CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
poniedziałek, 29 września 2008
O mitach i pesymizmie narodowym rozmyślania

Spotyka się dwóch Amerykanów.

- Co u ciebie?

- Super!

Nawet jak obaj stoją pod dworcem z papierowymi kubkami licząc na ludzką litość, to jest „very good” bo jeden znalazł w koszu prawie nienaruszonego hamburgera, a drugi dostał dwa dolce więcej niż dnia poprzedniego. Very good, brother!

Spotyka się dwóch Polaków.

- Co słychać?

- Stara bieda…

Niezależnie co się dzieje, czy los zetknie dwóch urzędników niskiego szczebla, czy też ministrów, czy dwie emerytki, zawsze ta „stara bieda”, która spływa nam z ust wręcz automatycznie. Tak jakbyśmy mieli nad głową jakieś zazdrosne bóstwo i jak nieostrożnie się przyznamy, że jest dobrze, to może nam przypierdolić. „Nie chwal dnia przed wieczorem”, „nie mów hop”, „co się polepszy to się popieprzy”… W tradycję mamy wpisany ten cholerny pesymizm, normalnie grzechem jest być szczęśliwym.

No i mamy cały zestaw ślicznych mitów społecznych, że „kiedyś było lepiej”. Na przykład za komuny wszyscy mieli dużo pieniędzy. Święta prawda, moja mamusia np. opływała wtedy w kasę, głównie z tego powodu, że nie miała na co wydać pensji - chyba że przyszłoby jej do głowy kąpać się w occie, którego było pod dostatkiem (bo już kupno żółtego sera, sandałków dziecięcych lub koszulki białej gimnastycznej urastało do rangi problemu). No ale pieniądze mieli wszyscy, fakt.

Ludzie byli zdrowsi, nie to co teraz. Jeszcze bardziej święta prawda! Biorąc pod uwagę, że wszystko co słabsze wymierało jeszcze przed osiągnięciem wieku dojrzewania, tych co pozostawali, mogła ruszyć chyba tylko dżuma – na wszystko inne byli odporni. W celu poprawienia zdrowotności społeczeństwa, proponuję zrezygnować ze szczepień i antybiotyków. Głównym winowajcą jest niejaki Fleming, wynalazca penicyliny, gagatek… Mielibyśmy po jedenaścioro dzieci, połowę by co prawda szlag trafił jeszcze w niemowlęctwie, ale cała reszta miałaby szansę przeżyć wybuch atomowy. Razem z karaluchami. A tak to pozamiatane.

Chleb był kiedyś lepszy. Był, zgadza się, pomijając fakt, że co piątek gospodyni musiała poświęcić cały dzień na wypieczenie co najmniej 15 kg tego chleba, żeby starczyło na cały tydzień dla wszystkich domowników, co było morderczą robotą przy wyrabianiu ciasta, rozpalaniu pieca, formowaniu bochenków i pilnowaniu stu różnych dupereli, żeby ten chleb się udał. Piekarnie miejskie są stosunkowo młodym wynalazkiem. Zresztą jak już jesteśmy przy żarciu, to było lepsze, pod warunkiem, że w ogóle było. Nie na darmo Kraina Wiecznej Szczęśliwości według wizji prostego ludu polegała na leżeniu bykiem przy brzegu rzeczki mlekiem i miodem płynącej, pod drzewkiem kiełbasianym. Dzisiejszy prosty lud dodałby jeszcze do tego telewizor i stawek z piwem.

Dzieci były grzeczniejsze. Racja. Jakby dzisiejszy szczeniak jeden z drugim miał świadomość, że może mu za chamstwo wklepać każdy przechodzień, z odgórnym błogosławieństwem rodzicieli, to by się trzy razy zastanowił, czy gra warta świeczki.

Dzieciarnia więcej czytała. Zgadzam się. Te, które w ogóle miały to szczęście, że umiały czytać, na ogół czytały więcej niż te niepiśmienne, zatrudniane przy wypasaniu krów. 

Zresztą, co ja się będę rozdrabniać.

