CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
piątek, 31 sierpnia 2012
Tymczasek

Kurka, żyję, żyję... Nic mnie w tym Wrocku nie zeżarło. Było superzajebiaszczo i wogule.

Moje buty narobiły zamieszania kolejno na lotnisku w Gdańsku, potem na konwencie, a potem na lotnisku we Wrocławiu.

Mam nową torbę z kotem.

Jutro pogrzeb.

Nie torby. Kuzynki.

Redakcja jakiejś spejs łopery.

Fanfic po rusku.

W poniedziałek 50 kilosów rowerem do Kościerzyny.

A poza tym jestem normalna.

Chyba.

Nie wiem.

Normalna notka jak się ogarnę.

A KOSSAKOWSKA DOSTAŁA ZAJDLA ZA GRILLBAR, JUPIIII!!!!

(Jestem trzeźwa. Naprawdę.)

środa, 22 sierpnia 2012
Polcon i opowieści przedmiotów

W związku z nadciągającym Polconem 2012 we Wrocławiu, nadciągam tam również ja. Nie pytajcie mnie, kiedy i gdzie mam punkty programu, bo jako żywo nie wiem. Organizatorzy nie podali mi tego do wiadomości, a ze strony http://polcon2012.pl/ nie da się pobrać rozpiski programowej. Pewnie się dowiem na miejscu. Nie byłby to pierwszy raz. Mam spotkanie autorskie (nie wiem kiedy i gdzie), uczestniczę w panelu o kotach w literaturze (nie wiem kiedy, gdzie i z kim), wygłaszam prelekcję o zachowaniach ludzkich podczas globalnych katastrof (patrz nawias nr 1) i podpisuję swoje książki (zapewne gdzieś). Poza tym jeśli ktoś będzie miał potrzebę zanabycia drogą kupna kolczyków z budką Tardis, wisiorka z Sherlockiem, kolczyków z Irene Adler i wszelkich dyndadeł innego rodzaju to proszę się nie krępować – sklep noszę ze sobą w takiej dużej czarnej torbie. Na każdym konwencie, tylko wygląd torby może się zmieniać.

Lecę też pierwszy raz w życiu samolotem i nie, nie obawiam się spadnięcia, widmo Smoleńska nade mną nie pohukuje, natomiast skromny bagaż podręczny przekroczył przepisową wagę 6 kg, co mnie wprawiło w bardzo zły humor. Wszystko z powodu wspomnianej wyżej biżuterii. Nie nadam jej do luku bagażowego, bo wyjdzie stamtąd w drobnych kawałkach, a waży ponad 3 kilo. Jak spróbuję przepchnąć nadwagę na odprawie, to mnie cofną na bramce. Wyszło na to, że mam 2 sztuki bagażu, przy czym ten podręczny jest cięższy od tego normalnego. Paranoja. (Ale za to wzięłam zapasowe sandałki, o.) Dojazd z moich peryferii na lotnisko to kolejna paranoja, ale traktuję ją jako Przygodę. Gorzej z tą przygodą w drugą stronę, kiedy będę wracać do domu w niedzielę i nocą.

Wrocławiu, autorka „Naznaczonych błękitem” nadciąga, ahoj!

*

W jednej ze starych notek opowiadałam, że lubię polowania w lumpeksach. W sumie ubieram się w tych przybytkach niemal całościowo, łącznie z butami. Kiedy potrzebuję czegokolwiek (no, poza bielizną osobistą) zawsze zaczynam poszukiwania od wyselekcjonowanych, znanych sobie szmateksów czyli tak zwanych górnolotnie Salonów Odzieży Używanej. Nie tylko z oszczędności – co tu kryć, w najdroższym z takich miejsc ubrania kosztują dwukrotnie mniej niż w dowolnej sieciówce – ale także dlatego, że w „normalnych” sklepach rzadko kiedy coś trafia w mój gust i moje wymiary (103x83x103 jakby ktoś był ciekaw). Producenci albo szyją ciuszki w dziwnych kolorkach dla anorektycznych, płaskich jak decha nastolatek, albo proponują odzież typu worek, zakładając, że jak kobita ma 103 w cycku, to w pasie ma 140 – o kolorkach i wzorkach tych kreacji lepiej nie wspominać. A właśnie w szmateksach najczęściej trafiam na ten „złoty środek”, tam, gdzie trafiają „używki” z Anglii, Irlandii, Francji i Ameryki. Jakoś tam wiedzą, że kobieta powyżej pewnego wieku nadal chce się ubierać kolorowo, modnie, wesoło i dowcipnie. Tam znajduję cudowne T-shirty, ciekawe dżinsy, markowe ubrania sportowe i kurtki, buty o wiele lepszej jakości niż te z CCC czy Deichmana, i tak dalej. Szmateksy dzielę na: czyste, brudne, nudne i ciekawe. Dość często czyste są zarazem nudnymi, a brudne bywają ciekawe, choć nie jest to regułą. Jeśli wszystkie ciuszki wiszą porządnie na wieszakach, wycenione i posegregowane kolorami, owszem, jest estetycznie i przyjemnie, ale zwykle w takim punkcie nic nie znajduję. Ot, sztampa. Ale w tych mniej porządnych, ciasnawych, gdzie ciuchy tłoczą się na wieszakach w niejakim bezładzie lub kłębią w koszach, można natrafić na takie skarby za tak małą kasę, że opada szczęka. To z najbardziej zapyziałego lumpa na prowincji uratowałam kultową już owieczkę-plecaczek, z „brudów” wyłowiłam prawie nową skórzaną kurtkę, z zawilgoconej piwnicy wyniosłam łup w postaci nowiutkich dżinsów marki Kosmo Lupo. Na wieszaku w całkiem przeciętnym lumpexie wypatrzyłam polar z naszytymi wilkami, w innym ze spodu kosza wyciągnęłam pościel z Doktorem Who, a w jeszcze innym z Harrym Potterem. W „brudnym” znalazłam buty Shelly’s, na które w normalnych warunkach nigdy w życiu nie byłoby mnie stać, a w kolejnym „brudasie” motocyklowe New Rocki, które nabyłam za oszałamiającą kwotę 20 zł. To jest jeden aspekt tych polowań. Drugim jest OPOWIEŚĆ. To właśnie dlatego lubię włazić do „brudnych” i grzebać w zwałach szmat. Wybitnie usmotruchana błękitna bluza z Quechua – gdzie była? Kto ją nosił? I gdzie? Góry? Wyprawa do lasu? Dlaczego ktoś pozbył się tej koszulki z Goretexu? Jest w dobrym stanie, ale wąska. Może były właściciel utył? A może kupił sobie coś lepszego? Rozdarcie i plamy z trawy na spodniach – tu była wywrotka.  Błoto i kamyczki wbite w podeszwy adidasów – ktoś łaził po chaszczach. Przypalenie na kołnierzu kurtki – pamiątka po ognisku. Maskotka miś z wciąż jeszcze przyczepioną karteczką z życzeniami urodzinowymi, data sprzed dziesięciu lat. Ktoś sprzątał pokój, pozbył się zbieracza kurzu, do którego nie był przywiązany. Szorty podpisane imieniem Dennis. Kolorowe poszwy, zasłonki i śpiwór z Hanną Montaną – dzieci wyrosły, uznały, że to obciach mieć w pokoju takie rzeczy. Niektóre może już są w koledżu? Wielbłąd na baterie – pamiątka z Egiptu, na sto procent. Co tu robi muzułmański dywanik modlitewny? Jaką drogę przebyło to indyjskie sari? Naszyjnik z kości węża, nanizany na włókno palmowe – przyjechał z Ameryki Południowej? I nakręcany wieprzek w stroju Elvisa Presleya – niektórzy ludzie mają naprawdę obłąkane pomysły :-))) Żaden z tych przedmiotów nie był nowy i każdy miał za sobą jakąś drogę, jakąś historię – i zabierając niektóre z nich ze sobą, dopisuję tej historii dalszy ciąg.

