CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
środa, 21 lipca 2010
Łamanie stereotypów czyli dupa w malinach
Po ładnych paru latach znajomości dowiedziałam się, że Magda Kozak (notabene znakomita pisarka i baba-transporter opancerzony) farbuje włosy. Myślałam, że jest takim pięknym przykładem łamania stereotypu o braku inteligencji u blondynek, a tu odwrotnie: przykład maskowania inteligencji za pomocą farby marki Wella. :-/
Jadę do Warszawy na Avangardę. Przy okazji będę zaglądać wszystkim znajomym w przedziałek, szukając odrostów. I sporządzę listę, w której wyszczególnię prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. O wszystkim!

niedziela, 18 lipca 2010
EKSPERYMENT KULINARNY czyli śledź na słodko

EKSPERYMENT KULINARNY czyli śledź na słodko

 

1 duży słoik śledzi w occie firmy Bismarck

4-5 plastrów ananasa z puszki

garść rodzynków

1/2 dużego opakowania jogurtu naturalnego

½ łyżeczki imbiru

½ łyżeczki cynamonu

1 łyżeczka cukru lub słodzik

 

Rodzynki namoczyć w gorącej wodzie na 10-15 minut. Śledzie odcedzić z zalewy, pokroić na małe kawałki. Dodać pokrojonego ananasa i odsączone rodzynki. Jogurt wymieszać z cynamonem i imbirem, dosłodzić, wymieszać wszystkie składniki razem i wstawić na godzinę do lodówki.

O dziwo, wyszło to bardzo smaczne, słodko-pikantne i generalnie bardzo oryginalne. Przepis dostosowany do diety Dukana faza III.

Obecna waga: 73 kg (ustabilizowane)

piątek, 16 lipca 2010
O strajku klimatycznym i cywilizacji słów kilka

O strajku klimatycznym i cywilizacji słów kilka


Strajkuję z powodu pogody. Znaczy się, nie gotuję, prawie nic nie smażę (poza jajkami sadzonymi), a już broń Borze nie piekę. Jak temperatura wieczorem spada do jakichś nędznych 25 stopni, to jeszcze nie znaczy, że powinnam się zaraz podgrzać piekarnikiem. Żyjemy sobie bezstresowo na paróweczkach z Lidla (często na zimno), jajkach, różnorakich sałatkach, pijemy też ogromne ilości wody z lodem. Najczęściej spożywanym przeze mnie daniami są: otręby z jogurtem, otręby z kefirem i otręby z maślanką – przy czym otręby owsiane mieszam z rodzynkami i suszoną żurawiną, a przetwory mleczne są najrozmaitszego autoramentu, cokolwiek mi wpadnie w ręce w spożywczaku. Istotnie musiał mi upał zaszkodzić na rozum, że dopiero teraz przypomniałam sobie o tak idealnym daniu na teraźniejsze temperatury jakim jest gazpacho.

 

50 dag pomidorów

2 czerwone cebule

2 ząbki czosnku

2 ogórki małosolne

2 papryki

1 łyżka oliwy z oliwek

sól

pieprz

1 kromka białego chleba

 

Pomidory sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki. Ogórki oraz jedną cebulę pokroić na małe kawałki. Pomidory zmiksować z cebulą i czosnkiem, oliwą i pieprzem. Posolić do smaku. Strąki papryki przekroić na połówki, usunąć białe środki z pestkami. Połówki papryk pokroić na kawałki albo w paseczki. Wstawić do lodówki, aby zupa dobrze się oziębiła. Bezpośrednio przed podaniem wrzucić do gazpacho paprykę i drugą pokrojoną w cienkie krążki cebulę. (Można podawać z czosnkowymi grzankami.)
Uwaga: składniki gazpacho można zmiksować z 1-2 kromkami białego pieczywa bez skórki.

 

Z racji tego, że nadal jesteśmy na diecie, oliwę zastąpię oliwkami, a białe pieczywo razowcem.

