CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
piątek, 27 czerwca 2014
Szydełkowanie miarą wartości człowieka

Niedawno na twarzoksiążce ktoś napisał notkę o tym, że taki jeden nieprzyjemny pan twierdzi, jakoby kobieta w glanach powinna się powiesić, a ktoś inny, iż dziewczyna bez sukienki to babochłop itd. Z twarzoksiążką jest ten kłopot, że notki się gubią i źródła nie podam, ale w każdym (bądź) razie dało mi to do myślenia i spowodowało ciąg skojarzeniowo-myślowo-wspomnieniowy.

Dawno temu, kiedy jeszcze miałam na koncie jakieś skromne opowiadanka wydrukowane w ś.p. Fenixie, darzyło mi się biesiadować przy jednym stole z pisarzem Eugeniuszem D. i dyskusja chyba zeszła na kobiety piszące czy też kobiety w ogóle (po latach pamięć zawodzi). Jednakowoż odezwał się on do skromnej debiutantki w te słowy (cytat niedokładny): „A gotować umiesz?” Zdziwiona, odparłam, że tak, bo co to w końcu za filozofia zrobić ogórkową? „A ciasto upiec?” – indagował dalej. „Umiem” – odrzekłam, bo umiałam, może nie na poziomie zawodowego cukiernika, ale keks, jabłecznik i murzynek nie przekraczały moich możliwości. Robiło się coraz zdziwniej, bo autor „Flashbacka” dopytywał się o moje możliwości w zakresie szydełkowania, haftu krzyżykowego, szycia, robienia na drutach i ogólnie rzeczy uznawanych tradycyjnie za zajęcia kobiece. (Wszystko to miałam jakoś tam opanowane.) W końcu wygłosił patetycznie: „W takim razie możesz zajmować się pisaniem”. Byłam młoda i (jeszcze) dobrze wychowana, więc powiedziałam tylko kwaśno: „Serdecznie dziękuję”. Dziś pewnie zapytałabym zwrotnie czy pan D. potrafi naprawić czołg, albo zaproponowałabym, żeby spadał na bambus i wychędożył się czubkiem. Wiek mi wpłynął bardzo dodatnio na rozwój asertywności.

Kontynuując temat: dawno temu, kiedy jeszcze w ogóle oglądałam telewizję, zdarzyło mi się natrafić na Twoim Stylu program o tytule bodaj czy nie „Damą być”. Nie była to w każdym razie Perfekcyjna Pani Domu. Z zafascynowaniem obejrzałam całość, chwilami zbierając szczękę z podłogi. Założenie było proste: wziąć parę dziewczyn typu „imprezowiczka” i zamknąć je na parę tygodni w oboz… to znaczy w angielskiej rezydencji i poddać tresu… nauczyć być damą. Uff… Nagrodą miał być bardzo piękny, bardzo drogi i czerwony, jak sny kurwy weneckiej, samochód. Znaczy dla tej dziewoi, co się da najlepiej wytresować, tfu, wyszkolić na damę. Z jednej strony kilka wesołych i bardzo kolorowo ubranych dziewczyn, a z drugiej trzy czy cztery panie w identycznych granatowych garsonkach i czółenkach, wystylizowanych na najbardziej ponure angielskie biurwy, jakie święta ziemia nosiła. No i pajechali z tym koksem. W czym się te biedne dziewuszki edukowały? Ano jak chodzić, jak siadać, jak używać miliona pińćset sztućców i jak jeść homara. Jak mówić i jak patrzeć, i nie robić min. Bardzo ważna okazała się umiejętność składania serwetek, upieczenia ciasta cytrynowego, a już kluczowa - wybudowania wieży Babel z miniaturowych bez. Oczywiście obserwowano dziewczyny na każdym kroku, co chwila któraś odpadała z konkursu, a to z powodu zawalenia się stosu ciastek na paterze, a to z powodu tego, że któraś wyrwała się na wieczór do pubu i ośmieliła się tam tańczyć oraz pić piwo. Cały czas miałam nadzieję, że pojawi się tam ktoś z obsady Monty Pythona i potwierdzi moje podejrzenia, że to wszystko jest gigantycznym dowcipem, ale tak się niestety nie stało. Jedna z odrzuconych dziewczyn pokazała paniom kuratorkom gołą dupę przez okno odjeżdżającego samochodu, co było najlepszym momentem programu. O ile pamiętam, nikogo tam nie obchodziło, czy te dziewczyny posiadają umiejętności w rodzaju jazdy na rowerze, tańca dyskotekowego, łowienia ryb albo szycia maskotek. Nikt nie pytał o gusta filmowe, ani o to co lubią. (Założono z góry,  że lubiły latać po pubach i się puszczać). Nareszcie została tylko jedna zwyciężczyni, odebrała zasłużony czerwony kabriolet i odjechała w siną dal, nie oglądając się za siebie. Tyłka nie pokazała, ale idę o zakład, że miała na to wielką ochotę. Podziwiam jej hart ducha, że wytrzymała do końca, zdobyła co chciała i nie wymordowała tych zadufanych kretynek w żakiecikach.

