CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
sobota, 27 czerwca 2009
Operacja „GY”, albo Gdzie zimują boginy - rozdział 1, ciąg dalszy

Operacja „GY”, albo Gdzie zimują boginy - rozdział 1, ciąg dalszy

 

* * *

 

Szkoła istotnie przeżywała kryzys. Czarodziejski świat już od roku znajdował się w stanie wojny z powodu starć między zwolennikami białej magii, z Dumbledore’em na czele (jak zrozumiał Lolik), a przedstawicielami magii wszystkich innych kolorów, w skrócie nazywanej „czarną magią”. Przywódcą tych ostatnich był niejaki obywatel Voldemort – typ na tyle negatywny, że wypowiedzenie jego imienia w towarzystwie uważano za sporą gafę. O tym podłym łajdaku dyrektor opowiadał sporo różnych okropności, lecz Lolik słuchał jednym uchem. Nic nowego, jeszcze jeden terrorysta z manią wielkości.

Z tego powodu szkoła, zamiast zajmować się wychowaniem młodzieży, brała w tej wojnie czynny udział. Każdy – czy to uczeń, czy nauczyciel – wnosił zgodny ze swymi możliwościami wkład we wspólną sprawę walki światła z ciemnością. Zaś jeden z wykładowców był osobistym dyrektorskim szpiegiem w obozie wroga. Dumbledore opowiedział o nim rozdzierającą serce historię, z której Lolik zrozumiał tylko tyle, że ów „James Bond” był podwójnym, czy nawet potrójnym szpiegiem; rozdawał wszystkim tajne informacje niczym Święty Mikołaj prezenty; w młodości miał zatargi z prawem, ale został uniewinniony, tym niemniej cieszył się zaufaniem obu rywalizujących stron. Wszelkimi siłami podkreślał swoją lojalność wobec jasnej strony, ale na znak solidarności z ciemną nosił na lewej ręce jakiś organizacyjny tatuaż. W sumie był draniem nie gorszym od Voldemorta.

Prócz swoich niewątpliwych zalet szpiegowskich, ten typ był znany jako wykwalifikowany, wręcz wirtuozerski warzyciel eliksirów. Chodziły słuchy, że jako jedyny w całej Europie potrafi wykombinować z wody i zaklęć księżycówkę, nie ustępującą siłą rażenia deficytowemu ruskiemu samogonowi. (Lolik poczuł szacunek dla nieznanego „kolegi”.) W ramach lojalności wobec Dumbledore’a piastował w szkole stanowisko wykładowcy naturalnie eliksirów, a poza tym był dziekanem jednego z wydziałów. Wydziałów było wszystkiego cztery, ale gryzły się między sobą nieustannie o miano Najlepszego.

Wszystko było dobrze, aż do chwili, kiedy mniej więcej miesiąc temu Mistrz Eliksirów poszedł na kolejną szpiegowską wyprawę i przepadł. Gdzie jest i co się z nim dzieje, do tej pory nie było wiadomo. „Niepocieszeni” dziekani sąsiednich wydziałów już się zrzucili na stypę, lecz dyrektor twardo wierzył w szczęśliwą gwiazdę swego szpiega i ceremonię odwołał z powodu nieobecności nieboszczyka. Na poszukiwania zostały wysłane oddziały z MISA (Ministerialnych Służb Aurorskich, a ichni rangersi nazywani byli aurorami), lecz na razie rezultaty były zerowe. W szkole bez wykładowcy wszystko szło jak po grudzie. Po pierwsze, istniał zatwierdzony przez ministerstwo program nauczania i ciało pedagogiczne, oraz Dumbledore w szczególności, miało obowiązek rozliczać się z niego (tu błyszczące oczy dyrektora przygasły). Po drugie, nieobecność dziekana wywołała kompletną dezorganizację jego wydziału. Po trzecie, uczniowie, wcześniej zajęci odrabianiem zadań domowych z eliksirów, teraz mieli za dużo wolnego czasu i literalnie roznosili szkołę na czynniki pierwsze.

Wszystko to Dumbledore’owi było bardzo nie na rękę. Oczywiście starał się znaleźć środki zaradcze. Próbował namówić do pracy w Hogwarcie wszystkich czarodziejów, którzy umieli choćby odróżnić kociołek do eliksirów od nocnika, lecz nieodmiennie spotykał się z odmową, czasem w niezbyt miłej formie. Czarodzieje bardzo dobrze pamiętali dzień ukończenia szkoły jako najszczęśliwszy dzień w życiu i nie kwapili się wracać na stare śmieci. A już o stanowisku dziekana Slytherinu (gdyż taką nazwę nosił wydział, którym zawiadywał zaginiony agent) nie było co wspominać. Sęk w tym, że tradycyjnie dostawała się tam tak zwana trudna młodzież, z rodzin, gdzie rodzice byli na bakier z prawem, wielu siedziało do tej pory w ciupie albo mieli związki z bandą Voldemorta, tym samym stawiając się na równi z kryminalistami. Jasna rzecz, że nikt o zdrowych zmysłach dobrowolnie nie chciał obejmować tego stanowiska. I wtedy, gdy wszystko zawiodło, dyrektor, słynący na całym czarodziejskim świecie z niekonwencjonalnych pomysłów, znalazł wyjście.

– Powiem krótko, Leontiju Aristarchowiczu, bardzo krótko... Nie chciałby pan zastąpić naszego drogiego Severusa Snape’a, który, ma się rozumieć, w niedługim czasie do nas wróci?

– JA?!

 

* * *

 

W ciągu następnej godziny Lolik usilnie, choć bezskutecznie bronił swojej wolności. Na wszelkie zapewnienia, że on, Lolik, nie jest czarodziejem i z czarami jako żywo nigdy nie miał do czynienia, wredny dziadek odpowiedział, że to nie szkodzi, bo szybciutko nauczy się niezbędnych podstaw i wyjął z powietrza książkę „Magia dla opornych. Kurs dla średnio zaawansowanych”. Prócz tego dyrektor, chytrze mrużąc oko, przypomniał Lolikowi, jak ten umiejętnie potrafił ściągać na egzaminach tuż pod nosem niczego nie podejrzewających profesorów.

