CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
wtorek, 28 września 2010
Runda druga

Runda druga

Cały dzień lało, co w połączeniu z wypadkiem na obwodnicy sprawiło, że trójmiasto się zakorkowało, ale ja osobiście uważam dzień za udany. Rano zrobiłam niewielki dobry uczynek, co w trybie szybkim pociągnęło za sobą „nagrodę automatyczną” (pisałam o tym zjawisku jakiś czas temu). Pod wielkim czerwonym parasolem poszłam podbijać świat. A w każdym razie Gdańsk. Biuro Holiday znalazłam bez trudu, kolejki nie było, pani I. obdarowana ślicznym wschodnim akcentem nawet nie mrugnęła okiem, kiedy pokazałam zaproszenie i wytłumaczyłam sytuację, że podobno ono złe i mego kolegę spuścił po brzytwie konsulat w Krakowie. Przeczytała dokument, dojrzała na dole podany telefon instytucji, łaps za telefon i dzwoni do Moskwy. Muszę przyznać, że się zdumiałam. „Nikt nie odbiera” – oznajmiła pani I. niezmieszana i tap-tap-tap wybiera następny numer, a ja z rosnącym zdumieniem słucham rozmowy toczącej się w języku rosyjskim, z której wnioskuję, że moja pośredniczka odbywa konferencję z pracownikiem tutejszej ambasady, z którym się bardzo dobrze zna. Rozmowa kończy się wzajemnymi uprzejmościami i uśmiechem o mocy dwustuwatowej żarówki. „Przyjmą to zaproszenie. Nie dam gwarancji na sto procent, bo to tylko na telefon, ale powinno być dobrze. Mamy bardzo dobre stosunki z konsulatem”. Aha, Rosja… W ten sposób pani I. oszczędziła mi wydatku około 170 zł. Nie na 100 procent, ale prawdopodobnie owszem tak. Kierując się wskazówkami życzliwych pań z Holidaya wypełniłam ponownie wnioski wizowe, zapłaciłam, dostałam pokwitowania i dokładny termin odbioru bumażek. Sprawdziły nawet czy wykupiłam odpowiednie ubezpieczenie i skorygowały błąd. Teraz sobie mam tylko spokojnie czekać.

Deszcz lał nadal, ale zbudowana miłą obsługą (i posiadaniem parasola wielkości dachu nad halą sportową) postanowiłam zrobić rundkę po pobliskich szmatexach, gdyż był akurat poniedziałek, dzień dostaw, a mnie instynkt podpowiadał, że powinnam posiadać żakiecik. Prazdnik ma być oficjałką i choć znów skończy się na glanach oraz historycznych już bojówkach wieczorowych, nie powinnam na górę zakładać fifraczka stosownego na dyskotekę. Ekstrawagancja literata też ma swoje granice. Żakiecik, który jako tako pasował stylem do bojówek wieczorowych okazał się zdecydowanie za mały, więc wsiadłam do tramwaju (nadal w dobrym humorze, pomimo deszczu, ciężkiej torby i mokrych nogawek), na wysokości dworca tramwaj odmówił posłuszeństwa, więc zamiast jechać dalej, postanowiłam powtórzyć rundkę po szmatexach w centrum, skoro już los zdecydował, że do domu tak łatwo nie dojadę.

Żakiecik kupiłam w pierwszym, do jakiego weszłam. Jest idealny: nie ma za krótkich rękawów, nie jest za wąski w ramionach, ładnie podkreśla talię, nie świeci się jak psu… no nie świeci się po prostu. (Przy lśniących spodniach gdybym miała jeszcze świecącą górę, wyglądałabym jak bombka choinkowa w stylu goth.) Ma tylko parę lśniących atłaskowych tasiemek na mankietach i w okolicy krzyża, co ładnie się skomponuje z wyzywającym dołem. W dodatku był tani jak barszcz. Gdyby nie awaria tramwaju, nie miałabym żakietu. Palec boży. Przepraszam podróżnych, którym moja potrzeba posiadania żakiecika pokrzyżowała plany. No ale może niektórym też wyszła ona na pożytek. Czyli mam się w co ubrać, wiem kiedy i jak jechać, teraz pozostaje tylko czekać na wizy.

Spacer po starówce w deszczu pozwala spojrzeć na to miejsce z nowej perspektywy. Lew z mojej ulubionej fontanny przestał ziewać – teraz wygląda, jakby zastygł w połowie kichnięcia, a jego sąsiad z naprzeciwka ma na pysku wypisane: „Na zdrowie”. Uliczki pustawe, przemykają tylko najodważniejsi i najbardziej uparci turyści. Osamotniony Neptun nadal ciurka przed Dworem Artusa, korzystając z braku stonki turystycznej podeszłam blisko i zajrzałam mu w twarz. Jest bardzo smutny. To bardzo, bardzo smutna i samotna fontanna uwięziona za kratą. Nikt nie podchodzi bliżej, nie dotyka starego kamienia, żadne dzieci nie przechylają się przez krawędź, żeby pochlapać ręką w wodzie, nikt nie wrzuca do niej ze śmiechem pieniążków. Biedny Neptun…

A na skwerze przy Szerokiej mamy nowy pomnik. Tym razem Świętopełka, księcia kaszubskiego, co to walczył z Krzyżakami. Nawet ładny, taki trochę w stylu fantasy, chyba go polubię. Na razie bardzo się świeci, z powodu nowości. Przynajmniej raz prawdziwy książę, a nie ksiądz… Ale wcale to nie zmienia mojego poglądu, że mamy w tym kraju za dużo pomników, a za mało zwykłych ładnych rzeczy ozdobnych.

