CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
czwartek, 23 czerwca 2011
13 powodów, dla których kot jest lepszy od mężczyzny
  1. Nieogolony kot wygląda znacznie lepiej, niż nieogolony facet.
  2. Kotu nie rosną włosy w nosie.
  3. Kot nie zajmuje tyle miejsca w łóżku.
  4. Kot nie chrapie!
  5. Kot nie narzeka na jedzenie z puszki i nie zjada ci ostatniej czekoladki z pudełka.
  6. Każdy kot myje się bez napominania.
  7. Kot nie zostawia brudnych skarpetek na środku dywanu.
  8. Kot nie domaga się seksu o siódmej rano. A jeśli nawet, to nie od ciebie.
  9. Jeżeli kot ofiaruje ci zdechłą mysz — możesz być pewna, że jest to podarunek całkowicie bezinteresowny.
  10. Niegrzecznego kota łatwiej odizolować, niż upierdliwego mężczyznę.
  11. Swojego kota możesz przedstawić w każdym towarzystwie, mając pewność, że się nie skompromituje.
  12. Facet może być przystojny, brzydki, albo taki sobie. Koty są wyłącznie piękne.
  13. Kot umie mruczeć, a mężczyzna nie!

 

Powyższy spis ułożyłam już ładne 10 lat temu, a nadal się nie zdezaktualizował. ;-)



Tagi: kot
17:26, toroj
Link Komentarze (1) »
piątek, 10 czerwca 2011
Grammar nazi

W sposób emocjonalny (zaznaczam, emocjonalny, a nie chamski) zwróciłam komuś uwagę, że o dwóch osobnikach płci męskiej (zwłaszcza w sytuacji slaszowej) bynajmniej nie piszemy „oboje”. Mam już serdecznie po kokardę tego błędu mnożonego w dziesiątki tysięcy w napisach do filmów, w prasie i na portalach sieciowych, jakby ludność Polski stanowił w 80 procentach element napływowy zza Uralu. „Oboje” to kobieta i mężczyzna. Dwóch facetów to „obaj”. Na co zostałam nazwana suką i gramatyczną nazistką. Trochę przykre, ale nikt mi wszak nie gwarantował, że patriotyczna walka o czystość polszczyzny będzie łatwa i przyjemna.

Drugim błędem, od którego dostaję szału, piany na wargach kalinowych i gotowa jestem gryźć ludzi po kostkach, jest debilna maniera pisania odmian imion i nazwisk z apostrofami, kiedy zupełnie tego nie wymagają. W ten sposób mamy: Mark’a zamiast Marka, Haskell’a zamiast Haskella, a nawet Londyn’u i Barcelon’y. Doprawdy, jak zobaczę gdzieś Kowalski’ego to rozejrzę się za trumną.

O wieczystym „poszłem” żal nawet wspominać.

*

Kolejne zagospodarowywanie resztek, tym razem risotta słodkokwaśnego z kurczakiem, którego miało być na 2 dni, ale Smok miał za duży apetyt i zrobiło się go jakoś ni w pięć, ni w trzy czwarte – na jedną osobę za dużo a na dwie za mało. W garnku więc wylądowało co następuje: 1 litr wody, kostka rosołowa, resztka keczupu, garść mieszanki warzywnej mrożonej (Auchan), 3 pomidory sparzone, obrane ze skórki i pokrojone, pieprz, masło zeskrobane z papierka, czubata łyżeczka cukru celem przełamania kwaśności pomidorków i kosteczka przyprawy bazyliowej, wygrzebana z jakiegoś kątka w szufladzie, oraz na koniec owo risotto, wylegujące się na patelni i nie przeczuwające, że zaraz stanie się zupą pomidorową.

Poza tym ceny tartego czosnku osiągnęły wysokość zdecydowanie przesadną, więc nabyłam drogą kupna czosnek w główkach. Następnie pracowicie skubałam go z łusek podczas oglądania CSI, przecierałam przez praskę, mieszałam z solą, olejem i siekaną bazylią. Z czterech główek wychodzi akurat tyle, by napełnić słoiczek po pesto. Przechowywać w lodówce i używać jako przyprawy do wszystkiego, co lubi mieć w sobie czosnek – mięsa, twarożki, zupy, sosy itp. Niestety, po produkcji trzeba wietrzyć mieszkanie i siebie również.