To, że kiedyś istniała warstwa społeczna zatrudniająca służące, stangretów i lokajów, nie oznacza wcale, że kiedyś było tak cudownie. Bo…

Jeszcze nigdy opieka medyczna nie była tak rozpowszechniona jak dzisiaj, nawet jeśli w celu dostania się do lekarza musisz wstać o szóstej rano. Zachorowanie na zapalenie płuc nie równa się dziś z wyrokiem śmierci, a ospa została właściwie wytępiona. Jeszcze nigdy dotąd nie mieliśmy zębów w tak dobrym stanie.

Jeszcze nigdy nie mieliśmy takiej swobody podróżowania po własnym kraju i po świecie. Druga klasa PKP, na którą tak się dziś sarka, i tak jest szczytem luksusu w porównaniu z przedwojenną klasą trzecią, polegającą na drewnianych twardych ławkach w wagonach bez ogrzewania (na trasach Warszawa – Kraków, powiedzmy). Podróż samolotem osiągalna w zasadzie dla każdego przedstawiciela klasy średniej, wcześniej była naprawdę dla wybrańców pokroju księcia Walii.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu większość społeczeństwa nie miała pojęcia jak smakuje banan, pomarańcza, ananas itp. owoce tropikalne. Mało kto widział na własne oczy słonia, żyrafę, zebrę czy lwa.

Elektryczność, ciepła woda, centralne ogrzewanie, wanna, telefon – rzeczy dla nas dziś tak oczywiste, wcale oczywiste nie były jeszcze za życia naszych rodziców (moja mama urodziła się w 1942).

W latach osiemdziesiątych tylko nieliczni wybrańcy mieli wideo, w początkach lat dziewięćdziesiątych nieliczni dobrze sytuowani burżuje mieli prymitywne domowe komputery.

Są tacy co im ciągle źle i ciągle czekają na ten mityczny Złoty Wiek, podczas gdy tak naprawdę już w nim żyją.

A u mnie wszystko super. Z poważaniem, T.

sobota, 27 września 2008
Dywagacje o estetyce i błędach ewolucyjnych

Patrząc na Torkę odczuwam zazdrość. Z wdziękiem baletowego hipopotama nosi brzuszek tuż nad ziemią i przysięgnę, że gdyby miała ciut krótsze łapki, byłaby z niej świetna froterka. Zero stresu. W kocim świecie w ogóle nie istnieje pojęcie „za gruba” – wprost przeciwnie, wszystkie te okrągłości obciągnięte pasiastym futerkiem, miękkie, sprężyste, harmonijnie zakomponowane w całość kota, wyglądają ślicznie estetycznie.

A co by było, gdybyśmy tak w toku ewolucji zdołali zachować sierść? Oczywiście nie byłoby mowy o ubraniach, bo i gorąco, i niewygodnie, i włosy się przypłaszczają. Funkcje kieszeni przejęłyby rozmaite torby, torebki i torebeczki (dla elegantek malutkie albo na kółeczkach), plecaki i pasy z zapinanymi kieszonkami dla panów oraz młodzieży. Fryzjer byłby najpopularniejszym zawodem świata, a standardowym wyposażeniem łazienki byłaby nie wanna tylko wielka suszarka, być może bardzo podobna do dzisiejszej kabiny prysznicowej.

Ulicami sunęłyby wystrzyżone, wyczesane, ufryzowane, ufarbowane na wszelkie sposoby i modły sierściuchy. Szampony sprzedawano by w dwulitrowych butlach, a łysienie byłoby kalectwem i na peruki by się dostawało pełne refundacje z ubezpieczalni. I uwaga, najlepsze na koniec! Im która pani obszerniejsza, tym ładniejsza, bo wszystkie fałdki ukryte pod warstwą włosów służyłyby li jedynie za podkład do prezentacji futerka, a im więcej miejsca na popisy artystów fryzjerstwa tym lepiej. (Choć nie przewiduję popularności dredów na całym ciele.)

Przewiduję też utrudnienia dla rasistów – jak ktoś wygląda jak kopa siana to raczej trudno stwierdzić czy pod spodem jest czarny, biały, żółty czy niebieski.

 

Jakże piękny byłby świat… Szkoda, że wyłysieliśmy. Nie popisaliście się, Ewolucja, oj nie!