niedziela, 26 września 2010
Toroj vs biurokracja

Toroj vs biurokracja

W lipcu wyrabiałam paszport i wyszłam bardzo zbudowana obsługą w Urzędzie Paszportowym. Wyrabianie paszportu nie odbywało się tak dla przyjemności własnej, a dlatego, że z dużym wyprzedzeniem otrzymałam ustne zaproszenie na prazdnik w Moskwie. „Prazdnik” okazał się jakąś międzynarodową fetą, połączoną ze szwedzkim stołem i wręczaniem medali. Nie sądzę, żeby mi dali medal, ale zapewniają hotel, zwrot kosztów i miłą atmosferę literacką. No i dobrze. Nawiasem, Andrzej P. też został zaproszony i mieliśmy jechać razem. Schody zaczęły się, kiedy zaczęłam załatwiać sprawy z Rosjanami. Wpierw z dużym trudem wywalczyłam zaproszenie, które orgowie przysłali mailem. Wiadomo – bez zaproszenia nie dostanę wizy. Konsulat rosyjski w Gdańsku jest tak zakamuflowany, że należy go szukać z Mapą Huncwotów i lupą. Poza tym, żeby nie było nam, tubylcom, za łatwo, czynny jest trzy dni w tygodniu od świtu do południa. I nie ma swojej strony internetowej, tylko jakieś drobne ogłoszonko gdzieś w czeluściach trójmiejskiego portalu. Pozbierałam wszelkie informacje z sieci na temat wiz jakie się dało, i wówczas odkryłam, że należy mieć ubezpieczenia zdrowotne i to nie byle jakie, a w konkretnych firmach. Udało mi się zapłacić przez stronę internetową i poczułam się zwycięsko. Nie na długo. Jako pierwszy przypuścił atak Andrzej, na wszelki wypadek przyczepiwszy sobie do męskiej piersi medal, otrzymany całkiem legalnie od braci Kozaków. Medal pomógł o tyle, że po przywitaniu typu „pan nam przeszkadza” pracownicy krakowskiego konsulatu odtajali i zrobili się znacznie uprzejmiejsi, a nawet służyli radą i pomocą. Niemniej się okazało, że Jędrek dostarczył nieodpowiednie fotografie, jego wniosek wizowy ma nieodpowiednio wydrukowany margines, a przysłane zaproszenie możemy sobie powiesić w kiblu, bo nie ma odpowiednich pieczątek i numerków. Możemy sobie wyrobić zwykłe, normalne wizy turystyczne. Za piniądze (osoby objęte tzw. wymianą kulturalną są zwolnione z opłat wizowych). Opadła mi szczęka. ZSRR w najlepszym wydaniu… Andrzej rozważa, czy w ogóle jechać, po trosze ma już dość. Wczoraj odbyłam konferencję ze znajomą, która jeździła już parokrotnie do Moskwy, a ona mnie uświadomiła, że po drodze jest Białoruś i oni sobie życzą wizę tranzytową. Notabene, nie życzyli sobie jej jeszcze w 2008, a teraz im się odmieniło. Do tego w jakimś tam wypadku trzeba mieć już kupione bilety. Na Merlina, dlaczego mam kupować bilety, skoro nawet nie wiem czy otrzymam wizę?! Przecież ja w tej cholernej Białorusi nawet nie wysiądę z pociągu, a część drogi w ogóle prześpię! Gdybym leciała samolotem, niepotrzebna mi wiza białoruska, ale z Rębiechowa mam trasę z międzylądowaniem w Kopenhadze, a z kolei w Warszawie musiałabym tłuc się w jakieś całkiem nieznane rejony stolicy na Okęcie. I dostać się do Moskwy o godzinie 23.45, serio. Sama nie wiem czy gorsza jest przesiadka w Danii z jej potwornym językiem, czy wysiadka o północy w Moskwie. Obie perspektywy przerażają mnie jednakowo. Latanie po tym, jak przemieliło Kaczyńskiego i jego świtę, też jakoś mi nie leży, wolę zostać na ziemi. W dodatku nie za bardzo mam kasę na bilety lotnicze. Może jednak spróbuję z tą wizą białoruską. I nie osobiście, a poprzez firmę turystyczną: zapłacę, dostarczę dokumenty, a dalej niech oni się martwią. Od tego są, żeby się orientować w tych chorych przepisach i niuansach.

Kusi mnie, żeby sobie sprawić T-shirt z napisem ВРАГ РУССКОГО НАРОДА, powstrzymuje mnie myśl, że wiele osób mogłaby nie wyczuć ironii.

Kolejna runda meczu Toroj vs biurokracja w poniedziałek.

poniedziałek, 20 września 2010
Kwestia zaufania

Kwestia zaufania

Jakoś tak się zbiegło jak gacie w praniu, że ostatnio parę razy w odstępie krótkiego czasu wypływał przed oczy moje temat zaufania, a konkretnie zaufania dziecka. Otwieram książkę z felietonami pedagogicznymi, a tam o tym, że straszymy malucha „oddam cię kominiarzowi/obcej pani/dziadowi z workiem” i taki mały człowieczek bierze to na poważnie - bo i jak inaczej ma brać, skoro nie odróżnia jeszcze prawdy od kłamstwa? Mama go odda, zostawi, niedobra mama... I jeszcze podczas rozmowy na czacie „jak nie będziesz grzeczny, to nie będę cię kochać”. Taka „miłość warunkowa” to chyba najwstrętniejsze, co można zafundować dziecku. I nie tylko dziecku, ale nastolatkowi, partnerowi, komukolwiek. Albo się dostosujesz do moich wymagań, albo precz z mojego serca, z moich myśli i z mojego życia. Raz, drugi, trzeci... i tak bezmyślnie się nadużywa, naciąga, szarpie coraz bardziej wątlejące więzi zaufania, może to trwać całymi latami i nagle ma się w domu już nie płaczliwego przedszkolaka, a trudną młodzież. Modelowe „złe dziecko”. Ale jak to dziecko ma nie być złe i zbuntowane, kiedy nagromadziło się w nim tyle goryczy i nie ufa rodzicom za grosz? Nie powie, co je gryzie i boli, bo wyśmieją, zlekceważą, albo nawet wpadną w furię i wyrzucą z domu. Natrafiłam też w sieci na Korczaka, jak pisał w jednej ze swoich pogadanek, że rodzina i społeczeństwo oczekują od dziecka przede wszystkim tego, żeby było bezproblemowe, ciche, pokorne i „nieprzeszkadzające”. A że zarazem wie jeszcze tak niewiele o świecie, obsadza się je w roli trefnisia: wesołe toto (przynajmniej z założenia), głupiutkie i bezbronne, więc bezkarnie można z nim zrobić cokolwiek się chce. Zamęczać pieszczotami kiedy ono akurat nie ma na nie ochoty albo zagrozić całkowitym odrzuceniem bo nie pozbierało klocków.

Albo ze swojego piedestału dorosłości można upokorzyć małego człowieka, ot tak, bo była okazja i wydawało się to takie zabawne.

