CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
piątek, 30 września 2011
Chomik - ciąg dalszy

Po rozmowie z Lomiel doszły do zestawu jeszcze dwa czynniki.

Czynnik Robin Hooda – Większość istot stadnych lubi się dzielić. Dzielenie się czymś (głównie jedzeniem) jest bardzo ważnym rytuałem, pozwala zacieśniać więzy. Nawet jeżeli jesteśmy najbardziej zapyziałymi nerdnami, nie wysuwającymi nosa z komputerowni, sama świadomość, że gdzieś za ścianami są ludzie, pozwala nam zachować zdrowe zmysły. Natomiast udostępnianie plików jest najprostszym i najmniej problemowym sposobem dzielenia się, bo jednocześnie pozwala „oddać ciasteczko” czyli dokonać dobrego uczynku, a co za tym idzie doznać miłego poczucia, że jest się dobrą osobą i mieć to „ciasteczko” nadal. Jeżeli zaś dana osoba jest np. tłumaczem napisów do seriali, jej nobilitacja jeszcze wzrasta, gdyż nie tylko oddaje ciasteczko, ale jest autorem owego ciasteczka. Poświęciła czas i umiejętności dla dobra ogółu, co awansuje ją z Robin Hooda na Matkę Teresę, a to już ho-ho! niezła nobilitacja.

Czynnik niskiej szkodliwości – Mamusia i tatuś wpajali, że kraść jest brzydko. Liczne przykłady udowadniają, że kradzież jest nie tylko zła, ale też głupia (patrz -> wynoszenie batoników z marketu). Natomiast kiedy zapytamy byle kogo o podanie zgrubnej definicji kradzieży, odpowiedzi będą mniej więcej takie: kradzież to zabranie cudzych butów (kurtki, komórki itp.) – generalnie jakiejś materialnej konkretnej rzeczy. Przy czym jeśli ową komórkę/buty/kurtkę znalazło się na trawniku, to już nie jest kradzież tylko „wzięcie” bo „leżało”. Nie widzimy właściciela, nasza świadomość (a tym bardziej podświadomość) go nie rejestruje, więc jakby go nie było. Należy poczynić wysiłek intelektualny i ruszyć wyobraźnią, by uświadomić sobie przynależność przedmiotu do osoby niewidzialnej. (Przy okazji, podobnie zachowuje się kot, który chowa łeb pod kocyk i uważa, że skoro nie widzi świata, to świat zniknął i on sam też – oraz buraki, wyrzucający puste butelki za okno auta, uważający, że jak śmieć znika z pola widzenia, to się w tajemniczy sposób dezintegruje.) A co dopiero, kiedy idzie o rzecz tak niematerialną jak informacja? Łańcuszek pomiędzy Hollywood a 700 mega avi na Chomiku jest tak długi, że tak naprawdę nikt sobie nie uświadamia, że te 700 mega ma właściciela i nie jest nim Merynos_Frotte na chomikuj.pl (ewentualna zbieżność nicków jest całkiem przypadkowa). W dodatku jaka to kradzież, skoro my mamy ciasteczko i Spielberg z Hollywood nadal ma swoje ciasteczko, i dystrybutor Gutek Film z Polski też nadal ma ciasteczko, a w dodatku ich ciasteczka są fajniejsze bo mają więcej giga? Powiedzmy, że przychodzi do Merynosa_Frotte jego kolega Nie_Piratuj i zaczyna go uświadamiać. Merynos_Frotte grzecznie kiwa łebkiem, nawet zahasłuje swoje konto, ale na Nie_Piratuja będzie patrzył jak na Indianina, który twierdzi, że ktoś mu ukradł duszę aparatem fotograficznym. Merynos_Frotte i Nie_Piratuj działają na całkiem innych płaszczyznach, oprogramowaniu czy co tam jeszcze. Przy czym podejrzewam, że Nie_Piratuj również nie jest do końca świadomy, a przyjął po prostu ideologię wszczepioną na sztywno.

