CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Polcon 2011 - podsumowanko

Wczoraj wróciliśmy z Polconu 2011, który odbył się w Poznaniu. Oboje ze Smokiem zadowoleni. Może nie w euforii, bo z racji wieku euforia nam się zdarza już nader rzadko, ale bez poczucia zmarnowanych 4 dni – a wręcz przeciwnie. Przede wszystkim poznaniaki z klimatycznych (w stylu postapo) Dębiec przenieśli imprezy na teren Targów Poznańskich, co bardzo poprawiło jakość i wygodność. Cały czas dostępny sprzęt multimedialny, czyli żadnego latania z sali do sali z rzutnikiem, lapkiem i pękami kabli. W salach klimatyzacja, dużo miejsca – co prawda na niektórych prelkach ludzie znów siedzieli na podłodze, ale to już taka tradyszyn i orgowie nic na to nie poradzą, bo fanowie jak zechcą to potrafią wypełnić pomieszczenie o dowolnej powierzchni. Kibelki – dużo i czyste. Gżdacze (dla nieuświadomionych: pomocnicy do wszystkiego) w pomarańczowych koszulkach, doskonale widoczni na kilometr i łatwi do zidentyfikowania. Ogródek piwny – dostępny; punkty jedzeniowe w ilości 4 plus możliwość zamówienia pizzy – były; automaty z kawą – były; punkt info dla sierotek we mgle – był; przechowalnia dzieci z osobną nitką zabawowo-programową – była; a poza tym sporo stoisk z książkami, elementami strojów RPG, grami, kostkami, koszulkami i rozmaitymi uciesznymi gadżetami w rodzaju szmacianego Vadera-laleczki. Obfitości programu nie da się tutaj opisać, więc ograniczę się tylko do tego, na czym byłam.

„Gdy Kanon wpada w czarną rozpacz, a Gramatyka z Logiką biegają po łące” – czyli o bardzo-złych-fanfikach i nurcie marysuistycznym*. Z tej prelekcji zachował mi się w pamięci cytat: „Draco był synem Lucjusza (Malfoy) i swojej koleżanki ze szkoły”. Naturalnie przez całe 2 godziny prelegentkom co chwila przerywały wybuchy śmiechu.

Wielki Konkurs Strojów okazał się niewielki, a większość uczestników zapomniała, że prócz przygotowania stroju należy też sobie przygotować odpowiednią jego prezentację, a nie improwizować coś rozpaczliwie do mikrofonu. Niemniej było na co popatrzeć. Pierwsze miejsce (w pełni zasłużenie) dostała zielona ogrzyca z wielkim tasakiem. Miała pomysł nie tylko na postać, ale i na scenkę. („Gupia ludzia!”)

Drugie: ofiara promieniowania z Fallouta, w bardzo trudnym i pracochłonnym kostiumie, która zaśpiewała piosenkę ze wstępu do gry.

A trzecie para „wiedźmińska” w strojach może skromnych, ale za to z dynamiczną prezentacją.

A najfajniej przebrana była i tak dziewczyna, która wcale nie startowała w konkursie.

Na Pyrconie przegapiłam koncert zespołu Percival Shuttenbach, więc nadrobiłam to tym razem. Rzeczywiście, bardzo przyjemny dla ucha, grał coś jakby rockowe wersje utworów ludowych z różnych krajów oraz kompozycje własne. Spodziewałam się tańców na sali, pogo i deptania ludziom po nogach glanami (a ja tu w klapeczkach z powodu upału...) jednak obyło się bez ekscesów. Wyszłam na kwadrans przed końcem i ponoć ominął mnie utwór „Satanismus” http://www.youtube.com/watch?v=8_tn-dBdI9s ale chciałam jeszcze się załapać na Fokę i jej prezentację kadzideł. Niestety, z przyczyn technicznych (system p-poż.) Foka przenosiła się z tymi swoimi śmierdzielami z miejsca na miejsce i w ogóle jej nie znalazłam. :-( Może następnym razem.