Ot, przyszła mała dziewczynka do wujka i spytała: „Wujku, jak się robi zdjęcia?” Dziewczynka miała już tyle lat, żeby powiązać zależność pstrykania guziczkiem w aparacie z oglądanymi potem obrazkami, ale logika podpowiadała, że coś musi się dziać po drodze. Jakieś tajemnicze machinacje, po których fotografia pokazuje się nas papierze. Oczekiwała poważnej odpowiedzi na poważnie postawione pytanie. A wujaszek niewiele myśląc, wyciągnął z torby kawałek pogniecionego czarnego papieru i powiedział: „Na tym możesz sobie popróbować. Nasyp na ten papier soli i zamocz w garnku z wodą, a pokaże się zdjęcie”. Dziecko miało zaufanie do dorosłego i zrobiło jak dorosły kazał, choć procedura wydawała się podejrzanie prostacka. A dowcipny wujaszek jeszcze się dopytywał: „I co, już coś widać?” Potem oczywiście, powiedział, że to przecież żart i jak można było uwierzyć... Cha, cha, cha... Ubaw po pachy. Wujaszek był wtedy jeszcze dość młodym człowiekiem, jako osoba starsza może by sobie nie pozwolił na upokorzenie siedmiolatki. I pewnie by się bardzo zdziwił, gdyby ktoś mu wtedy powiedział, że właśnie sobie zababrał papiery do końca życia, bo dziewczynka jeszcze jako dorosła kobieta będzie pamiętała, jak bezlitośnie się z nią obszedł, jak bardzo ją wtedy zawiódł i rozczarował. I jej zaufanie do niego już nigdy nie było stuprocentowe.Zawsze zachowywała margines bezpieczeństwa.

Zaufanie i miłość dziecka – bezkrytyczne, bez ograniczeń, bez warunków dopisanych drobnych druczkiem. Dostajemy od razu na wejściu skarb wręcz bezcenny, a potrafimy go często tak bezmyślnie roztrwonić. Może dlatego, że jest za darmo? A co za darmo – tego się nie ceni.

niedziela, 12 września 2010
"Normalny" kraj
Coraz częściej myślę o emigracji do jakiegoś normalnego kraju. Kraju, gdzie z ekranu telewizora nie będzie mnie straszył Kaczyński, gdzie dowolna partia polityczna nie będzie miała faszystowskich zasad i gdzie za swoją pracę będę wynagradzana na tyle godziwie, żeby mi wystarczyło na spokojne, w miarę wygodne życie. I jeszcze żeby mi nikt nie mówił, że jestem społecznym pasożytem. To ostatnie to w związku z kuriozalnym pomysłem spółki PO/PSL, żeby opodatkować bezdzietnych. Bo, proszę szanownych państwa, według tych geniuszy myślę wyłącznie o posiadaniu wypasionej fury, czteropiętrowej willi z basenem i wczasach na Rivierze dwa razy do roku. I to wszystko za kasę, którą rzekomo ukradłam z budżetu państwa i dlatego teraz mają tam takie dziury. Gdyż naturalnie wszyscy nieposiadający potomstwa są egocentrycznymi milionerami, którym należy przypieprzyć, żeby im czasem nie było za dobrze. I nieważne, że w tym chorym kraju teoretycznie bezpłatna nauka oznacza wydatek kilkuset złotych na jedno dziecko rok w rok z końcem sierpnia (wyprawka do szkoły); że posiadanie potomstwa najczęściej oznacza kłopoty z zatrudnieniem albo brak awansu, albo wręcz szykany, jeśli pracownica ośmieli się zajść w ciążę (autentyczny przypadek znajomej, zakończyło się w sądzie). Ten popaprany kraj, w którym wierchuszka domaga się produkcji nowych obywateli a dzieci przyszłością narodu bla-bla-bla… tylko rząd jakoś nie potrafi zapewnić tym nowym obywatelom ani odpowiedniego wykształcenia, ani później odpowiedniej pracy. (Co tam odpowiedniej, w ogóle pracy.) Ani też dachu nad głową. Ten cholerny kraj, gdzie z rodzinnych wartości robi się ikonę, a zarazem odmawia się dofinansowania zapłodnień in vitro, a dzieci w ten sposób poczęte nazywa się „tworami Frankensteina”. Dopierdolmy znaczy bezdzietnym, ale im przypadkiem nie ułatwmy posiadania tych dzieci. Łącznie z biurokratycznym piekłem, jakie muszą przejść chętni do zostania rodzicami adopcyjnymi, tworzy to krajobraz jak z czarnej komedii. A niestety, jest to rzeczywistość. Rzeczywistość, w której cała rzesza kobiet i mężczyzn zostanie lada chwila hurtem ukarana za cichy prywatny dramat i będzie musiała albo płacić, albo wyrabiać papierki, że dzieci mieć chce ale nie może z przyczyn biologicznych. Nie dość mają problemów, rząd ich upokorzy dodatkowo. Że przy okazji uderzy w gejów, muszę wspominać? (Nawiasem, czy księży i zakonnice też obejmie ten podatek?) A pewnie na tym się nie skończy, po opodatkowaniu tych z zerową ilością dzieci opodatkuje się tych z jednym i ani się obejrzymy, będziemy mieli drugą Rumunię, nowego Ceausescu i obowiązkowe posiadanie czwórki słodkich maluchów. Plus zakaz używania środków antykoncepcyjnych, jak szaleć to szaleć.
Przymusowy ZUS, rosnące podatki, coraz mniejsze zarobki przy coraz bardziej rosnących cenach, planowane dowalenie vatu na książki - i właściwie coraz mniej mnie trzyma w Polsce.
wtorek, 07 września 2010
Etap nr 4 – Kraków

Etap nr 4 – Kraków

Niestety, w Krakowie opuściło nas szczęście oraz w miarę przyzwoita pogoda. W ten sposób planowane łażenie po Krakowie ograniczyło się do spaceru po Kazimierzu pod parasolami i spożycia bardzo dobrej tarty we włoskiej kawiarni. Poza tym siedzieliśmy w domu Mary, który od ponad roku znajduje się w stanie permanentnego remontu. Bardzo Marze zazdroszczę przestrzeni na czterech kondygnacjach, garderoby zamiast zwykłej szafy, gigantycznej kuchni, łazienki wielkiej jak wybieg geparda i równie wielkiej sypialni, natomiast wykańczanie tego wszystkiego od stanu surowego do stanu przynajmniej używalności (o elegancji nie wspominając) jest straszliwym wysiłkiem i potworną pracą. Mara strasznie się ucieszyła, że przyjechaliśmy, bo mogła z czystym sumieniem odpuścić sobie kładzenie linoleum, tapetowanie czy równie fajne rozrywki i zająć się gośćmi. I pomyśleć, że Smok od lat dziesięciu nie może się zebrać do pomalowania naszego salonu, podczas gdy Mara samodzielnie montuje parapety. Zrobiliśmy grilla pod daszkiem, a z synem Mary sporządziłam piankowy deser Nigelli. Młody od lat jest zafascynowany wszystkim co syczy, wybucha, puszcza gazy i ogólnie zmienia strukturę, przy czym jego zainteresowanie chemią obejmuje także gotowanie. Ciekawe kim zostanie: wynalazcą czy może kucharzem? Zużywa podobno okropne ilości sody oczyszczonej, octu i kwasku cytrynowego. Nieostrożnie pokazałam mu, co można zrobić z karmelem, sodą, olejem i wodą zafarbowaną blue curacao. Biedna Mara…

W drodze powrotnej przeczytałam cały tom „Magia uderza”. Te historie robią się coraz fajniejsze.

