CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
sobota, 31 sierpnia 2013
Klęska urodzaju

Ostatnio skandalicznie zaniedbałam bloga, fakt bezsporny. Lecz a/ nie mam jakoś pomysłów na wielce mądre i odkrywcze notki z działu Marudzenia i egzystencjalizmy b/ wyjazduję się c/ tonę w przetworach

Natomiast w obrębie rodziny dzieją się takie rzeczy, że mogłabym na ich podstawie napisać scenariusz serialu i jeszcze by mi ktoś zarzucił, że nie trzymam się realiów, bo normalnym ludziom takie rzeczy się nie przytrafiają. To jednak nie jest temat na blog publiczny.

Końcówka lata jest czasem obfitości. Obfituje na ten przykład obłąkaną ilością jabłek, które przerabiam na soki i dżemy, śliwek (przerabianych, a jakże, na dżemy), gruszek (w zalewę słodko-kwaśną), malin i jeżyn (soki i dżem). Mój wyjazd do Joanny-Od-Kotów był jak zawsze pełen wrażeń, głównie za sprawą dwunastu kocich osobowości, przemieszczających się po obszernym wiejskim domu. Nawet pod koniec nauczyłam się je rozpoznawać, choć nadal mylili mi się Kartezjusz, Salcia i Emilia (łaciate rodzeństwo). W porządku alfabetycznym:

Agatka – czarno-biała nieśmiała panienka

Elmirka – siostra Salci, Kartezjusza i Makbeta

Filip – kot gołębiego serca o aparycji wykidajły

Julian – biały kocur z czarnym nosem i jednym wystającym kłem, przez co wygląda jak szczerbaty wampir, uroczy przymiluch

Kartezjusz zwany Kajtusiem, czarno-biały pogromca myszy

Makbet, znany na co dzień jako Makbęcek – humorzasty łaciatek, kocha swoją pańcię bez pamięci

Nora – czarna starsza pani w świetnej kondycji

Ryszard czyli Rychu – koci mężczyzna życia Joanny, konkurent Makbeta do serca pani, duży buras

Salomea czyli Salcia

Tosia – nerwowa biało-beżowa piękność

Ziuta – drugi bury kot w domu

Zuzanna – nieśmiała trikolorka

Plus do tego dwa duże i rozhukane psy berneńczyki. Generalnie nie jest to dom dla „perfekcyjnych pań domu”, przeczulonych na koty wylegujące się na stole, na ekspresie do kawy, na biurku, na routerze, na łóżku, na kredensie… albo przynoszące dumnie do domu upolowane myszy i nornice. Ale za to ta nieskazitelna cisza dokoła i wschody słońca otulone mgłą, kiedy świat dokoła wydaje się dziwnie nierzeczywisty…

W pobliżu jest ptasi rezerwat na jeziorze Drużno, więc poza (upolowaną) nornicą widziałam też łabędzie i urozmaicone drobniejsze ptactwo wodne. A prócz tego żurawie żerujące na pobliskim polu, jeże i sarny, umiarkowanie zainteresowane samochodem przejeżdżającym dosłownie 2 metry obok.

Pomogłam Joannie pozbyć się części klęski urodzaju malin (ale kolejne owoce już dojrzewają, chichocąc złośliwie). Pojechałyśmy też na grzyby, o godzinie kiedy normalny grzybiarz już kończy, więc nie spodziewałam się obfitości, ale jednak wiadereczko się uzbierało, więc grzybów starczyło nie tylko na 2 rewelacyjne pizze (chwała kulinariom Joanny) ale też jako dodatek do kurczęcego risotta i na mrożenie. Nie, zdecydowanie na wsi człowiek nie da rady się odchudzać, wszystko jest zbyt smaczne, żeby rezygnować z jedzenia.

*

Wielkimi krokami zbliża się też moja Wyprawa, czyli wyjazd do Londynu, Cardiff i na Maltę (a w drodze powrotnej zaczepiam o Kraków i Katowice). Wraz z koleżanką Serathe mamy zamiar pozwiedzać stolicę UK pod kątem ulubionych seriali, czyli Sherlocka i Doktora Who, oraz wybieramy się do Cardiff na wystawę Doctor Who Experience. No i pod „ścianę Ianto Jonesa” oczywiście. Ostatnie przygotowania, odprawa online, bilety, przeglądanie listy bagażu – spakowanie się na 3 tygodnie i dwa klimaty w jeden niewielki plecaczek (ograniczenia wagowe i objętościowe do samolotu) tak, żeby zmieścić w nim jeszcze ogórki kiszone i kiełbasę to SZTUKA. Zastanawiam się, czy uda mi się sklecić jakąś notkę z tej wyprawy, czy znowu, przytłoczona nadmiarem wrażeń, nie odpuszczę sobie sprawozdania. Zobaczymy…

*

Czy wiecie, czym jest kicik? Otóż kicik to miara długości równająca się kotu wyciągniętego na całą kociość. Obecnie rudy kicik w moim domu równa się 62 cm. A do tego Ryżyk coraz bardziej z twarzy przypomina księcia Harry’ego Windsora. (Z charakteru też.)