Dziewczyna od „Biustu fantastycznego, stanika sadystycznego” wygłosiła krótki, treściwy i bardzo sensowny wykład o odpowiednim dobieraniu stanika do figury, a na deser były fragmenty filmów, na których kostiumolodzy torturują biedne aktorki biusthalterami, które są może biust ale na pewno nie halter, czyli nie podtrzymują niczego, a często są za ciasne i masakrują biednym kobietom piersi. Podczas normalnego oglądania raczej się na to nie zwraca uwagi, dopiero na zwolnieniach i stopklatkach widać tę obfitość buł wylewających się pod pachami, cycków łatających we wszystkie strony podczas ucieczki przed wrogiem/wybuchem oraz dziwne kształty i nieanatomiczne rozpłaszczenia.

Osobiście odbębniłam spotkanie autorskie, dyżur autografów i zapowiadaną prelekcję „Freak show”, która została przez widzów oceniona jako bardzo ciekawa, ale smutna. Naturalnie znów nie zmieściłam się w czasie, pod koniec galopowałam z materiałem i chyba po prostu powtórzę prelekcję na kolejnym konwencie, tym razem koncentrując się na tym, z czym nie zdążyłam.

Miałam wybór między spotkaniem autorskim z Magdą Kozak a „Trucicielem wczoraj i dziś”, ale ostatecznie wybrałam trucizny, bo z Magdą zawsze mogę pogadać prywatnie. Dowiedziałam się rozmaitych pożytecznych rzeczy np. że 1 liść wilczego łyka starczy do otrucia dorosłego człowieka, natomiast do osiągnięcia tego samego rezultatu potrzeba aż 50 igieł cisu. Zapoznałam się też z zasłonakiem rudym, grzybkiem trwale uszkadzającym nerki, śmiertelnie trującym. Jakbym chciała kogoś otruć, to go po prostu zaproszę na potrawkę z zasłonaków.

Ku swemu niezadowoleniu przegapiłam wykład o tabliczkach woskowych (ponoć były popularne jeszcze w XVIII w. jak zeznała Kimera) – czyli kolejny punkt programu do upolowania później.

Gala Zajdlowa i uroczyste zakończenie konwentu na szczęście trwały stosunkowo krótko, ludzie nie zdążyli się znudzić. „Wejście” statuetek zrobione było fajnie i dowcipnie, wniosła je ekipa w strojach, w pudle upodobnionym na Arkę Przymierza z wiadomego filmu.

W kategorii opowiadanie jednego Zajdla dostała Ania Kańtoch za „Duchy w maszynach” a drugiego Jacek Dukaj za „Króla Bólu” w kategorii powieść. Nie pasowały mi w tym roku ani nominacje, ani wynik drugiej tury głosowania, więc na tym koniec.

Ostatniego dnia ostrzyłam sobie zęby na „Wzornictwo celtyckie” i potem na „Kurs rysunku celtyckiej plecionki” ale straciłam cierpliwość do prowadzącego. Wpierw z powodu jakichś komplikacji sprzętowych nie można było odpalić slajdów, potem zaś kudłaty młodzianek zaczął mówić cicho, mamrotliwie i w stylu „wzory celtyckie... eee... są, no wiecie, eee... celtyckie”. Uznałam, że sobie odpuszczę i sprawdziłam w sąsiedniej sali „Co w turzycy piszczy” – strzał w dziesiątkę, fajny wykład z botaniki, wielkie, wyraźne slajdy, prowadzący dowcipny, mówił ze swadą i wyraźnie. Plecionkę celtycką zaś znów prowadził ten sam mamrotliwy młodociany wookie i znów zrejterowałam po około 4 minutach, udając się na piwo. Trudno, nauczę się celtycko pleść z netu.

Poszłam na „Literaturę dziecięcą z perspektywy czytelniczki i tłumaczki” – małżeństwo Kosików mówiło bardzo ciekawie, ale o filmie „Felix, Net i Nika oraz teoretycznie możliwa katastrofa”. Rafał pokazał nawet małe kawałki filmu, jeszcze bez efektów specjalnych - robiło to dziwne wrażenie, kiedy aktorzy robią „łaaał” w powietrze, gdzie zupełnie nic nie ma. Obiekt „łaaał” zostanie domontowany później. Byłam zadowolona, choć nieco zdziwiona, czemu wykład nie ma nic wspólnego z tytułem, a dopiero później się zorientowałam, że pomyliłam sale i zamiast do Auli 2, poszłam do Auli 1 i wylądowałam na „Od pomysłu (książkowego) do przemysłu (filmowego)” - w sumie pomyłka na korzyść.

