnymi i jajcarskimi ludźmi. Mają otwarty dom, niewycacany, zapełniony zbieraniną mebli ale mający tę wyczuwalną atmosferę ciepła, przyjazności i absolutnej bezpretensjonalności. Dom ten zbudowali własnymi rękami z niewielką pomocą rodziny i przyjaciół, stoi niedaleko jeziora, dokoła jest niewielki ogród, kilka drzew owocowych, krzaki malin (mniam), borówki amerykańkie, jakaś przedziwna pnąca odmiana kiwi, wytrzymująca polski klimat, tuje, świerki, brzozy, pełno kamieni (Tola obsesyjnie zbiera ciekawe kamienie i kamyczki) po trawniku biega wilczyca Dora i bardzo sympatyczny rottweiler Rufi, a w tle pojawiał się i znikał równie sympatyczny i grzeczny siedemnastoletni licealista Maks. Mili, uczynni sąsiedzi i wszyscy mówią to charakterystyczne, kaszubskie "jo", w ogóle niespotykane w Trójmieście, Doskonale się tam czułam. Maliny, piwo, piękna pogoda, ciastka i dobrzy ludzie. Czego sobie życzyć więcej?

Zdobycze z wyprawy:

buty sportowe marki Reebok

buty sportowe marki Dunlop

czapka Polartec

rękawiczki polarowe

kominiarka polarowa

spodnie ochronne wodoodporne TCM

kamizelka odblaskowa na rower, choć raczej wcześniej nosił ją ktoś na lotnisku (napisy)

żółty amerykański T-shirt z Leninem

czarny T-shirt marki Wild ze Śmiercią i odpowiednimi kościanymi akcesoriami (oraz kosą)

bluzeczka czarna osłaniająca dużo biustu (na życzenie Nundy, która przy każdym spotkaniu jęczy, że mam pokazywać kobiece atrybuty)

spodnie czarne „do figury”

białe szorciki z frędzelkami

dżinsy marki Dromedar „do figury”

gorsecik, który zamierzam użytkować niecnie na Nordconie

trekkingowe spodnie marki Iguana – z dopinanymi nogawkami, możliwością podwijania na ¾ i ogólnie strasznie wypasione (trudno coś takiego tu dostać, zwłaszcza za małą kasę)

plecaczek z Dalekami, mówiący „Exterminate!” po naciśnięciu guziczka (nie, nie mogłam się powstrzymać)

Spędziłam w Kościerzynie noc i miałam wracać następnego dnia koło południa, żeby dojechać do domu przed zmrokiem. Jednak żal było opuszczać gospodarzy po tak krótkiej wizycie, a i bagaż mi się jakoś powiększył znacząco, więc całkiem chętnie przyjęłam propozycję Irka, że mnie razem z moim stalowym rumakiem odwiozą do domu autem. Na ostatek jeszcze poszłyśmy z Tolą na spacer nad jezioro i rzeczkę, i nazbierałyśmy dzikiej mięty. Jak tam jest ślicznie!

Następnym razem pojadę tam pociągiem, a wracać będę rowerem – z górki! Och, po czymś takim przejażdżka do Sopotu czy Gdyni będzie epizodem niewartym wspomnienia. Kot Niekanapowy jest z siebie szalenie dumny.