I na koniec zagadka: Jeżeli ściągnę od Merynos_Frotte swoją własną, przez siebie napisaną książkę w e-booku, to czy jestem złodziejką? A jeśli tak, to kogo okradam?



czwartek, 29 września 2011
CHOMIK, chomiki i chomikowanie

„Tak sobie leżę i myślę, i przychodzą mi do głowy różne psie myśli” – mawiał pies Pankracy w stareńkim programie dla dzieci. Mnie też przyszły, choć nie leżałam, a stałam, gotując zupę serową. Chomikuj.pl, popularnie zwane po prostu Chomikiem, ma pewnie już z milion użytkowników. Niektórzy, sądząc z licznika zachomikowanych plików, mają w swoich spiżarniach dziesiątki tysięcy plików i miliony megabajtów. Na logikę rzecz biorąc, co najmniej połowa takiego skarbca nie jest „legalnymi kopiami z posiadanych oryginałów”, czyli piractwem czystej wody. Dyskusje o czynnikach i motywach piracenia też już idą w miliony i jak na razie nie przynoszą żadnych wymiernych rezultatów, tylko co jakiś czas podnosi się na krótko tumult, zamyka się jakiś portal, a „chomiki” przenoszą norę w inne miejsce i tyle wszystkiego. Co jednak leży u podstaw? Mieszałam tę zupę i rozmyślałam.

  1. czynnik materialny czyli „nie stać mnie ale chcę mieć” – najbardziej oczywista oczywistość, odpowiedź prymitywna, nasuwająca się sama i jak zwykle nie do końca prawdziwa
  2. czynnik dostępności czyli „chcę kupić, ale nie ma” – logiczne i w sumie usprawiedliwione, ale zjawisko chomikowania liże zaledwie po wierzchu

I na tym zwykle się wyczerpuje ludzka pomysłowość, a motywów jest więcej. Jeśli popatrzeć na konto chomika z wykupioną opcją Explorer, zwykle stwierdzi się na nim obecność kosmicznej liczby ebooków, audiobooków, filmów i seriali (nawet ładnie posegregowanych). Łatwo pojąć, że osobnik chomikujący za Chiny Ludowe sam tego nie zdoła przeczytać, odsłuchać, obejrzeć, choćby siedział przy komputerze 24/7, nie śpiąc, nie jedząc i nie oddalając się do kibla, o pracy zawodowej czy szkole nie wspominając. No ale ma, posiada. I to jest właśnie to!

3. Czynnik posiadania – nie bez kozery właściciele Chomika wzięli sobie to sympatyczne zwierzątko za patrona; chomik chomikuje bo musi, to jest sens egzystencji chomika. Im chomik ma więcej, tym się czuje lepiej i bezpieczniej. Instynkt gromadzenia wciąż jest w nas ogromnie silny, jeszcze z czasów, kiedy żyliśmy w jaskiniach i od zgromadzonych zapasów zależało życie. W obecnych czasach niemożliwe jest zachomikowanie mamuta, trudno zgromadzić jakieś oszczędności pieniężne, więc następuje przeniesienie instynktu na inną płaszczyznę. Kolekcjonerzy też są „chomikami” tylko bardziej wysublimowanymi. Te wszystkie „od przybytku głowa nie boli”, kupowanie „na wszelki wypadek”, „bo promocja”, branie „bo leżało”, zbieranie grzybów, choć już grzbiet pęka od niesienia wyładowanego kosza i siatki, i drugiej siatki... to można odnieść również do kont na chomikuj.pl. Większość z chomików sieciowych ze swoich spiżarni korzysta w stopniu ułamkowym. Oni po prostu je posiadają, co sprawia im satysfakcję i miłe poczucie, że w każdej chwili mogą po coś sięgnąć i skonsumować, bez ograniczeń. No chyba że Internet padnie...

4. Czynnik oszczędzania czasu i energii – czyli inaczej naturalne lenistwo. W celu kupna książki lub pójścia do kina trzeba się ruszyć z domu, jechać gdzieś autobusem, cierpieć niewygody. I o ile w kinie filmu (oraz popcornu) starczy dla wszystkich, to z dobrem literackim nie jest to takie oczywiste. Dajmy na to poświęcamy w imię wyższej idei trzy godziny i robimy rundę po księgarniach, wszędzie słysząc: nie ma, może za tydzień, zamówimy panu/pani, proszę przyjść pojutrze. Po czymś takim uczciwość się człowiekowi mocno kurczy, wraca do domu i klnąc przeszukuje torrenty, mając zarazem poczucie, że mu ukradziono kawałek życia (patrz --> czynnik nr 2). Dostarczenie upragnionej pozycji z księgarni wysyłkowej potrwa co najmniej kilka dni, a upolowanie jej w bibliotece rzadko kiedy się udaje. Jeśli zaś mieszkamy w malutkiej miejscowości, gdzie biblioteka jest małą klitką, a „nowości” są sprzed 5 lat, to oczywiście nawet nie bierzemy tej możliwości pod uwagę.