Błękitna bluza pojedzie ze mną w Gorce.



wtorek, 14 sierpnia 2012
Na wakacjach

Na wakacjach


autor: songlin

tłumaczyła: Toroj
oryginał: On Holiday

źródło: http://archiveofourown.org/works/386326
kategoria: humor, slash
seria: „Wolę pisać”


Zarezerwowałem bilety w pierwszej klasie, odlot za dwa tygodnie. SH

 

O! Do Barcelony? John

Nie, John, do Władywostoku. Oczywiście, że do Barcelony. SH

Poważnie? John

Poważnie. Z twoim kolanem lepiej, a ja obiecałem, że zrobię rezerwację. SH

No to w drogę. John

Chwila, a skąd mamy pieniądze na pierwszą klasę? John

 

Czarna American Express Mycrofta. SH

Tylko ten jeden raz. John


----------------------

LISTA RZECZY DO HISZPANII


- paszporty (zadzwonić do Mycrofta?)

- Sherlock  kupuje sobie kąpielówki.  Nie. Tak.

- krem do opalania !! Krem z filtrem co najmniej 80, pełna ochrona UV.

- apteczka podróżna.

- okulary przeciwsłoneczne, i nie takie za 5 funtów  Sherlock.

- hiszpańskie rozmówki na komórkę Nie żebyś wiedział jak się nimi posługiwać. SHERLOCK!
- czeki podróżne Czarna American Express Mycrofta. czeki podróżne
- ręczniki plażowe

- żel Aloe Vera !!
- aparat(y) jednorazowe
- takie coś żeby komórka działała za granicą

- adaptery sieciowe?

- wizy turystyczne

- prezerwatywy

- lubrykant

-------------------------

Pięć dni. SH

Aha :-) John

------------------------

Cztery dni. SH

Zamierzasz odliczać każdy dzień? John

-----------------------

Trzy dni. SH

Musisz to robić, kiedy jestem w pracy? Powieś sobie na lodówce kalendarz adwentowy, jak mały chłopczyk. John 


-----------------------

Dwa dni. SH

Nie wkurzaj mnie. Mam jeszcze pełno spraw do załatwienia. John  

Nie. SH

Owszem, tak. John

Nie. Wszystko gotowe. SH

A to dopiero! Naprawdę wszystko spakowałeś czy po prostu zignorowałeś to, co uznałeś za nieważne? John

 

Wszystko, nawet jakieś głupie bzdety. SH

Nie ruszaj się z miejsca. Zaraz wręczę ci medal. John

 

Starczy jak wręczysz mi siebie. SH

---------------------------

JUTRO. SH

Wiem. Wracaj do łóżka. Zimno. John

---------------------------

Wyszedłem kupić jeszcze parę drobiazgów. Jeśli nie wstaniesz i nie pozbierasz się nim wrócę, wywlokę cię w tym co masz na sobie. John

 

---------------------------

Literacki styl Stiega Larssona jest ewidentnie zapożyczony, a fabuła przewidziana dla nastolatków. SH

 

Masz zamiar esemesować do mnie w samolocie? John

I co cię obchodzi co czytam? John

Będziesz na mnie zły, jeśli będę mówił o innych pasażerach tutaj, gdzie mogą mnie słyszeć. SH   

 

Naprawdę nie potrafisz wymyślić niczego innego, czym mógłbyś się zająć? John

 

W tym samolocie nie ma absolutnie niczego, co mogłoby mnie zainteresować. SH   

 

A wiesz, że kiedyś prawie dołączyłem do klubu „Namiętność w obłokach”? Jeśli zgadniesz kiedy i z kim, to możemy dołączyć do niego teraz. John


„Namiętność w obłokach”, albo „Mile high club” slangowe określenie ludzi, którzy uprawiają seks w samolocie na wysokości co najmniej jednej mili (1609 m). Wyrażenie metaforyczne, oficjalnie taki klub nie istnieje.