– Dla stypendium nie takie sztuki się robiło – posępnie odparł aspirant.

Generalnie na wszystkie jego obiekcje Dumbledore miał gotową odpowiedź. Jak miałby wykładać nieznany sobie przedmiot? Dlaczego zaraz nieznany, starczy zacząć i zaraz się przekona, jak wiele wspólnego mają eliksiry z jego ulubioną chemią. Na razie może rozpocząć od podstaw organiki, dla dzieci to i tak bardziej pożyteczne, niż włóczyć się po Zakazanym Lesie. Oczywiście do dyspozycji Lolik będzie miał wszystkie notatki i konspekty profesora Snape’a. Poza tym „odziedziczy” po zaginionym profesorze gabinet z unikalną kolekcją eliksirów i ingrediencji magicznych, bibliotekę, sypialnię i nawet miotłę, jeśli wyrazi takie życzenie. Do czego miałaby mu być potrzebna miotła, Lolik już zdążył się zorientować: w czasie tej rozmowy obok okna parokrotnie przelatywali nastolatkowie, trzymający się jakimś niewiarygodnym cudem na miotłach i nie spadający z nich nawet przy dużej szybkości. Patrząc na ten koszmar, Lolik szczerze wątpił, by kiedykolwiek przyszła mu ochota wykorzystać profesorską miotłę. Ochotę miał tylko na to, by wrócić do domu.

Postanowił ruszyć temat z drugiego końca i spytał, czy jego nominacja jest zgodna z przepisami i co na to ministerstwo edukacji? Dumbledore odparł, że wszystko w porządku, w ministerstwie ma znajomości, a we wszystkich papierach, żeby nie komplikować sprawy, nowego wykładowcę wpisze się jako charłaka. Lolik już się zastanawiał, czy nie obrazić się za to określenie, ale dyrektor zamachał rękami, że niby to nic takiego, zwykła formalność.

Pytanie Lolika, jak uczniowie będą go rozumieć, skoro jest Rosjaninem, Dumbledore’a wpierw zdziwiło, a potem rozbawiło. Odpowiedział, że szkoła, jest, jakby nie było, czarodziejska i nie będzie żadnych problemów językowych. Jeśli jednak Leontij Aristarchowicz ma życzenie szybko opanować język angielski i prowadzić w nim wykłady, to oczywiście... Lolik pospiesznie zapewnił, że niekoniecznie ma życzenie, a w ogóle to jest patriotą. Egzamin wstępny na aspiranturę w języku angielskim kosztował go wiele nerwów. Do tej pory w koszmarnych snach nawiedzał go gerund*. Przy czym z niewiadomych powodów przyjmował formę wysokiego, chudego faceta z płonącymi czerwonymi oczami, nienaturalnie bladą skórą i sadystycznym uśmieszkiem.

Następnie głowa szkoły wygłosiła patetyczną mówkę, że dzieci to kwiaty życia, które nie powinny więdnąć z braku wykształcenia. I jeśli Leontij Aristarchowicz zdejmie z ramion dyrektora ten ciężar, to on, Dumbledore, będzie mógł skupić wszystkie swe magiczne siły na poszukiwaniach Snape’a. Na pytanie Lolika, czy jest jeszcze nadzieja, dyrektor odparł, ze nadzieja jest zawsze. Duchowy przywódca czarnoksiężników, Voldemort, jest osobistością bardzo ekscentryczną i ma skłonności do skrajnych zachowań. Tajny agent widocznie wpadł mu pod rękę w momencie zmiany nastroju. A humor u Tego–Którego–Zwykle–Nie–Nazywano–Po–Imieniu mógł zmieniać się na wszelkie sposoby. Mógł nagle dostać ataku podejrzliwości i urządzić Snape’owi coś w rodzaju okresu próbnego, nie puszczając od siebie ani na krok i czekając, aż szpieg się na czymś potknie. Albo wręcz przeciwnie – mógł doznać szaleńczego przypływu uczuć i zatrzymać go na romantyczny urlop, również nie wypuszczając ani na krok. W miarę jak Lolik pojmował, o co chodzi, jego oczy robiły się coraz większe. („Mamusiu, zabierz mnie stąd! Gdzie ja trafiłem?!”).

– A mogło być i tak – ciągnął dyrektor – że Voldemorta pokąsał jakiś wilkołak, i jest mu potrzebny warzyciel... Choć raczej wątpię...

Krótko mówiąc, mogło zdarzyć się wszystko, i im prędzej Leontij Aristarchowicz zajmie się pracą nauczycielską, tym szybciej odnajdą Snape’a i wszystko wróci do normy.

 

* Rzeczownik odczasownikowy

 

* * *

 

Lolik właściwie nie wiedział, dlaczego się zgodził. W czasie całej rozmowy był pewien, że stanowczo odmówi i zażąda powrotu do domu, ale jakoś tego nie zrobił. Podejrzewał, że zawiniła hipnoza albo jakiś rodzaj czarów Dumbledore’a. Tak, czy inaczej, w rezultacie Lolik siedział i przeklinał w duchu siebie za brak asertywności, Snape’a za namiętność do szpiegostwa, Voldemorta za ekscentryczność, Dumbledore’a za niekonwencjonalność, a uczniów szkoły za to, że się w ogóle urodzili. Dyrektor tymczasem radośnie pisał jakiś list. Skończywszy, wydostał z zakamarka swego liliowego chałata niewielką, zaspaną sowę, przywiązał jej do łapki list zwinięty w rulonik i wyrzucił ptaka za okno. W pierwszej chwili sowa spadała jak kamień, jednak tuż nad ziemią ocknęła się, rozwinęła skrzydła i niebawem znikła w oddali. Lolikowi zabrakło już siły na zdumienie.

– Dlaczego ja? – spytał zmęczonym głosem.

Dyrektor tylko błysnął tajemniczo oczami i odrzekł, że z upływem czasu Lolik wszystko zrozumie, a na razie jest jeszcze za wcześnie.