Nikt nie ma prawa wyceniać waszej wartości na podstawie tego, czy umiecie szydełkować. Nikt nie ma prawa gardzić wami z powodu nieumiejętności ustawienia konstrukcji z bez. Nikt nie ma prawa szydzić z was dlatego, że nosicie glany. Niech nikt się nie ośmieli kwestionować waszej wartości jako człowieka tylko dlatego, że nie wiecie, jak się kroi homara albo piecze kruche ciasteczka. A jeśli tak się zdarzy, pokażcie mu dupę i każcie się pocałować.



niedziela, 15 czerwca 2014
Wniosek

Jeśli jesteś ciągle tak zmęczony, że nie jesteś w stanie czytać książek, to tym bardziej jesteś zmęczony na robienie czegokolwiek innego. Innymi słowy: jesteś zbyt zmęczony, by żyć.

środa, 04 czerwca 2014
Ten krępujący moment…

Ten krępujący moment…

Czy ktoś czytał autobiografię Joanny Chmielewskiej i pamięta historię o tym, jak po całej Warszawie poszukiwała kolegi swego syna, niejakiego Klekota? Po czym okazało się, że facet nazywał się całkiem inaczej i nawet bez żadnych zbieżności z bocianem?

Każdy z nas wielokrotnie przeżywa takie sytuacje kiedy jesteśmy przedstawiani jakiejś osobie i 20 sekund później już nie pamiętamy jej imienia. W większości przypadków tego człowieka nie zobaczymy już nigdy w życiu powtórnie, więc nie ma się czym przejmować. Są natomiast okoliczności znacznie bardziej frustrujące i ambarasujące. Mianowicie znamy kogoś od lat, jego sytuację życiową, zwierzaki i zainteresowania, wiemy gdzie mieszka, kojarzymy, o czym rozmawialiśmy ostatnio, widujemy się przynajmniej 2-3 razy do roku, kontaktujemy przez internet i nawet rozmawiamy telefonicznie, po czym pewnego dnia spada na nas potworne olśnienie: Jak ten gość się właściwie nazywa? Bo przecież nie Klekot, Wujo, Nurynka, Karandasz czy Uszatek! Przedstawił się kiedyś, ale to było raz jeden i 5 lat temu! Znacie to?

Rozpaczliwie grzebiemy w pamięci, przeszukujemy stare notesy i archiwa pocztowe, wypytujemy wstydliwie wspólnych znajomych, po czym z gigantycznym wysiłkiem docieramy do informacji, że Sauron w rzeczywistości nazywa się Jasiu Karolak czy coś równie oryginalnego. 

Od 2 tygodni usiłuję sobie przypomnieć, jak się nazywa Chuchacz. Chyba coś na M…