CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
piątek, 20 sierpnia 2010
Pod naszymi stopami sen wieczny śnią

Pod naszymi stopami sen wieczny śnią

 

Żadna nowina, że archeologi ryją pod halą. W znaczeniu halą targową tuż na początku naszej starówki, a nie pod halą w sensie miejsca przebywania owiec. Do tej pory wyryli naprawdę bardzo fajne fundamenty takiego jednego zajebiście starego kościoła, co to tam stał w XV wieku czy coś koło tego – i te fundamenty można sobie częściowo obejrzeć, jak się zejdzie do sutereny. Po prawej nabiał, po prawej warzywniak, a pośrodku wykopalisko, bardzo ładne. Można sobie pasztetową nabyć drogą kupna i jeszcze się dokształcić, bo tam na ścianie napisali co do czego i nawet obrazki są dla analfabetów wtórnych. Przez długi czas stał obok hali blaszany płot i jak się przyfilowało przez szparę, to widać było, że odryli studnię. Ale ją potem zasypali. No bo w sumie co z taką studnią zrobić? Wszędzie wodociągi, studnia i tak sucha, a jeszcze jakiś turysta wleci i będą problemy. Tak więc włodarze miasta kazali zasypać, po wierzchu położyli bruk, a na bruku pawilony dla kupczących marchewką, tudzież jabłkami. Bardzo estetyczne pawilony, złego słowa nie można powiedzieć. „Kreciki” pobiadali, pobiadali, że takie odkrycie im zmarnowano i dalejże ryć obok. Ja ich rozumiem, ale włodarzy też rozumiem, bo jakby tak zachowywać wszystkie wykopki w trójmieście, to byśmy wyglądali jak jedno wielkie wykopalisko. Wystarczy, że mamy wykopaliska na drogach i to co rusz w innym miejscu. Nie żebym miała cokolwiek do „kretów”, mam dwa „krety” w stanie spoczynku wśród bliskich znajomych i są to przeuroczy ludzie. Koniec dygresji.

Idę sobie onegdaj przez ten ryneczek warzywny koło hali, nabyłam sobie renklodę w celu spożycia natychmiastowego, i widzę, że „krety” ryją tradycyjnie, tylko płotek trochę przesunęli, ale poza tym też pewne zmiany się uskuteczniły, z racji pojawienia się daszka z eternitu falistego, na oko w sensie tymczasowym. Płotek częściowo z prętów, więc przechodnie mają niczym niezamącony widok na połowę wykopaliska. Oczom mym ukontentowanym objawiły się ceglane ściany odrytych piwnic, ale też najwyraźniej świeża cegła i zaprawa na tak zwanych „żagielkach” i łukach, widno coś poprawiają, zasypywać pewnie tym razem nie będą, pompa pracuje, żeby im tam deszcz nie zalewał zabytku. Fajno jest, myślę, będzie co pozwiedzać jak już udostępnią. Jakaś „kretonka” siedzi i coś rysuje, inne „kreciki” nad czymś deliberują, a na samym skraju dwóch gości w niebieskich uniformach szura łopatami. Archeologicznie nie wyglądali, raczej budowlanie, więc to może jakaś ekipa od murarki średniowiecznej czy co, ja się tam nie znam. Ciekawe do czego się dokopali, myślę, oglądając ścianę wykopu, korzenie? Ciekawostka, głęboko toto rosło, i jakoś dziwnie wygląda: nie tyle splątane, co sprasowane, zdecydowanie dziwaczne. I wówczas zamarłam ze śliwką w zębach, a potem się odetkałam i głośno powiedziałam w zdumieniu: Do licha, to przecież kości!! W ścianie wyrytego przez „krety” wądołu tkwiła jak byk wysoka na co najmniej metr warstwa kości, ze wszystkiego sądząc ludzkich, bo rozpoznałam dwa fragmenty czaszek i kawałek miednicy, reszta to była mocno ubita i zestalona na mur masa piszczeli, żeber i tego rodzaju kawałków. Miałam ogromną ochotę zawołać do „kretoneczki” i zapytać, co zrobią z tymi kośćmi, ale głupio mi było się drzeć, przekrzykując pracującą pompę. Postałam, popatrzyłam, dojadłam renklodę i poszłam. W domu też zaczęłam ryć, na odmianę w Internecie, ale na temat tamtego odkrycia znalazłam niewiele lub zgoła nic. Był tam kiedyś kościół, potem się zawalił, przy kościele naturalnie był cmentarz i oczywiście tam grzebano zmarłych Gdańszczan. W przeciwieństwie jednak do dzisiejszych cmentarzy, które zajmują wielkie obszary, ten był nieduży - bo też w mieście, w obrębie murów miejsce zawsze było towarem deficytowym (dlatego takie wysokie i chude kamienice się stawiało), więc kiedy tylko nieboszczyk się rozłożył, siup, wykopywało się kości z ziemi i składowało w podręcznym magazynie na kupce, albo wrzucało do jednego dołu. Szczególnie dotyczyło to najbiedniejszych, bo ci majętniejsi na pewno mogli się cieszyć większą estymą i odpoczywaniem może nie wiecznym, ale na pewno dłuższym. Takie składowiska nazywa się ossuariami i to właśnie odryły nasze „krety”. Boru szumiący, przechodziłam tamtędy setki razy, nim jeszcze zaczęli tam kopać, kupowałam beztrosko ogórki i pomidory, nie mając bladego pojęcia, że pół metra niżej jest cmentarz full wypas, gęsto zaludniony, że w rzeczywistości chodzę po nieboszczykach. Zresztą co tam „chodzę”, jak pamiętam, dokładnie w tym miejscu stał stragan z ziemniakami, obok jabłka i sezonowo truskawki, a dalej babka handlowała kwieciem.