-----------------------------

Zamierzasz siedzieć cały dzień w hotelu? John

 

Niech pomyślę. Jedyna alternatywa to dołączyć do ciebie na plaży? SH


Dzisiaj – tak. John

W takim razie nie. Nie wyjdę. SH

 

Obiecałeś. John

Obiecałem, że jak zakończysz fizykoterapie to pojedziemy do Hiszpanii. Nie obiecywałem, że będę chodzić na plażę. SH

No dobrze. Co ci się nie podoba na plażach? John

Co mi się nie podoba? Niech pomyślę... SH

1. Piasek. Nieprzyjemne drobiny piasku, włażące wszędzie, we wszystkie miejsca i nie można się ich pozbyć. SH

 

2. Słońce. Popatrz na kolor mojej twarzy, John, i powiedz, czy ja jestem wielbicielem opalenizny? SH


3. Morska woda. Obrzydliwa w smaku, szczególnie kiedy naleje się do nosa i dostanie do zatok. SH

 

4. Morskie stworzenia. Paskudne w dotyku, wiele z nich gryzie albo parzy. Podkradają się niezauważalnie. SH

5. Plażowicze. Hiperaktywne dzieci, rzucające piaskiem. Nieznośne, nietrzeźwe mieszczuchy na urlopie. Pustogłowe blondynki, wysmarowane olejkiem do opalania. Nie, dziękuję. SH

Aż za wiele. Jeśli nie masz nic przeciwko, wytoczę kontrargumenty. John

1. Piasek owszem. Ale potem można wziąć prysznic z tym, kto był z tobą na plaży, a nawet poleżeć z nim w wannie. John

 

2. Dobry argument. Ale mamy też krem przeciwsłoneczny i cudowny cień pod parasolami. I można poprosić, żeby ktoś cię posmarował tym cudownym chłodnym kremem w ten gorący dzień. Tylko pomyśl! John

 

3. Nikt ci nie każe włazić do wody. Pierwsza większa fala poniesie cię aż na Korsykę. John

 

4. Zgadza się. I jeszcze muszelki. I śmieci. Będziesz mógł dedukować, co się wydarzyło na przestrzeni 2 mil od wybrzeża. John


5. Też dobra uwaga, dlatego chcę dołączyć dwie swoje. John

 

5a. Teraz na plaży nikogo nie ma, i nie chcę być podejrzliwy ale czuję w tym rękę Mycrofta i... John 

5b. ...właśnie jestem na tej plaży. Półnagi. John

Nie wejdę do wody. SH

 

Przecież nie nalegam. John

Krem przeciwsłoneczny. Z bardzo wysokim filtrem. SH

Wszystko co zechcesz. John

 

Cudownie. Będę za 10 minut. SH

-----------------------------

Pośpiesz się. SH

Pośpiesz się. SH

Apteka jest dosłownie za rogiem. Gdzie jesteś? SH


Nie zdejmuj tych cholernych spodni, już prawie jestem. John

 

Już zdjąłem. Musiałem zdjąć. SH

 

TAM się nie poparzyłeś. Nie dramatyzuj. John

 

Pasek mnie podrażniał. Boli. SH

To ty nie posmarowałeś się kremem po kąpieli. John

 

ZASNĄŁEM. SH

Ostatnie co zrobiłeś przed zaśnięciem, to wytrąciłeś mi z ręki krem, bo „eksperymentowałeś z uspokajającym efektem wchłaniania witaminy D przez skórę”. John

 

Bardzo długi synonim „opalania”. John

 

Zamknij się. SH

Pośpiesz się. SH

--------------------------

Gdzie jesteś? John

Sherlock. John

 

Sherlock! John

 

Trick z herbatą miętową zadziałał. Oparzenie mniej boli. Jestem na targu. SH

Co ty, do diabła tam robisz? John

Oszuści, John! Kieszonkowcy! Złodziejaszki! SH

 

Mogłem się domyślić. Szybko wrócisz? John

Być może. SH

 

Dobrze. John

--------------------------

Chyba nie wrócę tak szybko, jak miałem nadzieję. SH

 

O, Boże. John

 

Jeden ze sklepikarzy, sprzedający fałszywe miecze, obraził się na moje uwagi o oryginalności jego certyfikatu handlu „oryginalną stalą z Toledo”. SH

 

SHERLOCK! John

 

Jestem w komisariacie. SH


---------------------------

Nie myślałem, że masz w Barcelonie ludzi z długiem wdzięczności, do których możesz zadzwonić. John

Nie ma się czemu dziwić, przewidywałem taki obrót spraw. MH

 

Obowiązkowo powiedz mojemu bratu, że jak następnym razem ukradnie moją kartę kredytową, niech zostawi portfel. Jest z krokodylej skóry. MH


---------------------------

Do diabła, co ty im powiedziałeś? John

 

Po co mówić, kiedy można dać do zrozumienia? MH

 

Dali nam policyjną eskortę do hotelu i cały czas przepraszają. Dzięki. John

 

Proszę bardzo. Czy mogę zasugerować, żebyście zostali w hotelu dzień albo dwa? Nie chcemy przecież, żeby on cię znów wciągnął w nowe nieprzyjemności. Moje możliwości nie są nieograniczone. MH


Będę o tym pamiętał. John


----------------------------------

Gdzie jesteś? SH

 

Wyszedłem. Potrzebuję kilku drobiazgów ze sklepu. John

 

Obudziłem się, a ciebie nie ma. To przykre. SH

Przepraszam. Nie wstawaj, zaraz do ciebie dołączę, jak tylko wrócę. John

 

Mam nadzieję. SH

 

A potem do zoo? John

 

Potem. SH

------------------------------

Dokąd poleciałeś? Odwróciłem się na moment a ciebie już nie ma. John

 

Ten krokodyl miał dostęp do ludzkich szczątków. SH

 

O, Boże. Nie podchodź do krokodyla. Idę do ciebie. John

Tak. On jest przekarmiony. Zjadł co najmniej dziesięć kamieni mięsa, bardzo symboliczne. A w ekskrementach są ludzkie kości śródręcza. Prawdopodobnie mężczyzny. SH

Sherlock. Nie zbliżaj się, nie przyciągaj uwagi i tym bardziej nie dotykaj krokodyla ani jego ekskrementów. Zwłaszcza ekskrementów. John

 

Sherlock?  John

-----------------------------

Zoo zgodziło się nie wysuwać oskarżeń, jeśli nikomu nie powiemy, co dozorczyni zrobiła ze szczątkami męża. Czyli sprawa nie na blog. SH

 

John? SH

Mamy jeszcze dwa dni. W hotelu jest jaccuzi, którego jeszcze nie używaliśmy. Wybieraj. Szukasz nowych nieprzyjemności albo idziemy do jaccuzi. John