5. Czynnik niecierpliwości – Niestety, w ciągu ostatnich dekad jako społeczeństwo zrobiliśmy się globalnie rozkapryszeni i niecierpliwi jak czterolatki. Przywykliśmy do szybkiego zaspokajania potrzeb, a co za tym idzie wszystko musimy mieć już, natychmiast, w tejże chwili i ekspresowo. Nie jesteśmy już nawet w stanie znieść w filmie napisów początkowych trwających minutę (pomyśleć, że na starszych obrazach pięciominutówki stanowiły normę!), więc akcja zaczyna się prawie natychmiast. Nic dziwnego, że kiedy mamy coś na wyciągnięcie ręki, czy może raczej na jedno kliknięcie myszą, w ogóle się nie zastanawiamy nad wydźwiękiem moralnym czynu. Klik – i już. W dodatku jeśli jakiś film wchodzi na ekrany w USA wcześniej o 4 tygodnie niż w Polsce, to chyba nawet święty by nie wytrzymał, a co dopiero przeciętny sieciowy surfer z XXI wieku. Zwykle się zresztą usypia sumienie stwierdzeniem: „i tak pójdę do kina jak już będą grali”.

6. Czynnik swobody czasu – To dotyczy przede wszystkim filmów pełnometrażowych i seriali. Osobiście nie oglądam telewizji. W ogóle. Natomiast płacę za kablówkę. Upilnowanie dziesięciu oglądanych na bieżąco seriali w tv jest zwyczajnie niemożliwe. Niektóre kolidują ze sobą, inne lecą w idiotycznych godzinach, jeszcze innymi zainteresowaliśmy się np. w połowie trzeciego sezonu i co? Oglądać od środka? Zgromadzone na dysku odcinki są istnym błogosławieństwem – oglądamy ile chcemy, kiedy nam wygodniej, zatrzymujemy w trakcie kiedy dzwoni komórka lub chce nam się herbaty, cofamy o minutę, jeśli umknął nam jakiś szczegół. Są już pierwsze portale z możliwością oglądania online, ale to zaledwie jaskółki nie zwiastujące rychłej wiosny. W dodatku jeśli nie zdążysz na film do kina w ciągu 2-3 tygodni, potem długo czekasz na dvd, o ile w ogóle na dvd się on pojawi - czyli znów okoliczności zapędzają potencjalnego klienta na chomikowy portal.

7. Czynnik sentymentalizmu – chomikujemy rzeczy, które kiedyś nam się podobały, gdyż wzbudzają miłe wspomnienia z dzieciństwa, niezależnie od ich wartości estetycznych i artystycznych. Uwielbiana przez dziesięciolatka Załoga G (nie mam na myśli filmu o świnkach morskich), u czterdziestolatka podniesie włosy na głowie, nie obejrzy powtórnie, no ale posiada...

8. Czynnik probierza trucizny – Sprawdza się u szczurów, delegujących taki żywy próbnik do nieznanego (potencjalnie niebezpiecznego) żarcia. Obwąchujemy i nadgryzamy nieufnie dobra intelektualne, nauczywszy się, że reklamy zwykle bezwstydnie łżą i bestseller w 7 przypadkach na 10 wcale takim bestsellerem nie jest. Nie chcemy wydać niemałych przecież pieniędzy na coś, co nam się nie spodoba – dotyczy to przede wszystkim książek. Bezpieczniej jest ściągnąć książkę z sieci i zobaczyć co jest warta (za darmo) niż ryzykować finansowo. Oczywiście tutaj też działa samousprawiedliwiacz „jak mi się spodoba to kupię wersję papierową”. Nasuwa się wniosek, że klientowi przestała wystarczać pochwalna notka reklamowa (nieufni jesteśmy, nieufni) oraz jednostronicowy urywek treści. Gdyby miał do dyspozycji rozdział (lub dwa) mógłby zdecydować, czy książka go zainteresowała na tyle, by kupić całość – ku pożytkowi autora oraz wydawcy – czy też bez żalu porzucić.

