CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
środa, 27 lipca 2011
Syndrom obcej kuwety

Nie przypuszczałam, że mnie to dopadnie. W życiu już jeździłam w rozmaite miejsca. Na koloniach bywałam jako smarkula, i na biwakach pod namiotem, i na konwentach, i na wczasach, i gościowałam się u znajomych, a tu proszę BĘC. Miałyśmy spędzić przyjemny tydzień z Lomiel nad morzem wśród lasów, w domeczku na letniakach, w warunkach może nieco prymitywnych ale znośnych, bo z bieżącą wodą (nawet ciepłą), waterclozetem, kuchnią i doprowadzonym prądem. Dokoła domku śliczny teren w typie angielskiego parku, czyli nie wycacany pod sznurek (jak choć u sąsiadów za płotem) tylko dostosowany, żeby ludziom było wygodnie, nawet jagody tam rosły. I było fajnie: świeże powietrze, towarzystwo odpowiednie, nastolatki przebywające pod tym samych dachem dobrze wychowane i niemarudne, grill się rozpaliło, nad morzem na plaży było... ale już wieczorem zaczęło mnie coś świerzbić, że może to nie był najlepszy pomysł z tym przyjazdem. Miałam się relaksować, zaszyć gdzieś i pisać pilnie książkę w kajeciku, a tymczasem wena mnie odbiegła świńskim truchtem daleeeko. A w komputerze swoją drogą leżą zaległe teksty i w sumie powinnam... Plecy mnie rozbolały, widać ta ławka niezbyt wygodna, Lomiel więc z poświęceniem zrobiła mi profesjonalny masaż i odpuściło, jak się miało okazać - chwilowo. Noc koszmarna, gospodarz chrapie jak cały tartak, z mojego materaca schodzi powietrze, przeniosłam się do kuchni i jakoś dotrwałam do rana z zatyczkami w uszach. Następnego dnia pogoda nieplażowa - dobra, idziemy na grzyby. Kurtkę mam, kalosze wzięłam, lasy wyglądają na grzybne, będzie fajnie. Komary nas usiłowały zeżreć żywcem, parę grzybów się znalazło, tlenu nawdychałam się tyle, że ojezusiemaryjo, ale jak tylko wróciłyśmy z łupem i usiadłam na leżaczku odpocząć, zaczął się ból głowy, jakiś wewnętrzny niepokój, to zimno, to znów duszno i uświadomiłam sobie, co mi jest. Syndrom obcej kuwety. Nie jestem u siebie. Gospodarze mogą mi się ścielić pod nogi, rozpieszczać, odgadywać życzenia telepatycznie, zabawiać i bóg-wi-co jeszcze, a ja i tak będę się czuła jak domowy kot, którego zabrano z czterech znajomych ścian na wczasy i kazano się załatwiać w trawę, zamiast kulturalnie do własnej kuwety. Nie mój kocyk, nie moja miska, nie moja kuweta! Pozamiatane. Dobra, powiedziałam sobie, skrócę pobyt, zamiast tygodnia, posiedzę tylko 5 dni. Akurat! Następnego dnia pogoda ładna, wybrałyśmy się z Lomiel kawałek dalej do cywilizacji, na ciuchy i na lody. Stanęłam w centrum nadmorskiej metropolii pod tytułem Stegna i raptem sztywny kark, ucisk za mostkiem, duszno. Super, myślę, jak dostanę zawału to przynajmniej między ludźmi, a nie w lesie, karetka będzie miała bliżej. Jakoś mi się jednak ten pseudozawał rozchodził. Przyjemny spacer brzegiem morza, drzemka na piasku, powrót leśną drogą do „bazy”. Fajnie, miło, ale już wiedziałam, że powinnam wracać do domu. Na konwentach dużo się dzieje, lata się z jednego punktu programu na drugi albo gada z dawno niewidzianymi znajomymi, generalnie ciągle ma się zajętą uwagę i nie ma czasu na głupoty. A tutaj miałam się relaksować pod szumiącymi sosnami, mało bodźców, co znerwicowamy organizm przyjął jako zamach i wytoczył ciężką artylerię w postaci całego zestawu objawów somatycznych. Dobrze, że przynajmniej sraczki nie dostałam. Siedzę sobie teraz na starym miejscu przed komputerem i czuję się świetnie po nocy przespanej we własnym łóżku, z własnym kotem, po kąpieli we własnej wannie. Cóż, należy spojrzeć prawdzie w oczy, że żaden ze mnie Włóczykij, raczej Muminek, a może nawet Filifionka.