Starannie omijamy umysłem temat śmierci, wydaje nam się, że jest daleko, że śmierć i takie jej akcesoria jak trumny, kości nagrobki, znajdują się w bezpiecznej odległości od nas, na przykład na cmentarzu Srebrzysko. A tu niespodzianeczka… Tak naprawdę zmarli przodkowie są wszędzie. Chodzimy ponad nimi, nasze łóżka stoją często metr, może półtora nad miejscem wiecznego spoczynku jakiegoś rolnika lub woja z czasów wikińskich. Woda, która wypływa z naszego kranu, prawdopodobnie przesączyła się na jakimś etapie przez ich kości, zjadamy ich prochy w rzodkiewce. Kiedy wracam myślami do widzianych kości, nie czuję lęku, tylko ciekawość. I zdumienie, jak niezwykle się złożyło, że te przedmioty wymieszane z ziemią były kiedyś ludźmi, którzy mieszkali dokładnie tam, gdzie teraz ja spaceruję ze swoim powycieranym plecakiem. Dzieli nas… ile? Czterysta, pięćset lat? I właśnie tu i teraz mogliśmy się spotkać w świetle dnia. Ciekawe, czy ktoś kiedyś podobnie zaduma się nad moją czaszką.

piątek, 13 sierpnia 2010
Dupereli ciąg dalszy

Dupereli ciąg dalszy

Smok się zawziął i chudnie. W lutym ważył 128 kilo, wczorajsze ważenie wykazało 99. Ostatnie portki kupiłam mu takie z troczkami po bokach, bo nie mam siły ani środków, żeby mu fundować co miesiąc nowe. Zaciągnie się paseczki i już. Przestał chrapać. Pyfa. Pyfanie mogę znieść. Cera mu się poprawiła. Same plusy z tej diety… Jego kumple pozazdrościli i też dukają, ale Smok schudł jak dotąd najwięcej (miał z czego). Tak sobie myślę, że na koniec zrobimy taką galerię fotek pt. „Przedtem i potem”.

*

Po paru ładnych miesiącach Czerwonej Orchidei, szczeliłam se na łeb Ognistego Feniksa i teraz wyglądam z daleka jakbym się paliła, zwłaszcza w słońcu. Ładnie wyszło. Taka-jedna-pani-ze-sklepu też powiedziała, że ładnie, a potem: „Pani to włosy nie wypadają? Bo jakoś ich coraz mniej”. Odpowiedziałam, że pewnie się przyklapnęły, ale potem po myciu obejrzałam wannę i doliczyłam się, że mi 5 włosów wypadło. Nie powiedziałam Takiej-jednej-pani-ze-sklepu, że z paskiem zapiętym pod brzuchem na rozszerzanej bluzeczce wygląda jak w piątym miesiącu ciąży, bo jestem Dobrą Osobą. Odżywkę sobie kupię.

czwartek, 12 sierpnia 2010
Woda, woda!

Woda, woda!