 

Na razie wymyśliłam tyle.



poniedziałek, 26 września 2011
KOT SIMONA 2012

Przestałam ogarniać trzy blogi jednocześnie czyli Salonik, Łączkę i Poczytajkę (zresztą do Poczytajki od samego początku jakoś nie miałam serca, nie wszystkie dzieci się kocha jednakowo ;P). Poczytajkę postanowiłam zlikwidować, a notki o czytanych książkach i generalnie wieści z placu wydawniczego boju wklejać do Saloniku, który odwiedza o wiele więcej gości. Ma to sens. Niniejszym rozpoczynam inaugurację wątku od KOTA SIMONA.

Ale najpierw o jego starszym kuzynie, Garfieldzie. Garfielda lubię ale nie mam do niego uczuć jakoś szczególnie gorących, od kiedy uświadomiłam sobie, że tak naprawdę jest zwykłym leniwym facetem, przebranym za kota. Jaki kot pije kawę, pączki i lazanię? Jaki kot łazi w szlafroku? Używa pilota od telewizora, czyta gazety? W dodatku Jim Davis najwyraźniej się już wypsztykał z pomysłów, o czymś świadczą „paski”, na których Garfield jest skalkowany trzykrotnie w tej samej pozie, a tylko zmieniają się napisy w dymkach. A potem pojawił się Kot Simona i z miejsca zawładnął moim sercem, bo jest... kotem. Nie ględzi, nie filozofuje, nie ubiera się w swetry, jada karmę i nie gardzi łbem od śledzia – to koci kot. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam go w Cat Man Do i usłyszałam charakterystyczne „mrrri” natychmiast pomyślałam, że niemal identycznie gada moja Tori. Chwała Simonowi Tofieldowi za to, że zachował „kociość” swojego kota, zamiast na siłę przerabiać go w bliźniaka Garfielda. Garfielda jakoś nie wyobrażam sobie podczas zabawy w pudle pełnym szeleszczącego styropianu, a Kota Simona owszem. I swoje koty też.

Spędziłam w towarzystwie Kota Simona prawie rok – w sensie ciągłego obcowania z kalendarzem na 2011. I już w sierpniu wpisałam w terminarz: kupić kalendarz z KS na 2012. Dlatego, że już dawno nie miałam tak dobrego kalendarza jak ten. Idealnie spełnia wszystkie moje wymagania.

  1. Dobra wielkość, nie za duży i nie za mały – 60 x 30 cm w stanie rozłożonym, 30 x 30 jeśli się go zegnie na pół i zawiesi na sznurku, rezygnując z oglądania grafik (ale kto by chciał to robić?)
  2. Bardzo dużo fajnych obrazeczków poza dużymi grafikami głównymi. Na całym kalendarzu roi się od kotów, jeży, myszy i ptaszków z wyłupiastymi oczkami.
  3. Przystępna cena. Niecałe 20 zł za taki superaśny kalendarz to nie jest dużo.
  4. Brak imienin ale za to wyszczególnione wszystkie święta i dni specjalne (jak np. Światowy Dzień Ofiar Holocaustu czy Dzień Bez Papierosa)
  5. A co najważniejsze: DUŻE kratki, w które mogę wpisywać zaplanowane na dany dzień czynności, takie jak wyjście do kina, spotkanie z koleżanką, fryzjer itp.  

Nie lubię kalendarzy, które wyglądają następująco: wielgachny kolorowy obraz i ciupeńkie cyferki pod spodem. Sorry, ale czemu to ma służyć? Jestem krótkowidzem, jak obecnie połowa społeczeństwa, ten maczek nie ma dla mnie żadnego zastosowania – w Kocie cyfry mają prawie centymetr, widzę je nawet z oddalenia. Poza tym: jak się chce mieć na ścianie grafikę - to w estetycznych ramkach, a nie na gwoździu; a jak chce się kalendarz użytkowy – to powinno być na nim widać dni tygodnia. Czyli KS spełnia te wymogi i szafa gra.

Kot Simona na 2012 poza nowymi grafikami różni się od wydania 2011 kolorem. Jest czerwony, w mocnym soczystym kolorze sowieckiej flagi. Na szczęście tylko dokoła tabelek, nawet ładnie to wygląda.

Co jeszcze o ofertach WAB-u na 2012? Terminarz Kot Simona na każdy dzień, również z czerwonymi elementami, śliczny, estetyczny i doskonale zakomponowany. Wewnątrz dużo, duuużo kotów i fragmenty „kocich” książek, sporo miejsca na notatki. Jeśli ktoś jest mobilny i ma dużo zajęć poza domem, powinien być z niego zadowolony.