No i proszę, jeszcze nie zdążyłam skończyć tej notki, kiedy odezwała się Kimera powrócona na ojczyzny łono z Turcji. Podobno zaczęła się źle czuć już na drugi dzień po przylocie, objawy rzuciły jej się na oskrzela - przy temperaturze zewnętrznej w okolicach 40 stopni miała mniej więcej tyle samo w organizmie. Później zaś dostała widowiskowej astmy i przez całe wywczasy walczyła z syndromem obcej kuwety.



poniedziałek, 18 lipca 2011
Usuwanie sierści z polaru bez użycia benzyny i zapałek

Żądam Nobla, pomnika, albo przynajmniej 5 kilo czekolady i biletu na tramwaj. Opracowałam mianowicie SKUTECZNĄ METODĘ POZBYWANIA SIĘ SIERŚCI Z POLARU - bez użycia benzyny i zapałek. 95 % skuteczności jak w mordę dał. Ale do początku. Zaposiadłam onegdaj bardzo piękny zagramaniczny polar - czarny z wilkami na plecach i figurkami wilków przy zameczkach. Marzenie i przedmiot zazdrości wszystkich fanek „Zmierzchu”, co złośliwie wykorzystywałam. Starczyło jednak, by moje koty parę razy się o niego otarły, ze 2 razy Ryży się na nim podstępnie przespał i czarne cudo oblazło tak, że wstyd było w nim nie tylko wyjść z domu, ale nawet podarować wysiedlonemu jeżowi. Czego ja nie próbowałam! Od razu można dać sobie spokój ze szczotkami i rolkami klejącymi – świetnie się sprawdzają, ale na dżinsie, bawełnie i welurze. Kłaki na polarze trzymają się jak przyspawane, wchodząc w strukturę materiału i niejako „tkając się” samodzielnie. Żal mi było wyrzucać taki piękny ciuch i zaczęłam intensywnie kombinować. Taśma klejąca miała tę wadę, że zużywała się błyskawicznie, dając mierne efekty. Żelowa masa do czyszczenia klawiatury zawiodła. Plastelina tak samo. Co jest mocniejsze od taśmy, a nie zużywa się w ciągu 10 sekund? I znalazłam!!!

Metoda ma 8 etapów.

  1. przygotowanie pasty cukrowej do depilacji nóg (przepis w Internecie), deski do prasowania, szczotki, dwóch rolek klejących i 3-4 jednorazowych nożyków do golenia
  2. polar zapinamy, żeby się nie majtał, kładziemy wysoko na desce do prasowania, gdzie kot ma nieco utrudniony dostęp, ściągamy z polaru szczotką tyle kłaków ile się da (nie jest tego wiele) – najpierw prawą, potem lewą stronę
  3. bierzemy ciepłą pastę cukrową i depilujemy polar etapami ile się tylko da, pasta powinna wyciągnąć przynajmniej część sierści wplątanej w tkaninę – najpierw prawą, potem lewą stronę
  4. bierzemy nożyk do golenia i golimy po kawałku cały ciuch, na każdym fragmencie starannie zbierając rolką (dużo się jej zużywa) ogolone kłaczki i dbając, by na desce nie zbierała się sierść, która może przenieść się na oczyszczone kawałki
  5. w ten sposób postępujemy najpierw z prawa stroną, a potem ostrożnie przewracamy polar na lewą i postępujemy analogicznie
  6. po odsierszczeniu polaru pierzemy go ręcznie w wannie, którą sprawdziliśmy wcześniej pod kątem zakłaczenia i opłukaliśmy prysznicem
  7. rozwieszamy do wyschnięcia poza zasięgiem zwierząt
  8. po wyschnięciu przechowujemy w plastikowym worku

Zaznaczam, że sposób jest ekstremalny i męczący, ale jak dotąd najskuteczniejszy.