Moje kąpielówki są w pralni. SH

Naprawdę myślisz, że będziesz potrzebował kąpielówek? John

------------------------------

Osobisty blog doktora Johna Watsona

17 lipca

 

Wróciliśmy z Hiszpanii wczoraj późnym wieczorem. Sherlock jeszcze śpi i możliwe, że będzie tak spał aż do września. Nie wiem czy on w ogóle spał w podróży.
Był to odpoczynek pełen przygód. Jakimś cudem trafiliśmy na posterunek policji tylko dwa razy. Oskarżeń na szczęście nie wysunięto, choć jeśli jeszcze raz pojedziemy na urlop, to mi to niewątpliwie grozi. Za morderstwo. Dokonane na współlokatorze. 
Nie mogę opowiedzieć o wszystkim, co nam się przytrafiło, z powodu dokumentu o zachowaniu tajemnicy, podpisanym przez obie strony. Sherlock Holmes w otoczeniu nowych zabawek zachowuje się dokładnie tak, jak można się było spodziewać. Wystarczy powiedzieć, że w danym momencie przyzwoicie się opalił, ugryzł go krokodyl i podpisał umowę o zachowaniu poufności.

Ja się fantastycznie opaliłem, uniknąłem pogryzienia przez krokodyla i niechętnie wracam do Anglii oraz do pracy.

----------------------------

Fajnie było? SH

 

O, tak. John

Cieszysz się, że wróciłeś do domu? SH

 

Boże, tak! John



Regulamin domowy

Regulamin domowy


Autor: songlin
Oryginał: House Rules

Źródło: http://archiveofourown.org/works/383413
Tłumaczenie: Toroj 

Kategoria: komedia, slash niegraficzny
Seria: „Wolę pisać”

Idę po zakupy. Zabierz słoik z karaluchami z lodówki, inaczej się z tobą policzę. John

 

Kiedy tylko tam jest wystarczająco zimno. SH

 

Jestem pewien, że twój wyrafinowany umysł poradzi sobie z tym problemem. Karaluchy won. John


-----------------

Wsadzę ci te karaluchy do łóżka. A papierosy przenoszę do kategorii „śmietnik”. John

 

Karaluchy zostają. Muszę sprawdzić, czy madagaskarskie syczące karaluchy są zdolne do wydawania charakterystycznych dźwięków również w niskich temperaturach. SH

 

Tak, tak, one syczą. Wsadź je do lodówki pani Hudson, a ja przyniosę plastry nikotynowe. John

Okej. SH

------------------

Punkt za pomysłowość. Przy okazji, wanna wygląda, jakby ktoś obudził się w niej bez nerki. Widzę nieszczelny słoik. Co się stało? Wszystkie karaluchy zdechły? John

 

Tak. SH

 

Przynajmniej te tutaj. SH

Znam co najmniej 42 sposoby zabicia cię gołymi rękami. Mam broń, dokładnie wiem gdzie sypiasz i spędzam sporo czasu z zębami blisko twojego penisa. Nie wódź mnie na pokuszenie, Sherlocku Holmesie. John

Niestety, nie sprawdziłem piekarnika przed włączeniem. Menu obiadowe: pieczone karaluchy albo chińszczyzna na wynos. Twój wybór. John

------------------

REGULAMIN UŻYWANIA LODÓWKI

 

  1. Żadnych żywych zwierząt (z owadami i pajęczakami włącznie), nawet w pojemnikach.
  2. Żadnych szczepów wirusów i bakterii, nawet w szczelnych ampułkach.
  3. Żadnych eksperymentów z truciznami, substancji paraliżujących, materiałów szkodliwych, albo jakichkolwiek innych rzeczy, zdolnych zaszkodzić lub zabić normalnego dorosłego człowieka.
  4. Części ciała (ludzkie albo zwierzęce) powinny być zapakowane do hermetycznych, nieprzezroczystych pojemników rozpoznawalnych gołym okiem.
  5. Żadnych pająków jakiegokolwiek rodzaju na wieki wieków, jeśli Sherlock Holmes nie chce otrzymać całkowitego zakazu seksu do końca dni swoich.
  6. Punkt 4 dotyczący kawałków trupa dotyczy również ludzkich płynów ustrojowych.

    Sherlock Holmes albo dostosuje się do powyższego regulaminu, albo poniesie konsekwencje. Konsekwencje w tym wypadku będą polegały na wyrzuceniu wszystkich wyżej wymienionych rzeczy na śmietnik oraz na tym, że jego boyfriend zabierze swój zgrabny tyłek do sypialni piętro wyżej na co najmniej tydzień – a w ciągu tego czasu Sherlock Holmes będzie mógł się pogrążać w seksualnej frustracji i rozmyślać o tym, co zrobił.

    -----------------

Ja pierdolę! PIERDOLĘ! John

 

To znaczy nie. Nawet nie myśl o pierdoleniu w najbliższym czasie! John

 

Ewentualnie tylko myśl. Nadaremnie. John

Jesteś fiutem. John

 

Nienawidzę cię. John

Nie masz aktualnie żadnej sprawy, do której możesz potrzebować cholernego wielbłądziego pająka. Żadnej. One nawet nie występują w Anglii. John

Jedyną przyczyną, dla której pozwoliłeś PIEPRZONEMU WIELBŁĄDZIEMU PAJĄKOWI spacerować po PIEPRZONEJ LODÓWCE, w której chowam CHOLERNE JEDZENIE, może być testowanie mnie. Czuję się przetestowany. BARDZO PRZETESTOWANY. John  


Nigdy bym nie sądził, że człowiek jest zdolny wydawać takie dźwięki. SH

 

Na szczęście zrobiłem nagranie do późniejszych badań. SH

Twoja zdolność budowania zdań pogarsza się, kiedy jesteś wystraszony. Jednak należy odnotować, że znacznie wzrasta barwność określeń. Być może konieczne będą dalsze eksperymenty. SH

Wynikiem dalszych eksperymentów zawierających mściwe gryzące długonogie afgańskie pająki będzie odbicie mojej podeszwy na twojej twarzy. John

 

Jak porozumiewałeś się z ludźmi przed wynalezieniem sms? John 

Jak prowadzisz bloga, skoro do tej pory piszesz dwoma palcami? SH

 