Co poza tym? Kuba Ćwiek przegrał zakład z fandomem, nie zdołał schudnąć do 75 kilo, co ujawniło publiczne ważenie i będzie musiał napisać romans wampiryczny. Właściwie wszyscy są zadowoleni: on chciał ten romans napisać, a reszta chciała go przeczytać.

W holu zaś co jakiś czas można było zobaczyć pięknie przebrane dziewczyny w strojach stylizowanych na indyjskie, które tańczyły na sposób hinduski pod muzykę całkiem niehinduską, bo np. przy akompaniamencie Nightwish. Było na co popatrzeć, naprawdę.

Więcej fotek TUTAJ

Przepraszam, nie wiem kto jest autorem, nie podpisał się.

 



poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Polcon 2011

Pod koniec tego tygodnia nawiedzę miasto Poznań i będę uczestniczyć w konwencie fantastyki Polcon 2011

Moje punkty programu:

pt 12:00 - Aula 2 (bud. 14b, II p.) - Spotkanie autorskie z Ewą Białołęcką
Blok programowy: Literacki
Czas trwania: 50 minut
Opis: Jedna z najpopularniejszych autorek polskiej fantastyki być może zdradzi datę wydania z dawna oczekiwanego "Czasu złych baśni" oraz odpowie na wszelkie pytania fanów.

pt 13:00 - Autografy (bud. 7) - Ewa Białołęcka, Marek S. Huberath - autografy
Czas trwania: 50 minut

sob 10:00 - Aula 1 (bud. 14b, I p.) - Freak show!
Blok programowy: Literacki
Czas trwania: 50 minut
Opis: Tylko dziś prawdziwe dziewczyny-syreny, cyklop w formalinie, człowiek-wilk i człowiek-meduza, a w finale najprawdziwszy wampir! Istoty z legend żyją wśród nas. Czy ludzie ci mogli być inspiracją dla mitów, przekazywanych przed wieki z ust do ust, zapisywanych w dziesiątkach wariantów? Jakie były losy „zagubionego ogniwa ewolucji”? W jaki sposób do sieci trafił film przedstawiający autopsję kosmity?



piątek, 19 sierpnia 2011
Wasal mego wasala...

Znów jak bumerang powrócił temat „Szacunek dla dziecka” – z powodu dyskusji, jaka się rozwinęła na czacie. Z jednej strony Lubelczyk, jak zawsze na pozycji anty i „ee tam, smarkateria znów histeryzuje” a z drugiej Dwuemka, ja i empatyczna babska reszta. Logicznym się zdaje, że jednostka ludzka ma pewne prawa: prawo do osobistej przestrzeni, do osobistej własności, prawo swobody wypowiedzi, prawo wyboru i tak dalej. Paradoksalne jest natomiast to, że wszystkich tych praw najczęściej odmawia się dziecku, zupełnie jakby tym wyżej wymienionym człowiekiem nie było. Jakby było zwierzątkiem, albo własnością swoich rodziców – takim gadającym, kłopotliwym przedmiotem. Dziecko ma jeść wtedy, kiedy mu każą i to co mu się daje, ubierać się w to, co wskaże matka i generalnie robić wszystko to, czego życzą sobie/żądają rodzice. Bawić się, jeść, spać, odrabiać lekcje, iść do starej ciotki na proszony obiadek... Przesadzam? Ale tak z ręką na sercu przyznajcie, ile razy wam samym w dzieciństwie nie przyznawano prawa wyboru, i ile razy odmawiacie tego samego swoim dzieciom teraz (o ile jakieś macie). Nie mam tu na myśli zdrowej dyscypliny, która ma wyrobić w młodym pokoleniu obowiązkowość i jako-takie ogarnięcie się, tylko te pozornie małoważne duperele.