Manifest duperelny

Pogoda cudaczna, jak w tym bollywoodzkim filmie – raz słońce, raz deszcz. Dziś kolej na deszcz, siedzę w domu i pracuję. Osy mają się dobrze. Papierzane gniazdo tkwi spokojnie między deskami, zabezpieczone przed wiatrem i deszczem. Osy włażą i wyłażą, wylatują gdzieś i wracają, doskonale ignorując co się dzieje na balkonie poniżej. Wczoraj czytałam sobie na balkonie w hamaku, jadłam jabłko – zero zainteresowania ze strony sublokatorów. W chacie mają chyba czyściej niż ja, bo w kółko sprzątają. Położyłam pod gniazdem deskę, żeby było łatwiej utrzymać porządek. Codziennie widać na niej mnóstwo paprochów, a od czasu do czasu zwłoki os i żywe pełzające larwy. Takie dość fuj. Biolożka Aleksandra twierdzi, że albo coś z nimi było nie tak i zostały eksmitowane jako nierokujące, zbędne gęby do wyżywienia, albo w gnieździe jest więcej płodnych samic i sobie wzajemnie podkładają świnię. Wymiatam, obserwuję, jest ciekawie.

Czytam na zmianę „Męską plagę, prostatę” Thorvalda Jurgena (jak pragnę kichnąć, horror medyczny!) i „Szklany dom” Charlesa Strossa. Na środę mam oddać 3 recenzyjki - co za szczęście, że krótkie. Na dysku leży rozgrzebana powieść, tłumaczenie i redakcja. A tu jeszcze muszę zrobić pierogi z jagodami i ogarnąć trochę dom, bo osy mają już chyba czyściej ode mnie. Kruca bomba, mało czasu.

Notki ostatnio wstawiam takie trywialne, ale żeby napisać tę Bardzo Ważną, która mi chodzi po głowie od tygodnia, na razie się nie zbieram. Bo temat trudny, bolesny i kontrowersyjny, a ja jakoś nie mam siły, by użerać się z agresywnymi komentującymi. Może później, może kiedyś... I tak samo nie chcę tu pisać o rozmaitych nieprzyjemnościach i nieszczęściach, jakie mnie dotykają. Nie mam skłonności do robienia tragicznych pokazówek, a psychicznym ekshibicjonizmem się brzydzę. Pewne rzeczy mogę pokazać tylko najbliższym, a niektóre zachowuję wyłącznie dla siebie. Dlatego na tym blogu można się spodziewać pisaniny o kotach, pierogach i innych duperelach.

No proszę, zaczęłam od os, a skończyłam na mini-manifeście. To pewnie przez tę pogodę...



sobota, 16 lipca 2011
Spokój i cisza przy concentration lager

Plon dzisiejszego dnia to 2 litry jagód, kilka maślaków i kurek na zupę, drewienka, 2 kleszcze, liście dębu, pióra mew i drożdżowe bułeczki. Pojechaliśmy znowu na łono, ale nie do Siedliska tylko w miejsce mniej dzikie, w okolice obozu koncentracyjnego. Lubię zbierać, jestem typem zbieraczym, spacer dla samego ruszania nogami, bez przyniesienia łupu, moje ego Ślizgona uważa za bezsensowne marnowanie energii. Nie wiem, może to się przeniosło genami przez długi szereg przodkiń, od tej pierwszej, która w najmodniejszej skórze mamuta zasuwała „po zakupy” do lasu.

Nie ma to jak nadmorski las lekko prześwietlony słońcem – górą sosny, dołem śliczny zielony mech, paprocie i jagodziniaki... Na plażę zeszliśmy bocznym zejściem, przezornie omijając umcyk-umcyk-umcyk głównego i już 200 metrów dalej można się było bez przeszkód relaksować szumem fal i słonym wiatrem. Przy okazji dokonałam rytualnego zamoczenia nóg w Bałtyku. (Może nie jestem jakąś fanatyczką „łona” ale nigdy nie zrozumiem osobników, którzy uciekają z miasta na letnisko, a potem ciągną jak mrówki do cukru w miejsca, które stanowią namiastki miasta, z hałasem, śmieciami i smrodem grilla).