Lubię fontanny od kiedy sięgnę pamięcią. Już za dziecięcych czasów w Elblągu darzyłam sentymentem przedwojenną fontannę z kamiennymi rybami na Placu Słowiańskim, choć była przez całe lata sucha i nieczynna. Nawet fontanienki ogrodowe powodują, że czuję jak wewnątrz narasta mi pomrukiwanie zadowolenia. Gdyńskie obdrapane „kieliszki” budzą we mnie pobłażliwą sympatię. Wrocławskie „lodowce” na rynku oglądałam parokrotnie z przyjemnością. Choć są tacy, którzy sarkają na formę, ponoć nieprzystającą do zabytkowej architektury dokoła, mnie się jednak podoba woda spływająca po szklanych taflach i nic na to nie poradzę. Co do rodzimego Neptuna, mam uczucia mieszane. Tak, ładny, stary, klasyczny… i ogrodzony. Służy właściwie tylko do tego, żeby na jego tle sobie turyści robili zdjęcia. Z samą fontanną nie ma żadnego kontaktu, mijam ją niemal całkowicie obojętnie. Za to istnieje mniej słynna ale za to przesympatyczna fontanienka na skwerze koło Targu Drzewnego, podarunek od miasta Bremy. Dwumetrowa, mosiężna, posiadająca trzy pięterka-miski. Na samej górze siedzi mosiężny gołąb, pośrodku woda spływa z paru końskich pysków, a na dole są plujące psie główki. Całkiem jakby góra była poidłem dla ptaków, środek dla koni, a z dołu mogły korzystać spacerujące tu psy. Może zresztą i korzystają. Można podejść, obejrzeć dokładnie, pomacać, nawet i ręce umyć – żadnego płotu, ogranicznika. Sopocki Staś Rybak też jest bardzo sympatyczny, choć dosypywanie do wody chloru spowodowało, że cudnie zmyła się z niego patyna i figura rybaka jest w kratkę – widać na nim wszystkie spawy. Fontanny w Łodzi to jeszcze inna historia. „Fala” na Placu Dąbrowskiego przed Teatrem Wielkim, jak to mówią, urywa łeb. W zeszłym roku udało nam się obejrzeć 30-minutowy pokaz skaczącej, podświetlanej wody pod muzykę i było to wrażenie niezapomniane. W tym roku koniecznie muszę to powtórzyć. Łodź chyba lubi fontanny, bo widziałam w Manufakturze prześliczną instalację z wyluzowanymi żabami, na placu na zewnątrz strumienie wody wyskakujące wprost z chodnika - ku uciesze dzieciaków; na starówce interesującą piramidę, wyrastającą wprost z chodnika. Trafiłam też na kolumienki z figurkami dzieci, chyba z wodą pitną, choć nie odważyłam się spróbować. Ale moją najukochańszą fontanną jest gdańska Fontanna Czterech Kwartałów na zbiegu ulic Św. Ducha i Grobla. Pokochałam ją od pierwszego spojrzenia za jej niebanalność i otwarcie do ludzi. Ma postać kwadratu z płytek, wtopionych w chodnik (24 dysze i laserowe podświetlenie wody) a na każdym rogu brązowy lew naturalnej wielkości. Przy czym nie są to lwy stylizowane, upozowane nienaturalnie, butnie ryczące i agresywne. Jeden ziewa, drugi patrzy spokojnie w perspektywę ulicy, jakby oczekiwał, że może zobaczy tam coś ciekawego, trzeci i czwarty śpią na chodniku, a ich grzbietów dosiadają turyści – dorośli i dzieci. Zwłaszcza dzieci mają niesamowitą radochę z tej fontanny i w tegoroczne upały zawsze można przy lwach zobaczyć całą gromadę, taplającą się w wodzie, przemoczoną do ostatniej nitki, oraz rodziców spokojnie czekających, aż ich ociekające latorośle się wyszaleją. Naturalnie pisku przy tym co niemiara. Zimą lwy śpią otulone śniegiem jak kołdrą i śnią o lecie.

A jakie fontanny są u was?