*

„Piankowy deser wg Nigelli Lawson”

¾ szklanki cukru

5 łyżek wody

Kilka kropli aromatu do ciasta

½ łyżeczki sody oczyszczonej

Kawałek folii aluminiowej

Z cukru i wody ugotować karmel, cały czas mieszając - jak zacznie gęstnieć i nabierać złotego koloru, jest gotowy. Dodać aromat. Zestawić garnek z ognia, dodać sodę i szybko, energicznie zamieszać. Masę natychmiast wylać na folię aluminiową do zastygnięcia. Powinna stwardnieć w ciągu kilku minut. Jest twarda i krucha, można ją łamać w palcach albo nożem.
niedziela, 05 września 2010
Etap nr 3 – Hefaiston, Festiwal Kowalstwa Artystycznego

Etap nr 3 – Hefaiston, Festiwal Kowalstwa Artystycznego

Do Helfsztyna pojechaliśmy za poduszczeniem Mai i Jeremiasza, którzy dość dobrze się orientują w czeskich atrakcjach. Warto było się urwać z Triconu na sobotę, bez dwóch zdań. Byłam zachwycona – tak właśnie powinien wyglądać Jarmark Dominikański w wersji idealnej. (Przy okazji, podczas jarmarku prócz kota-mlecznika i kota-solniczki, przymoiły się jeszcze do mnie kot-poduszka i kot-szczotka ubraniowa. Był to jarmark zdecydowanie koci.) Lipnik jest malutkim miastem, a Helfsztynowi daleko do naszego pokrzyżackiego Malborka, ale… Z pewnym zaskoczeniem zobaczyliśmy pod helfsztyńskim zamkiem tłumy ludzi i zapchane autami zaimrowizowane parkingi. A całe podzamcze zastawione było straganami z różnymi uciesznościami, które to ucieszności w dodatku były na naszą kieszeń. Czegóż tam nie było… Całe stosy biżuterii, głównie metalowej (ostatecznie był to festiwal kowalstwa), wyroby skórzane, stylizowane na średniowieczne, repliki broni białej i kawałki zbroi, noże, figurki rycerzy, gotyckie kielichy (kupiłam bardzo piękny, z czerwonego szkła, na nodze zdobnej w kościotrupki), koszulki ręcznie zdobione, drewniane szkatułki, i kubeczki w kwiatki, tak prześlicznie i kiczowato staroświeckie, że od razu chwytały za serce. I jeszcze dużo, dużo więcej wszystkiego, a przy tym wyjątkowo mało tandety, która jak zaraza psuje każdy gdański „dominik”. Prócz tego przepyszne (zawiesiliśmy z tej okazji dietę) kołacze z nadzionkiem twarogowo-jagodowym, świeże, smażone na oczach klienta, racuchy i rozmaite inne przysmaki, włączając w to rybę pieczoną na patyku, serwowaną wyżej, na zamkowym dziedzińcu. Przy czym uwaga (!) wszędzie czysto, żadnych fruwających papierzysk, wysypujących się z przepełnionych koszy śmieci, Czesi są po prostu porządni. Po hobbicku porządni, jak twierdzi Jeremiasz. Poza tym można się było zaopatrzyć w straszliwe słodycze, zawierające miliony kalorii, niespotykane u nas chyba nigdzie: słodka jak ulepek gotowana masa kokosowa (nie pytajcie o przepis, wyrób jest zbyt dziwny, także kolorystycznie), coś, co nosi nazwę „turecki miód” a jest chyba nugatem, jakieś podejrzane pasiaste pałeczki i „sztramberskie uszy” z biszkoptowego ciasta… Naturalnie nie mogłam kosztować wszystkiego, ale zapewniam, że wszystko na straganach wyglądało niemożebnie tucząco.

A kolejne cuda czekały nas po bohaterskim wdrapaniu się na zamkową górę. Po drodze głośno wyobrażaliśmy sobie z Jeremiaszem jakby wyglądał tu atak orków Sarumana. W tym ich ciężkim sprzęcie i z kupą broni. „Zaciągnijcie się, mówili… Zwiedzicie świat, mówili… Wpierdolicie elfom, mówili… Nie, ja już nie mogę, tego nie było w umowie, wracam do domu!” Hefaiston jest imprezą dwudniową i za skromną opłatą można nabyć wielokrotny bilet wstępu do samego zamku, gdzie rezydują kowale. A kowale, jak to oni, kują. Kują na świeżym powietrzu, mają piece, kowadła, narzędzia, i publika może obserwować ich pracę skolko ugodno, aż do znudzenia – bo to jednak nie program na Discovery, wszystko się dzieje w czasie rzeczywistym i trwa jednak ładne parę godzin. Poza tym do obejrzenia jest wystawa konkursowa, na którą się składa pokaźna ilość różnych kowalskich wyrobów, głównie rzeźb i to takich, że szczęka opada do samej ziemi, bo trudno pojąć, że TO zrobiono głównie za pomocą młotka. Maja dostała orgazmu jajników na widok legwana naturalnej wielkości, co było całkiem zrozumiałe, bo drań z odległości dwóch metrów wyglądał jak żywy. Oczywiście nie był żywy, nie był nawet wypchany, skurczybyk był wykuty z żelaza i spatynowany na zielono, i sobie tak siedział na konarze, skubaniutki. Poza tym było całkiem sporo różnej maści smoków, tańczące węże, owady i surrealizm stosowany. Druga wystawa była ekspozycją stałą, pod dachem i tu mieliśmy okazję zobaczyć orgazmator Jeremiasza, czyli niemal naturalnej wielkości żelazną figurę Chrystusa Ukrzyżowanego. Czułam, że tylko wielkość rzeźby powstrzymuje mego kolegę przed próbą kradzieży i wyniesienia tego Chrystusa pod kurtką. Żeby było śmieszniej, jest to praca maturalna na zaliczenie, wykonana przez jakiegoś licealistę z miejscowego liceum kowalstwa artystycznego. Nie mam pytań, wysoki sądzie… Tak samo zresztą inne rzeźby z tego małego muzeum; takie jak: lep na muchy plus muchy na tym lepie, czarownica z rozwianym cycem na miotle, Chyrzwar (lub ktoś z jego rodziny), łeb Meduzy, tryfid nizinny itd. itp. Trzecia wystawa zawierała głównie biżuterię, która na mnie nie zrobiła wielkiego wrażenia, bo jako żona eks-jubilera nie takie rzeczy widywałam. Za to miałam ochotę ukraść wystawowego koguta (jak wszystko tam, zrobionego z jakiegoś barwionego metalu). Drań wyglądał, jakby miał za chwilę zagdakać. Poza tym chyba po raz pierwszy w życiu miałam okazję popatrzeć z bliska na stal damasceńską i bardzo dokładnie zaobserwować te słynne wzorki, powstałe przy kuciu. Podrobienie czegoś takiego jest chyba niewykonalne. Jako „urwani z Triconu” nie mieliśmy za dużo czasu na zwiedzanie, ale serdecznie sobie obiecuję pojechać na Hefaiston za rok.