*

A na balkonie wreszcie zdecydowała się zakwitnąć nasturcja. Na razie tylko wysuwa podejrzliwie pomarańczowy nos, ale i tak jestem szalenie zadowolona, gdyż z kwiatami się coś nie dogaduję - wytrzymują u mnie wyłącznie gatunki stoickie i twarde jak indyjscy fakirzy, śpiący na gwoździach. Bardzo miło ze strony tej nasturcji, że jednak zdecydowała się zakwitnąć.



czwartek, 09 czerwca 2011
Ciągi kulinarne

 

U mnie tak już jest, że jedno danie często ciągnie za sobą drugie, gdyż z domu rodzinnego wyniosłam głęboko zakorzenioną niechęć do wyrzucania produktów spożywczych - co za tym idzie, zagospodarowuje się resztki. Tym razem zaczęło się od szczawiu, którego uzbierałam „na górkach” stanowczo za dużo (zawsze się zbiera za dużo, nie ma siły) oraz mielonego, które leżało w lodówce o dzień za długo i było „podejrzane”. Nie żeby śmierdziało, ale dać mu jeszcze 24 godziny i pewnie zaczęłoby używać prostych narzędzi. Szczaw, przesmażony na maśle, częściowo wylądował w zupie, a częściowo w miseczce i czekał co dalej. Dalej ugotowałam 3 ziemniaki i kupiłam kostkę twarogu, z myślą zrobienia pierogów. A tymczasem to mielone już machało łapką... I wówczas znalazłam w szafce resztkę makaronu canelloni, a w lodówce słoik z ostatkami czarnych oliwek. W te pędy poleciałam do pobliskiego sklepiku, gdzie można dostać owo niemieckie canelloni po bardzo przystępnej cenie, po czym przystąpiłam do produkcji. W misce razem z mielonym wylądowała cebula, sól, pieprz, 1 jajko, dwie solidne łyżki pomidorowego pesto (tanio i dużo w Lidlu), potarte na grubej tarce 2 pieczarki (po cholerę toto kroić, jak można utrzeć na wiórki?), aż 4 ząbki pogniecionego czosnku i trochę otrąb owsianych. Następnie wszystko to solidnie ugniecione i wymieszane zaczęłam wpychać do makaronowych rur, skrzętnie w środek każdej wkładając jedną oliwkę. Głęboka patelnia szybko napełniła się rurami, zalałam przegotowaną wodą, nastawiłam na średni ogień i zaczęło sobie pyrkotać. Pod koniec pyrkotania zalałam całość beztrosko sosem borowikowym z paczki i sobie doszło bezproblemowo. Z rozpędu zrobiłam jeszcze sałatkę z reszty kapusty pekińskiej, co melancholijnie ziębła w lodówce, oraz plasterków korniszonów i sosu majonezowo-jogurtowego z czosnkiem i bazyliowym pesto (Lidl, jak wyżej, obok pesto pomidorowego i ketchupów).

Tymczasem z miski zezowała na mnie reszta nadzienia, którego wyszło za dużo. (Zawsze wychodzi za dużo.) Dobra, nie ma problemu... 2 łyżki bułki tartej, wymieszać, uformować kotlety, obtoczyć w bułce, włożyć do plastikowego pojemnika, wsadzić do zamrażarki – gotowe. Wyszło 5 sztuk. Mimochodem zalałam w misce wrzątkiem galaretkę brzoskwiniową i zajęłam się czymś innym. Gapił się na mnie szczaw. I te ziemniaki w garnku. Pierogów jakoś mi się odechciało, bo nieodmiennie mam problem z ciastem i do tego pierogi musiałabym natychmiast obgotowywać, a tymczasem w drugim pokoju popiskiwał komputer, że mam przecież rozgrzebaną pracę zawodową. Przecisnęłam przez praskę ziemniaki, pół kostki twarogu i ten szczaw, dodałam łyżkę pesto bazyliowego, bo jak się okazuje bazylia doskonale pasuje do szczawiu, sól, pieprz i garść posiekanego drobnego szczypiorku (źródło: doniczki na parapecie), wymieszałam na masę o ciekawym kolorze spranego drelichu i beztrosko nadziałam nią 10 rur canelloni, które wylądowały w szczelnym woreczku i w zamrażalniku. Reszka nadzienia (przecież mówiłam, że zawsze zostaje!) takoż w osobnym woreczku i siup do zamrażalnika, na czas kiedy mi się zachce zrobić te parę pierogów albo krokiety. Jak łatwo policzyć, miałam już jeden obiad na kuchni i dwa w lodówce na zapas. Poszłam do komputera, ale ciąg trwał. W lodówce dociągała się galaretka... Zastygła, wrzuciłam do głębokiej michy i dodałam malin ze słoiczka (nieodmiennie Lidl :-P), zmiksowałam na pianę i rozłożyłam do miseczek, po czym znów wstawiłam do lodówki do zastygnięcia. Była to skundlona wersja przepisu na mus z malin, ale komu by się chciało bawić z białkami jajek i żelatyną? Deser i tak wychodzi smaczny. Wróciłam do pracy... A ciąg kulinarny trwał w najlepsze. O godzinie 20.00 stwierdziłam, że mam ochotę na ciasteczka. Ale nie takie sklepowe, tylko domowe. Wrzuciłam w google hasło „ciastka kruche przepis”. Margaryna, cukier, jajka, proszek do pieczenia, mąka – posiadałam wszystko. Zdecydowanym ruchem wstałam od komputera i poszłam do kuchni, by nastawić piekarnik na 180 st. W misce wylądowały 2 szklanki mąki, 1 szklanka cukru, rozpuszczona w garnuszku margaryna, trochę mielonych orzechów laskowych wygrzebanych z szafki, garść otrąb owsianych, proszek do pieczenia – nie pytajcie o dokładne proporcje, wszystko robię „na oko” i to „oko”, odziedziczone najwyraźniej po babci, wyjątkowo rzadko mnie zawodzi. Po wymieszaniu ciasto miało konsystencję wyjątkowo tłustej plasteliny, więc dodałam mąki, znów „na oko”. Tymczasem doszedł piekarnik, błyskawicznie rozwałkowałam ciasto, powykrawałam ciasteczka szklaneczką, maczając każde w cukrze i kładłam na blachy – wyszło półtorej. Cała operacja, łącznie z pieczeniem i porządkowaniem trwała jakieś 35 minut. Ciastka przylepiły się do blach, ale dały się oderwać łopatką i generalnie smakują rewelacyjnie.