sobota, 07 sierpnia 2010
Chałupy łelkam tu

Chałupy łelkam tu

Całkiem niedawno usłyszałam gdzieś ten starutki przebój i do głowy mi przyszły pewne myśli – jak to one, nieproszone. Jestem już w takim wieku, że ogarniam pamięcią szmat czasu. Załapałam się na późnego Gomułkę i całego Gierka, widziałam w całej krasie komunizm i raczkujący kapitalizm, byłam świadkiem (czy może świadkową?) pierwszych komputerów domowych, komórek wielkości cegły, a także zmian obyczajowych. Między innymi zmian dotyczących nagości i stosunku do ciała ludzkiego w ogóle. Dzisiaj, kiedy golizna nas zalewa ze wszystkich stron i widziałam już nawet gołą babę na plakacie reklamującym gładź szpachlową, trudno sobie wyobrazić, że kiedyś tego nie było. I nie mam tu na myśli czasów przed wojną, a 25-30 lat wstecz, czyli w obrębie życia ludzi w kwiecie wieku, a nie jakichś starych pierników z podagrą, o laseczce. „Chałupy” śpiewał niejaki Zbigniew Wodecki (tak, to ten od Pszczółki Mai), a związane to było z niesłychaną rewolucją seksualną, jaką było otwarcie w owych Chałupach, położonych nad morzem naszym Bałtyckim, PLAŻY NUDYSTÓW. Nudystami kiedyś nazywano naturystów, a cała sprawa owiana była lekką mgiełką skandalu. Pomnę nawet kapitalne zdjęcie, przedstawiające grupkę uciekających nagusów i goniącą ich brzegiem morza wiejską babę z drągiem. „Chałupy welcome to” o golasach na plaży i „tekstylnych” siedzących w krzaczorach nuciła cała Polska, udowadniając, że dupa sprzedaje się najlepiej – w każdym razie wtedy, bo dziś już bardzo spowszedniała. Jak te sprawy idą dziś wiadomo, a jak to wyglądało kiedyś? No cóż, przede wszystkim nie istniała pornografia, a w każdym razie nie legalna. Wręcz przeciwnie, za porno można było iść siedzieć, tak jak dziś za narkotyki. Porno istniało w postaci tzw. świerszczyków przemycanych ze zgniłego zachodu i pamiętam niewielką aferę, jaką wywołał w podstawówce jeden chłopak, przynosząc wycięte z czasopisma „brzydkie” zdjęcie. Nieprzyzwoitość fotki polegała na tym, że przedstawione na niej bokserki (mam tu na myśli kobiety, a nie majtki) nie miały na sobie staników. Dziś pierwszy lepszy nastolatek pewnie baczniejszą uwagę zwróciłby na sprzęt sportowy tych pań, a nie na cycki. No bo co on, cycków nie widział? Wtedy jednak to było hoho! Gołe baby występowały także na nielegalnie przemycanych i pokątnie rozprowadzanych breloczkach, zapalniczkach i lusterkach kieszonkowych. Osobiście miałam przez długi czas „frywolny” grzebień, którego frywolność polegała na tym, że jego trzpień miał kształt pani w bieliźnie, której typ dziś się określa jako „z golfem”. Dlaczego z golfem? Dlatego, że wówczas dekolty zatrzymywały się tam, gdzie dziś dopiero się rozpędzają, a pokazywanie rowka między piersiami było uznawane za nietakt i nieprzyzwoitość. Tak samo wyklęte były ramiączka od stanika, dziś prezentowane beztrosko na co dzień. Ówczesne bikini dopiero powoli zaczynały się redukować, a większość kostiumów kąpielowych składała się z mocno zabudowanego, wygąbkowanego stanika (żeby Boże broń nie odznaczały się sutki) i wysokich majtek prawie do pępka. Przy okazji: topiki nie istniały. Chłopcy nosili w letnie upały koszulki typu tank, ale raczej koło domu, na podwórku, bo na oficjalne wyjście w miasto wkładało się coś z rękawkiem i kołnierzykiem. Dla dziewczynek zarezerwowane były bezrękawniki i sukienki z rękawkiem „fru”. I uwaga: krótkie sukienki nosiły siuśmajtki mniej więcej do dziesiątego roku życia, potem pokazywanie nóg zaczynało być faux pas. Spódniczka przyzwoitej dziewczyny powinna lekko zakrywać kolana. Mini (do pół uda) nosiły dziwki i hipiski, co w drobnomieszczańskiej nomenklaturze znaczyło w zasadzie to samo. Oczywiście nikomu nie przyszłoby do głowy pokazywanie brzucha poza plażą. Nagość w prasie była wyklęta i nie ma co wspominać o gołych zdjęciach, cenzurowano grafikę, co oznaczało, że panie zawsze były czymś przysłonięte w strategicznych miejscach, albo upozowane odpowiednio, nawet w dowcipach rysunkowych o Adamie i Ewie. O nagości męskiej nie ma co wspominać, bo takowa nie istniała. O ile pamiętam, niechętnie drukowano nawet podobizny rzeźby Dawida, woląc kierować zainteresowania publiczności na Matejkowską Bitwę pod Grunwaldem, gdzie wszyscy są bezpiecznie ubrani. Nie dziwota więc, że w wieku lat piętnastu 99 procent z nas nie miała zielonego pojęcia jak wygląda nagi facet, bo przecież greckie kurosy z ich niepokaźnymi (i często obtłuczonymi) genitaliami były marnym materiałem poglądowym. Pamiętam, jak w liceum (żeńskim) w ramach nie wiem już czy nauki biologii czy elementów wychowania higienicznego, wyświetlono nam film, gdzie pokazano one męskie atrybuty w „stereo i w kolorze” ze wszystkich stron, ale nie wywołało to w nas żadnego zdrożnego podniecenia – przeciwnie, odebrało apetyty na drugie śniadanie. O ile kobiecym tyłkiem da się zareklamować wszystko, od brzoskwiń po tapetę do salonu, męski fiut nie zareklamuje niczego, nawet banana. Wracając do tematu, zapotrzebowanie na przysłowiową dupę było tak wielkie, że byli tacy mocarze, co chodzili do kina na najgorsze bzdety, tylko dlatego, że gdzieś tam przez dziesięć sekund pokazywano cycek. Stąd też słynny dialog radiowy, otwierający felietony filmowe: „Fajny film wczoraj widziałem”; „Momenty były?”. Nawiasem, w „Potopie” mamy okazję przez dwie sekundy podziwiać cycek Małgorzaty Braunek czyli filmowej Oleńki. „Momenty” wtedy budziły emocje, a stopklatka nie istniała, bo jeszcze nie było wideo. I jakąż odważną sceną był striptiz Anny Seniuk w „Czarnych chmurach”, zażywającej kąpieli w jeziorze. A dziś któż się przejmuje takimi sprawami, skoro dupy nas oblegają zewsząd? Spowszedniało i powszednieje coraz bardziej. Nie zdziwię się chyba zbytnio, kiedy pewnego dnia podczas zakupów w Auchan usłyszę taki dialog między matką a dziecięciem: „Które chipsy, mamo? Te z cycuszkami, czy te z peniskami?” „Te z cipkami, skarbie, bo peniski zawierają za dużo tłuszczu”.

