CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
środa, 23 września 2009
Uzależnienia

Postanowiłam spojrzeć prawdzie w oczy: jestem uzależniona od książek i t-shirtów. I to od wieków. Z uzależnienia od książek zdawałam sobie sprawę od dawna, natomiast koszulki... W mojej szafie piętrzą się stosiki t-shirtów – niektóre sprane już do imentu, ale wciąż jeszcze przechowywane, bo: do sprzątania, bo można w nich spać zamiast w piżamie, bo takie ładne nadal, bo... Tych „bo” zawsze całkiem sporo się znajdzie. Wyrzucam nader rzadko i wyjątkowo niechętnie. Próbowałam sięgnąć pamięcią, kiedy to się zaczęło, kiedy w mojej szafie pojawiły się nie zwykłe paski, kropki i wzorki, a kolorowe nadruki, i doszłam do wniosku, że w czasach bardzo zamierzchłych, kiedy miałam jakieś 13-14 lat i własnoręcznie naprasowałam sobie na zwykłą białą koszulkę gimnastyczną kolorowy wizerunek E.T. A potem była kupiona w jednym z pierwszych w mieście lumpeksów koszulka z pingwinami, którą uwielbiałam i nosiłam tak długo, dopóki całkiem się nie rozleciała. Wtedy jeszcze nie eksperymentowałam z farbami do tkanin ani z wybielaczem. Z początkiem lat 90-tych, wraz z wstąpieniem niżej podpisanej do środowiska fantastów, era koszulek rozpoczęła się na dobre. Czarny smok na żółtym tle Gildii; niebieska koszulka GKF First Generation, liczne czarne koszulki konwentowe z Conquestu, z Polconu, Falkonu, Nordconu... Niektóre mam nadal. Niewiarygodnie jaskrawa, fioletowa koszulka amerykańska z kaktusami, otrzymana w prezencie od koleżanki – wręcz przepiękna w swojej kiczowatości. Zdobycze ze szmateksów – niektóre oszałamiające pod względem zarówno wzornictwa, jak i jakości. Parę lat wzbudzałam dziką zawiść kociarzy, paradując w czarnej koszulce z wielkimi kocimi ślepiami na biuście i dyskretnie namalowanymi wąsami poniżej. Markowy White Crow z bardzo straszną żmiją, który w założeniu miał być dla Smoka, ale znajoma pomyliła rozmiar i w rezultacie żmija przypadła mnie. I tak dalej... i tym podobnie...

Aż do momentu, kiedy na pewnej Paulinie zoczyłam IDEAŁ. Ideał był koloru zielonego, dyskretnie cieniowany metodą „gnieciucha”, a na piersi ideału spoczywał cudnej urody smok przytulony do celtyckiego pierścienia. Natychmiast również zzieleniałam, ale z zazdrości, gdyż Paula ideał marki Mountain przywiozła sobie bodajże z Dublina, a mnie na podobne eskapady nie było stać (i nie jest nadal). Natomiast niedługo potem okazało się, że takie cuda do Polski ktoś sprowadza i na Polconie w Błażejewku mogłam dać upust szaleństwu. Smoka w rezultacie jednak nie kupiłam, gdyż jeszcze większą namiętność wzbudziło we mnie Celtyckie Drzewo. Mąż zaopatrzył się natomiast w Mordę Trolla. Od tamtego czasu przy każdej okazji uzupełniam kolekcję, dla siebie i dla Smoka. Naszą szafę wypychają: Piaskowe Lwy, trzy Celtyckie Drzewa (w tym jeden topik), Etniczne Konie, Ognisty Feniks, Czarna Pantera, Mistyczne Kruki, Wilki Wyjące, Fioletowa Indianka, Świstaki, Smoczy Łeb, Kocie Bliźniaki, Bardzo Zły I Czarny Smok, wspomniana Morda, Księżycowe Drzewo i ostatnie nabytki: Koci Pyszczek, Wampirzyca i Wróżka Absyntowa ze Skull Bone. A to tylko niewielka część, nie wymieniłam innych licznych zdobyczy.