Ilu rodziców puka, nim wejdzie do pokoju dziecka, niezależnie od jego wieku? Nie pukają do trzylatka, nie pukają do starszego, a potem są bardzo zdumieni i urażeni, że latorośl nie ma nawyku pukania gdziekolwiek plus drze się i robi sceny, kiedy matka/ojciec zastanie córkę podczas wkładania stanika. A przecież te same osoby byłyby ogromnie zażenowane, gdyby w bieliźnie zastały np. ciocię Basię z Pabianic. Ciocia Basia ma prawo do intymności, a mała Basia już nie. Ki diabeł?

Czy ktoś pamięta notkę wspominkową o moich zabawkach, jak to usiłowano mi wymienić misia na nowszego i lepszego? Kubuś został wtedy uratowany i przyniesiony z powrotem z wygnania. Drugi podobny numer matka wykonała mi kiedy miałam lat 11 czy coś koło tego i przeżywałam fazę twórczą, bazgrając po niezliczonych kartkach ołówkiem oraz tuszem. Przy okazji sprzątania wszystkie moje rysunki zniknęły. Plon iluś tam miesięcy po prostu ulotnił się, uznany za śmieci, choć naprawdę rysunki nie poniewierały się po całym domu, lecz były skrzętnie składane na kupkę na półce. Pamiętam, że wybuchnęłam wtedy płaczem, jąkając, dlaczego matka zrobiła mi coś takiego, skoro tyle się nad tymi rysunkami napracowałam, a w ogóle to były MOJE. Zdaje się, że bardzo się zdumiała, bo sprawa widziana od przeciwnej strony nabrała jakiegoś niesmacznego wymiaru. Drogocenne kartki odnalazły się w piwnicy, w makulaturze (wtedy jeszcze się zbierało). To był ostatni raz, kiedy ze stanu mego posiadania zniknęło coś bez mej wiedzy i zgody. A rysunki wyrzuciłam sama, 5 lat później. Choć zdarzyła się mamie jeszcze jedna wpadka (o czym kiedy indziej), jest osobą naprawdę na poziomie. Niestety, nie każdy dorosły ma takie podejście. „Moje dziecko ma zabawki, za które ja zapłaciłem, więc są moją własnością” – logiczne, nie? Ale tenże sam „posiadacz” dziecięcego samochodzika nie będzie przecież decydował o losie wazonu, który cioci Basi z Pabianic kupił w prezencie imieninowym. Nawet do głowy mu to nie przyjdzie, tu już ma inną logikę, niż ta na użytek domowy. Tym tragiczniejsze wydają się te sprawy, że mali ludzie krzywdy doznają od osób ukochanych (i ślepawych). Być może ktoś w tej chwili powie, że przesadzam i to się nie zdarza, że może w jakichś rodzinach patologicznych, bo przecież nie w normalnych...

Proszę, przykłady z życia wzięte: Jedna z moich przyjaciółek po powrocie z kolonii nie zastała w swoim pokoju nie tylko swoich maskotek, ale też żywej świnki morskiej. Mamusia oddała ją jakiejś dziewczynce z podwórka. Na żale i płacz córki zareagowała kompletnym niezrozumieniem. Wręcz przeciwnie, K. musiała przeprosić, że ma jakieś pretensje i „fochy”. Ciekawe, czy mamusia podeszłaby do sprawy tak samo obojętnie, gdyby ktoś jej wyczyścił szafę ubraniową. I czy by podziękowała za zrobienie miejsca. Rodzina na oko absolutnie normalna.

Druga sprawa była jeszcze grubszego kalibru, choć może się wydawać, że nic nie przebije oddania obcym żywego zwierzaka. „Sprzątaczką” była ciocia, która dostała klucze, by popilnowała mieszkania, kiedy właściciele byli na wywczasach. Ciocia zrobiła niespodziankę, posprzątała i M. straciła w ten sposób wszystkie miłe sercu pamiątki, maskotki oraz, co najgorsze, wszystkie zabawki, jakie jej własnymi rękami kiedyś zrobił ojciec. A więc rzeczy niepowtarzalne, wręcz bezcenne, który przez głupią, bezmyślną babę zostały uznane za śmieci. Czy muszę wspominać, że spodziewała się wdzięczności za śliczne doprowadzenie pokoju do porządku? Gdyby ktoś „sprzątnął” mi w ten sposób misia uszytego przez mamę, który jest dla mnie jedną z najcenniejszych pamiątek, wylądowałby chyba na ostrym dyżurze, bo nie sądzę, bym się opanowała.