Chałupy gud baj...

piątek, 06 sierpnia 2010
Polowanie na mamuta – urban version

Polowanie na mamuta – urban version

Uwielbiam lumpeksy. Próbowałam porzucić to uzależnienie, ale gdzie tam, nie dało się. W zasadzie nawet nie chodzi o żadne wrodzone skąpstwo, tylko o to, że łażenie po lumpach jest współczesnym odpowiednikiem polowania na mamuta i dostarcza mi dreszczyku emocji. Za takim mamutem, jak wiadomo, trzeba było się nachodzić, znać jego pastwiska, pory żerowania i tak dalej. A w szmateksach trzeba znać miejsca, dni przywożenia towaru i pory obniżek, i jeszcze mieć refleks, żeby jakaś konkurentka nie sprzątnęła sprzed nosa jakiegoś smakowitego kąska. Naturalnie zdarzają się jakieś niewypały, nabyte w porywie chwili i potem nie użytkowane, ale że zwykle kosztuje to od kilku do kilkunastu zł, nie żal za bardzo. Nauczona doświadczeniem, włażę do nawet tych zapyziałych, gdyż całkiem często się zdarza, że między chłamem zalśni naturalnym blaskiem rzecz oryginalna, niczym diament znaleziony w kaszance. W ten to sposób w jakimś paskudnym magazynie odnalazłam i zaadoptowałam plecak-owieczkę nr 1, a po paru latach z nieco mniej paskudnego wyratowałam owieczkę nr 2. Z ciuchlandów pochodzi 90 procent moich miśków i maskotek filmowych, bo czyż godzi się pozostawić w koszu pluszowego Totoro, albo R2D2 w wersji miękkiej, wypchanego włókniną? Aktualnie sypiam też w pościeli w Powrót Jedi, a sądząc z jakości nadrukowanych obrazków, pochodzi z początku lat osiemdziesiątych – czyli prawdziwy zabytek. No a T-shirt z postaciami z kultowej już „Zemsty świrów”? Nie jechałam przecież po niego do Niemiec. Torebka w kształcie głowy Chewbaccy, pluszowy pingwin-zbrodniarz z „Wściekłych gaci” oraz postać psa Gromita, kura z „Uciekających kurczaków”, pościel z Doktorem Who... Pewnie gdybym zrobiła spis tego wszystkiego, byłby całkiem długi, a niczego nie kupiłam w „normalnym” sklepie. Jest to na dodatek hobby stosunkowo tanie.

Osobną kategorię stanowią ciuchy. Z grubsza dzielę je na standardy, zdobycze i kurioza. Standardy – wiadomo, jakieś dżinsy, jakieś bluzeczki, spódniczki przyzwoite, ładne acz nie wprawiające w dziki zachwyt. Głównie chodzi o to, by nie pokazywać się na ulicy w czymś z bazaru, co nosi połowa miasta. Zdobycze są rzadsze, za to wprawiają duszę kobiety w miłe drżenie i nieokreślone uczucie sytości po sfinalizowaniu transakcji przy kasie. Do kategorii „zdobycz” należą chociażby: skórzana, prawie zupełnie nowa kurtka dla Smoka nabyta za całe 20 zł (do tej pory zachodzę w głowę, jakim cudem ją tyle bab ominęło, może dlatego, że była na wagę i wyglądała na ciężką), niezwykle stylowy czarny płaszczyk skórzany w stylu matrixowym należący do Lomiel (kiedy po zważeniu okazało się, że zakosztuje raptem 40 zł, zdecydowała się na niego w ciągu sekundy), koszulka marki Spiral za całe 2 zł – i naprawdę nie mogę się doczekać chwili, kiedy pokażę się oficjalnie w tej „spiralce” z czachą na biuście, w bojówkach, w glanach i z plecaczkiem w kształcie słodkiej owieczki. Ale swoistym rekordem, jak dotąd nie pobitym, jest koszulka nocna. Pewnego razu rozglądałam się w pewnym miejscu w dziale z bielizną i natrafiłam na całkiem interesujący komplecik złożony z koszulki na ramiączkach i peniuarku typu „mgiełka”. Nie miało toto podoszywanych strusich piórek, nie było różowe i wyglądało bardzo elegancko, choć raczej, jak sądzę było przeznaczone do zdejmowania a nie do spania. Na dodatek pasowało na me „zdukane” wymiary. Cena była trochę wysoka, jak na ciuchland, bo ponad cztery dychy, ale mój portfel zapiszczał i jakoś to zniósł. Bomba wybuchła w momencie, kiedy odcyfrowałam na metce napis Victorias Secret i dowiedziałam się, ile kosztuje odzież tej marki. Lekko licząc, zapłaciłam 1/6 ceny rzeczywistej. Ewidentna „zdobycz”. Ostatnią zdobycz wypatrzyłam wczoraj w ciuchlandzie w Rumii, który zwizytowałam z czystego obowiązku, gdyż na wieszaczkach (aczkolwiek dokoła było czysto i chędogo) nie widziałam niczego ciekawego. Grzebiąc bez przekonania w koszu, wyciągnęłam stanik w kwiatuszki, wyglądający na nowy, nawet z metkami. „Freya” – przeczytałam. Zastanowiłam się, sprawdziłam cenę, potem znów obejrzałam metki, potem znów cenę, a potem poszłam przymierzyć. Niemalże obwąchałam i oblizałam ten stanik, ale zmysły wciąż twierdziły to samo: bieliznę, która wszędzie kosztuje w granicach 199zł 99 gr mam okazję nabyć za złotych polskich 20. No i jak tu omijać prowincjonalne szmateksy?