Krótko mówiąc, aspirant Lolik wyszedł z gabinetu dyrektora jako profesor Sniegow, pełniący obowiązki (na czas nieokreślony) Mistrza Eliksirów i opiekuna Slytherinu. Przedstawiono go innym członkom kadry, ściskał prawice i wymieniał uśmiechy. Niektórzy, co prawda, krzywo popatrywali na Dumbledore’a i ukradkiem pukali się palcem w skroń, ale generalnie Lolik został przyjęty życzliwie. Jak przekonał się później, dyrektor miał zwyczaj zatrudniać kogo popadło (tak naprawdę nikt normalny tu nie chciał pracować), więc towarzystwo było bardzo urozmaicone i Lolik niezbyt się wyróżniał. Otrzymał służbowy chałat, dumnie nazywany „szatą”, w jakich chodzili tu wszyscy. Szata była koloru czarnego, żeby Lolik, jak ktoś zauważył, był choć trochę podobny do Snape’a. Lolik nie wiedział, do czego z kolei podobny był Snape, ale on sam wyglądał w tej szacie imponująco, a nawet mrocznie.

Otrzymał także czarodziejską różdżkę (ostatecznie był dziekanem), ale poradzono mu za bardzo nią nie machać. A w ogóle, nim cokolwiek zacznie z nią robić, powinien:

a/ wykuć na pamięć podarowaną przez dyrektora „Magię dla opornych”

b/ skonsultować się z psychoanalitykiem, w roli którego wystąpi tenże Dumbledore.

Na tych wszystkich ceremoniach upłynął czas aż do obiadu, i Lolika zaprowadzono do Wielkiej Sali, by przedstawić go uczniom. Już w drodze dzieci rzucały mu ukradkowe spojrzenia, a kiedy zajął miejsce Snape’a przy stole nauczycielskim, w sali, zapełnionej głodną młodzieżą, nastała głucha cisza. Dumbledore skorzystał z tego, by uroczyście oznajmić:

– Drodzy przyjaciele! Dziś nastał szczęśliwy dzień! (Lolik nie był tego pewien, dzieciarnia, sądząc po minach, również.) W końcu znaleźliśmy człowieka („Idiotę!” – skomentował Lolik w duchu), który chętnie zgodził się wykładać u nas eliksiry, w zastępstwie profesora Snape’a, który, mamy nadzieję, szybko do nas wróci. (Niektórzy nauczyciele wznieśli oczy ku sufitowi, a dzieci wlepiły oczy w Lolika.) Tak więc pozwólcie sobie przedstawić profesora Leontija Aristarchowicza Sniegowa!

Lolik wstał z trudem. Nogi miał jak z waty, przed oczami latały mu mroczki, w uszach szumiało. „No to koniec, zdechł pies!”

Operacja „GY”, albo Gdzie zimują boginy rozdział 1

Operacja „GY”, albo Gdzie zimują boginy

 

Autor: Juhn

Tytuł oryginalny: Операция «ГЫ», или Где Зимуют Боггарты

Zgoda: jest

Źródło: http://www.yarik.com/hp/fanfiction/1100.shtml

Tłumaczyła: Toroj

 

Rozdział 1. Ludzie i czarodzieje


Miałem problemy, zaszedłem zbyt daleko.

Borys Grebiesznikow (zespół Akwarium)


Lolik załamał się ostatecznie gdzieś koło drugiej w nocy, czy też może już „nad ranem”. Siedział, wpatrując się tępo w gruby zeszyt z notatkami z wykładów na temat chemii organicznej, zapisany od deski do deski drobnym, wyraźnym, prawie kaligraficznym pismem profesora, którego aspiranci za plecami nazywali Bossem. W głowie mu huczało, przeładowany mózg odmawiał przyjęcia choćby molekuły wiedzy więcej, więc Lolik oderwał oczy od papierowej skarbnicy wiedzy i z ciężkim westchnieniem popatrzył w otwarte okno. Na zewnątrz panowała ciepła, jesienna syberyjska noc. Niemal idealna cisza, lekki wiaterek i rozgwieżdżone niebo napełniały duszę Lolika smętkiem, podsuwając ponure myśli o tym, jakie życie jest ciężkie.

Generalnie żywot aspiranta jest niczego sobie. Nie grozi „wzięcie w kamasze”, a i miło myśleć o tym, że inni koledzy z rocznika ciągną po trzy etaty, podczas gdy tobie, człowieku, wesołe życie studenta bez wstrząsu przeszło w prawie tak samo wesołą aspiranturę.

„ Acha – pomyślał Lolik. – No właśnie, prawie...”

Wszystko układało się cudownie, póki nie rozpoczęła się praktyka pedagogiczna i surowy Boss

nie posłał aspiranta (nie doceniającego swego szczęścia) na wykłady z pierwszym rokiem. Jak posłał, tak posłał... Dzieciaków Lolik nie lubił, a tu jeszcze „dziećmi” byli jeden w drugiego napakowane bysie, za którymi tęskniła kategoria A w najbliższej komisji poborowej.

„Jak oni będą u mnie zdawać zaliczenia?! – pomyślał spanikowany Lolik już na pierwszych zajęciach. – Toż dorwą mnie w jakim ciemnym zaułku i tyle, żegnaj kariero. Dostaniesz miejsce pod ścianą Kremla!”

Jeszcze bardziej od „dzieci” Lolik nie lubił przygotowania do wykładów. Boss był srogi i wymagał od swoich ofiar... to jest aspirantów, poważnego podejścia do nauczania. Dlatego też całego semestru chemii organicznej, który Lolik radośnie zapomniał natychmiast po egzaminie, trzeba było uczyć się na nowo. Co prawda, po dwóch tygodniach życia jako wykładowca Lolik zaczynał powoli się przyzwyczajać, ale do audytorium pełnego studentów zawsze wchodził jak do klatki z głodnymi tygrysami.

Akurat jutro, a ściślej mówiąc, już dzisiaj, miał przeprowadzić kolejny pokaz tresury pierwszorocznych i Lolik bohatersko kiwał się nad materiałem.