Jesteś skończonym sukinsynem. Spalę twój płaszcz w kominku. John

Łatwiej go złapać niż karalucha. SH

Próby wzbudzenia w tobie poczucia winy są z góry skazane na porażkę. Ciesz się swoim pustym łóżkiem. John


----------------------

 

Albo są dwa, albo ten pierwszy przeżył, kiedy rzuciłem w niego twoim butem. To bardzo możliwe. John

 

Jakieś problemy? SH

 

Chwila, moim butem? SH

 

Tak. Oboma. John

Czy ty zamknąłeś się w łazience? SH

 

Szlag. Wygoń. Go. John

 

Przemyślę to. SH

Sherlock, jeśli ten Pająk Szatana nie zniknie w ciągu 15 minut, zadzwonię do Mycrofta i powiem mu, że oficjalnie jesteśmy razem. John

 

Nie zrobisz tego. SH

Zrobię. John

 

I ostatecznie przyznasz się do paraliżującej arachnofobii. Mojemu bratu. SH

 

To jest tego warte. John

I ona nie jest paraliżująca, za wyjątkiem sytuacji, kiedy pająk jest takiej wielkości, że mógłby zeżreć chomika. Wielkie dzięki. John

Pamiętajmy też o wystawieniu naszych stosunków na ingerencje Mycrofta. SH

 

Sherlock, Mycroft mieszał się w nasze stosunki od samego początku, kiedy tylko się poznaliśmy. A teraz jedynie zacieśniłby kontrolę. Może nawet z tej okazji nas odwiedzić. John

Przegonię tego pająka. SH

 

Dzięki. John

-------------------------

Nie mogę go złapać. SH

 

Co? John

 

Zdaje się, że uznał kuchnię za swoje terytorium i go broni. SH

 

Solifugae daesiidae rozwija prędkość do 16 km/godz. SH

Tak, dowiedziałem się tego w Afganistanie, kiedy taki jeden zagnał na stoły połowę mojego oddziału. John

 

Logiczne. Zdaje się, że nie umie wejść na stół. SH

 

Wlazłeś na stół? John

 

Tak. SH

Co? SH

One gryzą kiedy się czują zagrożone. Podobno nie są jadowite, ale wolę nie sprawdzać. SH

CO? SH


Dzielny Sherlock Holmes, obrońca prawa, zagnany na stół przez pająka. John

 

Gdybym chciał, mógłbym ukryć twoje ciało tak, że nikt by go nigdy nie znalazł. SH

 

Piszczysz jak mała dziewczynka? John, przyjdź i zabij tego strasznego pająka? John

 

Czy muszę ci przypominać, że to nie ja w chwili paniki wyliczam dużo okropnych i nieprzystojnych rzeczy pod adresem wszystkich świętych? SH

Teraz to nie ma żadnego znaczenia. Sherlock Holmes siedzi na stole, bo na podłodze jest straszny pająk. John

 

Szkoda, że nie mogę tego sfotografować. John

 

Chwilunia! Założę się, że wiem, kto może mieć to zdjęcie, skoro ma rozmieszczone kamery w całym naszym mieszkaniu. John

Nie ma. Cały czas sprawdzam. SH

 

Cholera. To byłby dobry prezent urodzinowy dla Lestrade’a. John

Sam to na siebie sprowadziłeś. John

A więc, istnieje jakiś chytry plan pozbycia się tej kosmatej ośmionogiej grozy? John

 

Nie. SH

 

Rozumiem. Teraz jesteś zły. John

Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że to wszystko jest twoja wina? John

 

Dzwonię do pani Hudson. John

 

Nie. Ona boi się pająków nawet bardziej niż ty. SH

To do Grega. John


Za bardzo się z nim liczysz. To by pogrzebało twoją męską samoocenę, już i tak nadszarpniętą faktem, że podczas seksu analnego lubisz być na dole. SH

Minęła co najmniej godzina od kiedy nazwałem cię sukinsynem. John

 

Nie denerwuj się. Mam plan. SH

 

Powinienem czuć ulgę. Ale nie czuję. Zupełnie nie. John

Sherlock. John


Sherlock. John

 

SHERLOCK. John

Jest martwy. Sprawdziłem. SH

Czy ten hałas to było to, co myślę? John


Tak, SH


Wychodzę. Musimy pogadać. John

Embargo na seks nadal obowiązuje? Przecież go zabiłem. SH

Owszem, teraz podwójne. John

-----------------------

PISTOLET JOHNA NIE SŁUŻY DO:

1. Strzelania do ścian
2. Strzelania do mebli
3. Strzelania w powietrze w centrum miasta, nawet po to, żeby przyciągnąć uwagę policji

4. Drapania się po głowie
5. Teatralnych gestów
6. Zabaw w łóżku
7. Strzelania do stworów, które, do diabła, Sherlock Holmes sam przyniósł do mieszkania (włączając w to wielbłądzie pająki, ale nie tylko)

 

 

camel spider – dosłownie „wielbłądzi pająk”, solfuga, dorasta do 15 cm.

 

Od tłumaczki: fanfik został przetłumaczony z rosyjskiej wersji językowej, więc mogą wystąpić drobne nieścisłości, choć wszystkie trzy wersje były porównywane ze sobą. Wiem, to osobliwe, ale kto tu jest normalny, niech pierwszy rzuci kamieniem.



sobota, 11 sierpnia 2012
O postawie Kotów Niekanapowych

W poprzednim odcinku było o Biednych Misiach.