Kurioza – moja ulubiona kategoria, choć bardzo mało z niej kupuję (jedynie czasem elementy do strojów konwentowych). Kurioza służą do wyciągnięcia, zachłyśnięcia się ich niesłychaną „urodą”, zaprezentowania koleżance i zrobienia zdjęcia komórką dla potomności. Jakimi krętymi dróżkami w Górach Szaleństwa chodzą czasem umysły projektantów, ludzkie słowo nie opisze. Słodki osiołek Kłapouchy wyszywany na fioletowej piżamie wielkości XXXXL to naprawdę jeszcze nic takiego. Detal i zjawisko naskórkowe, cytując Niziurskiego. Można w tej kategorii znaleźć śpioszki niemowlęce białe w czarne czaszeczki, tudzież bluzeczkę rozmiar przedszkolny (tak na czterolatkę) z napisem I’m sexy uczynionym cekinkami. Albo długi pstry futerał na węża z gniecionej pseudosatyny, który po długim namyśle zidentyfikowałam jako spódnicę. Nie wiem jednak na kogo miałaby pasować, bo ludzie takich wymiarów nie miewają. Ewentualnie wielki, różowy T-shirt, którego kuriozalność polegała na tym, że wisiał w dziale męskim i miał zresztą typowo męskie wykończenia rękawów oraz przy szyi. Wyobraźnia wyświetliła obraz wielkiego bykowatego faceta o urodzie strongmena, odzianego w ową różowość, po czym wysiadły jej bezpieczniki i odmówiła dalszej współpracy.

Nie tracę nadziei, że pewnego dnia natknę się na kwintesencję kiczu i złego smaku, która przyćmi absolutnie wszystko, teraz i na wieki wieków. Wtedy wybudujemy z Lomiel kapliczkę i założymy sektę czcicieli Wielkiej Kiecki, albo Oszałamiającego Fifraczka, zależy co to będzie.

środa, 04 sierpnia 2010
O możliwościach i niemożliwościach

O możliwościach i niemożliwościach

Kiedy Dwuemka przeczytała notkę o Jeremiaszu tulącym kotka, stwierdziła, że ona tego nie ogarnia. Wyobraźnia jej się zacina i koniec, kropka. W jej światopoglądzie sławni literaci nie myziają czule kotków, podświadomość się zapiera zadnimi łapami, choć świadomość logicznie podsuwa, że myzianie jest możliwe w tej czasoprzestrzeni, jaka zawiera jednocześnie kota i Jeremiasza. Może to dobrze, że nie widziała dwójki bardzo-ważnych-twórców, śpiewających przy ognisku rzewny kanon: „Siwa małpka, siwa, Górnym Nilem pływa, kluczykami dzwoni, płaczą faraoni...” Przy czym Jeremiasz rytmicznie potrząsał pękiem kluczy od mieszkania. To by mogło jej poważnie zaszkodzić na psychikę.

PS. Nie, nikt przy tym ognisku nie był trzeźwy. W każdym razie niezupełnie.

*

Wykorzystałam przerwę między ulewami, by pojechać do miasta, odebrać paszport (rekord szybkości, w ogóle nie stałam w kolejce) i przelecieć się po pchlim targu w celu nabycia jakichś ciekawych naczyń dla Smoka. Smok jako fotograf reklamowy ostatnio coraz częściej fotografuje żarcie, a prezentowanie smakołyków na starym brązowym arcopalu odbiera im od razu połowę smaczności, soł. W ten sposób zdobyłam talerz nieszkliwiony z motywem greckiego ni to wojownika, ni to demona – prawie ceramika koryncka, tenteges – na wypadek, gdyby potrzebna była ustawka do żarcia greckiego w rodzaju sałatki z fetą i oliwkami. Następnie wypatrzyłam po bardzo przyzwoitej cenie półmisek z subtelną trawką i drugi z mniej subtelnym irysem i złoconym brzegiem, niemniej i tak znacznie elegantszy od tego co dogorywa u mnie w szafce kuchennej. Powiedzmy sobie szczerze, iż fanatyczką naczyń to ja nie jestem, może poza kubeczkami. Niestety, większość zastawy pozostawała poza moim zasięgiem finansowym. Ale clou programu stanowił kot. Coś czuję, że ten jarmark będzie pod znakiem kota i jeszcze niejeden się do mnie przymoi, nim zwiną się stragany. Poprzednio przymoił się koci mlecznik, a tym razem nawiązał kontakt wzrokowy kot-solniczka. Rąbnął mnie spojrzeniem o sile rażenia germańskiego czołgu (bo z pochodzenia to on mi wygląda na Szwaba), co jest niemałym wyczynem przy wzroście 7 centymetrów, sami przyznacie. Minę ma trudną do opisania: coś pomiędzy totalnym wkurwem a niebotycznym obrzydzeniem, jakby patrzył właśnie na rozdeptanego karalucha. Nawet wyszczerbione ucho wpisuje się doskonale w jego imidż podwórkowego zakapiora. Jest bajeczny i musiałam go mieć. Niestety, komórka jest za słaba, żeby go sfotografować w całej okazałości.