W następnym odcinku etap nr 4 – Kraków.

sobota, 04 września 2010
Chwilowa dygresja konwentowa

„ANTYPANIKARZ KONWENTOWY  czyli rodzicu, bądź spokojny.”

 

Jeżeli Twoje dziecko przychodzi do ciebie ze słowami: „Mamo/tato, chcę jechać na konwent”, nie ma powodu do paniki ani do przetrząsania kieszeni w poszukiwaniu narkotyków; Twoje dziecko nie wybiera się także do klasztoru. Wszystko jest w najlepszym porządku, możesz oddychać i zadawać dziecku spokojne, rzeczowe pytania. W zrozumieniu zjawiska pomogą Ci poniższe punkty:

  1. Co to jest konwent?  Konwent, od angielskiego słowa convention, jest zjazdem miłośników wszelkich rodzajów fantastyki. Trwa od 2 do 4 dni i jest rodzajem imprezy masowej, choć nie do końca. Konwenty odbywają się często w szkołach lub w budynkach uniwersyteckich albo w miejscowych domach kultury, pod patronatem władz miejskich i niemal zawsze są dotowane przez urzędy miejskie oraz różnych sponsorów (wydawnictwa, gazety, czasopisma, kanały telewizyjne itp.) Konwent, zależnie od wielkości, może zgromadzić od kilkuset do nawet trzech tysięcy uczestników. Może być imprezą zamkniętą (wszyscy uczestnicy są rejestrowani i dostają identyfikatory) lub półotwartą (wejść mogą także ludzie z ulicy, którzy zapłacą za jednorazowy bilet wstępu). Nad całością czuwa zespół organizatorów i ochrona.
  2. Co się na nim dzieje? Twoje dziecko może spotkać się na nim z popularnymi pisarzami, naukowcami i ogólnie ludźmi, którzy zajmują się rozmaitymi dziedzinami – od spadochroniarstwa, poprzez własnoręczne robienie replik zbroi, tajemnice sztucznej inteligencji aż do wykopalisk w Egipcie – i chętnie się podzielą swoją wiedzą. Fantastyka to nie tylko UFO i książki o elfach, to także nauka i ciekawe informacje. Na większe i zasobniejsze konwenty przyjeżdżają goście z zagranicy. Twoje dziecko może się tam także bawić w gry planszowe, karciane (ale nie w pokera) lub brać udział w tzw. larpie czyli grze terenowej, trochę podobnej do harcerskich podchodów. Może obejrzeć pokaz walk rycerskich, spróbować strzelać z łuku w wyznaczonym do tego miejscu albo podziwiać wieczorem teatr ognia. Może także brać udział w konkursach, w których można wygrać książki, filmy na dvd albo gry. Często na konwentach można także zakupić książki w konwentowej księgarni po niższej cenie niż normalna. Atrakcji zwykle jest bardzo wiele, a ze szczegółowym programem konwentu można się zapoznać na stronie internetowej – starczy zapytać córkę/syna o adres.
  3. Czym konwent nie jest? Nie jest sektą religijną, nie jest zlotem satanistów, ani też miejscem polowań pedofilów. Jest miejscem znacznie bezpieczniejszym i bardziej higienicznym niż koncert Woodstock.
  4. Z jakimi ludźmi zetknie się tam moje dziecko? Z grubsza można podzielić ich na: miłośników literatury, miłośników filmu, miłośników gier, osoby przebierające się w stroje fantastyczne własnej roboty (oczywiście istnieje więcej podrodzajów). Prywatnie są to: licealiści, studenci, nauczyciele, tłumacze, literaci, agenci ubezpieczeniowi, muzycy, naukowcy, wykładowcy na uniwersytetach, kolejarze, pracownicy wydawnictw, dziennikarze, lekarze, prawnicy, kierowcy… czyli pełen przekrój normalnego społeczeństwa. Nigdy nie spotkałam nikogo, kto by deklarował bycie bezrobotnym dresiarzem. Wyglądający groźnie facet w zbroi, który właśnie pije colę na schodach, może okazać się doktorem filozofii, wyzywająco odziana wampirzyca – manikiurzystką, elfka z gumowymi uszami studiuje socjologię, napakowany koleś w mrocznym T-shircie i z przekłutą brwią przyzna się do własnej firmy transportowej, a na konwent przyjechał z żoną i z dzieckiem. Ci ludzie po prostu tam odpoczywają i bawią się.
  5. Gdzie Twoje dziecko będzie spać? W zależności od zasobności kieszeni i warunków na miejscu może spać w kilkuosobowym pokoju w akademiku albo na sali zbiorowej, na karimacie i w śpiworze, które weźmie ze sobą – nocleg na sali zbiorowej jest zwykle darmowy albo kosztuje symboliczne 5 zł.
  6. Co będzie jeść? Organizatorzy zawsze zapewniają miejsce, gdzie można napić się herbaty, kupić świeżą zapiekankę albo nawet cały obiad. Każdy uczestnik dostaje program imprezy, gdzie są też mapki i informacje, jak dojść do najbliższej pizzerii, gdzie jest sklep spożywczy itd.
  7. Co się stanie, jeśli zachoruje? Powinno zgłosić się do jednego z organizatorów (człowiek ze specjalnym identyfikatorem albo w jaskrawej koszulce z odpowiednim napisem), otrzyma pomoc: tabletkę przeciwbólową, opatrunek lub zostanie zawiezione do lekarza.
  8. Jak wyglądają warunki sanitarne? W akademikach są prysznice (zwykle 2 na piętro) oraz WC z papierem toaletowym i z umywalkami. Zwykle jest w miarę czysto. Przy noclegu na sali zbiorowej konwentowicze korzystają z łazienek z umywalkami i z pryszniców przy salach gimnastycznych. Trudno się porządnie umyć w umywalce, a czasem kolejka do prysznica jest za długa, jednak niemycie się przez 4 dni nikogo jeszcze nie zabiło. Dla spokoju sumienia można włożyć dziecku do plecaka dużą paczuszkę chusteczek nawilżanych i jakoś to będzie.
  9. Czy tam się pije alkohol? Na konwentach panuje całkowity zakaz spożywania alkoholu w obrębie imprezy, a łamanie zakazu może zostać ukaranie usunięciem z konwentu. To jednak nie znaczy, że Twoje dziecko nie pójdzie wieczorem do pubu z grupą przyjaciół. Wówczas obowiązuje zwykły kod postępowania w takich przypadkach: nie oddala się od grupy, pilnuje swojego napoju, nie wraca samotnie do akademika, najlepiej niech obieca, że nie wypije więcej niż jedno małe piwo. Sam znasz swoje dziecko najlepiej i wiesz czy możesz mu zaufać.
  10. W jakim wieku można jeździć na konwenty? Jako wiek najwcześniejszy uznaje się 15 lat, jeśli chodzi o wyprawę bez rodziców, tylko w grupie znajomych. Nieletni powinien przedstawić organizatorom dokument zgody, podpisany przez rodziców plus telefon kontaktowy. Szczegółowe przepisy w tej kwestii znajdują się w regulaminie konwentu, dostępnym w Internecie. Na konwenty jeżdżą też całe rodziny, nawet z dziećmi w wieku przedszkolnym, a dla najmłodszych na wielu tego rodzaju imprezach organizowany jest osobny blok programowy z bajkami, konkursami i rozmaitymi zabawami dla maluchów.
  11. Czy moje dziecko może tam zostać okradzione? Kradzieże na konwentach zdarzają się zadziwiająco rzadko, ale są możliwe. Najczęściej dochodzi po prostu do zagubienia rozmaitych przedmiotów. Uczciwy znalazca oddaje takie przedmioty do greenroomu, orgroomu lub recepcji. Najlepiej, żeby dziecko nosiło najważniejsze rzeczy (dokumenty, komórka, pieniądze, odtwarzacz mp3) zawsze przy sobie, a w nocy chowało do śpiwora.
  12. Co to jest greenroom i orgroom? To zwyczajowe nazwy dwóch pokoi: do greenroomu mogą przychodzić ludzie, prowadzący punkty programu na konwencie, odpocząć, przygotować się w spokoju do swojej pracy, napić się herbaty lub kawy. Orgroom (zwany też czasem redroomem) jest pokojem tylko dla grupy organizatorskiej, tam mają swoją bazę. Twoje dziecko w obu tych pokojach może uzyskać pomoc i potrzebne informacje.
  13. Ile TO kosztuje? Koszt najtańszego konwentu zamyka się w 40 zł (bez ceny biletu kolejowego czy pks i bez kosztów wyżywienia), najdroższy kosztuje ponad 300 zł (z wyżywieniem).
  14. Co jest bezwzględnie potrzebne na takim wyjeździe? Komórka, ładowarka do komórki, dowód tożsamości/legitymacja szkolna, pieniądze, wygodne buty, plan miasta.
  15. Moje dziecko nie odbiera komórki! Co robić?! Nie panikuj, bo to wcale jeszcze nie znaczy, że zostało okradzione lub zamordowane. a/ wyładował mu się telefon b/ dokoła panuje hałas i nie słyszy dzwonka c/ jest akurat na prelekcji lub w miejscu, gdzie nie wypada rozmawiać przez telefon  Najlepiej zadzwoń o każdej pełnej godzinie, czyli np. o jedenastej, pierwszej itp. O pełnych godzinach następuje zakończenie jednego punktu programu i rozpoczęcie drugiego, więc wtedy jest największa szansa, że Twoje dziecko odbierze komórkę.
  16. Dziecko mówi, że będzie gżdaczem! Co to jest gżdacz?! Czy to jest niebezpieczne? Nie ma powodu do niepokoju, powinieneś się cieszyć, że masz dziecko uspołecznione. Gżdacz (za granicą zwany goferem) jest pomocnikiem organizatorów. W określonych godzinach wykonuje niewielkie prace na rzecz konwentu: na przykład pilnuje otwarcia sali, dostarcza wodę prelegentom, wynosi śmieci. Za to otrzymuje koszulkę z emblematem lub prawo do wybrania sobie jakiejś rzeczy z konwentowego sklepiku (książka, płyta, gra).
  17. Gdzie mogę zobaczyć jakiś konwent dla przykładu? Oto parę adresów stron najbardziej popularnych konwentów, odbywających się cyklicznie co roku. PYRKON w Poznaniu http://www.pyrkon.pl/2010/index.php?go=konwent , FALKON w Lublinie http://www.falkon.konwent.pl/ , POLCON http://polcon.fandom.art.pl/polcon.shtml
Tagi: konwent
22:47, toroj , NIUFSY
Link Komentarze (3) »
Etap nr 2 – Cieszyn