Rozstanie z Biednym Misiem jest najlepszą rzeczą, jaką można zrobić dla siebie i (o dziwo) także dla niego. Wykopany z ciepłego gniazdka BM po prostu musi wykrzesać z siebie choć odrobinę energii, żeby usmażyć sobie jajecznicę, wyprać samodzielnie skarpetki, pamiętać o kupieniu mydła i papieru toaletowego. Oczywiście wszelkimi siłami będzie próbował wrócić do starych układów, jojcząc, wzbudzając w byłej partnerce poczucie winy, litość i uciekając się do szantażu emocjonalnego. Jest to trudna sytuacja zwłaszcza wtedy, kiedy nadal przebywa się z BM w jednym lokalu. Jeśli BM podkrada ci kawę, ser czy cokolwiek innego, nie wahaj się zrobić karczemnej awantury, choć będzie to wyglądało naprawdę głupio – ale pamiętaj, jak machniesz ręką dziś na plasterek sera czy łyżkę kawy rozpuszczalnej, to za miesiąc zorientujesz się, że brakuje ci pół kilo cukru i kotleta, a BM będzie się domagać przyszycia guzików i pożyczki 100 zł. Jeśli zrobisz cokolwiek dla Biednego Misia (nie za często), powinno to wynikać z twojej dobrej woli i być wymianą barterową, czyli w najbliższym czasie bezwzględnie zażądaj czegoś w zamian – ale też nie za często, żeby nie pomyślał, że jednak go do czegoś potrzebujesz. Celem jest oderwanie całkowite z obu stron. Idealna jest sytuacja, kiedy BM się wyprowadza, ale powiedzmy sobie szczerze, rzadko kiedy BM to robi, chyba że przenosi się do mamusi lub do nowej żywicielki, która jest na tyle głupia by sobie go zawiesić na szyi. Innymi słowy – musisz być, kobieto znowu wolna, twardą, wredną, bezlitosną babą.  

Postępowanie odrywające jest trudne ale w sumie proste. W każdej sytuacji zastanawiasz się przez chwilę, jak by postąpił Biedny Miś i robisz dokładnie odwrotnie.

Nie jęczymy.

Nie siedzimy w domu.

Nie użalamy się nad sobą.

Nie celebrujemy każdego przeziębienia jakby było dżumą.

RUSZAMY SIĘ.

Przede wszystkim wrogiem jest samotność. Nie bójmy się poprosić o pomoc, zagadać do znajomych, odnowić zapomniane kontakty albo szukać nowych. Przeszukanie okolicy pod kątem jakiegoś klubu zainteresowań może dać cudowne rezultaty – nie będziesz myśleć o parszywej sytuacji domowej, będziesz w towarzystwie innych ludzi. Nie pocieszaj się żarciem. Uprawiaj sport, jakikolwiek. Pływanie, rower, chodzenie z kijkami, biegaj. Jak zdrowie nie pozwala, to przynajmniej chodź na spacery – codziennie, niezależnie od pogody. Ruch i głębokie oddychanie uwalnia endorfiny. Jak nie masz kasy to szukaj czegoś, co możesz robić tanim kosztem albo wręcz za darmo – nikt jeszcze nie skarżył się na drożyznę spacerów. Wykreślamy ze swojego słownika zwrot „nie mogę”. Możesz tak naprawdę bardzo dużo. Jak nie jedno to drugie, a jak nie drugie to trzecie. Nie jesteś Biednym Misiem, pamiętaj!

Mnie osobiście z dołka wyciągnęło w cudowny sposób kajakarstwo. BM naturalnie natychmiast by wyciągnął sto argumentów przeciwko: pogoda, za drogo (właśnie nie za drogo, wręcz tanio), zimno, wiosła ciężkie, mokro. Ale ja nie jestem BM tylko Kot Niekanapowy. Powiedziałam, że MOGĘ i rzeczywiście mogłam. I mogę nadal.

Sprzęt niezbędny na dwudniowy spływ: namiot (można wypożyczyć), śpiwór, karimata (tania jak barszcz), plecak lub torba (zawsze się w domu coś takiego ma), kilka grubych worków na śmieci (na kajaku zawsze jest mokro), odzież przeciwdeszczowa (koszt 20 zł w dowolnym lumpeksie), jakiś polar, koszulka, jakieś bojówki, jakieś stare adidasy, buty do włażenia do wody (najtańsze croksy z napiętkiem z Biedronki za 15 zł, doskonale się sprawdziły już na dwóch spływach), rękawiczki rowerowe albo jakiekolwiek bez palców, nawet takie za grosze z ogrodniczego. Latarka, szczoteczka do zębów, mały ręcznik. Butelka z wodą pitną, nóż, niezbędnik typu łyżka-widelec za 8 zł, duży kubek metalowy. Jedzenie: podsuszana kiełbasa, orzeszki, zupy chińskie (jeśli da się na polu namiotowym zagotować wodę), wysokokaloryczne batoniki itp. Z upływem czasu można sobie podrasowywać sprzęt ale na początek spokojnie wystarczają rzeczy tanie i wręcz improwizowane. Nie uprawiamy survivalu tylko sport rekreacyjny.

*

SPŁYW PIERWSZY – początek lipca, rzeka Brda, osiem osób, 4 kajaki.

Bazę mieliśmy w Janowie pod Bydgoszczą i spływaliśmy sobie Brdą. Pole namiotowe pokomunistyczne w dizajnie, w łazienkach syf nieziemski i zero ciepłej wody, ale dwa dni można się w sumie nie myć, a poza tym sam pan kierownik nadrabiał braki niesłychanie uprzejmym i przyjaznym podejściem. Dokoła bardzo przyjemne lasy pełne wielkich poziomek i jagody też się już zaczynają. I maliny. Osiem sztuk nas było – nie za dużo, nie za mało. Zrobiliśmy ognisko, piekliśmy kiełbaski na patykach, gadaliśmy i dezintegrowaliśmy przywiezione zapasy piwa. Taki był wieczór pierwszy. Następnego dnia z gratami owiniętymi szczelnie w worek na śmieci wg instrukcji doświadczeńszych ode mnie udałam się z grupą busikiem 20 kilometrów w górę Brdy i zaczęliśmy spływ. Choć to dużo powiedziane, bo rzeka przypominała staw albo bardzo długie jezioro. Widoki piękne, trzciny, nenufary (te białe i te żółte), zatrzęsienie kaczek, pliszek i całego wyposażenia należnego zbiornikom wodnym. Pogoda obłędna, opaliłam się strasznie dziwnie - mam plecy i ramiona w wielokrotne paski od ramiączek. Rzeka bardzo czysta i przyjemna, tylko płaska i prawie bez nurtu. W kajaku byłam z Krzysiem, starszym ode mnie i doświadczonym kajakarzem. Najwyraźniej bardzo dobrze sobie radziłam, bo na temat techniki wiosłowania odezwał się może ze 3 razy. Dwa razy trzeba było przeciągać kawałek kajaki lądem i przy pierwszej przenosce złapała nas burza i to taka porządna. Staliśmy pod wąziutkim daszkiem, przyciśnięci do jakiegoś magazynu, zasłonięci przed wiatrem, a dokoła szalał żywioł, lało, wiało i zrywało gałęzie z drzew. Zastanawialiśmy się głośno, co robić, jeśli ta wielka wierzba obok nie wytrzyma i zwali się prosto na nas i nasze kajaczki. Wytrzymała. Potem mieliśmy już tylko wrażenia ze schodzenia po mokrej skarpie w stylu „pędem na ryj”. W sumie i tak ulgowo, bo to mogło nas złapać na wodzie. Potem jeszcze się kąpaliśmy, ale przybrzeżnie, bo w wodzie było za dużo habazi (fuj) i łapaliśmy cierniki gołą ręką (naprawdę beznadziejnie głupie ryby). Już zaczynały mnie boleć ramiona, więc się położyłam na chwilę na karimatce, a kiedy potem próbowałam wstać, okazało się, że nie mogę, bo w tym celu należy się np. podeprzeć łokciem, co było prawie niemożliwe. Największe zakwasy w życiu (prawie 7 godzin machania wiosłem). Shigella wepchnęła we mnie ketonal, towarzystwo uznało, że może jeszcze mały spacerek, a ja tu na zasadzie kaleki... Miałam do wyboru cierpieć nieruchomo koło namiotu i się nudzić albo cierpieć w ruchu i się nie nudzić – wiadomo co wybrałam. (Odwrotność BM.) Po drodze trafiliśmy na morwy, które w Polsce są wszak rzadkością, a owoce były już tak dojrzałe, że same wpadały do rąk. Mniam. Obejrzeliśmy też bardzo ładne, zabytkowe, ceglane sanatorium dla gruźlików (podobną zabudowę widuje się w Sopocie). W trakcie przestały mnie boleć ręce i dzień zakończył się w pełni pozytywnie nowym ogniskiem i kiełbaską.

