CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
czwartek, 24 czerwca 2010
Wrocławskie Dni Fantastyki i kara (tudzież nagroda) automatyczna

Wrocławskie Dni Fantastyki i kara (tudzież nagroda) automatyczna

Powinnam zdać relację z konwentu w Nidzicy, ale nie mam siły/czasu/ochoty. Powiem tylko, że większość czasu spędziłam na gadaniu i szczęki od ćwiczeń już mam wyrobione jak buldog. Tymczasem nadciągnął kolejny konwent, tym razem we Wrocławiu (matkoboskaczęstochowska 7 godzin w pociągu!), gdzie będę się udzielać dużo i intensywnie, bo wklepano mnie w cztery punkty programu jednego dnia. Piątemu się stanowczo oparłam, gdyż jednak chciałabym cokolwiek zjeść i zobaczyć coś poza salami prelekcyjnymi.

Wrocławskie Dni Fantastyki trwają od 25 do 27 czerwca.

http://www.dnifantastyki.pl/2010/

Mój udział w imprezie:

- spotkanie autorskie, sobota g. 13
- konkurs dla dzieci, sobota g. 15
- prelekcja z udziałem publiczności, sobota g. 17
- panel wraz z Rosjankami, sobota g. 20

No to do zobaczenia we Wrocku!

*

Kiedyś, bardzo dawno temu gdzieś przeczytałam opowiastkę o „karze automatycznej” – że niby jak zrobimy coś głupiego i niesprawiedliwego, to nas los automatycznie kopnie. I akurat owszem, to sobie dobrze zapamiętałam, bo zjawisko kary automatycznej zaobserwowałam naocznie i naskórnie własną osobą co najmniej parokrotnie. Choćby wtedy, kiedy zmarznięta potwornie i wściekła do nieprzytomności tkwiłam na przystanku wyklinając na wszelkie sposoby kierowcę autobusu. Kiedy w końcu nadjechał, zaślepłam z tej wściekłości tak, że nie wsiadłam i musiałam stać na mrozie kolejne 20 minut. Kara automatyczna w całej okazałości, wręcz wzorcowa. Po kilku podobnych razach nauczyłam się przyjmować przeciwności losu znacznie spokojniej i nie przejmuję się duperelami. Zaobserwowałam też zjawisko pokrewne: coś się dzieje niedobrego, co w rezultacie obraca się na czyjąś korzyść – moją lub czyjąś. Ot, choćby hece ze zgubionymi dokumentami w Warszawie, po których już wiem, że na Magdę Dwuemkę jakby co mogę liczyć jak na Zawiszę. A za to spóźniony pociąg z Krakowa do Gdyni spóźnił się dlatego, żebym mogła do niego wsiąść i nie musiała jechać ciemną nocą o 22:00 do domu (to piszę na wypadek, gdyby czytał mnie ktoś, kto wyklinał tamtego dnia w żywe kamienie PKP). Coś zwykle dzieje się dlaczegoś i jeśli na przykład baba sprząta mi sprzed nosa ostatnią parę ślicznych sandałków, to być może A/ były jej o wiele bardziej potrzebne niż mnie, to niech sobie je ma na zdrowie B/ możliwe, że i tak by mnie obcierały C/ za tydzień znajdę znacznie śliczniejsze i tańsze. Zapewniam, że taka postawa jest korzystniejsza, niż żołądkowanie się, że jakaś bezczelna lafirynda, oby wyłysiała, ukradła nam buty. Bo prócz „kary automatycznej” istnieje też „nagroda automatyczna”, choć tę drugą trudniej jest uzyskać.

Przykład: wczoraj zawiesił mi się word podczas zapisywania arcyważnej roboty, którą chciałam jak najszybciej zdać i o niej zapomnieć, taka była parszywa. No i dupa, drodzy państwo, program się mieli, rezultatów brak... Niżej podpisana rzuciła soczystą kurwą i już-już miała zrobić klasyczny foch z przytupem, kiedy przypomniało jej się to wszystko powyższe. „No, stara, nie bez powodu on ci tu robi wbrew, coś na rzeczy jest” – pomyślałam znacznie spokojniej i skasowałam czynność. Program usłużnie po kilkunastu sekundach wypluł wersję odzyskaną, a ja sprawdziłam jeszcze raz uważnie, czy zrobiłam z tym tekstem wszystko, co było w planach. No i wówczas się okazało, że nie! Zapomniałam wstawić pewnego bardzo ważnego fragmentu, którego brak rozwalał logikę pokaźnego kawałka fabuły. Za nieokazanie focha zostałam automatycznie nagrodzona. Szkoda tylko, że do takiej mądrości człowiek dochodzi przez tak wiele lat.

niedziela, 13 czerwca 2010
Fani są wszędzie (!)