*

Wczorajszy dzień był w cholerę ruchliwy i czynny. Poderwałam się o świcie, żeby o 8 rano uporządkować sierść u fryzjera, potem po świeże bułki i pędem z wyładowanym plecakiem do szpitala do cioci, która aktualnie przebywa na trójmiejskiej onkologii. Warunki szpitalne znośne, pielęgniarki życzliwe, można też chodzić we własnych ubraniach, a nie rzewnych piżamkach, za to jedzenie obrzydliwe, więc musiałam zawieźć ciotce prowiant. Potem zaś pomyślałam, że pogoda śliczna i mogłabym w sumie przejść się ten kawałek od szpitala na starówkę, więc dzielnie i z uśmiechem potuptałam, połaziłam między zabytkami, a w końcu psim szczęściem trafiłam na Jarmark Wileński rozłożony na Targu Węglowym. Niewielki ale sympatyczny, trochę stoisk z rękodziełem, trochę z regionalnym żarciem, poczęstunek w postaci jakiejś zupy z kotła, zespoły grające na pobliskiej scenie. Przybysze autentycznie z Wilna, po polsku gadali kulawo ale zrozumiale. Próbowałam przepysznej wędzonki i kiełbasy pasterskiej z borowikami, ale o Jezu, 70 zł za kilo to zdecydowanie za drogo! Za to załapałam się na pyszny cydr gruszkowy z beczki, mniam mniam. Moim marzeniem jest wyprodukować coś podobnego w domu.

Kiedy w domu przeliczyłam na internetowej mapie trasę spaceru, pokazała jakieś 4 km z hakiem. Całkiem przyzwoicie.

Już wcześniej namawiałam „mobilnych” sąsiadów, żebyśmy pojechali po południu rowerami na kolejny jarmark, tym razem piwny do miejscowości Bielkówek – co to jest jakieś głupie 11 km? Jednak oboje się zdecydowali na samochód, a ja się zabrałam z nimi. Auto okazało się słusznym wyborem, bo teraz jednak słońce zachodzi stosunkowo wcześnie, moglibyśmy wracać już po ciemku, a poza tym na miejscu były dzikie tłumy okolicznej ludności spragnionej przaśnych rozrywek. Z rowerami byłoby bardzo niewygodnie. Prawdę powiedziawszy, pierwszy raz byłam na imprezie wiejskiej, piwno-regionalnej. Głównym organizatorem był browar, więc piwo, morze piwa, w iluś tam gatunkach, nie jakieś tam Heinekeny tylko miejscowy Koźlak i Złote Lwy. Wypiłam ciemnego Koźlaka, zjadłam chleb ze smalcem – obie rzeczy całkiem smaczne. Oglądaliśmy stoiska z haftowanymi w charakterystycznym stylu kaszubskim serwetami, tabaką i rozmaite wyroby drewniane – mniej i bardziej folklorystyczne. (Nie brakło też zwyczajowej jarmarcznej tandety). Koło Gospodyń Wiejskich sprzedawało przetwory w słoikach i domowe wafle, było parę stoisk z ekologicznymi wędlinami (pożądliwie zerknęłam na wędzony boczek ale odpuściłam), oraz strasznie śmierdzące sery. Pewien pszczelarz natomiast wystawił oszklony ul i można było obejrzeć rojące się pszczoły w środku. Fascynujący widok. Trafiliśmy też na faceta w stroju kaszubskim, częstującego ludzi tabaką z wielkiego rogu. Owszem, spróbowałam, zabawne wrażenie w zatokach. A ponad tym wszystkim unosiły się folkowe przeboje w rodzaju „Czerwone jabłuszko”. Kaszub w stroju ludowym z gitarą elektryczną na brzuchu i drugi przy perkusji to jest widok nie do podrobienia! Ludzie dokoła jedli, pili, tańczyli, kupowali i wszystko było wesołe, proste ale i kulturalne, specjalnie się rozejrzałam: wybitnie mało naśmiecone.

Moim osobistym hiciorem jarmarcznym został czołg! Kiedy zobaczyłam w oddali polatujący nad ludzkimi głowami balonik w kształcie czołgu, mój poziom surrealizmu podskoczył natychmiast o 100% i po prostu MUSIAŁAM mieć taki sam. Latający czołg...

Dzień został zakończony miłą zaimprowizowaną posiadówką przy winie, piwie i smacznych przekąseczkach u znajomych znajomych, a do domu wróciłam ze swym czołgiem koło 22. Unoszący się pod sufitem czołg zaś wzbudza wielkie zainteresowanie obu moich kotów, które to gapią się w napięciu na dziwaczny obiekt, to znów próbują przegryźć wstążeczkę.