Innym, choć nie tak pięknym zjawiskiem jarmarkowym został Chłopiec-od-gąbek. Na stoisko zerknęłam początkowo tylko z obowiązku, żeby niczego w szeregu nie ominąć, ale mój wzrok przyciągnęło coś kolorowego, co okazało się prześmieszną gąbką kąpielową w kształcie plastra arbuza. Od razu pomyślałam o Nundzie, którą mam odwiedzić. Na niezobowiązujący prezencik gąbka nadawała się w sam raz. Chłopiec-od-gąbek tymczasem ze swadą objaśniał jakimś paniom różnicę między gąbką naturalną a sztuczną. Kiedy skończył i zapytałam o cenę, on z kolei zadał pytanie, czy ja tę gąbkę chcę nabyć w celach dekoracyjnych czy użytkowych? „Użytkowych, oczywiście” – odrzekłam zgodnie z prawdą, bo jak przypuszczam, Nunda będzie się nią myć. „To ja jej pani nie sprzedam!” – rąbnął. Udało mu się mnie ogłuszyć na kilka sekund. „Dlaczego?” – spytałam z niebotycznym zdumieniem. „Bo taka gąbka po zamoczeniu to siedlisko bakterii!” – oznajmił młodzian z mocą. Pewnych rzeczy Torojce nie należy mówić, bo Torojka reaguje źle. Zwłaszcza źle reaguje na „nie” wypowiedziane takim specjalnym tonem przez dziecię mogące być jej synem. „Kiedy ja LUBIĘ bakterie! – oświadczyłam nieco lodowato. – Jak mam wybierać, to wybieram bakterie. Kocham bakterie, mam z nimi świetne układy i nawet płacą mi czynsz!”  Chłopiec-od-gąbek pojął, że przegiął, a może zwyczajnie bał się wariatek. Nabyłam więc gąbkę-arbuza za złotych sześć i odżeglowałam. Swoją drogą, przypuszczam, że jego oświadczenie miało być wstępem do prelekcji o wyższości gąbek naturalnych (droższych) nad sztucznymi (tańszymi), ale: primo, jeśli chcę nabyć gąbkę za złotych sześć, to mogę ją sobie namaczać, nie namaczać, nosić na głowie lub przerobić na domek dla chomika, nic nikomu do tego; secundo, logiczne się wydaje, że bakterie lepiej się trzymają na podłożu organicznym niż plastikowym, więc skąd święta wojna o ekologiczną gąbkę? Oj, chyba jeszcze odwiedzę tego chłopaczka i sobie podyskutujemy, już ostrzę zęby.

wtorek, 03 sierpnia 2010
Česka česnečka

Česka česnečka


O česnečce czyli zupie czosnkowej przypomniał mi Polarny, opisując wyprawę na Słowację, a potem Maja, serwując własną jej wersję. Tak jak włoska pizza wyewoluowała z posiłku biedoty, czyli „placka z czymś” do dania za 8300 euro (tyle kosztuje najdroższa pizza świata), tak česnečka z zupki składającej się z wody, czosnku, soli i czerstwego chleba awansowała na danie pożywne a nawet niekiedy ekskluzywne. Po raz pierwszy z česnečką zetknęłam się przed laty z okazji konwentu w Sumperku, zachwyciłam się i postanowiłam powtórzyć danie w domu, metodą analizy tego, co podano mi na talerzu. W ten sposób pierwsza wersja prócz czosnku zawierała szynkę, śmietanę i żółtko. Kolejne moje wyprawy za południową granicę zawsze miały w programie święty punkt, czyli konsumpcję česnečki. A że żarłam na zapas w rozmaitych miejscach, przekonałam się, że wersji zupy czosnkowej jest chyba tyle, co kucharzy. Od całkowicie skandalicznego, paskudnego rosołku posypanego szczypiorem (!) aż do najgenialniejszej česnečki, jaką miałam okazję spożywać w mieście Zlin. Zresztą w Zlinie pochłaniałam ją litrami, wiedząc, że długo nie będę miała okazji jeść czegoś tak obłędnie dobrego. Pamiętam, że zawierała grzaneczki i jakieś tajemnicze ingrediencje, powodujące uzależnienie. Natomiast česnečka typu gorący kubek okazała się totalnym niewypałem. Serdecznie odradzam, wyjątkowe świństwo, mające z prawdziwą czosnkową wspólnego tyle co koń z koniakiem.

Pewnym zaskoczeniem w česnečce Mai była obecność cebuli, której ja nie stosuję, za to przejęłam od niej innowacyjną metodę krojenia czosnku. W drodze powrotnej z Warszawy przystanęliśmy koło Olsztynka w knajpie „Tokaj”, serwującej głównie dania węgierskie i kiedy w menu zobaczyłam „zupa czosnkowa” oczywiście nie omieszkałam zamówić dla porównania. Ku memu bezbrzeżnemu zdumieniu przyniesiono mi coś, co było absolutnie białe i zdawało się zawierać głównie kwaśną śmietanę. Smok ze swoją fasolową miał więcej szczęścia. Gwoli sprawiedliwości, w Tokaju karmią dobrze i obficie, tylko ta czosnkowa im wyraźnie nie wyszła.