*

Tak się złożyło, że w trybie pilnym muszę odnowić paszport. Bogata w doświadczenie sprzed dziesięciu lat, pierwsze zdumienie zaliczyłam u fotografa, który stanowczo kazał mi zdjąć okulary i nie kazał pokazywać ucha. Plakat na ścianie wyjaśnił mi potem tajemnicę zdjęć biometrycznych. No proszę... nowe idzie. Udałam się następnie do biura paszportowego, mieszczącego się już pod całkiem innym adresem, mając z góry wyrobiony obraz tego, co mnie tam czeka: zatłoczony korytarz, ludzie wypełniający jakieś kwitki na parapetach, wszyscy zmasakrowani upałem i z ogólnym nastawieniem typu „pan tu nie stał” plus równie zmasakrowani urzędnicy, warczący na wszystkich petentów. Dotarłam, wchodzę: po pierwsze uderzyło mnie wrażenie luźności i jasności. Ludzi niewielu, pomieszczenia jasne, chłodne (!) i czyste. Stanowisko do wypełniania wniosków z naklejonymi wzorami takiej wielkości, że ślepy ich nie przeoczy. Kasa tuż obok. Krzesełka dla czekających i maszynki robiące ping. Nikt na nikogo nie warczy, pełen wersal. Wypisałam wniosek o wydanie paszportu, zapłaciłam co miałam zapłacić, pobrałam numerek z maszynki, usiadłam i zaczęłam się rozglądać. Kolejki były dwie, dla składających i odbierających, co skrupulatnie pokazywał ekranik. Do stanowisk biurowych prowadziły trzy schodki, ale jakbym tu zjawiła się na wózku inwalidzkim, to spoko wodza, mogłabym sobie wjechać windeczką. A obok toaleta zwykła, toaleta dla niepełnosprawnych i przewijalnia dla niemowląt. Moja kolej przyszła prędko, pogadałam sobie z nadzwyczajnie miłą panią urzędniczką, wyjaśniając zawiłości mego adresu pocztowego, co to jest ani miejski ani wiejski tylko jakiś pośrodku. Zeskanowała mi linie papilarne, chwaląc za dobre układanie palca na skanerze, dała kwitek i powiadomiła, że pod takim a takim adresem w sieci można już za dwa tygodnie sprawdzać, czy paszport gotowy. I rozstałyśmy się w przyjaznej atmosferze, życząc sobie wzajemnie ochłodzenia. Proszpaństwa, Europa...

Europejskość naszego pięknego kraju objawiła mi się ponownie dzisiaj na plaży, gdzie poza takimi atrakcjami jak pubik z piwem i zjeżdżalnia dla dzieciaków, były też altanki, gdzie można było przebrać się spokojnie w kostium, bez potrzeby robinia dziwnych manewrów z ręcznikiem. Jedynym zgrzytem był brak haczyków, na których można by powiesić na chwilę odzież. U panów ratowników natomiast można było pobrać metki do podpisania dzieciaków. Ma toto kształt bransoletki, na której się wypisuje imię i nazwisko oraz nr komórki i to się bachorowi zakłada na łapę. Jak się zgubi, to wiadomo czyje i komu oddać ten wątpliwy zaryczany skarb. O plakietkach dowiedziałam się z wielkiego plakatu wywieszonego w przejściu na plażę. Europa...

I tacy jesteśmy fajni, cywilizowani i cool, wszystko takie kolorowe i przyjemne do momentu aż z jakiegoś polonusa nie wylezie zwykłe wiejskie, przaśne buractwo. Poszliśmy mianowicie na rybkę do bardzo przyjemnej restauracyjki sezonowej, położonej tuż przy plaży (ale bynajmniej nie w jej obrębie) w parkowym pasie zieleni. Zamówiliśmy, siedliśmy, czekamy a przy tej okazji obserwujemy ludzi. I oto pojawia się dziewoja lat dwadzieścia parę na oko, w stroju kąpielowym, bez najmniejszego skrępowania pokazująca wszystkim obecnym sporą oponę brzuszną. Po niej pojawiła się druga, a potem i trzecia, wszystkie jednakowo roznegliżowane. Bonusem był młodzieniec topless, spożywający rybkę dwa stoliki dalej, choć przynajmniej miał na sobie szorty, a nie slipki. Ale najlepsze miało nadejść, kiedy już skończyliśmy jeść i udaliśmy się przez parczek w stronę przystanku i po drodze wpadliśmy na kolejną Wenus z morskiej piany. A była to Wenus zdecydowanie Rubensa, nie Boticellego. Sto pięćdziesiąt kilo żywej wagi, odziane w dwuczęściowe bikini właśnie turlało się (a właściwie przelewało z boku na bok) z innej knajpki, położonej jeszcze dalej od plaży. Zachodzę w głowę, skąd ten kompletny brak zahamowań u urlopowiczów, jakby z momentem wjechania do kurortu przekręcał im się wyłącznik. Te same osoby nie poszłyby przecież w swoim mieście na pizzę półnago, praktycznie w majtkach i biustonoszu. Nie polazłyby tak nawet do osiedlowego sklepiku. Ale nad morzem: hulaj dusza, piekła nie ma i nieważne, że plaża zaczyna się dobre 20 metrów dalej, a obok chodzą i siedzą osoby całkowicie ubrane, które być może wołałyby przy jedzeniu nie oglądać wątpliwych wdzięków czy to damskich, czy to męskich. W każdym podręczniku dobrego wychowania znajdzie się ustęp, w którym wyraźnie jest zaznaczone, że do restauracji chodzi się w stroju odpowiednim. Powiecie, że marudzę, że przecież urlop, wakacje i wtedy człowiek pozwala sobie na więcej, i że bez sensu jest wkładanie na siebie odzieży, kiedy się wyskakuje z plaży tylko na chwilę, coś zjeść. No tak, ale właśnie dlatego mądrzy ludzie wymyślili coś takiego jak chusty pareo. Jest to lekkie, przewiewne, bardzo ładne i zakłada się w pięć sekund, a do tego modne i tanie jak barszcz. Sama mam takie dwie.