Nie ma siły, bzik rozwojowy i nie ma szans wygasnąć. Ile razy idę na zakupy z mocnym postanowieniem, że tym razem kupię sobie jakąś nobliwą bluzeczkę, elegancką, wizytową i w ogóle full business, najczęściej wracam do domu z kolejną kolorową szmatką. Jestem niereformowalna.

Słowa te piszę odziana w czarne bojówki i Fioletową Indiankę. A tak.

Moje ulubione podkoszulki można kupić tu: http://www.karoka.com.pl/

sobota, 19 września 2009
Luka

Rzeczywistość postanowiła mi dokopać. Wyflaczyć, przetrzeć drucianą szczotą, złapać za stringi i potrząsnąć. Dowolnie. Powody czysto kobiece: bo tak. Widać ostatnio żyło mi się za spokojnie i drętwo. Pierwsza runda meczu Rzeczywistość konta Toroj zaczęła się delikatnie: Patrick Swayze nie żyje. No szkoda chłopa, pomyślałam. Fajnie tańczył. Podobał mi się w „Duchu” i w „Ślicznotkach” jako drag queen... Szybko przeszłam nad faktem do porządku dziennego. W końcu to tylko aktor, a nie rodzina.

Następnego dnia zadzwoniła moja przyjaciółka – nowy posłaniec wrednej rzeczywistości. „Chciałam ci powiedzieć, że Choppera już nie ma” – i tu nastąpiła opowieść, jak to jej pies, znany i mnie całkiem dobrze, chorował od czerwca, miał dwie czy trzy operacje, komplikacje, aż w końcu po tym wszystkim serce mu nie wytrzymało. Już się nie dziwiłam, że Aśka nie dzwoniła tak długo, po prostu nie miała do tego głowy. Berneńczyki to wbrew pozorom psy niesłychanie delikatne. Przykrość, duża przykrość... Szkoda psa, szkoda jego rodziny – tak, właściciele to w sumie rodzina, zwłaszcza jak traktuje się zwierzęta tak, jak to robi Joanna. A piękny był pies, dobry i kochający.

Minęła noc i część poranka. Napisałam ostatnie zdanie rozgrzebanego przekładu, idę na GG, zaczepić Nundę, czy weźmie ode mnie ten fragment, który skończyłam. A Nundowa sygnatura głosi: R.I.P. Cleritus [‘]  Zrobiło mi się zimno i niedobrze, jakby mi ktoś przyładował w żołądek. Natychmiast wszczęłam raban, czy to prawda? A może głupi żart? Nunda się nie odzywa. Wirus coś wie? Jej wpis: coś o uczcie u Odyna... Kurwa mać...

Niestety. Wczoraj, późnym wieczorem, serce. Ale przecież był dużo od nas młodszy? 33 lata. Nie, 34. Jego debiutancka książka miała wyjść w październiku, w Fabryce Słów. Nie doczekał, nie zdążył pomacać i się ucieszyć. Bez sensu, idiotycznie, niesprawiedliwie... Nie żebym z Cleritusem była jakoś wyjątkowo blisko. Przepływał w granicach mojej percepcji na większości konwentów, potężny jak lotniskowiec z brodą, kuflem piwa albo bojowym toporem. Spotykaliśmy się w księgarni, w barze, przy stoliku, parokrotnie rozmawialiśmy. Niby nic, po prostu był. I nagle została po nim luka. Pisarz, który nie dożył własnego książkowego debiutu. Cholerna rzeczywistość... Aż się boję, co jeszcze wymyśli.