Etap nr 2 – Cieszyn

W Cieszynie byliśmy pierwszy raz w życiu. Wrażenie podstawowe: wszędzie jest pod górkę albo z górki, przypuszczalnie także na pozornie płaskim rynku, ale nie chciało nam się tam turlać butelki. Znaleźliśmy się tam z powodu Triconu, czyli potrójnej polsko-czesko-europejskiej imprezy dla miłośników fantastyki. Przez cztery dni DZIAŁO SIĘ. Udało mi się upolować autografy od Orsona Scotta Carda, za to Mirek Żamboch zdezerterował niecnie ze stanowiska pracy i nigdzie go nie mogłam znaleźć. Jeszcze sobie o tym porozmawiamy przy najbliższej okazji, bo jestem okropnie pamiętliwa, zwłaszcza jak muszę dygać po całym budynku i okolicach z siatką wyładowaną książkami, które nie należą do lekkich. Generalnie byłam na siedmiu punktach programu, przy czym cztery były moje, a jeden złożył się z dwóch połówek. Wniosek pokonwentowy: Eurocony i Worldcony nie są dla osób, które nie władają angielskim. Tak więc jeśli nawet za dwa lata pojedziemy na Eurocon do Zagrzebia, to tylko w celach turystycznych. Największe chyba wrażenie robiła maskarada. Pochód poprzebieranych postaci, uczestników w cywilu i zwykłych gapiów rozpoczął się na rynku po stronie czeskiej. Można było sobie obejrzeć smoka, dowcipnie zrobionego z tektury, tkaniny i parasoli (animowało go z pięć osób), wiedźmina, pewną ilość elfów i elfek, postacie steampunkowe, rycerzy, postacie z Gwiezdnych Wojen i jedną Mroczną Pastereczkę. Zdradzę, że w pastereczkę wcieliłam się ja i był to jeden z ciekawszych strojów, obiektywnie. A zdjęcia i filmiki można zobaczyć tu: http://tricon.info/?lang=pl  W tymże stroju musiałam zresztą lecieć na panel pt. „Na swój obraz i podobieństwo”, gdzie męczono Staszka Mąderka, Marcina Przybyłka, mnie i Kubę Ćwieka (w kolejności siedzenia) o to, w jakim stopniu wyposażyliśmy swoich bohaterów we własne cechy. Wejście miałam „z brawkiem”, gdyż wpadłam spóźniona (cholerne szpilki), z butami w ręku (pieprzone szpilki!). Na szczęście potem już było z górki.