Fani są wszędzie (!)

 

Z powodu drzew po lewej i po prawej oraz wysokich krawężników nie można było wykręcić autem, więc nasz Audik turlał się TYŁEM pod górkę krętą asfaltówką ośrodka wypoczynkowego. Smok manewruje z uwagą i precyzją świeżo upieczonego chirurga, silnik wyje, coś zgrzyta pod maską, dusza mi powoli winduje się na ramię, bo jak zboczymy z tej tasiemki dwumetrowej szerokości, to uratuje nas tylko magia – wszędzie sosny i dość ostry spadek do jeziora tuż tuż obok. I w tym momencie słyszę pukanie w okno samochodu! Opuszczam szybę, a uśmiechnięty od ucha do ucha fan wręcza mi długopis i egzemplarz Wiedźmy.com.pl, ze słowami: „O jak dobrze, że panią jeszcze złapałem”.

To była ewidentnie najdziwniejsza sytuacja i miejsce, w jakim dawałam autograf.

poniedziałek, 07 czerwca 2010
O niezadowoleniu

O niezadowoleniu

 

Od ponad roku śledzę bloga pewnej pani – dlaczego? Sama nie wiem, chyba z przyzwyczajenia, na tej samej zasadzie kiedy je się chipsy, choć tak naprawdę nam nie smakują. Z początku była to nawet interesująca lektura, ale potem zaczęłam zdawać sobie sprawę, że autorka jest ze wszystkiego niezadowolona. Przy czym do niezadowolenia ma powody, moim zdaniem, znikome. Małżeństwo dość dobrze sytuowane, mąż ma prywatną firmę – kasę zarabia, ale to źle, bo za mało czasu spędza z rodziną. Gdyby spędzał czas w domu, to pewnie by nie zarabiał i też byłoby marnie. Pomalowali mieszkanie – niedobrze, bo kolor nie taki, jak sobie ona wymyśliła. Mąż ją zabrał w podróż dookoła świata – wręcz faaataaalnie, bo ona wolałaby za tę kasę kupić domek z ogródkiem. Nie wiem co bym wolała, może też domek, ale nie zaglądajmy darowanej kobyle w zęby, zwiedzanie Londynu, Paryża, Ameryki i Singapuru też jest fajne. Matkę ma owa dama histeryczną i skąpą, o ojcu nie pomnę ale też pewnie ma jakieś straszne wady. Szwagierka maltretuje psychicznie ciocię, a szwagier znęca się nad dzieckiem. Możliwe, że pomyliłam szwagra z bratem, a szwagierkę z jakąś kuzynką ale przecież nie to jest tu ważne. Generalnie rodzina tej pani prezentuje sobą cały zestaw malowniczych cech negatywnych. Pani w markecie wzięła syna blogerki na ręce – czyn okropny i bezmyślny, bo dziecko dostało histerii. Inne dziecko nakaszlało na jej chłopczyka w piaskownicy – skandal, jak można zaziębionego bachora wpuszczać między zdrowe. (Lekarze są natomiast głupi, niedouczeni i generalnie mają stosunek olewczy). Zresztą sądząc z opisów, cała reszta rówieśników tego trzylatka to rozwydrzone potwory, mali sadyści albo jednostki opóźnione umysłowo (i zapewne mają tak po rodzicach). Młodziutka fryzjerka przyszła ostrzyc dziecko do domu: źle, bo się chciała spoufalać, gadała, zwierzała się, a nie pochodziła wszak z odpowiedniej sfery społecznej i ogólnie nastrój był kłopotliwy...

I tak w kółko Macieju. Z ostatnich kilkunastu notek jedna miała wydźwięk w miarę pozytywny, a opisywała wycieczkę w góry i raczej nie skupiała się na ludziach tylko na widoczkach i pogodzie. Za to na innej wycieczce dama musiała zdejmować pluszową zabawkę z jakiejś pomnikowej figury i jakież to było obrzydliwe ze strony tego nieznanego performera, że skazał pluszaka na deszcz, zimno oraz różne niszczące czynniki pogodowe. W jaja podleca kopnąć i zwalić na łeb z Giewontu... Nasuwa mi się pytanie: czy w życiu tej kobiety naprawdę nie zdarza się nic przyjemnego, wszyscy dokoła są tacy okropni i wstrętni? Czy może ona zwyczajnie lubi narzekać i najlepiej się czuje w stanie permanentnego nieszczęścia constans? Stanowi to dla mnie zjawisko tak niepojęte, tak podejrzane, że mimowolnie ciągle wracam myślami do tego bloga i zastanawiam się, czy ona, ta pani, prócz nielubienia tylu rzeczy i osób lubi siebie. Bo ja, proszę wycieczki, ja lubię siebie i lubię być szczęśliwa! Taki mam kaprys życiowy, że chcę, aby mnie było dobrze. A jak na dodatek osobom koło mnie jest dobrze, to mnie jest jeszcze lepiej – i to chyba nawet zakrawa trochę na perwersyjny egoizm. Instynktownie (i świadomie też) unikam rzeczy nieprzyjemnych, nie gadam o nich, nie rozpatruję, nie wybebeszam i nie oglądam każdego flaczka pod światło, gdyż im szybciej się zapomni o negatywnych stronach życia, tym mniej one bolą. Czy nie fajniej jest myśleć o pozytywach?