Niestety, cena 34,90 zł – ale jeśli będzie się go używało cały rok, wychodzi 9 groszy dziennie :-))) Nie tak źle, no nie?

A ten obrazek doprowadził mnie do okropnego ataku śmiechu i bólu przepony.



Za przysłanie kalendarza i terminarza dziękuję wydawnictwu WAB. Kalendarz miałam zamiar kupić, ino zdążyli wcześniej!

środa, 14 września 2011
O owadzim budownictwie słów kilka

Gdzieś na przełomie sierpnia i września wyprowadziły się z mojego balkonu osy. Zauważyłam, że jakoś ich mało, zaczęłam obserwować ruch wokół wejścia do gniazda – w końcu stwierdziłam, że zamarł ostatecznie. Można było pomyśleć o zdjęciu opustoszałej osiej „willi”, nim zniszczą ją deszcz i wiatr. Dla pewności opukałam kijem od miotły deski dokoła i nawet szturchnęłam raz czy drugi samo gniazdo, dając ewentualnym lokatorom możliwość protestu. Protestować nie było komu, więc uzbrojona w szpachelkę wspięłam się na stół i ostrożnie odcięłam szarobrązową kulę od desek. Choć z daleka wyglądała solidnie, jest bardzo leciutka – ostatecznie zrobiona z papieru! Bo jak inaczej nazwać przeżute drewno użyte do budowy? Papier – i to taki najbardziej ekologiczny z ekologicznych.

Gniazdo ma średnicę 21 cm, czyli mocno przekroczyło wielkość standardowego grejpfruta.

Kilka warstw takich papierowych ścianek otula trzon gniazda, gdzie wykluwają się larwy.

U góry widać szypułkę, na której osa-matka przymocowała pierwsze komórki do drewnianego sufitu balkonu. Gniazdo stopniowo rozrastało się w dół, w miarę jak przybywało os-robotnic. Niżej widać resztki białych osłonek, za którymi przepoczwarzały się larwy.

Pięć pięterek podobno świadczy, że rój był duży i silny. Na zdjęciu trzon przypomina choinkę, bo trzymam go do góry nogami. Jest dużo twardszy od ścianek. Całe gniazdo dziwnie pachnie - bardzo podobnie do suszonych rozwielitek, jakimi karmi się rybki akwariowe.

Co najciekawsze, przy tak wielkiej liczbie os - sądząc z tych wszystkich "pokoików" w ogóle nie odczuwaliśmy żadnego dyskomfortu z powodu ich obecności. W przyszłym roku w maju zacznę obserwować balkon, może uda się zobaczyć kolejne etapy budowy.

Tagi: osy
14:30, toroj , Duperele
Link Komentarze (2) »
środa, 07 września 2011

Smok z wielkim przekonaniem twierdzi, że gotuję lepiej od jego matki (wiadomo, że w ustach synków mamuni to wielki komplement), a najlepsze potrawy wychodzą mi z resztek. Czyli jak już wspomniałam "na-winie-na-oko". Nagotowałam gar fasolówki, dobra była, ale jakoś wszystko się nie zjadło, a mnie wczoraj coś padło na rozum i postanowiłam zadietować się oczyszczająco. Co polegało na tym, że miałam przez 2 tygodnie jeść wyłącznie warzywa i niektóre owoce. Tak więc na obiadek miałam skromne ratatouille z cukinii i pomidorków, po czym resztę tego "ratatuja" wrzuciłam do reszty fasolowej, zamieszałam i wzniosłam nieokreśloną modlitwę do patrona kucharzy (wychodzi mi, że to św. Wawrzyniec), żeby Smok nie uznał, że go karmię pomyjami. Mąż pożarł WSZYSTKO, po czym przyszedł z pretensjami dlaczego tak mało i w ogóle, jestem Złą Kobietą, że nie ugotowałam takich pyszności wcześniej. I pewnie też nie chciało mi się zapisać przepisu (Jak zwykle!), a przez moje karygodne lenistwo ludzkość zostanie pozbawiona fenomenalnego dania. O słodki Merlinie... Zgadnijcie, co mamy dziś na obiad? Fasolę namoczyłam już wczoraj.