„Tylko jeszcze stronę przeczytam i się położę” – zdążył pomyśleć, nieborak, nim zapadł w sen.

 

* * *

 

Kiedy Lolik podniósł głowę ze stołu, w okno już pełną parą świeciło słońce.

„O, kurczę! Zaspałem!” – Aspirant zerwał się jak szaleniec i zaraz klapnął z powrotem. Nie chodziło bynajmniej o słońce – z nim było wszystko w porządku. Rzecz w tym, że świeciło w okno dziwnego kształtu, wykończone gotyckim łukiem, i z kolorowymi szybami. Przez następny kwadrans Lolik z opadłą szczęką dziko rozglądał się na wszystkie strony.

„To nie akademik!” – tłukła mu się po głowie jedna jedyna myśl. No pewnie, TAKI akademik nie istniał z pewnością nie tylko na rodzimym uniwersytecie w Krasnojarsku, ale i nawet w Oksfordzie! Zabytkowe szafy, wyładowane zakurzonymi księgami, rzeźbione mahoniowe meble, kandelabry, wypchane nieznane gatunki zwierząt, ogromny kominek i dużo różnych różności, które Lolikowi zwyczajnie nie mieściły się w głowie. On sam siedział na miękkim i piekielnie wygodnym fotelu za wielkim stołem, na którym w malowniczym nieładzie walały się jakieś zwoje papieru, pióra i diabli wiedzą co jeszcze. Były tu na przykład liczydła z koralikami w kształcie czaszeczek, filiżanka z niedopitą herbatą, jakieś cudaczne naczynia, które wydzielały blade fosforyczne światło i niedbale otwarta książka ze złowrogim tytułem „Młot na czarownice”. Najdziwaczniejszym przedmiotem w tym mętliku był stary spiczasty kapelusz z wielkim rondem – bardzo stary, znoszony i cały połatany. Zszokowanemu Lolikowi wydawało się, że kapelusz uśmiecha się półgębkiem, ale szybko odsunął od siebie tę myśl.

– Gdzie ja jestem? Co to za głupie żarty? – spytał Lolik nie wiadomo kogo, i odpowiedzi rzecz jasna nie otrzymał.

Tak więc aspirant postanowił zbadać teren, oderwał się w końcu od fotela i na palcach podszedł do okna. Widok nie dodał mu otuchy. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to mnóstwo wież i wieżyczek. W dziedzinie architektury Lolik był ignorantem, ale za to obejrzał mnóstwo filmów przygodowych i budynek, w którym się tak niespodzianie znalazł, podejrzanie kojarzył mu się ze średniowiecznym zamkiem. Popatrzył w dół i ujrzał rozległy dziedziniec, wyglądający na bardzo uczęszczany. Na ścieżkach walały się opakowania po czekoladkach, pudełka po papierosach i puszki (po czym – tego Lolik nie mógł dojrzeć); gazon z rzadkimi, ale malowniczymi krzewami wyglądał na przycinany (chyba niezbyt często, ale jednak). Nagle z jakiegoś kąta wyłoniła się mroczna, imponujących rozmiarów figura, na oko bardzo dzika i tonąca w brodzie. Postać zamaszystym krokiem kierowała się w stronę wrót, niosąc w objęciach solidną wiązkę mioteł.

– Jasny gwint, to nie akademik! – Lolik wreszcie wyartykułował swoją myśl. – I to na pewno nie wujek Stiopa!*

– Nie, to Hagrid – rozległ się za nim czyjś głos. Lolik podskoczył i odwrócił się szybko. Obok stołu stał bardzo dziwny i podejrzany obywatel w wieku post–emerytalnym

 

* Wujek Stiopa – olbrzymi milicjant, postać z książeczki Siergieja Michałkowa.

 

* * *

 

Dziadek emanował bezsprzeczną charyzmą. Lolik nawet zapomniał się przywitać, z taką ciekawością wpatrywał się w staruszka. Z początku wydawał się on podobny do członka zespołu ZZ Top, ale Lolik szybko doszedł do wniosku, że z ZZ Top dziadek ma wspólną tylko brodę, poza tym wyglądał przyzwoicie, choć dość niecodziennie. Miał na sobie dziwny chałat z miękkiej (i chyba bardzo kosztownej) tkaniny liliowego koloru, na ramiona opadały mu długie siwe włosy. Za przyciemnianymi okularami błyskały wesołymi iskierkami niebieskie oczy i patrząc w nie, trudno było rozeznać, czy dziadek popadł w skrajne zdziecinnienie, czy też wprost przeciwnie, zdobył niezgłębioną mądrość. Generalnie ów starszy dżentelmen (coraz trudniej było go klasyfikować jako „dziadka”) wydawał się młody duchem. Co ciekawe, bez względu na dziwaczną powierzchowność, starszy pan wyglądał naturalnie i bardzo stosownie. Całkiem na miejscu był nawet siedzący na jego ramieniu ptak – podobny do pawia, tylko w tonacji czerwono–pomarańczowej.

Pozwoliwszy Lolikowi do woli nacieszyć się swoim widokiem, staruszek uśmiechnął się i powiedział:

– Dzień dobry, Leontiju Aristarchowiczu! Proszę się czuć jak u siebie w domu!

Lolik chciał odpowiedzieć coś stosownego w takiej sytuacji, ale wszelkie słowa uwięzły mu w krtani, gdyż gospodarz wykonał numer lepszy niż Dawid Copperfield.* Mianowicie wyciągnął z kieszeni cienką, niezbyt długą pałeczkę, machnął nią w kierunku stołu, a wówczas cały bałagan zniknął, za to pojawiły się dwie filiżanki kawy i miseczka z ciastkami. Oniemiały Lolik gapił się na magika, a ten znów uśmiechnął się serdecznie i zrobił zapraszający gest.

– Proszę się nie krępować, Leontiju Aristarchowiczu. Niech pan siada.