 

 

wtorek, 15 września 2009
Konfiguracja małżeńska

Smok chrapie. A kiedy jest lekko podziębiony zamienia się w piłę tarczową z zepsutym włącznikiem. Gdyby działała w sposób ciągły, dałoby się jakoś spać – wiadomo, że jednostajny hałas po niedługim czasie mózg zaczyna ignorować; ale gdzie tam, hałasuje nieregularnie, chimerycznie i wielotonowo. A ja jestem tak nadwrażliwa, że przeszkadza mi nawet głośniejsze sapanie. Próbowałam zaradzić złu przykrywaniem głowy poduszką, wpychaniem do uszu kilogramów aptecznego wosku, ale co pomoże wosk, kiedy źródło tego piekielnego rzężenia, pufania i warkotu ma się dwadzieścia centymetrów od głowy?! Musiałabym chyba spać w wyściełanym kasku albo w ogóle w skafandrze kosmicznym z osobnym źródłem powietrza. Nie zliczę ile razy przenosiłam się na niewygodną kanapę w telewizyjnym, wściekła jak sto diabłów, bo sami pomyślcie: Smok zakłóca ciszę nocną, sam się wyleguje na miękkim materacu pod puchową kołderką w satynowej powłoczce, a ja jak ta sierota pod kocem, bez prześcieradła, z nogami wygiętymi pod dziwnym kątem. Nie policzę ile razy rozważałam uduszenie męża poduszką, bo wtedy mogłabym te osiem godzin przespać w kulturalnych warunkach i w ciszy. Uważam, że chrapanie powinno być dostatecznym powodem do rozwodu. Pozbawcie człowieka snu, a zobaczycie jak długo pozostanie normalny. Oczywiście na wszelkie sugestie sypiania w osobnych pokojach Smok reaguje alergicznie, jak dziecko odstawiane od cycka. „Już mnie nie kochasz?!” z ust mu nie schodzi.

Aż pewnej nocy w desperacji po prostu przełożyłam swoją poduszkę w nogi łóżka, inaugurując pozycję zwaną „na waleta” – i nagle okazało się, że w momencie, kiedy oddalę głowę od źródła zakłóceń o te marne półtora metra, spokojnie wystarczają zatyczki do uszu, by w spokoju zasnąć. W dodatku mam więcej miejsca. Smok na razie nie protestuje przeciwko nowej konfiguracji, być może przeczuwa, że zrobiłabym regularne piekło.

piątek, 11 września 2009
Inteligencja na czterech łapach

- Zobacz, koty wcale nie są głupie - mówi Smok i objaśnia ten odkrywczy wniosek: - Drzwi od balkonu zamknięte, Torka patrzy się na mnie przez szybę, więc mówię jej „Przez okienko, przez okienko”. Popatrzyła, wskoczyła na parapet i wlazła do pokoju.

Też mi Amerykę odkrył. Oczywiście, że nie są głupie, są cwane, a nawet jestem pewna, że całkiem nieźle rozumieją po ludzku. Najlepszym dowodem może być zdarzenie sprzed paru tygodni.

Mieliśmy wyjść gdzieś na cały dzień i byłam absolutnie przekonana, że po powrocie zastanę drzwi od szafy otwarte na oścież, skotłowaną odzież i poszarpane pazurami co delikatniejsze rzeczy. Blokada się wyrobiła, a ten ogoniasty potworek, Torka, tylko szuka okazji, by sforsować zabezpieczenia i dostać się do strefy zakazanej. Najprościej było zamknąć całą sypialnię, izolując koty od szafy. I powiedziałam to głośno!

Kiciam, potrząsając pudełkiem „kocich cukierków”, co było zawsze najlepszą metodą na zwabienie kociarstwa. Łakomczuch Rudi zjawił się natychmiast a Tori ani widu. Kiciam, wołam, grzechoczę – zero reakcji. Zaglądam pod łóżko w sypialni, a księżniczka tam siedzi, metr od zakazanej szafy. Dopiero parę chrupek położonych na dywanie sprawiło, że wylazła do połowy, bardzo niechętnie i powoli, nie mogąc widać opanować łakomstwa. Wtedy udało się ją odłowić. Najwyraźniej już planowała włamanie, a ja pokrzyżowałam jej zamierzenia.

Wniosek: jak coś planujesz odnośnie kota, nie mów tego głośno, albo używaj obcego języka. Po angielsku lub rosyjsku nie zrozumie. Chyba.