Żeby nie było, że traktuję ludzkość po macoszemu:

1 mała cukinia

3 pomidory

1 chuda kostka rosołowa drobiowa

Pieprz

Sól

Czosnek

Czosnek niedźwiedzi

Tymianek

Cukinię obrać, poplasterkować, pomidory pokroić w kawałki, podlać w garnku leciutko wodą, dodać wszystkie przyprawy i ugotować do miękkości.

Potem ludzkość ma to wymieszać w stosunku 1:1 z zupą fasolową z wczoraj.

 

P.S. Dieta się nie udała. Jadłam cały dzień, pod koniec czując, że zaraz eksploduję pomidorami, jabłkami i kalarepką, a jednocześnie byłam wściekle głodna. Pod koniec dnia załamałam się i pożarłam bułkę oraz zupkę chińską, roniąc gorzkie łzy w glutaminian sodu nad ludzką słabością ducha.

poniedziałek, 05 września 2011
Wielka Zupna Improwizacja

ZUPA FASOLOWA KOMBINOWANA

 

Składniki:

kawałek boczku parzonego

1 szkl. białej fasoli

1 kostka rosołowa

3 ziemniaki

Duża garść mrożonej mieszanki warzywnej (kalafior, marchewka itp.)

Ząbek czosnku

Pieprz

papryka chili

tymianek

czosnek niedźwiedzi

sól

keczup

cukier

śmietana gęsta 12%

 

Fasolę namoczyć poprzedniego dnia wieczorem. Gotować do miękkości w osolonej wodzie w osobnym rondelku. Obrać ziemniaki, pokroić w niewielką kostkę, 2 wrzucić do garnka razem z warzywami, kostką rosołową i skórą odkrojoną z boczku, zalać wodą i gotować do miękkości. Wyjąć skórę, zmiksować zupę blenderem. Do garnka dolać w miarę potrzeby wodę (gorącą), dorzucić pozostałego ziemniaka, dodać pokrojony czosnek, pod koniec gotowania szczyptę pieprzu, chili (nie za dużo), czubatą łyżkę keczupu, czubatą łyżeczkę cukru, dużą szczyptę tymianku i czosnku niedźwiedziego. Zaprawić zupę obficie śmietaną, dosolić w miarę potrzeby, dodać ugotowaną fasolę. Pokroić boczek w drobną kostkę, usmażyć na patelni na chrupko, dodawać bezpośrednio do talerzy (bez wytopionego tłuszczu) żeby nie skapcaniał od moczenia.

W rzeczywistości Wielka Improwizacja z tego co akurat było w domu. Czosnek niedźwiedzi jest trudno dostępny i w sumie chyba można go zastąpić czymś innym, ale oboje ze Smokiem nie znosimy pietruszki (ani gotowanego pora) więc wszelka zupna zielenina to zwykle oregano, tymianek, estragon i takie tam.



sobota, 03 września 2011
Wrześnie

Córka Lomiel dostała się do gimnazjum plastycznego. Poszły we dwie na rozpoczęcie roku, Lom oczywiście jedynie z ciekawości bo Punia jest osóbką samodzielną i samosterowną. I tu zaskoczka: jedyną grupką ubraną przepisowo na galowo były właśnie pierwszaki. Reszta jednolicie na czarno, albo czarno-kolorowo, a już największe wrażenie na Lomiel, która podobnie jak ja jest „szmatnicą”, zrobiło jakieś niekonwencjonalne dziewczę w czarnym mini, czarnym skórzanym płaszczu, oraz do tego jaskrawoczerwonym kapeluszu i równie fluorescencyjnych czerwonych glanach. Dyrektor z autentyczną serdecznością, żartobliwie wita młodzież, młodzież rzuca się na szyje sobie i nauczycielom... Iście rodzinna atmosfera. Tak się to różniło od moich początków roku szkolnego, że mimowolnie brwi mi podjeżdżały do góry i zazdrościłam, że nie urodziłam się o 30 lat później, kiedy Lomiel zdawała sprawozdanie przez telefon.