I na koniec: jeżeli ktoś całymi latami nie szanuje i nie jest taktowny wobec dziecka, jak może potem wymagać, by to samo dziecko szanowało i było taktowne wobec innych? Wszak przykład idzie z góry. Dosłownie.

A to przecież w sumie proste: „wasal mego wasala nie jest moim wasalem” a klocki mego syna nie są moje. Koniec przynudzania.



piątek, 12 sierpnia 2011
Jeszcze jedna wariacja na temat ciasta drożdżowego

Przez całe lata zrobienie ciasta drożdżowego przekraczało moje możliwości i wydawało się jakąś nieosiągalną czynnością dla wybranych, równą jeździe figurowej na łyżwach albo żonglowaniu płonącymi maczugami. Jednak kiedy już się nauczyłam, okazało się to trywialnie proste - już nawet robię rozmaite eksperymenta i zaczynam stosować swoje ulubione metody gotowania, czyli „nawinie” i „naoko”. Szczególne podziękowania z tego miejsca składam swojej cioci Krysi, która podarowała mi miskę Tupperware do wyrastania ciasta.

Czyli, w celu upieczenia bułeczek ziołowych: do plastykowej miski wlewamy wody na-oko 3/4 szklanki ciepłej, sypiemy łyżeczkę cukru i łyżeczkę mąki, wkruszany pół kostki świeżych drożdży i mieszamy drewnianą łyżką (gdyż odebrałam telepatyczny przekaz z innych sfer, że drożdże w fazie wzrostu nie lubią merdania metalem), wstawić miskę do: innej miski, zlewu itp. wypełnionego ciepłą wodą. Następnie pokłonić się w cztery strony świata, zapalić świeczkę w intencji i pogłaskać kota. Dobra, żartuję, nie musi być kot, może być pies, świnka morska, jakiekolwiek zwierzę ciepłokrwiste. Po tych czynnościach rytualnych drożdże powinny „ruszyć” w ciągu najbliższych 10 minut. W tym czasie przygotowujemy zioła jakie nam się nawiną. Ja biorę tymianek i bazylię ze skrzynek na balkonie. Jak ktoś lubi to również kminek. Jak już drożdże zdecydowanie ruszą, czyli spienią się jak kierowca w korku, bierzemy mikser z końcówkami „świderki” i zaczynamy dosypywać do tejże michy i mieszać mikserem na niskich obrotach: 2 jajka całe (ale bez skorupek), 1 łyżeczkę soli, oliwy z oliwek (takiej trochę lepszej) tak z ¼ szklanki mniej więcej, ziół solidną garść (może też być łyżka pesto bazyliowego – Lidl, 5 zł), na-oko otrębów owsianych (tak z pół szklanki), ten kminek, jak kto chce, a potem po trochu mąki aż ciasto przestanie się rozciapywać tylko ładnie się zbryli dokoła końcówek miksera – znaczy będzie na-oko dobre. Wstawić miskę znowu do ciepłej wody i poczekać ze 30 minut aż ciasto zacznie z niej wyłazić. Potem nastawić piekarnik na jakieś 200 stopni, a w tym czasie spokojnie posmarować blachę oliwą, formować rękami małe bułeczki (ręce też posmarować oliwą albo oprószyć mąką) i kłaść na tę blachę. Zanim piekarnik się nagrzeje, to one już troszkę znów podrosną i będą pulchne. A potem sru do pieca na jakieś 10-15 minut, zależy od piekarnika, jak wiadomo.