Drewienka zbierał Smok w celach zawodowych, gdyż jest fotografem i potrzebuje takich różnych dziwadełek do aranżowania tła. Całe szczęście, że drewno obrobione przez morze jest lekkie... Liście dębu przywiozłam do ogórków (patrz notka o małosolnych), kleszcze natomiast przyjechały na gapę i zostały szybko spacyfikowane, zanim zdążyły się dobrze wgryźć i usadowić. Jednak trzeba, choćby człowiek był uchetany jak koń po orce, natychmiast po powrocie z lasu wleźć pod prysznic i dokładnie się obejrzeć. Jagody mam zamiar zużytkować w pierogach i koktajlach mlecznych. Pióra dostały koty do zabawy. Grzyby obrałam i obgotowałam, a potem organizm mi się wyłączył, sygnalizując zatrucie tlenem i ozonem. Czyli poszłam się zdrzemnąć, by odzyskać siły na upieczenie bułeczek, czym się odgrażałam w poprzedniej notce.

Niestety, qd, nie mam parmezanu, wiec może następnym razem. Co miałam? Miałam między innymi oliwę, co została w słoiku po wiadomych składnikach i ogródek ziołowy na balkonie.

Drożdże nastawić w ciepłym mleku, tak jak do fokaczji – ruszają bezbłędnie. Uwaga z tym mlekiem, powinno być lekko ciepłe, bo drożdże się zaparzą i guzik z tego wyjdzie.

Składniki:

5 szklanek mąki

2 jajka

oliwa aromatyzowana (nazbierało mi się jakieś 200 ml)

1 łyżka stołowa kminku w ziarenkach

troszkę estragonu

trochę świeżej bazylii

łyżeczka soli

wyrośnięte ładnie drożdże

Wymieszać to wszystko do kupy (zioła posiekać), zagnieść ciasto na gładko i zostawić na jakieś 30 minut do wyrośnięcia w ciepłym miejscu. Poszukiwanie ciepłego miejsca latem o zachodzie słońca w chałupie z zimnymi kaloryferami to temat na osobną notkę, mam wrażenie. Potem się ładnie formuje kulki z ciasta (wielkości mandarynki) i kładzie luźno na posmarowanej olejem blasze. Wychodzi 15-16 sztuk. W tym czasie rozgrzewa się piekarnik na 200 stopni, a jednocześnie w tym ciepełku bułeczki jeszcze trochę podrastają. Piec 15 minut. W każdym razie w moim genialnym piekarniku z termoobiegiem tyle to trwa, u kogo innego może być całkiem inaczej. A bułeczki...? Bułeczki z ziołami i kmineczkiem wyszły po prostu genialnie! Mniam-mniam-mniam!

piątek, 15 lipca 2011
Pizza zwana białą

Ciasto drożdżowe aż do tej pory przekraczało moje możliwości. Zawsze coś z nim było nie tak. Z tego też powodu pizze jadaliśmy raczej w pizzeriach, a nie w domu. Ale niejaki Czyprak Antoni, gotujący na gazie (patrz linki po lewej) stwierdził, że „ciasto na piccę robi się nie trudniej, niż się prosiakom w parniku kolację nastawia”. Gotowanie ziemniaków, aczkolwiek nigdy nie gotowałam dla prosiąt, zawsze mi wychodziło, więc postanowiłam dać mu szansę. A do tego w notce wspomniał o czymś, co w języku wsi polskiej nazwał „fokaczją”. To było ciekawe. Zaraz potem wybyłam na łono Joanny do Siedliska Pod Lipami... wróć! Joanna owszem posiada dwa łona - jedno przyrodnicze oraz jedno kobiece - i mam na myśli to pierwsze! W każdym razie Matka Joanna od Kotów pochwaliła się wizytacją w rili prawdziwej włoskiej restauracji i temat fokaczji wypłynął ponownie. Tym razem w pisowni focaccia. „Biała” pizza, w wersji bardzo skromnej, bez śladu sosu pomidorowego, gdyż przepis pochodzi jeszcze sprzed odkrycia Ameryki i przywiezienia stamtąd pomidorów. Według gugla niektórzy uważają ją za rodzaj chlebka, ale ja wolę pizzę. Kiedy zrobiłam fokaczję po raz pierwszy (ciasto znów wyszło strasznie klejące), zrozumiałam, dlaczego kiedy przychodziło do jedzenia poza domem i miałam wybór, wolałam pierogi albo makaron z bazylią. Olśnienie! Ja po prostu nie lubię na pizzy sosu pomidorowego, który jest świętym składnikiem i dodają go do każdej!!