środa, 07 sierpnia 2013
Doctor Drag Queen

Dobra, odwołuję to, że Peter Capaldi nie ma iskry boskiego szaleństwa. Prawdopodobnie spiknęli się z Moffatem na tej samej imprezie, gdzie obaj puszczali gumowe kaczuszki w wazie z ponczem.

(Ale nadal jest stary :P)

poniedziałek, 05 sierpnia 2013
Dwunasty Doktor

Człowiek ograniczony do jednego fandomu jest człowiekiem… eee… ograniczonym, więc nie ograniczajmy się, bo po co? Dobrze mi w Sherlocku, darzę sympatią Supernatural i znalazłam sobie przyjemne miejsce między fanami Doktora Who – co można było poznać po tym, że produkuję whowiańską biżuterię oraz Tardisy. Wczoraj o godzinie z grubsza 20:40 mocno zabiły serca wszystkich whowian, kiedy uroczyście przedstawiono Dwunastego Doktora. No i co? No i gucio… Po tych wszystkich spekulacjach na forach, blogach i tumblerach kto użyczy twarzy, postaci i osobowości Dwunastemu, poczułam spore rozczarowanie, że producenci wybrali akurat Petera Capaldi. I zdumienie, bo grał on epizodyczne role zarówno w Doktorze (odcinek „Ognie Pompejów”) jak i w Torchwood (odc. „Dzieci Ziemi”). Obsadzenie go jako Doktora jest moim zdaniem pomysłem dziwnym. No i Capaldi jest po prostu stary. Ma 55 lat. Jest grubo starszy od Davida Tennanta, a nawet i Johna Barrowmana. W sensie profesjonalizmu może być on bardzo utalentowany i obsypany nagrodami, ale w sensie urody twarz mu obwisa, a na wielu zdjęciach głęboko osadzone oczy wyglądają tak, jakby patrzył na widza z głębi luf sztucera. Zdecydowanie nie jest Seanem Connery, któremu lata dodawały klasy i kolejnych punktów w skali estetyki. A jednym z powodów, dla których odnowiony Doktor po 30-letniej przerwie odniósł tak wielki sukces, było to, że zagrał go Christopher Eccleston (wówczas sympatyczne i dobrze zakonserwowane 40). Po serii młodych energicznych Doktorów mamy oto powrót do Doktorów starych – starych starych, w każdym sensie, takich jak Pierwszy (prawie), Drugi i Trzeci oraz Siódmy. Okej, być może niepotrzebnie rozdzieram szaty. Pamiętam, że te x lat temu zareagowałam podobnym zdumieniem na wybór Tennanta, którego znałam jedynie z roli Barty’ego Croucha w Potterze, a który okazał się najlepszym Doktorem w historii. Jednak wybór 55-letniego Capaldiego pociąga za sobą łatwe do przewidzenia skutki: znacznie mniej szaleństwa, dynamicznego ruchu, biegania, walk wręcz i akcji. Dwunasty nie będzie tak zabawny jak Jedenasty, Dziesiąty i Dziewiąty. Wszelkie wątki romantyczne właśnie zostały brutalnie utłuczone, gdyż o ile dla Rose Dziewiąty był „trochę za stary” wedle słów jej matki, to między młodziutką Clarą a wiekowym Dwunastym to już byłaby ewidentna pedofilia. Czyli powracamy do klasycznego układu Doktor – Towarzyszka, Tatuś/Dziadek i jego przyszywana Córka/Wnuczka jak w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, podczas gdy za oknem panoszy się XXI wiek. Dwunasty prawdopodobnie będzie dystyngowanym intelektualistą w garniaczku (ach gdzież się podziały conversy do garnituru?) bez tej boskiej iskry szczenięcego szaleństwa, jaką przeuroczo sprzedał nam Matt Smith.

Być może (oby) niepotrzebnie rozdzieram szaty i Capaldi na spółkę z Moffatem mnie pozytywnie zaskoczą, ale na razie „We are not amused”.

A poniżej Ryżyk i mój własny Cyberman, nabyty za grosze drogą kupna na pchlim targu.