Lolik więc usiadł. W głowie wirowało mu tyle pytań, że chwilowo postanowił skupić się tylko na jednej myśli: że nie jadł jeszcze śniadania, zabrał się więc za ciasteczka. Tymczasem gospodarz spokojnie odegnał pawia z ramienia, usiadł na drugim fotelu i rzekł:

– Na pewno jest pan bardzo zdziwiony. Pozwoli pan, że wyjaśnię sytuację.

„Najwyższy czas” – pomyślał Lolik, nastawiając uszu.

– Jestem Albus Dumbledore, dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, gdzie się pan aktualnie znajduje.

Łagodnym gestem dyrektor natychmiast przerwał protesty Lolika, odnośnie „magii i czarodziejstwa”.

– Porzućmy na chwilę stereotypy i spróbujmy przyjąć istnienie magii za fakt.

Lolik uczciwie spróbował, ale nie bardzo mu to szło.

– Tak więc, jest to szkoła, gdzie... ehm... naucza się dzieci, jak prawidłowo... hm... posługiwać się ową... hm... magią, a ja jestem jej dyrektorem. I obecnie, Leontiju Aristarchowiczu, szkoła przeżywa kryzys.

– A co ja mam z tym wspólnego? – zdumiał się Lolik, niemający oczywiście wcześniej żadnych kontaktów z czarami.

– Proszę pana o odrobinę cierpliwości i wysłuchanie mnie do końca...

 

* Nie chodzi oczywiście o Copperfielda z książki Dickensa, lecz Copperfielda iluzjonistę i showmana.

środa, 03 czerwca 2009
RAstafariańska bajka o lewej ręce Snape'a - rozdz. 12

Rozdział dwunasty: No woman, no cry (Everything is gonna be allright)

Severus obudził się z uczuciem, że ktoś siedzi obok niego. Uchylił powieki... Vitacha. W tym momencie otworzył oczy na całą szerokość. Vitacha...! Jej dredy znikły, a zamiast nich kędzierzawiły się popielate kosmyki, jeszcze wilgotne po myciu. Opadały lekko na czoło i uszy, sterczały na czubku, otaczając głowę dziewczyny miękkim nimbem i upodabniając do nieumiejętnie ostrzyżonej Madonny.

– Nie mogłam ich rozplątać – wyjaśniła z wymuszonym uśmiechem, nerwowym ruchem poprawiając loczek za uchem. Severus nadal patrzył na nią z wyrazem twarzy, jaki widuje się u ludzi, oczekujących bardzo złych wieści.

– I tak zamierzałam się ostrzyc.

– Pani oszalała – oznajmił w końcu profesor.

– Kocham pana.

Oczy czarodzieja błysnęły dziko i zaraz skryły się pod powiekami.

- Pani... oszalała – powtórzył.

W pokoju zapanowała głęboka cisza, a potem Severus usłyszał stłumione łkanie.

– Przestań ryczeć.

– Przepraszam... – Vitacha siedziała na skraju łóżka, kryjąc twarz w dłoniach. Kiedy Severus się poruszył, wstała natychmiast, kuląc się i obejmując ramiona, jakby jej było zimno.

– Już sobie idę – wymamrotała, kierując się ku drzwiom.

– Nie, do diabła, pani nigdzie nie idzie!!! – ryknął Severus drżący z gniewu, unosząc się na łokciu,. – Proszę tutaj!

Vitacha zatrzymała się, odwrócona plecami.

– Chodź tu.

Bardzo powoli, nie podnosząc głowy, zawróciła i stanęła krok od niego.

– Tutaj. – Snape wskazał jej swoje ramię. Dziewczyna bez słowa, jak mechaniczna lalka, nie opuszczając rąk, usiadła na łożu, a potem położyła się tak, jak kazał, na jego ramieniu, nosem dotykając rozpiętego kołnierzyka koszuli. Severus przekręcił głowę, zbliżając wargi do ucha Vitachy i wyszeptał:

– Panno Melout... ty nieczuły, mały... papierosie z marihuaną. Pani nie wie, co mówi! Pani NIE ROZUMIE! Kompletnie! Czy tak trudno zrozumieć, że są ludzie, do których nie wolno podchodzić i proponować... A pani podchodzi i proponuje – właściwie co? Co pani chce uzyskać? Czy zadała pani sobie trud, by zastanowić się nad tym, co teraz będzie z pani... UKOCHANĄ pracą w Hogwarcie? Co się stanie z pani malutkim, rastafariańskim... życiem? Co będę musiał zrobić, żeby...

– Wystarczy. – Vitacha, dla której każde słowo profesora, umyślnie powtarzającego jej własną wypowiedź, było jak policzek, znalazła mimo wszystko siły, by mu przerwać. – Niech pan przestanie. Pan wie, że to wszystko... nie tak, jak pan mówi. Bo pan... mnie nie zna. I pan... mówi coś całkiem innego. Pan w ogóle nie musi mówić mi tego wszystkiego. Pan musi tylko powiedzieć, żebym... odeszła. Nic więcej...

Po tej bezładnej tyradzie podniosła głowę. Snape na nią nie patrzył. Odwróciwszy twarz, czarodziej utkwił wzrok w rogu pokoju, ale chyba nic nie widział. Jego oczy nie przypominały już nawet ciemnych zaułków, tylko parę zatrzaśniętych szczelnie włazów. Vitacha ponownie dotknęła profesorskiego ramienia policzkiem, na którym łzy zdążyły wytyczyć nowe ścieżki. Bark Severusa był ciepły, ale nie pozwoliła sobie na rozpamiętywanie tego faktu – oczekiwanie na słowo „odejdź” było zbyt bolesne. Vitacha nie wątpiła, że właśnie tak, tu i teraz, to się zakończy.

Myliła się.

Chwilę później – dziewczynie, która nie mogła oddychać z powodu wstydu i obolałej duszy, ta chwila zdawała się wiecznością – zdarzyło się coś nieoczekiwanego.