Analogicznie zrobiłam też coś w rodzaju kulebiaka z nadzieniem typu „nawinie” czyli co się nawinie pod rękę to dajemy. Mnie się nawinęło mięso mielone, cebula, czosnek (dużo), pieprz, sól, papryka chili, estragon i tymianek, ugotowana kasza gryczana nieprażona i resztka mrożonej mieszanki warzywnej – wszystko to, poczynając od mięsa, usmażyłam na patelni, żeby nie doszło do sytuacji kiedy ciasto już się zwęgla a środek nadal surowy. Zresztą nadzienie można zrobić absolutnie ze wszystkiego, jak przypuszczam. Smok polał swoją porcję ketchupem, co uznałam za chamskie sponiewieranie mej sztuki kulinarnej, ale postanowiłam nie wszczynać awantury bo miał mnie zawieźć do Tesco na łowy stanikowe. O czym w następnym odcinku.

*

Czytam: „Ofiara losu” Camilla Lackberg, „Męska plaga” Jurgen Thorwald.

Nowości w biblioteczce: „Tae ekkejr!”, „Brylantowy miecz, drewniany miecz”, „Godzina detektywów”, „Stulecie detektywów”.

Oglądam: chwilowo nic



czwartek, 11 sierpnia 2011
O jedzeniu i ciągotach snobistycznych, oraz co z tego wynikło

Ostatnio moje myśli krążą wokół żarcia. Już to z okazji sezonu na rozmaite owoce i warzywa, już to powodu tego, że gotowanie koi moje sterane nerwy. I nagle zaczęłam przypominać sobie potrawy, które jadało się w domu, kiedy jeszcze brodą sięgałam ponad stół, a których teraz jakoś się nie jada.

Ziemniaki tłuczone z masłem i szczypiorkiem plus zsiadłe mleko. Dobra, prędzej w dzisiejszych czasach pies wysiedzi jajko, niż mleko z supermarketu się zakwasi, ale zsiadłe mleko można nabyć w półlitrowych kubeczkach.

Zupa mleczna z bułką: pokroić bułeczkę w kawałki, zalać to gorącym mlekiem i pocukrzyć, następnie zmusić dziecko do jedzenia. Wiem, czemu się tego już nie jada – bo było paskudne.

Koktajl truskawkowy na zsiadłym mleku. Patrz wyżej – problemy z nabyciem zsiadłego mleka, ale można je zastąpić powszechnie dostępną maślanką.

Chleb smażony! Rany, nie jadłam go od lat, choć kiedyś był daniem powracającym jak bumerang przynajmniej 3-4 razy w miesiącu. Namoczyć kromki białego chleba w mleku albo i w wodzie, usmażyć na złoty kolor (nie pamiętam tylko czy na smalcu, czy na oleju – chyba na smalcu), posypać cukrem. Uwielbiałam kiedyś taki chrupiący smażony chleb. Wygląda na danie biedoty, choć nie pamiętam, by w domu panował niedostatek. Jadało się mięso i wędliny, mieliśmy się w co ubrać, a ja nie narzekałam na brak zabawek (choć w porównaniu z dzisiejszymi pokojami dziecinnymi mój stan posiadania był skromny). Widocznie to babcia z typowo chłopską gospodarnością zużywała w ten sposób czerstwe pieczywo.

No i kluski ziemniaczane z bigosem. Bigos gotowało się hurtem i był przechowywany w wekach. Następnie otwierało się słoje w razie potrzeby. Kluski wymagają sporego nakładu pracy, choć ich zrobienie jest proste jak budowa cepa. Obiera się około 1,5 kg ziemniaków, płucze, ściera na tarce na pulpę (i tu jest ten ból, bo potrzeba ich sporo, a tarcie ręczne jest upierdliwe), potem z tej pulpy się trochę odsącza wodę, soli, popieprza, dodaje jedno całe jajko i tyle mąki, żeby po wymieszaniu powstało ciasto o średnio rzadkiej konsystencji. Nie takie żeby się lało, ale też nie takie jak na kruche ciastka. Kluch kładło się na desce i nożem zeskrobywało niewielkie kluseczki prosto do wrzątku w garnku. Jak wypłynęły, to były gotowe i można było odcedzić. Osobno na patelni zesmażało się skwareczki z boczku i potem mieszało się je w garnku z kluskami i majerankiem. No i ten bigos jako dodatek. Matko Boska, jakie to było dobre i jakie kaloryczne...!