Za drugim razem podeszłam do tematu z większą wprawą.

Drożdże nastawiłam nie na wodzie, a na ½ szklanki ciepłego mleka z łyżeczką cukru i łyżką mąki. Ruszyły błyskawicznie. Trzy szklanki mąki, płaska łyżeczka soli, wspomniane drożdże – zagnieść, aż ciasto zacznie odchodzić od miski i palców. Wyrobić na jednolitą, gładką kulę, odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Z tą gładkością nie wyszło idealnie, ale uznałam, że lepiej nie będzie. Ciepły był nagrzany słońcem parapet. Ciasto tym razem zrobiło mi przyjemność i zaczęło rosnąć bezproblemowo. Po półgodzinie zaczęłam nagrzewać piekarnik do 190 st. Posmarowałam dużą blachę olejem, rozwałkowałam delikatnie ciasto i położyłam na blasze, pozwalając mu jeszcze troszkę odsapnąć.

W tym miejscu zaczęły się czary-mary z tzw. wierzchem. Moje wyobrażenie o „białej” pizzy były dość wyraziste: nic czerwonego! Przewidująco nabyłam drogą kupna buteleczkę dobrej oliwy z oliwek, więc teraz mogłam nią posmarować ciasto z wierzchu, razem z rozgniecionym ząbkiem czosnku. Posypałam całość dużą szczyptą grubej soli, na wyraźne życzenie Smoka położyłam 4 duże plasterki salami, następnie równo rozłożyłam czarne oliwki i kosteczki sera solankowego Feta. Można w tej chwili dostać takie sympatyczne słoiczki w Biedronce, w ramach akcji „sałatkowy zawrót głowy”. Na to trochę oregano i świeży aromatyczny rozmaryn, i siup do piekarnika na 15 minut. Po kwadransie posypałam jeszcze całość tartą mozarellą, choć fokaczja mogła się bez tego obejść. I tyle, jeśli chodzi o robienie tego wykwintnego dania. Porcja starczy na przekąskę dla 4 osób, a 2 obeżrą się do wypęku. Naturalnie jest to moja prywatna fantazja na temat włoskiej kuchni. Prawdopodobnie prawdziwy Włoch by nie rozpoznał swojego dania narodowego w mym wykonaniu, ale co z tego? Było pyszne!

Składniki:

½ szklanki ciepłego mleka

½ kostki świeżych drożdży

1 łyżeczka cukru

sól

3 szkl. mąki

oliwki

ser feta albo inny podobny

ziółka

czosnek

dobra oliwa z oliwek

salami (opcjonalnie)

mozarella (opcjonalnie)

dobre chęci (konieczne)

Po tej mieszance fety z oliwkami został mi słoiczek aromatyzowanej ziołami oliwy i mam niecny plan wykorzystania jej przy pieczeniu pikantno-słono-ziołowych bułeczek drożdżowych. Rozhulałam się, a co!