Nagle, zapewne zupełnie wbrew woli swego właściciela, lewa ręka profesora Snape’a wśliznęła się Vitachy pod bluzkę i niepewnie przesunęła się wzdłuż kręgosłupa, aż zatrzymała się między łopatkami, jakby właśnie tam chłodne palce znalazły dla siebie naturalne miejsce. Nim Vitachę zdążył przeszyć dreszcz, zaczęły... krążyć, ledwo dotykając skóry. Potrzeba było jeszcze paru chwil - czy też wieczności - by dziewczyna zrozumiała, co właściwie robi ta kaleka dłoń, która nagle zyskała zdolność działania po swojemu. Nieposłuszne palce rysowały... albo pisały coś. Był to chyba jednak rysunek. Póki nie został skończony, Vitacha nie odważyła się poruszyć, nie mogła więc widzieć twarzy Snape’a, wciąż odwróconej w bok – bladej i spokojnej, jeśli nie liczyć drgających rzęs, za zasłoną których pobłyskiwało coś jakby... uśmiech - rozpaczliwy i jednocześnie zwycięski, obmyty łzą, zbyt małą, by znalazła drogę na policzek.

Kiedy samowolne palce lewej ręki Snape’a w końcu uspokoiły się i rozgrzały na wąskich plecach Vitachy Melout, Mistrz Eliksirów zamrugał mocno, wypędzając z oczu niechciane ślady emocji, aż w przejrzystej czerni jego źrenic nie zostało nic poza czernią i przejrzystością. Prawa ręka profesora, z której posłuszeństwem nie miał żadnych problemów, uniosła się z pomiętych prześcieradeł i zagłębiła palce we włosy dziewczyny, przyciskając jej głowę do piersi okrytej zieloną koszulą nawet mocniej niż należało. I tak, nie patrząc na siebie, tych dwoje leżało następną wieczność – czyli około kwadransa. Vitacha jak pijana własnymi łzami i ciepłem Severusa, próbowała ignorować gorący kamień w piersi; on – ledwo mogąc oddychać, przywykał do dotyku tego szczupłego, gibkiego ciała w swoich objęciach.

A potem Severus znów zbliżył wargi do ucha dziewczyny i wyszeptał jedno słowo:

– Idź.

Ów palący ciężar, jaki czuła Vitacha, szarpnął się nagle. Próbowała zwinąć się w kłębek, wyswobodzić, ale... nie mogła. Ponownie usłyszała głos Severusa:

– Prelekcja za dwie i pół godziny.

Profesor przytulił dziewczynę jeszcze raz, lekko skubiąc wargami jej szyję. Podniósł ją i posadził obok siebie. Zamknął oczy, gdyż wzięła jego rękę, lewą, i podniosła do ust. To była jeszcze jedna wieczność – i nieważne ile trwała...

Potem Snape popatrzył na Vitachę –krótkim spojrzeniem, niepodobnym do żadnego z wcześniejszych, przejrzystym i ciężkiim, mówiącym: „teraz jesteś moja” – i powiedział ochryple:

– Co ty... o tym sądzisz?

Vitacha puściła chłodne palce i chwilę zwlekała, nim zdradziła to, o czym już dawno myślała, ale nie odważyła się powiedzieć.

– Swego rodzaju... miejscowy kompleks Imperio w tkance nerwowej. Uważam, że można to zwalczyć.

Snape znów przymknął oczy i uśmiechnął się, krzywo, szaleńczo, tryumfalnie, po czym rzekł swoim zwykłym tonem:

– Godna pochwały domyślność.

Wstał, podniósł Vitachę i znów przycisnął do siebie, wzdychając krótko, kiedy objęła go w pasie ramionami i musnęła wargami jego odkrytą pierś.

– Przyjdę po ciebie, kiedy tylko... Ty... poczekasz?

Odpowiedź była krótka, ledwo słyszalna, stłumiona przez łzy.

– Zaczekam.

 

Koniec

Rastafariańska bajka o lewej ręce Snape'a rozdz. 11

Rozdział jedenasty: We don't need no more troubles (What we need is love)

Vitachę zakwaterowano w małej, ciemnej klitce, Severusowi zaś, zgodnie z jego statusem, przyznano obszerny, miły pokój z pięknym francuskim oknem, więc „imprezę” naturalnie postanowili urządzić u niego.

Profesor powiesił marynarkę w szafie, postawił butelkę z winem na barku, gdzie czekała już lekka kolacja. Otworzył okno. Przysunął do niego fotel i usadowił się w nim z zadowoleniem. Potem bez pospiechu nalał sobie wina, wziął ciasteczko, po czym za pomocą Accio przywołał z torby podróżnej arkusz czystego pergaminu oraz pióro i pogrążył się w rozmyślaniach nad jutrzejszą prelekcją.

Panna Melout zachowywała się dziwnie. Zaczęła od tego, że zdjęła żakiet i została w... Profesor Snape doszedł do wniosku, że jest to znany mu ze słyszenia element damskiej garderoby, zwany „topem”. Potem szybko, jak gdyby mechanicznie wychyliła ni mniej, ni więcej jak trzy kieliszki wytrawnego, mocnego wina. A potem zdjęła pantofle, przelazła przez parapet i zeszła na spadzisty blaszany daszek wieżyczki znajdującej się piętro niżej.

Panna Melout zsunęła się na sam skraj dachu i zatrzymała, opierając kolana o kruchy płotek z cienkich metalowych prętów. Mistrz Eliksirów wbił w potylicę swojej narwanej pomocnicy ciężkie spojrzenie. Żadnej reakcji.

– Panno Melout!

Dziewczyna odwróciła się, na jej twarzy malowała się rozpacz.

– Niech pani wraca – rzekł Snape spokojnie. – Dach jest śliski, a pani... nie nadaje się teraz do pokazów ekwilibrystycznych.

Vitacha zwiesiła głowę i niechętnie usłuchała. Wróciwszy do pokoju, wzięła książkę, skuliła się w drugim fotelu, podwijając nogi, przysunęła bliżej talerzyk z ciastkami. Snape ponownie skupił się na pisaniu tez referatu. Kiedy skończył, pozwolił sobie na drzemkę.

Kiedy się obudził po jakimś czasie, stwierdził, że jego asystentka skorzystała z chwili jego słabości, by znów dobrać się do butelki i uciec na dach.

– Panno Melout!!!