1 września w latach osiemdziesiątych: granatowe spódniczki i spodnie w kancik, białe bluzki często już przyciasne po wakacjach, bo rodzicom szkoda było pieniędzy „na jeden raz”, a młody osobnik rośnie jak wściekły. Dyrekcja ględzi do mikrofonu, blade i przejęte pierwszaki zaprzysięgają się, że będą pilnymi uczniami, nieświadome, że właśnie za niewinność skazano je na osiem lat odsiadki w ponurym gmaszysku. Starsi kręcą się i gadają, gdyż „powitanie” ciągnie się niemiłosiernie, a tu jeszcze po tradycyjnym nawijaniu makaronu na uszy ciała pedagogicznego musi być obowiązkowe przemówienie ministra edukacji z głośnika, i na koniec dowalimy jeszcze wisienkę na torcie: „1 września 1939 roku hitlerowskie Niemcy...” i tak dalej, bla bla bla... Godzina jak obszył stania na placu apelowym. Na Merlina, jakim cudem dziecko, które znało wojnę jedynie z serialu „Czterej pancerni”, miałoby zrozumieć ten lęk, dezorientację i niedowierzanie swoich rówieśników sprzed pół wieku, kiedy w ciągu jednego dnia zawalił im się świat? Myśli się tylko o bolących nogach i że nudno, i że szkoda wakacji, albo też, że tym z 39 było fajnie, bo nie musieli iść do szkoły. (Nawiasem, wbijanie w nas poglądu, że tę instytucję należy kochać, uważam za największą zbrodnię ministerstwa edukacji – to mniej więcej tak, jakby miało się obowiązek kochania Stalina.) Raz jeden jedyny otarłam się leciutko o tę wrześniowość ’39, przeszłam przez smugę cienia i pozostał we mnie ślad, który później, dużo później, pomógł mi zrozumieć. Miałam 15 a może 16 lat, kiedy wróciłam do domu z gali rozpoczęcia roku szkolnego (znów ta piekielna spódnica granatowa i biały łach ciasny w biuście)... i nie mogłam wejść do środka. Z okien na parterze walił dym, dokoła krążyli zdenerwowani sąsiedzi. Sąsiadka z pierwszego piętra stała w oknie z niemowlęciem na ręku i krzyczała, że nie może się wydostać, jakiś mężczyzna przystawił drabinę ogrodową i odebrał od niej malucha. W oknie na drugim stała moja babcia, milcząc bohatersko i ściskając w garści siatkę na zakupy z portfelem i dokumentami. A parter płonął w najlepsze. Przyjechała straż, zrobiła swoje, ale to nie znaczyło, że już można wchodzić. Mama, która nadeszła w czasie tej całej awantury, bohatersko rzuciła się do wciąż jeszcze zadymionej klatki schodowej, zakrywając twarz swetrem i szukając po omacku drogi. Chciała jak najszybciej znaleźć się przy babci. Potem opowiadała, że nie widziała absolutnie nic, nawet jak już znalazła się w mieszkaniu, gorąco i brak powietrza, jakby weszła do piekarnika – dym, który potraktował klatkę jak komin wcisnął się przez szczelinki w drzwiach wejściowych i wypełnił połowę naszego mieszkania. Babcia przytomnie zajęła stanowisko w najdalszym kącie przy oknie, więc została zaledwie trochę podwędzona. Natomiast sąsiadom piętro niżej płomienie już zaczynały przełazić przez podłogę. Gwoli wyjaśnienia, nie mieszkałam w betonach, tylko cegle z wewnętrzną konstrukcją z drewna, więc ogień miał warunki do rozwoju, że hej. Od tamtej pory wszystkie sceny w filmach polegające na wyszukiwaniu przez osoby cywilne innych osób w płonącym budynku traktuję z przymrużeniem oka, jako licencja poetica. Kiedy nareszcie mogłam wejść do środka, zobaczyłam, że nie tylko wszystko jest okopcone na czarno od góry do dołu, cała farba olejna na drewnianych schodach dosłownie zesmażyła się, pofałdowała i zbąblowała. Nie od ognia, bo ogień tam nie dotarł – od gorącego powietrza zmieszanego z dymem. Ergo, ktokolwiek by wskoczył na schody, ratować choćby tę sąsiadkę z dzieckiem, to by się zwyczajnie ugotował. Kiedy dotknęłam poręczy (drewnianej) oparzyłam sobie rękę. Czy muszę wspominać, że wietrzyłyśmy mieszkanie całymi tygodniami, myłyśmy wszystkie meble i drzwi, a wszystko, dosłownie wszystko w szafach ubraniowych cuchnęło spalenizną? Co było na niższych kondygnacjach, strach pomyśleć.

Taki był ten mój wrzesień, niewojenny, ale prawie. Tego nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi podczas kwadransa gadki-szmatki z zadęciem patriotycznym. A może to lepiej, że dzisiejsze dzieciaki tego nie wiedzą i nie rozumieją?