Na konkurs odgadywania okładek przyszłam w normalnych butach i pół godziny wcześniej, nauczona doświadczeniem, że trzeba dopilnować dostarczenia rzutnika, podłączenia sprzętu i tego rodzaju michałków, i lepiej mieć na to dostateczny margines czasu. Gdżdacza (konwentowego pomocnika) miałam idealnego, za to zbuntowała się elektryka. Walczyliśmy z brakiem przedłużacza, potem z tajemniczym brakiem prądu w gniazdku, a kiedy już byliśmy pośliźnięci o prawie dziesięć minut i ciśnienie mi wywalało bębenki w uszach (a nawet nie mogłam gżdaczowi przywalić, bo był niewinny) odkryłam na tablicy rozrządu maleńką wajchę z prawie zatartymi napisami WŁ. i WYŁ. Pstryknęłam i całość ruszyła. Ufff!

Doświadczenie zebrane podczas tego nieszczęsnego konkursu pozwoliło uniknąć większych wpadek na konkursie o Harrym Potterze w niedzielę, który prowadziłyśmy na spółkę z magda2em. A że był to punkt udany, niech świadczy fakt, że potem podchodzili do mnie ludzie i dziękowali za doskonałą zabawę. Mamy być z czego dumne. Największym jednak moim osobistym sukcesem okazała się prelekcja pt. „Jak spieprzyć scenę erotyczną”, gdzie nie potrzebowałam sprzętu elektronicznego, a jedynie tablicy, miarki i sznurka. Przypuszczałam, że umieszczenie słowa „erotyka” w tytule napędzi mi widzów, ale rzeczywistość przerosła wszystko. Sala pękała w szwach, spóźnialscy włazili przez okno (parter), bo normalnie przez drzwi już się nie dało. Stanęłam więc na wysokości zadania i udało mi się doprowadzić kilka osób do łez ze śmiechu. A prelekcję powtórzę na Nordconie w grudniu.

Udało mi się być na połowie prelekcji Mai Kossakowskiej o voodoo w praktyce i w ten sposób teraz wiem jak zatrzymać kota lub psa w domu, żeby się nie włóczyły. Należy im wyrwać parę włosów z ogona i zakopać pod progiem. Nie zostało określone czy pod progiem mieszkania czy klatki schodowej, ani co robić jeśli tam jest beton. Jeśli chcesz zrobić kuku nielubianej osobie, należy na jajku czarnej kury napisać jej imię wspak, po czym rozbić jej to jajko na dachu chałupy. Jeśli wróg mieszka w bloku, Maja radzi zakopać jajko koło wejścia, a do podniesienia płyty chodnikowej użyć lewarka. Mam wrażenie, że zamiast szukać czarnej nioski na allegro, prościej będzie dać wrogowi lewarkiem w ryj, no ale ja się nie znam aż tak dobrze na voodoo. Drugie pół prelekcji traktowało o ludożerstwie, po czesku i było połączone z konsumpcją. W sumie byłam rozczarowana, bo rozumiałam co czwarte słowo, slajdów nie pokazywali, a zapowiadany „sztuczny człowiek” do zjedzenia nie był w całości, tylko popakowany w plastikowe pojemniczki. Dobry pomysł ale efekt końcowy diabli wzięli. Znudziłam się i wyszłam przed końcem, nie doczekawszy trzeciego dania.

Ostatnim punktem programu, w jakim uczestniczyłam, była gala rozdania nagród i podsumowanie konwentu w sobotni wieczór – tradycyjnie spóźnione o 30 minut. Z zadowoleniem stwierdzam, że Polacy pokazali się z lepszej strony multimedialnie, bo reszta świata czytała z kartek. Nagrodę im. Janusza Zajdla w kategorii powieść dostała Ania Kańtoch, a w kategorii opowiadanie Robert Wegner. Wygrały oba moje typy, więc byłam bardzo zadowolona. Zwycięstwo Wegnera może oznaczać, że czytelnicy są już zmęczeni surrealistycznym wywlekaniem psychicznych bebechów i tęsknią za zwykłą, tradycyjną fantastyką.

Generalnie jestem rozczarowana Triconem, bo choć było tam pełno atrakcji, zawsze znajdowałam jakieś „ale”, choć z natury nie jestem malkontentką. Spotkania z gośćmi z zagranicy były ALE orgowie poczynili założenie, że wszyscy dobrze znają angielski i tłumaczyć na polski nie trzeba. Fajny panel ALE mi się nakłada na coś, co właśnie prowadzę. (Z tego też powodu nie mogłam być na koncercie Jaromira Nohavicy). Tańce celtyckie i pokaz kendo na rynku ALE wprost na bruku i widział cokolwiek tylko pierwszy i drugi rząd obserwatorów. Istniał sklepik konwentowy, gdzie można było wymienić zarobione na konkursach punkty (doskonały pomysł) ALE system przeliczania żółtych na zielone i na czerwone był tak zawiły, że chyba nikt poza autorem tego chorego systemu się w tym nie orientował. Kartki z przelicznikami, jak w kantorze, nie było. Każdy dostał do ręki wygodną książeczkę z programem ALE odkryłam, że są w nim poważne braki. O wystawieniu na widok publiczny strojów z serialu Diuna dowiedziałam się czystym przypadkiem od samego właściciela ALE już nie zdążyłam ich zobaczyć, bo było za późno, a następnego dnia ja miałam konkurs a wystawa się już zwijała.

Po imprezie na skalę europejską spodziewałam się dużej ilości stoisk z książkami, gadżetami, biżutami i rozmaitym kolorowym chłamem cieszącym serce każdego fana, ALE oferta była tak nędzna, że doprawdy na poznańskim Pyrkonie było tego więcej, nie mówiąc już o Polconie w Warszawie dwa lata temu. W ten sposób ALE psuło nam całą przyjemność.