Dziewczyna nawet się nie poruszyła – widocznie dla relaksu wetknęła w oboje uszu swoje ulubione magiczne rumianki i teraz była odcięta od wszelkich okrzyków pod jej adresem.

Zakląwszy, Severus niezgrabnie przeszedł nad parapetem i bokiem zsunął się po dachu, okropnie łomocąc blachą. Panna Melout jednak tego hałasu najwyraźniej również nie słyszała.

Tuż za jej plecami Snape się zawahał. Klepnięcie w ramię mogło spowodować, że Vitacha wystraszy się, straci równowagę i spadnie, dlatego należało znaleźć inny sposób na zawiadomienie o swojej obecności. Tylko jeden sposób przeszedł Mistrzowi Eliksirów do głowy: mocno przycisnął dziewczynę do siebie prawym ramieniem. Faktycznie, wielbicielka reggae szarpnęła się tak, że gdyby jej nie przytrzymał, zleciałaby z dachu. Z okrzykiem przestrachu Vitacha uwolniła się z objęć, odsunęła i szybko wyjęła z uszu kwiatki.

– Panno Melout – odezwał się Snape z przygnębieniem, wygodniej sadowiąc się na blasze. Nie znosił roli „tatusia wszystkich Ślizgonów” (a nieślizgonów tym bardziej). – Czy nie sądzi pani, że warto zwierzyć się ze swoich problemów... zwierzchności?

– Nie spodoba się to panu – odparła Vitacha, wciskając w kolana twarz pokrytą czerwonymi plamami.

– Nie wątpię. I to wszystko? – Snape zmrużył oczy, patrząc na księżyc i całą swoją postawą dając do zrozumienia, że nie podoba mu się odgrywanie czyjejś ściany płaczu.

– Dobrze. – Vitacha westchnęła głęboko i nie odrywając spojrzenia od własnych kolan, powiedziała: - Zaproponowano mi pracę.

– Gdzie? – szybko spytał profesor, tracąc natychmiast zainteresowanie nocnym niebem.

– W Amsterdamie.

– Kto?

– Ernie MacManus... Chłopak, który do mnie przyjeżdżał. Chociaż pan go nie widział...

– Jaką pracę?

Vitacha uśmiechnęła się gorzko.

– Małżeństwo. Miałabym wnieść swój wkład w rozkwit klanu MacManusów.

– I pani... Niewątpliwie przyjęła tę ofertę?

Westchnienie.

– Nie.

– W czymże pan MacManus pani nie zadowalał? – Severus nie mógł się powstrzymać przed wbiciem szpilki. Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Nie w tym rzecz. Ernie to świetny chłopak, znam go prawie od urodzenia. Po prostu nie chcę wyjeżdżać z Hogwartu.

– No, proszę.

Snape położył się na ciepłej blasze, oparłszy ugięte w kolanach nogi o płotek . Przymknął oczy. Kiedy odezwał się po mniej więcej minucie, głos mu się łamał z wściekłości.

– Panno Melout, w ciągu poprzednich miesięcy pracowaliśmy tak ciężko, że musiało to wpłynąć negatywnie na stan mojego umysłu. Straciłem z oczu rzecz oczywistą: to, że pani jest młodą kobietą, powinna pani wyjść za mąż i rodzić dzieci, a nie przegrzewać mózg nauką! Jeśli nie spodobała się pani propozycja pana MacManusa, to wcale nie znaczy, że nie zechce pani przyjąć oświadczyn kogoś innego, na przykład w samym środku semestru. Wtedy ja będę musiał zapomnieć o pracy na minimum miesiąc! Byłem kretynem, że dałem się Dumbledore’owi wciągnąć w to... – Snape machnął ręką przed nosem wstrząśniętej Vitachy – w tę beznadziejną współpracę! Natychmiast poproszę go o rozpoczęcie poszukiwań nowego asystenta. A pani radzę zastanowić się jeszcze raz nad tym całym MacManusem, ostatecznie nie rozczarował pani aż tak bardzo, skoro nadal nazywa go pani „świetnym chłopakiem”!

Długą chwilę zszokowana Vitacha nie mogła wydobyć z siebie słowa. A kiedy wróciła jej błogosławiona zdolność mowy, dziewczyna dała w pełni wyraz swemu wzburzeniu: zerwała się i zaczęła wymachiwać rękami.

– Pan... Pan nie wie, o czym mówi! Nic pan nie rozumie! Kompletnie! Ja... nie chcę niczego takiego, co pan mówi! Mnie jest potrzebny tylko Hogwart, tylko praca! Czy pan uważa, że „przegrzewanie mózgu nauką” może się podobać tylko panu jednemu? Nie umie pan sobie wyobrazić, że może istnieć jeszcze jeden taki człowiek, który może KOCHAĆ tę pracę, to laboratorium, i te książki, i te milczące „wieczorynki”? I moja płeć tu nie ma nic do rzeczy, zupełnie nic!

– To moje ostatnie słowo.

– Nie może mnie pan zwolnić, nie może! – Vitacha nachyliła się nad leżącym Snape’em, zaciskając pięści, bliska płaczu, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co powiedział przed chwilą. – Hogwart to moje życie, nie może mnie pan tak po prostu wyrzucić...

– Pani się myli – rzekł Mistrz Eliksirów z naciskiem. – Hogwart to MOJE życie, a pani mi jeszcze podziękuje za to, że... zwróciłem pani uwagę na to, czym powinna się pani naprawdę zajmować.

Ostatnie słowa były zbyteczne, przynajmniej dla panny Melout.

– Ach ty... Ach ty... ty... nieczuły, stary sakwojażu!!! Jak śmiesz tak do mnie mówić! – Vitacha splotła ramiona, żeby powstrzymać się od rękoczynów i prędko wbiegła po dachu na górę, krzycząc na odchodnym: - Sama się zwalniam! Natychmiast! A ty radź sobie jutro sam, jak potrafisz! I oddaj moje książki! – Ostatnim słowom towarzyszył łomot wieka podróżnego kufra Severusa.

– Panno Melout...