No i jeszcze smażona cebula, która jest już na bank daniem ubogich. Skąd się wzięła w naszym domu, w którym, jak już wspominałam, nie wydzielało się jedzenia i nikt nie chodził obdarty? Chyba z podbydgoskiej wsi, skąd pochodzi babcia. Wziąć kilka cebul, pokroić w talarki - i sru na patelnię, na smalec. Podsmażać na złoty kolor, a jak zacznie przywierać to podlać leciutko wodą i poddusić. Potem posolić i podać na stół kuchenny przykryty ceratą w kwiatuszki, spożywać z chlebkiem.

*

I po tym oldskulowym wstępie opowiem o włoskiej restauracji, tak jak obiecałam. Kiedy niedawno Joanna z Siedliska Pod Lipami zachwycała się niesłychanie włoską restauracją w Sopocie i focaccią, naturalnie zapragnęliśmy również włoskich wrażeń, a że jeszcze przybyła w gości Kimera, wydawało się wyborem naturalnym, że ją zabierzemy do „Donna Marzia Cucina Toscana”  na włoskie danie. Lokalizacja była nieco dziwna, bo przy ruchliwej ulicy z widokiem na odrapaną kamienicę obok (przydałby się jakiś żywopłocik), za to sama restauracja, mieszcząca się w zabytkowym dworku, nie budziła zastrzeżeń estetycznych. Właściciele i zarazem kucharze okazali się włoscy tak bardzo a bardzo, że znali po polsku zaledwie parę słów. Focaccię musiałam zamawiać głównie na migi. Zerknięcie w menu pokazało, że dania tamtejsze zaczynają się od 50 zł w górę, a działu z napojami nie sprawdziłam, co okazało się grubym błędem. Pizze za to wydawały się w cenach przystępnych. Ciemnolicy pan wyraził (tym razem po angielsku) zdumienie, że zamawiamy przystawkę jako danie główne i namawiał na sałatki. Ja jednak widziałam, że sałatki były po jakieś 39 zł od talerza, a w dodatku nakładał kelner – a jak mi nałoży coś, czego nie lubię? No i z pewnością będzie starał się dać jak najmniej, co było całkowicie sprzeczne z interesem naszym jako klientów. Chcemy focaccie i już. Wmówił nam jednak piwo (dla Pipoka), białe wino (dla mnie i Kimery) i wodę dla Smoka, który był „drajwerem”. A potem wjechało na stół nasze zamówienie i wówczas zrozumiałam, o co chodziło kelnerowi, że tak się zapierał przy sałatkach. Moje doświadczenie z focaccią, oparte o zdjęcia w Internecie, relacje Joanny i własne wypieki, twierdziło, że focaccia powinna zawierać spód, oliwki, zioła i jakiś serek – tymczasem otrzymaliśmy po cieniutkim, chrupiącym gołym podpłomyku, posmarowanym oliwą, posypanym jakąś suchą zieleninką, i posolonym. Był jadalny i nawet dość smaczny ale wybitnie rozczarowujący. A przy uiszczaniu rachunku okazało się, że za „suchy chleb i wodę” jak to określiła Kimera, mamy uiścić około 150 zł. Połowę tego rachunku stanowiło wino, i w ogóle mnie nie pocieszało, że wino było z winnicy Bocellich czy innych Sforzów, bo zaprawdę powiadam wam, że różowe z Biedronki smakowało mi tak samo, choć to włoskie było owszem niczego. Najgorsze, że pretensje mogłam mieć tylko do siebie. Chwała Bogu, że nie zamówiliśmy bitek wołowych czy czegoś w tym stylu! Ja się po prostu nie nadaję na bywalca snobistycznych „salonów”. W moim guście jest jasne piwo i solidna porcja pierogów za dwie dychy do kupy albo kaszanka z grilla. Włochom pewnie dostarczyliśmy tematu do rozmów, że takie nieuświadomione polskie buractwo przyszło, co to nie uklękło przed importowaną prawdziwą italiańską wodą w prawdziwej italiańskiej butelce z oryginalną nalepką ;-)