czwartek, 15 lipca 2010
Kapcie dla misia czyli o wyrażaniu miłości

Kapcie dla misia czyli o wyrażaniu miłości

Podczas ostatniej wizyty w moim dawnym domu, mama wyciągnęła skądś obrzęchane pudełko i powiedziała: „Przejrzyj te rzeczy. Leżą całymi latami, zabierają miejsce, zobacz czy chcesz coś zabrać, a resztę wyrzucę”. W środku było parę maskotek i ubranka dla lalek. Sweterki i sukienki robione na szydełku, lekko nadgryzione przez jakiegoś mola, śpioszki, rajstopki, a nawet bluzeczki i sukienki, w których rozpoznałam własne wyroby tworzone czy to ręcznie, czy to na maszynie dziesięciolecia temu. Z dumą stwierdzam, że byłam całkiem niezłą lalkową krawcową. A w pewnej chwili wyciągnęłam z pudełka coś, co rozpoznałam natychmiast, w jednej sekundzie i przypomniałam sobie TAMTĄ chwilę.

Musiałam mieć co najwyżej trzy lata, bo to w tym wieku dzieci są święcie przekonane, że ich zabawki są żywe, należy je karmić herbatniczkami i ubierać, żeby nie zmarzły. Kubuś był wyposażony w kraciastą kamizelkę i bodajże czapeczkę do kompletu, a ja się uparłam, że mu włożę własne osobiste rękawiczki, bo zima, mamy iść rano na sanki, więc miś zmarznie. Zdaje się, że bardzo poważnie się awanturowałam z powodu cierpień niedogrzanego niedźwiedzia, a mama stawiała słuszny opór, gdyż rękawiczki były jedne i miało je nosić dziecko a nie pluszak. Poszłam spać z tym strasznym dylematem, a rano ujrzałam cud. Na stoliczku siedział Kubuś wystrojony w parę szydełkowych kapci i parę dopasowanych rękawiczek na sznureczku! Białych z niebieskim obrąbkiem. Był to moment tak czystego, niezmąconego szczęścia, chwila, kiedy poczułam się niezwykle kochana (choć naturalnie jako osoba trzyletnia nie umiałam ubrać tego w słowa). Moja matka nie zlekceważyła miłości dziecka do misia, zrozumiała ją i zaradziła złu, po prostu szydełkując misiowe wyposażenie w tajemnicy, kiedy córeczka już po dobranocce poszła do łóżka. Przez całe lata misiowe rękawiczki były dla mnie symbolem matczynego uczucia do mnie. Jak widać, naprawdę nie trzeba dziecku kupować ipoda, żeby poczuło się kochane, starczy rzecz za parę groszy, byle wiedzieć kiedy i jak ją ofiarować, czyli po prostu własne dziecko znać. Misiowe rękawiczki o mały włos wylądowałyby na śmietniku, ale ostatecznie zostały skrupulatnie zachowane.

Z otchłani schowka został również wywleczony stary trocinowy niedźwiedź, o którym pisałam wcześniej – Koralgol. Rozsądek mi podpowiadał, że należy go wyrzucić i nie zawracać sobie głowy starą zabawką, serce natomiast podszeptywało: „Przecież to nie jego wina, że jest tym mniej kochanym”. Szalę przeważyła ciotka, odzywając się nostalgicznie: „Pamiętam. Wtedy wyjechaliście i ja tak za tobą tęskniłam, że kupiłam ci tego miśka i czekałam z nim na dworcu”. Miś w tej chwili już po torturze pralki, schnie na balkonie. Znajdę mu jakiś kąt na emeryturę. Skazanie staruszka na śmietnisko byłoby zarazem zlekceważeniem tych dawnych uczuć ciotki, kiedy przeznaczyła część skromnej pensji na zabawkę dla małej siostrzenicy. Tak.