Hałas w pokoju ucichł.

– Proszę przestać histeryzować i pomóc mi się stąd wydostać.

W oknie ukazała się głowa Vitachy, bez beretu, widać zerwanego w przypływie pasji. Ocierając łzy wierzchem dłoni, dziewczyna zeszła parę kroczków, by podać profesorowi rękę. I nagle, nawet nie zdążywszy krzyknąć, znalazła się pod nim, przyciśnięta do blachodachówki żywym ciężarem.

– Dziecino – mruknął Snape miękko wprost do jej ucha. – Być może nie zwróciłaś na to uwagi, zajęta własnym cierpieniem, ale obraziłaś mnie, nazywając „nieczułym, starym sakwojażem”. Będzie pani łaskawa wyjaśnić, skąd dobór właśnie takich epitetów?

– Ja... przepraszam – wymamrotała ofiara własnych emocji.

Była tak wstrząśnięta niespodzianym wystąpieniem zwierzchnika, że nawet nie próbowała się uwolnić... póki Snape nie rozluźnił chwytu. W tejże chwili miękkie ciało Vitachy przemieniło się w kłębek mięśni, wytrenowanych podczas wspinaczki dachowo-ściennej na murach Hogwartu! Dziewczyna targnęła się z dziką siłą, aż profesor poturlał się po stromym dachu w dół i zatrzymał dopiero na dość iluzorycznym zabezpieczeniu w postaci filigranowej zagródki, w maksymalnie niedogodnej pozycji – przyjmując cały ciężar ciała na prawe ramię. Zagródka zaskrzypiała i wygięła się.

– O, mamusiu...! O, Hajle Sellasje...![1] Co ja narobiłam...! – Vitacha stała na dachu, drżąca, łapiąc się za głowę i tocząc bezrozumnie oczami. Severus w milczeniu świdrował ją wzrokiem, podczas gdy płotek wyginał się coraz bardziej.

– Oj, ja zaraz... chwileczkę! – Dziewczyna dwoma susami dostała się do okna i po sekundzie pojawiła się z powrotem, z różdżką w dłoni. – Vingardium leviosa!

Snape poczuł, jak siła zaklęcia unosi go w górę, usłyszał trzask, a potem metaliczne dzwonienie – to obłamany płotek uderzył o bruk pięć kondygnacji niżej – magia przesunęła go nad zbawczym parapetem do wnętrza hotelowego pokoju.

– Finite incantatem...

Mistrz Eliksirów chwycił się oparcia fotela, by nie upaść, potrząsnął głową, odpędzając oszołomienie. Trzy kroki od niego Vitacha upuściła różdżkę, z miną ofiary Ciemnych Sił, oczekującej na zasłużone Crucio. Trzeba przyznać, że Severus miał niejaką ochotę ją tym poczęstować. Wziął się jednak w garść i oznajmił sucho:

– Panno Melout, o pani zachowaniu porozmawiamy jutro.

– Ja... przepraszam...

Profesor odwrócił się do niej plecami, zamknął okno, po czym opatrzył je najsilniejszym magicznym zabezpieczeniem. Tę samą procedurę powtórzył z drzwiami.

– Co pan... robi? – wybąkała Vitacha.

– Podejmuję środki ostrożności – syknął, blady ze złości. – Chcę się upewnić, że przynajmniej do rana nie znajdzie pani sposobu na skręcenie sobie karku. A teraz: spać!!!– wskazał ręką w stronę przygotowanego dla niego łoża, na którym bez trudu zmieściłoby się ze czterech homo magicus rozmiarów Severusa.

– Ale... – rumieńce na mokrych policzkach Vitachy stały się ciemniejsze.

– No, co?! Prześcieradła są świeże!!! Czy może boi się pani, że ja będę... czegoś chciał?! – Severus zadarł podbródek, wziąwszy się pod boki, kredowobiały z irytacji. – Jedyne, co pani grozi, to zepchnięcie na podłogę, jeśli nie będzie pani trzymać z dala ode mnie tych... – uczynił znaczący gest wokół własnej głowy. – Mdli mnie od zapachu cannabis! A teraz idź spać, żeby cię gnom użarł! Nox!

Świece zgasły. Vitacha, potykając się, podeszła do ogromnego łoża i padła na nie, kryjąc twarz w najbliższej poduszce – tej po prawej stronie. Severus, zdjawszy buty i kamizelkę, ostrożnie wyciągnął się po stronie lewej. Zamknął oczy i zrobił szybki remanent, co i gdzie go boli. Potem otworzył oczy. Potem znów zamknął, próbując odciąć się od zgłuszonych poduszką szlochów obok. Daremnie.

Usiadł na łóżku.

– Pani ma spać.

Chlipanie.

– Przepraszam...

– Co tu, na Ojców Założycieli, się dzieje?! Czemu pani tak... się wkurzyła?

Vitacha podniosła się powolutku i także usiadła, obejmując drżące ramiona. Od płaczu prawie nie mogła mówić.

– Ja po prostu chcę wyjaśnić... Chcę, żeby pan... zrozumiał. Istnieje powód. Jest bardzo ważna przyczyna, dla której chcę zostać... w Hogwarcie.

Snape patrzył na nią w milczeniu. Jego twarz w mroku bielała jak maska wycięta z papieru.

– I jeszcze... Ja... bardzo przepraszam, że pana naraziłam... na niebezpieczeństwo… i to... co powiedziałam wcześniej. To nieprawda. Pan nie jest nieczuły... I... nie stary...

Jakiś czas Snape gromił dziewczynę wzrokiem, potem spytał ochryple:

- Czy jest jeszcze coś, co nie może poczekać do jutra?

– Nie... Ale ja... przepraszam!

– Przeprosiny przyjęte.

Vitacha przetarła dłonią twarz, rozmazując łzy i znów upadła na poduszkę. Snape odwrócił się do niej plecami. Wkrótce zasnął.

 

 

 


[1] Hajle Sellasje I, powszechna również pisownia Haile Selassie I (1892–1975), ostatni cesarz Etiopii oraz symbol duchowy rastafarianizmu.