No i wczoraj na fali wspomnieniowej zaserwowałam na kolację własną wersję česnečki, po kolejnej modyfikacji.

Składniki:

1,5 litra gorącej wody

1,5 główki czosnku

kawałek suchej kiełbasy, najlepiej salami

łyżka masła

3-4 małe pieczarki

1 łyżeczka przyprawy Vegeta

1 kostka rosołowa lub bulionik Knorr

1 pokrojony w drobną kostkę ziemniaczek

ziele angielskie

majeranek

pieprz

śmietana (opcjonalnie)

twardy ser typu parmezan

białe pieczywo (1 kromka na osobę)

Czosnek obrać, większość pokroić w „piórka”, część zostawić. Pieczarki pokroić w plasterki. Czosnek i pieczarki przesmażyć na maśle z Vegetą, wrzucić do wrzątku z przyprawami, kostką bulionową i ziemniakiem. Dorzucić pokrojoną w kostkę kiełbasę, gotować przynajmniej 30 minut. Pod koniec gotowania pozostały czosnek zgnieść w wyciskarce i dodać do zupy. Pokroić chleb w kostkę, podsmażyć grzanki na maśle czosnkowym. Zupę podawać w miseczkach, z łyżeczką kwaśnej śmietany, z grzankami i posypaną tartym serem.
poniedziałek, 02 sierpnia 2010
O kocich poczynaniach

O kocich poczynaniach

Byliśmy tydzień temu u Mai i Jeremiasza na działce rekreacyjnej, przy czym głównymi punktami programu okazały się: znakomita miejscowa kiełbasa czosnkowa, przy której wszelkie wyroby „miastowe” masarskie piszczą cienkim głosem, oraz niejaka Murka. Murka jest w tej chwili siedmiotygodniowym kocięciem, obdarzonym zdolnością bilokacji, czyli przebywania w paru miejscach jednocześnie. Jak powszechnie wiadomo, Maja na punkcie kotów ma stuprocentowego fioła i przed posiadaniem całego stada kotów powstrzymywał ją jedynie parszywy charakter Gizeli, dotychczasowej kociej jedynaczki, rozpieszczonej do granic możliwości i nieznoszącej innych kotów na swoim terytorium. Mureczka jednak została zgarnięta jako porzucona sierotka z szosy, na tzw. tymczas. „Tymczas” po tygodniu został odwołany i, jak się wyraził Jeremiasz, nawet gdyby Jezus Chrystus stanął na progu z propozycją zaadoptowania Murki, kota by nie dostał. Jeremiasz myzia koteczkę i czule zagaduje: „A cóż to widać w tych ślepkach? W tych głębiach intelektu? Styroooopian”. Bez dwóch zdań, podział nastąpił samorzutnie, Gizela jest Mai, a Murka Jeremiaszowa. Gizela tymczasem zachowuje się jak upierdliwa ciotka. Gdyby była człowiekiem, cierpiałaby niewątpliwie na symulowany globus, migrenę, arytmię i terroryzowałaby otoczenie groźbą przeniesienia się na lepszy ze światów. Prezentuje śmiertelną obrazę, Murką brzydzi się tak strasznie, że nawet nie próbuje jej lać, za to syczy na wszystkich ludzi w zasięgu wzroku i prezentuje brak apetytu. Niestety, tym razem jej fochy na nic się nie zdadzą, bo Pan za bardzo się zakochał w nowym kocie.

Rudi spędził lwią część nocy przytulony do mego boku. Zastanawiam się czy to z uczuć do pańci czy może po prostu było mu zimno z powodu otwartego okna. Rankiem zmieniła go Torka. Wlazła mi na brzuch, włączyła motorek, funkcję udeptywania i wszelkimi sposobami okazywała mi kocią miłość. Dopiero po jakimś czasie odkryłam zasikany dywanik przy wannie. Cwaniara. Skarciłam ją bez przekonania – fakt, kuweta już prosiła się o czyszczenie.

W sobotę rozpoczął się Jarmark Dominikański. Mniej w tym roku tandety, więcej rzemiosła artystycznego, miasto postawiło na działalność kulturalną i promocję regionu. Kotów zatrzęsienie: koty-poduszki, koty na kapciach, koty na fartuszkach i torbach, koty włóczkowe, koty z filcu, koty-kolczyki i koty-broszki, koty na obrazkach, koty z drewienek nadmorskich, naturalnie koty porcelanowe i koty plasticzane, a nawet jeden karton z napisem „Oddam koty w dobre ręce” i w środku ostatni już łaciatek, czekający na nowy dom. Na pchlim targu mrugnął do mnie porcelanowy kotek, który okazał się dzbanuszkiem do mleka, i w krótkim czasie powędrował do mojego plecaka. Kiczem sezonu został natomiast zegar z piękną wampirzycą (postaram się zamieścić fotkę) i ma duże szanse utrzymać tytuł, gdyż na razie nic straszliwszego nie odkryłam. I to by było na tyle.