W minioną sobotę postanowiliśmy wykorzystać prześliczną pogodę nim się zepsuje i pojechaliśmy na Hel. Na drodze było luźno i bardzo przyjemnie się jechało, zwłaszcza tymi kawałkami, gdzie jest las. Natomiast w okolicach Pucka na równinie można zobaczyć chyba ze 20 wielkich turbin wiatrowych i wygląda to bardzo niesamowicie, całkiem jakby przeflancowano na nasz grunt kawałek całkiem innego kraju, Niemiec czy Holandii – takie gigantyczne twory, dostojnie strzygące powietrze białymi skrzydłami-nożycami. Sam Hel czyściutki i wycacany – tu chłop maluje płotek, tam coś się remontuje, pełno kwiatów - widać, że tubylcy żyją z turystów. Na Helskim deptaku tłumy, ale my na naszej Długiej nie takie tłumy widzieliśmy, więc luzik. Zjedliśmy rybkę pod parasolem i następnie poszliśmy do fokarium. Fokarium bardzo mi się podobało. Zewsząd chędogie, trzy połączone baseny, bardzo ładnie urządzone, z tarasem widokowym. Niestety, oblężone jak Głogów przez Krzyżaków. Jakoś jednak nam się udało znaleźć punkt, z którego dało się zobaczyć karmienie fok. Foczki bardzo karne, wytresowane, reagowały na różne komendy i nawet aportowały piłkę. Smokowi udało się zrobić dobre zdjęcie jednej z piłeczką, ale czy to była Ewa czy samczyk Fok, nie jestem pewna. Żeby wspomóc ochronę morskich ssaków bałtyckich, kupiliśmy w fokowym sklepiku kubeczki - z fokami naturalnie. Potem spacerek przez zielony pachnący las i małe zwiedzanko historycznych punktów artyleryjskich. Najbardziej jednak podobało mi się leżenie na helskiej plaży i świadomość, że jestem na najdalszym krańcu Polski, przede mną jest tylko morze i długo, długo tylko woda, a za wodą już Rosja. Pomoczyłam nogi i nawet się odrobinę opaliłam.

A gdybym była wyżej wspomnianą panią, pewnie nie byłyby najważniejsze ani foki, ani plaża, tylko to, że nam ptak narobił na samochód, ryba była za droga, w fokarium tłok, a w morzu pływał śmieć (sztuk jedna). Ale na szczęście jestem sobą :-)

niedziela, 06 czerwca 2010
O powrotach do dzieciństwa

O powrotach do dzieciństwa

 

Ostatnio było dużo przepisów, bo jakoś nie mogłam wpaść na ciekawy temat. Ale w końcu temat mnie sam znalazł wczoraj wieczorem.

W dzieciństwie zawsze ma się jakieś ukochane rzeczy, które po latach stają się ślicznym wspomnieniem, nawet jeśli dziś przyniosłyby jedynie rozczarowanie. Może więc lepiej, żeby moja ukochana „Załoga Dżi” pozostała wspomnieniem o straszliwej dziecięcej fascynacji i garstką fotosów – inaczej podzieliłaby los serialu „Kosmos 1999”, gdzie obecnie widzę już tylko przeokropną fryzurę pani doktor oraz plastikowe kosmiczne potworki (hit wszechczasów: bardzo-źli-kosmici ewidentnie wykonani z taśmy magnetofonowej). Przypuszczam, że guma do żucia Donald, którą się spożywało z takim entuzjazmem w wieku lat ośmiu, dziś byłaby niejadalna, podobnie jak oranżada. Nawiasem, kupiłam niedawno oranżadę w Lidlu, niewątpliwie była to rasowa, prawdziwa oranżada o smaku rozpuszczonej landrynki, ale nadziwić się nie mogę, jak mogłam to pić kiedyś? I jakim cudem toto znajduje nabywców dzisiaj?