czwartek, 14 lipca 2011
„Dzień tryfidów” reality show

„Dzień tryfidów” reality show

Czytaliście taką książkę Johna Wyndhama? Bardzo zacna, choć ma już swoje lata – o mięsożernych roślinach, co to napadają na ludzi i naturalnie potem konsumują trupa. Roślinka do tego wszystkiego jest bardzo a bardzo trująca i jak ciapnie tym trującym to już nie ma przebacz, kaplica, trup na miejscu i botaniczny bar sushi. Ludzkość, tak nawiasem, gremialnie oślepła, więc niewidomego łatwiej ciapnąć i przerobić na kompost. Do przedwczoraj byłam przekonana, że to jest tylko taka fantastyka alegoryczno-naukowa, a tu surprajz surprajz - mamy takie tryfidy w Polsce! Całkiem realne, choć jeszcze nie doszły do konsumpcji ludzkich zwłok, ale wszystko jeszcze przed nimi, bo ślepota to wszak nasza cecha narodowa. O ile tryfid Wyndhama przypominał nieco przerośniętego selera, to barszcz Sosnowskiego, bo o niego właśnie chodzi, wygląda wypisz wymaluj jak gigantyczny zmutowany koper, taki do kiszenia ogórków. Przyjrzyjcie się uważnie. 

Dorasta toto w sprzyjających warunkach nawet do 4 metrów wysokości, a występuje na terenach mokrawych, takich jak brzegi rzeczek i strumieni oraz jezior. Zwykły rów melioracyjny pewnie też starczy. W ciepłe dni wydziela parzący sok. Parzący tak wrednie, że reakcja następuje z dużym opóźnieniem i kiedy po paru godzinach zaczynają ofiarę potwornie piec ręce, nogi czy inne części ciała, ona już może nawet nie pamiętać, że zrywała/otarła się o „tryfida”. Barszcz może oparzyć nawet przez ubranie, zwłaszcza jeśli to tylko cienki bawełniany T-shirt. Pozostawia duże, wypełnione płynem surowiczym bąble, bardzo długo się gojące. Gugiel twierdzi, że mogą zostać blizny jak po oparzeniu ogniem (albo kwasem) a skóra w zagojonych miejscach zostaje pozbawiona pigmentu. Nierzadkie są też wstrząsy anafilaktyczne i omdlenia.


Barszcz Sosnowskiego (podobnie działająca i o podobnym pochodzeniu rośliną jest barszcz Mantegazziego) posiada dwojaką toksyczność: 1) właściwości fotouczulające skórę 2) obecne w roślinie furanokumaryny powodują oparzenia chemiczne, zarówno w drodze bezpośredniego kontaktu jak również "bezdotykowo" - gdy w pobliżu rośliny jest duże stężenie jej toksycznych związków. Także i chemiczne oparzenie i alergia.

Postępowanie jak już zło się stało: przemyć miejsce oparzenia zimną wodą, w razie potrzeby podać środki przeciwhistaminowe i udać się na pogotowie.

A najlepiej w ogóle nie dopuszczać do kontaktu. Nie oślepliśmy tak jak we wspomnianej powieści, więc na łonie przyrody rozglądajmy się uważnie (mówiłam, że łono jest niebezpieczne!), a jeśli to cholerstwo zasiało nam się w ogródku, z odpowiednimi środkami ostrożności wykopać z korzeniami, spalić i sprawdzić okolicę pod kątem występowania innych osobników, gdyż roślinka jest okrutnie płodna i ekspansywna. Oczywiście ostrzec sąsiadów, szczególnie takich posiadających dzieci. Kiedyś barszcz Sosnowskiego występował w Polsce raczej endemicznie, ale w ostatnim dwudziestoleciu zaczął intensywną migrację, może z powodu zmian klimatycznych, więc jest większa szansa, że natkniemy się na niego w lesie lub na łąkach.

Taki to „koperek”... Osobiście nawet przypominam sobie, że raz czy dwa razy widziałam takie olbrzymie chwasty gdzieś w terenie, ale rosły w takich chaszczach, że nie chciało mi się do nich przedzierać. Wychodzi na to, że moje lenistwo uratowało mi skórę.



wtorek, 12 lipca 2011
Małosolne dla początkujących

Właśnie doszły małosolne ogóreczki i mogę się nimi dowolnie delektować. Nastawienie ogórków jest tak proste, że najgorsza kuchenna niemota jest w stanie sobie z tym poradzić.