Niestety, wieczorem całe stado nastolatków świętowało tuż obok aż 5 „osiemnastek”, pijąc na umór, migdaląc się gdzie popadnie i być może robiąc jeszcze gorsze rzeczy, ale wetknęłam sobie stopery do uszu i pogrążyłam w błogiej nieświadomości. Swoją drogą, co za frajerstwo, żeby wyjeżdżać w takie śliczne okolice tylko po to, żeby się nachlać i upalić? Nad ranem kolejna burza, przeciekający namiot, humor mi skwaśniał, zaczęłam tęsknić do suchego (!) domu, ale dość szybko wylazło słońce.

Etap drugi zaczęliśmy w samym ośrodku i kierowaliśmy się do Bydgoszczy, skąd miał nas zabrać wesoły pan kierownik. Na tym odcinku rzeka jest szybsza, węższa, bardziej kręta i widoki jeszcze piękniejsze niż poprzednio. Widzieliśmy nawet zimorodka, ale skubaniec był za szybki, żeby go sfotografować. Z fauny: jaszczurka, płynące coś, co było podejrzane o bycie wężem zaskrońcem, pliszki, kaczki różnych gatunków, zimorodek, wrony, nerwowy łabędź, który uznał, że go stalkujemy, pełno niebieskich ważek, oraz niezidentyfikowane homo sapiensy z psami na brzegach. Szczęśliwa byłam jak prosię w deszcz.

Bydgoszcz oglądana od strony wody wygląda niezwykle malowniczo, a do tego po drodze zaliczyliśmy śluzę: wpłynęliśmy do zagrody, pan śluzowy nas zamknął z obu stron, a potem poziom wody szybko opadł o 2 metry z hakiem i wypłynęliśmy z drugiej strony. Danka i Tola mówiły, że się trochę bały, ale nie wiem czego, bo nie było wcale strasznie tylko interesująco. I wszystkie te atrakcje kosztowały mnie raptem 60 zł, plus na koniec zostaliśmy gratisowo poczęstowani przez pana kierownika grochówką. Widocznie się spodobaliśmy jako towarzystwo przyzwoite, w miarę trzeźwe i nieśmiecące.

Poza tym naładowałam się strasznie pozytywnie z powodu Toli i Irka. On 46 lat, ona – 51, parę tygodni temu wybrali się w góry do Rumunii i doskonale sobie tam radzili, mimo doświadczenia polegającego na jednej wycieczce do Zakopanego. Jak oni mogli, to ja też mogę!

 

SPŁYW DRUGI – początek sierpnia, Zbrzyca, 10 kajaków, 20 osób.