Za parę dni na „górkach” dojrzeją poziomki. Będzie się działo...



niedziela, 05 czerwca 2011
Uff, jak gorąco, puff, jak gorąco...

 

Według prognoz w Gdańsku było dziś 21 stopni, co oznacza, że był poza Krakowem najchłodniejszym miastem w Polsce. Reszta: od 24 do 28, co oznacza, że realnie w blokowiskach musiało być jakieś 30. Nadeszło lato, spokojnie przygotowuję się fali upałów. W zamrażalniku leży pięciolitrowa paczka kostek lodu. Wieczorami zalewam wrzątkiem w dzbanku torebki zielonej herbaty z miętą, żeby na rano była już wystudzona. W lodówce stoją słoiczki z pokrojoną cytryną, przesypaną cukrem – ląduje potem w wysokich szklankach z lodem i ową ziołową herbatką. W myślach robię przegląd potraw, które się podaje na zimno i takie które można ugotować raz na trzy dni, co oznacza gazpacho, chłodnik z buraczków, dużo rozmaitych sałatek i góry naleśników. Niebawem zacznę zamrażać jogurt. I jakoś się przeżyje.



sobota, 04 czerwca 2011
Rozmyślania przy wycieraniu kurzu

Przy czynnościach mechanicznych dobrze się myśli, gdyż są przy nich zajęte tylko ręce, a spiritus movens dokąd chce. Mój zabłądził akurat na półeczkę, gdzie stały w grupce różnorakie kocie figurynki. „Chwila, przecież ja nie zbieram kotów, a tymczasem to wygląda jak niewielka kolekcja” – pomyślałam. Koty zbiera Maja, której dom jest zapchany kocim barachłem po dach, i tylko anielska cierpliwość Jeremiasza oraz jego bezgraniczna miłość do żony zapewnia mu odpowiednią barierę psychiczną przed doszczętnym skoceniem. Zrobiłam remanent posiadanych kotów.

- 1 para kocich kapci

- 1 kotek z niewiadomoczego (węgierski)

- 1 z mydła

- 1 ceramiczny szkliwiony

- 1 piżama

- 1 breloczek

- 2 kalendarze

- 2 T-shirty

- 3 pary kolczyków

- 2 wisiorki

- 2 puszki (blaszane)

- 2 żywe

- 2 drewniane

- 2 pluszowe

- 2 poduszki

- 3 plastikowe (w tym jedna szczotka do odsierszczania)

- 3 porcelanowe

- 5 kubków z kotami

Co daje pogłowie 34 kotów martwych i 2 żywych, plus 1 kotek Torki, ale jego nie liczę, bo nie należy do mnie. 

Przy tym zdałam sobie sprawę, że ¾ tych rzeczy nie kupiłam, a dostałam w prezencie, łącznie z Rudim, który był przed dwunastu laty podarunkiem na parapetówkę. Najwyraźniej trafiła mi się kolekcja, która się zbiera sama, bez szczególnych wysiłków z mojej strony. Nie wierzycie, że coś takiego może istnieć? A może, może, nawet bardziej niż w moim wypadku. Na przykład Silvana. Przed laty wygrzebała skądś dzwonek, zdaje się że w piwnicy u ojca, spodobał jej się i powiesiła go sobie nad drzwiami kuchennymi. Przychodzili goście: Aha, dzwonek... Niedługo potem ktoś Sil przyniósł drugi dzwonek i został on powieszony koło pierwszego. Kiedy dzwonków było już trzy, a potem cztery, wszyscy nabrali przekonania, że Sil kolekcjonuje różne dzwonki i zaczęli jej znosić stosowne podarki: szklane, metalowe, ceramiczne, krowie dzwonki z Alp, a nawet dzwoneczki robione na szydełku. Obecnie kolekcja Silvany przestała się mieścić na framudze, a ona nadal nie zbiera dzwonków. One się zbierają same. Tak jak mnie SIĘ zbierają koty.