Etap nr 1: naczynie. Powinien być to garnek kamionkowy na przynajmniej 5 litrów, albo parolitrowy słój, albo jakiekolwiek duże naczynie szklane - widziałam nawet ogórki w akwarium. (Uwaga, przed nastawieniem ogórków w akwarium należy z niego usunąć rybki i całą resztę wyposażenia). Naczynie myjemy dokładnie gorącą wodą i wypłukujemy z resztek detergentu (i rybek). Płyn do naczyń dziwnie psuje smak ogórka jako takiego.

Etap nr 2: Idzie się do warzywniaka i patrzy się, gdzie leżą ogórki gruntowe. Ogórek gruntowy jest niewielki, krótki i ma na skórze pypcie jak ropucha. Ogórek długi, duży i gładki jest ogórkiem sałatkowym i się nie nadaje. Zwłaszcza się nie nadaje jak jest w folii. Kupujemy tyle ogórków ile nam się wydaje, że wejdzie z lekkim luzem do naszego akwarium. Nabywamy też pęk kopru, parę kawałków chrzanu i główkę czosnku. Jak nie wiemy jak wygląda koper i chrzan, pytamy sprzedawczynie w warzywniaku, albo przed wyjściem z domu sprawdzamy w guglu. Należy uważać i nie pomylić chrzanu z imbirem. Oba to są korzenie, ale ogórki z imbirem się nie zakiszą. Kupujemy sól kamienną, najlepiej gruboziarnistą.

Etap nr 3: Myjemy ogórki w zimnej wodzie i płuczemy dodatki wymagające wypłukania. Wsadzamy koper na dno akwarium, wrzucamy chrzan i ząbki czosnku (nie muszą być obrane z łusek), na to ładnie układamy ogórki i przystępujemy do zrobienia zalewy.

Etap nr 4: Gotujemy w garnku wrzątek 2 litry aż będzie gorący. Odpowiednio gorący wrzątek bulgota. Do wrzątku wrzucamy 2 czubate łyżki soli kamiennej i mieszamy aż się rozpuści. UWAGA, PROPORCJA JEST WAŻNA: 1 ŁYŻKA STOŁOWA SOLI NA 1 LITR WODY. Wlewamy taki gorący roztwór do ogórków, żeby były w całości przykryte słoną wodą. Jak się nie przykryją to dogotowujemy wody z solą i dolewamy. Stara szkoła zaleca przykrycie ogórków deseczką albo talerzykiem i obciążenie czymś ciężkim. Kowadło niezalecane. Może być kamyk ze skalniaczka (umyty) albo słoik z wodą. Jeśli jest ciepło, po 2 dniach ogórki powinny już się nadawać do jedzenia.

Dla bardziej zaawansowanych: poza chrzanem, koprem i czosnkiem hardkorowcy wrzucają do akwarium ogórkowego także kilka liści czarnej porzeczki, wiśni lub dębu. Amatorzy ogórków pikantnych dorzucają jedną ostrą papryczkę albo kawałeczek imbiru.



poniedziałek, 11 lipca 2011
Futro

Jak pisałam w lutym, dokonałam wówczas CZYNU. Włosy mi od tamtego czasu odrosły i już ze 3 razy je przycinałam, lecz przede wszystkim inne zabiegi spowodowały, że z etapu „wyliniała wiewiórka” płynnie przeszłam do „borsuk w upale” – czyli taki może nie najbardziej kudłaty lecz też całkiem przyzwoity. Jak? Po pierwsze primo, regularne smarowanie olejem rycynowym spowodowało, że włosy mi się realnie zagęściły i ożywiły. Po drugie primo, przejście z farbowania farbą na farbowanie henną zniwelowało w dużym stopniu odrosty, a już na pewno na włosy henna nie szkodzi. Zapewne właśnie z drugiej strony ekranu pada pytanie: jak zmywać potem ten cholerny olej? Bardzo prosto, mydłem „Biały Jeleń” w kostce. Naturalnie włosy są potem „tępe”, ale starczy nałożyć i spłukać zwykłą odżywkę, bez żadnych cudów w rodzaju płukania octem i naparem ze skrzypu. Mycie włosów mydłem tak mi się spodobało, że już w ogóle nie używam szamponu, chyba że się gdzieś wyjątkowo śpieszę i muszę umyć głowę w ciągu 30 sekund. A futro rośnie.