W domu, w ramach rehabilitacji przed gościem, nastawiłam ciasto drożdżowe i upiekłam GIGANTYCZNY placek z twarogiem i jagodami, który potem jedliśmy przez trzy dni.



wtorek, 09 sierpnia 2011
Jarmark Dominikański

Co roku na początku sierpnia na gdańskiej starówce przez 3 tygodnie odbywa się katastrofa zwana Jarmarkiem Dominikańskim. I w tym roku rzeczywiście jest to katastrofa. 12 miesięcy temu opowiadałam o Chłopcu-od-gąbek (jego sympatyczniejszy kolega rozpoznał mnie po roku i nawiązał pogawędkę), o kupowanych niemalże hurtowo kotach i o kiczu sezonu, w tym roku...? DD czyli Duża Dupa. I blada do tego. Włodarze miasta podnieśli opłaty stoiskowe, co natychmiast spowodowało, że jarmark „wyłysiał”. Kramiki stoją luźniej, uliczki, które przedtem były zapchane, teraz świecą pustkami, stare atrakcje (jak chociażby prześliczny stand z lalkami z gdańskich legend) wyparowały, a w zamian nie dano nic. Mój ulubiony pchli targ uboższy o 1/3. Muzeum archeologiczne w zeszłym roku wystawiło parę bardzo interesujących kramików z poprzebieranymi sprzedawcami, ale teraz nie dołączyło, może dlatego, że mają remont. Namnożyły się za to stoiska z austriackimi serami i jest co najmniej kilka kramów z wileńskim żarciem. Na jednym odkryliśmy, ku swemu zachwytowi, zimny cydr z nalewaka, a na innym (ku jeszcze większemu zachwytowi) prawdziwy domowy kwas chlebowy, który jest całkiem inny od tego napoju, który można kupić w sklepie. Poza tym w większości sztampa, niewarta drugiego spojrzenia. Znajomi natomiast skierowali naszą uwagę na kramik browaru EDI, który przewiózł był przedziwne piwa regionalne, niepasteryzowane: miodowe, czekoladowe, miętowe, wiśniowe, imbirowe. Z ciekawości zamówiliśmy miętowe oraz  czekoladowe. Miętowe okazało się przejrzyście zielone, jakby rozpuszczono w nim landrynkę miętową. Smakowało natomiast kroplami na żołądek. Wówczas siedząca obok pani w średnim wieku (w towarzystwie równie średniowiecznego pana) zapytała, co to takie zielone, co pijemy. Bez oporu odlaliśmy sąsiadom do kubeczka trochę na spróbowanie. Pan łyknął, wytrzeszczył oczy, a po sekundzie wygłosił namiętne: „Cholera jasna kurwa mać!!” Nawiązała się konwersacja, pani była Polką, natomiast pan okazał się Szwedem, trochę mówiącym po polsku i chyba lubiącym szokować, bo kiedy przypadkowi współbiesiadnicy się żegnali, wstał, ukłonił się grzecznie i powiedział ze szweckim akcentem: „No to my spierdalaj, dowidzenja”. Miałam mieszane uczucia, ale byłam bardziej rozśmieszona, niż zgorszona.

Ostatecznie na jarmarku poza jedzeniem i piciem kupiłam tylko 3 rzeczy: ustrzelone kompletnym przypadkiem, wypatrzone w kupce barachła, niklowane kopie broszy elfów i pierścienia Galadrieli, oraz lufę, zwaną też trukwą, czyli naturalną gąbkę do peelingu. Cokolwiek nabyłam jeszcze (a trochę tego było: wyuzdany pluszowy miś, porteczki plażowe, plasticzany troll z fryzurą pierun-w-mietłe, T-shirt z mordą lwa) kupiłam w szmateksach, czyli całkiem niezależnie od kłębiącego się dokoła jarmarku.

W następnym odcinku: włoski snobizm czyli dlaczego należy uważnie studiować menu.