Najciekawszym elementem Cieszyna okazał się MLEKOMAT, który oglądaliśmy z wielkim podziwem i nawet nas kusiło, żeby wypróbować. Widywaliśmy już automaty do kawy, do coli i innych napojów, ale mlekomat po raz pierwszy. Także po raz pierwszy widziałam fontannę obsadzoną pelargoniami. Z narodową dumą mogę też powiedzieć, że strona polska Cieszyna jest ładniejsza, ciekawsza i lepiej zagospodarowana od czeskiej. Widać to najlepiej, kiedy się porówna okolice rynków. Polski rynek tętni życiem, pełno spacerowiczów, wszędzie ogródki, gdzie można usiąść, zjeść, porozmawiać. W uliczkach dokoła jakieś sklepiki, kolorowo, wejścia do kawiarni i pubów. Strona czeska zaskoczyła nas pustką. Brukowany kostką rynek, pośrodku fontanna z metalu w stylu, jaki był modny pół wieku temu, po lewej sklep z majtkami, po prawej rzeźnik i sprzedaż serów. Kilka ławeczek, jakby tutejsza władza zakładała, że człowiek najlepiej się bawi, siedząc na tej pustej przestrzeni i gapiąc się na lecącą wodę. Ogólnie dość czysto ale nieciekawie. Musieliśmy zagłębić się w boczną przecznicę, żeby natknąć się na restauracyjkę z ogródkiem, gdzie mogliśmy zjeść obiad. Zjawisko zupełnie niezrozumiałe. Po cholerę im ten rynek, skoro nie ma tam nic, co by przyciągnęło turystów? Nie chcą zarobić?

Władze w okolicach Lipnika i zamku Helfsztyn mają najwyraźniej całkiem inne podejście, ale o tym następnym razem.

Tagi: tricon
11:27, toroj , NIUFSY
Link Komentarze (3) »
czwartek, 02 września 2010
Włóczykije

Włóczykije

Od kiedy wróciliśmy z ośmiodniowych wojaży, koty nas pilnują, żebyśmy przypadkiem znów gdzieś nie zwiali. Po długim, wylewnym powitaniu, z atrakcjami w rodzaju myziania, udeptywania, ocierania i mrumruniania, Rudi wlazł nam do łóżka, umościł się i stwierdził, że zaciąga straż. Torka wlazła na pobliską szafkę nocną i pilnowała z boku, od czasu do czasu schodząc mi na brzuch i łasząc się. Od trzech dni koty sprawdzają mnie nawet w wannie, czy przypadkiem się nie pakuję i nie zamierzam gdzieś wybyć. Miło się przekonać, że jest się osobą lubianą, a nie podajnikiem do żarcia.

Podróż odbyła się w czterech etapach.

Etap nr 1 – Łódź

Bywałam w Łodzi nie raz i obecnie ostatecznie utwierdziłam się w przekonaniu, że chyba nigdzie w Polsce nie ma miasta bardziej porąbanego. Wszędzie indziej centrum jest mniej lub bardziej uporządkowane i eleganckie – wizytówka miasta itede itepe – ku brzegom jest już mniej porządnie, jakieś blokowiska, czasem jakieś ruinki, a potem np. krąg podmiejskich osiedli szeregowych i willi dla klas średnich i wyższych. Natomiast Łódź sprawia wrażenie worka, do którego wrzucono cudne zabawki choinkowe i śmieci, po czym dobrze wszystko utrząśnięto. W ten sposób obok przepięknej secesyjnej kamienicy straszy truchło z bezwstydnie opadającym tynkiem. U nas nawet na sławetnej Dolnej Oruni domy wyglądają trochę lepiej, a tu środek miasta. Kawałek dalej nowoczesny pub z neonem, za neonem witryna sklepowa jakby żywcem przeniesiona z czasów głębokiej komuny (żelazne kraty przesuwne). Wycieczka idzie dalej, mijamy prześliczny przeszklony ogródek, piętrowy niczym londyński autobus, mijamy cudnej urody źródełka z wodą pitną, ozdobione figurkami dzieci i rybek, krok w bok, w bramę i brr… portal czasoprzestrzenny przenosi nas w sam środek kryzysowej nędzy i brudu. Gdybym nie widziała na własne oczy, nie uwierzyłabym, że coś takiego może egzystować dosłownie trzy metry od wycacanej Piotrkowskiej. I odwrotnie: slumsy, naturalnie też w środku miasta (powtarzam, że tam nie jest normalnie) a na ścianie arcyciekawa fontanna w kształcie zakochanej pary, chroniącej się przed deszczem pod rozpostartą marynarką. Fontanna ta upamiętnia piosenkę Agnieszki Osieckiej "Kochankowie z ulicy Kamiennej", a znajduje się ona na ulicy Włókienniczej. Zaś gdyby nie nasza przewodniczka, Kimera, nigdy w życiu byśmy nie trafili do Muzeum Bajki Se-Ma-Fora, bo na zewnątrz nie ma nawet najmniejszej zakichanej tabliczki informacyjnej. Teren elektrociepłowni i drzwi jak do bunkra, a w środku wspaniałe makiety oscarowego „Piotrusia i wilka”, pokoik Uszatka, las Kolargola, lalki ze znanych dobranocek, dziesiątki fotosów, rysunków, projektów, zabytkowa maszyna do składania plansz animowanych filmów starą metodą, a w końcu salka projekcyjna, gdzie można było sobie obejrzeć krótkie filmy. Obejrzeliśmy więc doskonałą plastycznie alegoryczną opowieść o mieście ludzi bez głów, z bardzo pesymistycznym finałem i niezbyt jasnym przesłaniem, po czym poprosiliśmy o coś weselszego. Pani z obsługi zaproponowała „Miasto płynie”. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że Łódź jest metropolią bezperspektywicznych bezrobotnych, dresiarzy, sadystów i noworodków marynowanych w plastikowych beczkach. Oraz słynnego łódzkiego pogotowia. Wyszliśmy rozbawieni jak jasna cholera. Kimera tłumaczy, że tam od początku było dziwnie, bo już za czasów potentatów włókiennictwa obok czynszowych kamienic z podwórkami-studniami wyrastały pałacyki miejscowych notabli, a od żydowskiego rynku był krok do prywatnych klubów bilardowych czy czegoś w tym rodzaju. No i tak zostało do tej pory, miasto-puzzle, wymieszane. Łódź mnie fascynuje i przeraża jednocześnie. Jedno wiem: nie chciałabym tam mieszkać.

Etap nr 2 będzie dotyczył Cieszyna, ale o tym później.