Impreza rozpoczęła się w lesie koło miejscowości Kaszuba od ogniska i obchodzenia 50-tych urodzin siły sprawczej tych spływów czyli Krzysia-Rysia. Pieczenie kiełbasek nad ogniem, gadanie, opowiadanie dykteryjek, oczywiście odśpiewanie „sto lat”, piwo i degustacja przedziwnych nalewek własnej roboty – np. cytrynowo-kawowej, albo likier kawowo-miodowo-mleczny, domowe limoncello i miętówka. Aż dziw, że następnego dnia nie miałam kaca po tej mieszance. Sama alkoholu nie wiozłam, ale za to dołożyłam się drożdżowymi bułeczkami z bazylią i oliwkami. Z weselszych punktów: Tola, która wedle opinii znajomych potrafi załatwić wszystko, uroczyście wręczyła przyjaciołom zamówioną przez nich glebogryzarkę – w postaci pudełka z ziemią i sztuczną szczęką wampira ;-) Część rozstawiła sobie namioty, część twardzieli spała pod wiatą w śpiworach. Ja wybrałam namiot, bo i tak musiałam wypróbować nowy nabytek. Owszem, sprawdził się doskonale. Następnego dnia przywitało nas rano cudne słońce, panowie po śniadaniu pojechali przestawić auta, a ja - jako że to miało potrwać dobre 40 minut - poszłam z siatką na grzyby i nazbierałam kurek. A potem zaczął się spływ właściwy. Było nas w sumie 20 osób. Kajaki były wielkie, ciężkie i prehistoryczne, wiosła drewniane i ciężkie jak piekielne okowy, ale to nam bynajmniej nie zepsuło humorów. Startowaliśmy z Parzyna. Zbrzyca jest rzeką wąską, krętą i całkiem bystrą więc trzeba było z wyczuciem manewrować, żeby nie wchrzanić się w trzciny, nie zawiesić dnem na pniach i nie utknąć na zwalonych w nurt drzewach. Był to spływ, mający na celu sprzątanie rzeki, więc każdy team miał w kajaku worki na śmieci i polowaliśmy na to, co pływało przy brzegach. Najczęściej puszki po piwie, butelki szklane i plastikowe, kawałki styropianu, albo opakowania po produktach spożywczych. I była to świetna zabawa, a okrzyk „jaki piękny śmieć!” powtarzał się coraz częściej. Czasami było do czegoś za trudno dotrzeć, albo nurt był za szybki i nie mogliśmy się cofnąć, ale plon tego sprzątania na koniec okazał się całkiem obfity. Nasz zespół (Shigella i ja) zebrałyśmy półtora worka, inni mieli po jednym, po dwa, a zwycięzca nałapał aż trzy. Krzyś-Ryś zapowiedział, że dla najbardziej pracowitych będą nagrody, ale każdy się starał nawet bez takiego dopingu, gdyż była z tego kupa zabawy. Jedna z drużyn wyłowiła nawet pełną puszkę piwa, całą oblezioną przez pijawki, choć panowie nie odważyli się jej otworzyć i spróbować zawartości. Widoki cudowne, zwłaszcza tam, gdzie wpływaliśmy w las i drzewa tworzyły zielony, tajemniczy tunel. Krajobrazy chwilami jak z filmu fantasy. Strasznie żałuję, że nie mam lepszego aparatu fotograficznego, ten w komórce jest do kitu. Koniecznie muszę obstalować sobie coś lepszego. Dodatkowych atrakcji dostarczały mostki, pod którymi należało się kłaniać lub kłaść, a jeden był naprawdę wyjątkowo niski – w momencie kiedy już wpływałyśmy pod spód, zorientowałam się, że podrdzewiałe przęsło za moment zmiażdży mi twarz i w ostatniej chwili zatrzymałam kajak rękami. Jakimś cudem udało nam się osunąć jeszcze niżej i przepełzłyśmy, mając konstrukcję w odległości paru centymetrów od nosa. Oczywiście po drodze naoglądaliśmy się ile wlezie kaczek, kormoranów, łabędzi z przychówkiem i krów na brzegach. Po drodze zatrzymaliśmy się na piwko i frytki – nie można przecież wiosłować bez przerwy. Mieliśmy dotrzeć aż do Laski, ale niespodziewana przerwa została zarządzona w miejscowości Widno. Żona Krzysia-Rysia zadzwoniła, że na polu namiotowym właśnie pobiły się dwie grupy kajakarzy, przyjechała policja i lepiej przeczekać, aż się tam wszystko uspokoi. Była okazja iść na wiejski festyn sobotni, jednak nikt nie miał na to ochoty. Sadząc z oznak było mniej wiejsko, a bardziej wiochowo. Tam też nastąpiło podsumowanie sprzątania i ustalenie zwycięzców, a kilkanaście worków ze śmieciami zostawiliśmy przy pobliskim kontenerze.  

W Lasce po początkowym złym wrażeniu okazało się bardzo przyjemnie i czysto. Były wiaty, miejsce na ognisko, maluteńki sklepik-restauracyjka, a nawet dwie porządne łazienki, choć obsługa kranów wymagała wyższych umiejętności – leciała lodowata woda na zmianę z wrzątkiem. Kolejne ognisko, degustacje, gadanie do północka. Obok stał jakiś wypasiony camper – jak się okazało, należał do starszych Holendrów, naukowców, interesujących się tutejszą zwierzyną, głównie nietoperzami. Żeby zatrzeć złe wrażenie po kajakarzach-burakach, nasi anglojęzyczni naukowcy (Shigella jest mikrobiologiem) poszli z delegacją (i winem), nawiązali kontakty towarzyskie i odbyli miłą rozmowę. Jednak Holendrzy nie chcieli przyjść do ogniska, bo akurat na olimpiadzie startowała ich reprezentacja i patriotycznie zalegli przed telewizorem turystycznym.

Następny dzień – znów pogoda jak na zamówienie, na śniadanko jajecznica, a potem spacerek do pobliskiego jeziora, które okazało się wstrząsająco czyste. W wodzie po pierś nadal człowiek widział całkiem wyraźnie swoje nogi na dnie. Woda ciepła, kąpiel była cudowna, aż żal, że nie można było zostać trochę dłużej. Kolejny etap nie był już tak przyjemny, bo trasa biegła przez pięć jezior, a jeziora są nudne. Dużo płaskiej wody, macha się wiosłami i macha – a w dodatku ktoś zakosił nasz kajak i trafił się nam jakiś zwichrowany, co odbijał w lewo. Traciłyśmy energię na ciągłe kontrowanie. Na szczęście te cholerne jeziora wreszcie się skończyły i zaczął etap rzeczny – ponownie fajny, ciekawy i pełen rozmaitych atrakcji (oraz mostków). Podczas jednej z przerw zrobiłam dużo zdjęć owadów. Potem trafiła mi się podtopiona ważka. Finał spływu nastąpił we wsi Swornegacie (co za nazwa!), gdzie zwykle tradycyjnie całe towarzystwo szło na pizzę, ale cofnęło nas wszystkich, kiedy tylko zobaczyliśmy te dzikie tłumy, krzykliwe dzieci, brzuchatych panów i wymalowane paniusie z yorkami na smyczach. Niedziela turystyczna, psiamać... Ruszyliśmy do Brus, gdzie zjedliśmy w znacznie spokojniejszej atmosferze, a Krzyś-Ryś zakończył oficjalnie spływ, podziękował nam za wysiłek i porozdawał nagrody główne oraz pocieszanki. W ten sposób ku swemu pewnemu zaskoczeniu zostałam posiadaczką malutkiego pendrive’a 8 giga. Mała rzecz, a cieszy. Na pewno pojadę jeszcze na niejeden taki spływ, sprzątaniowy również, bo było wunderbar. A Shigella, która mnie w kajaki wciągnęła, planuje pod koniec września wypad w Beskidy. Co oznacza, że powinnam się szykować i intensywnie pracować, żeby wziąć 4 czy 5 dni wolnego. Bo Koty Niekanapowe MOGĄ.