Są jednak rzeczy, które nie zmieniają się z upływem czasu, pozostając na zawsze tym CZYMŚ. Mieliście może jakąś ulubioną zabawkę, która w tej chwili cicho spoczywa gdzieś na półce albo w kartonie, ale za nic w świecie jej nie wyrzucicie? A jakże, pewnie większość czytelników tego bloga. Macierz moja próbowała kiedyś podstępem wysiudać z domu wyliniałego misia. W tym celu został nabyty nowy, piękny niedźwiadek o lśniącej sierści, błyszczących oczkach i w krawaciku. Misiek został z miejsca gwiazdorem, ochrzczony imieniem filmowym Koralgol (bo nie umiałam jeszcze wymawiać prawidłowo Kolargol) i cieszył się moim żywym zainteresowaniem aż do wieczora, kiedy trzeba było iść spać po dobranocce i nagle wybuchnęłam straszliwym rykiem: „A GDZIE KUBUŚ?!!” I macierz moja ukochana musiała lecieć po Kubusia do komórki, gdzie go niecnie deportowała. Na szczęście starczyło jej rozsądku, żeby od razu go nie wyrzucić do śmietnika, bo inaczej bym jej pewnie jeszcze na łożu śmierci wypominała uśmiercenie mojego misia. Kuba w tej chwili zajmuje całkiem wygodne miejsce na półce z książkami, przygniatając pluszowym tyłkiem trylogię o Hannibalu Lecterze. Były jednak zabawki, których się pozbyłam w chwili zaćmienia umysłowego, czego później bardzo żałowałam. Była to cala kolekcja miniaturowych, wielkości palca, plastikowych zabaweczek-układanek przestrzennych, które można było rozkładać i składać po wielekroć. Kupowało się to w kioskach Ruchu. W moich zbiorach znajdował się: samochodzik, marynarzyk, łowiczanka, krakowiak i krakowianka, robot, bączek, bodajże też walizeczka, sowa, kaczka i latarenka. I pewnie jeszcze inne, których nie pamiętam. Najbardziej żałuję samochodu, który był prześmiesznym wehikułem z wielkimi reflektorami i błotnikami, i nawet kręciły mu się kółeczka. Nie pojmuję, czemu teraz nie produkuje się już tych uroczych drobiażdżków. Nie były ani drogie, ani jakoś wyjątkowo skomplikowane.

Niestety, w pewnym wieku łatwiej ulega się presji, zwłaszcza jeśli argumenty brzmią: „Przecież jesteś już DUŻA. Po co ci takie duperele? Oddaj dziecku, niech się bawi”. No i oddałam „dziecku” czyli kuzynowi, który oczywiście nie docenił ani urody, ani subtelnej pomysłowości moich ślicznych układanek, rozpirzył je w try miga na drobne kawałki i pogubił. Głupi gówniarz... I jeszcze głupsi dorośli, którzy uważali, że można takie zabawki dać trzylatkowi. Do tej pory na wspomnienie szlag mnie trafia, choć „gówniarz” już przekroczył trzydziechę.

Kiedy więc niedawno na allegro zupełnym przypadkiem natrafiłam na składanką świnkę, nie namyślałam się długo. Świneczka rozkłada się na 6 elementów, a złożenie jej wymaga głębszego zastanowienia. Tym bardziej podziwiam projektanta.

Autor zdjęcia: maciekgr

Tagi: PRL
09:35, toroj , Duperele
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 czerwca 2010
Dzień Fantastyki w Bydgoszczy
Nie ma to jak niespodzianki. Mamy Boże Ciało, więc jako rasowa bezbożnica zabrałam się za pranie, zmywanie i ogólnie pewne ogólne porządki. Od czyszczenia okapu kuchennego oderwał mnie telefon.
- Czy ja jestem twoim agentem? - odezwała się po drugiej stronie Nunda.
- No tak jakby miałyśmy pewną umowę ustną - odrzekłam ostrożnie.
- A autor ma siem słuchać agenta, prawdaż? - ucieszyła się Nunda. - No to co powiesz autorze, żeby przyjechać jutro do Bydgoszczy na Dni Fantastyki?
Muszę przyznać, że lekko osłupiałam.
- Chyba raczej nie - powiedziałam.
- Płacą pieniądze.
- Chyba raczej tak - zmieniłam natychmiast zdanie.
W ten sposób mam około 12 godzin, żeby się wyspać, znaleźć sensowne ciuchy i przygotować się psychicznie, że będę zastępować awaryjnie Andrzejka Pilipiuka, który nie mógł dojechać z powodów rodzinnych. Ło matko...
Tak więc jeśli komuś z bydgoszczan nie przeszkadza, że nie jestem A. Pilipiukiem, mogą przyjść 4 czerwca o godz. 19.00 do kawiarni Artystycznej Węgliszek na Starym Mieście, ul. Batorego 1 w Bydgoszczy i ze mną pogadać. Znaczy się z Białołęcką: pisarką, tłumaczką, redaktorem, kociarą, et cetera.