niedziela, 10 lipca 2011
Łono

 

Dziś będzie o łonie. Nie szczerzyć się! O łonie przyrody, gdyż nawiedziliśmy Siedlisko Pod Lipami, gdzie rezyduje Joanna, moja przyjaciółka od lat 30, dziennikarka, kociara oraz tzw. czynnik sprawczy Rudiego i Torinki. (Nawiasem, znów ma do oddania aż 4 prześliczne kocięta typu „krówka”.) Zostaliśmy ugoszczeni forsownie rozmaitymi smakołykami: kaszanką z grilla, kiełbaską z grilla, pieczarkami z grilla, karkóweczką z grilla, bobem z gri... wróć! Bób nie był z grilla, tylko z garnka, ale i tak palce lizać. Niestety, nie mogę podać tu przepisu, gdyż Joanna zamierza go sprzedać czasopismom kulinarnym za ciężkie pieniądze, po czym nabyć kombajn do ostów. Odbyliśmy też morderczy spacer w upale nad rzeczkę Wąską w celu pomoczenia nóg i wówczas zaczęła we mnie kiełkować szybko jak rzeżucha myśl, że jestem jednak mieszczuchem do szpiku kości i tydzień na tym łonie przyrody mógłby mnie zabić jak nic. Nie jestem z tych co to się wybierają na Giewont w szpilkach (nie wybieram się na Giewont w ogóle), krowa mnie nie wprawia w panikę (co innego robal wielkości krowy), łażę po tych swoich „górkach” zbierając szczaw, czarny bez, poziomki i jeżyny, ale górki mają się tak do okolic Siedliska jak angielski park do prerii. Joanna, pisząc o wielkości zielsk na posesji nie przesadziła nic a nic. Osty wyższe od człowieka, liście babki szerokolistnej wielkości talerzyków deserowych, łopiany większe niż tace w Mcdonaldsie, mięta po pas, estragon do ramienia, papierówce łamią się gałęzie pod ciężarem owoców. To co tubylcy nazywają „drogą gminną” odróżnia się od reszty krajobrazu tym, że zielsko sięga tam tylko trochę powyżej kostki, a nie do pasa jak wszędzie indziej. Moja wyobraźnia w pewnej chwili podsunęła mi wizję gigantycznego kreta, wyłaniającego się z płodnej ziemi Żuław Wiślanych i mówiącego dwuznacznie „mniam, mniam...”.  Joanna ma za 2 tygodnie urodziny i naturalnie serdecznie zaprasza na kolejnego grilla w dżungli, co znaczy, że tym razem muszę wziąć kalosze, spraj przeciw gzom, hełm korkowy i strzelbę.



środa, 06 lipca 2011
Cat’s Crime Scene Investigation

Wczoraj po południu poszłam piętro wyżej, żeby nasypać podopiecznemu chrupek. I niemal natychmiast zobaczyłam na panelach podłogowych pełno rdzawoczerwonych kropek, które ciągnęły się przez cały salon i przedpokój. Krew! Obejrzałam kota, łapy, pyszczek... nic. Zadowolony, przytulasty, nie widać, żeby się gdzieś skaleczył. Dalsze śledztwo ujawniło na wykładzinie w sypialni ptasi łebek, jedną łapkę i trochę piórek. Ano, znudzony kotek, zostawiony sam w domu, skorzystał w całej pełni z otwartego balkonu i coś upolował, a następnie skonsumował zdobycz. No cóż, mleko się rozlało, nie ma co płakać. Posprzątałam miejsce zbrodni i zamknęłam balkon na noc.

„No i co?” – powiedziałam do Rudiego. – „Mefisto ma dopiero półtora roku, a już złapał ptaka. A ty co, tyle od niego starszy, a twoja największa zdobycz to ćma. Nie wstyd ci?”

„Pasikonik” – poprawił Smok. Ryży popatrzył na nas z urazą, zlazł z biurka i poszedł sobie, nadęty. Do tej pory ma focha, że byliśmy tacy nietaktowni.



 
1 , 2