CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
piątek, 30 maja 2014
Czytanie w biegu

Całkiem często podczas rozmów ze znajomymi pada fraza „nie mam czasu na czytanie”. Praca, obowiązki domowe, dziecko, wieczorem człowiek już pada ze zmęczenia i chce tylko spać. Mogę zrozumieć, że na posiedzenie z książką istotnie tę godzinkę trudno wykroić. Ale z drugiej strony czy nie jest to zwykłe usprawiedliwianie niechciejstwa? Widuję przecież ludzi czytających w tramwajach i autobusach. Najczęściej pokonywana przeze mnie trasa liczy sobie około 30 minut, czyli jest to pół godziny czytania – książki papierowej, ebooka na czytniku lub słuchania audiobooka. Jeśli liczyć z drogą powrotną, godzina jak obszył. Wcale niemało. Kiedy jednak o tym wspominam, znów słyszę kontrargument: „Kiedy ja się nie mogę w takich warunkach skupić”. Na Bora Szumiącego, oczywiście, że ideałem jest wygodna kanapa, kocyk, kubek kawy i święty spokój przy lekturze, ale warunki idealne występują mniej więcej tak często, jak białe nosorożce. Jeśli chce się czytać (w ogóle, albo więcej, niż teraz), trzeba się nauczyć chwytania okazji i odporności na bodźce zakłócające oraz podzielności uwagi (żeby nie przegapić swojego przystanku). Przy czym na przegapienie przystanku szanse są minimalne. W ciągu kilku lat dojeżdżania do pracy zdarzyło mi się to dosłownie raz. Jeżeli przez 5 dni w tygodniu codziennie pokonujesz jakąś określoną trasę w ustalonym czasie, to organizm po prostu całkiem szybko utrwala sobie coś w rodzaju wewnętrznego budzika.

Osobiście czytam w środkach komunikacji miejskiej ZAWSZE. Pięć minut można poświęcić na poobserwowanie współpasażerów, gapienie się na krajobraz za oknem znajomy do bólu sensu nie ma za grosz, lepiej ten czas wykorzystać z pożytkiem.

Kiedy pogorszył mi się wzrok, znacznie więcej korzystam z audiobooków, a tych można słuchać wszędzie. I robię to naprawdę wszędzie i w warunkach, jakie inni uznaliby za dziwne: w tramwaju, na ulicy, na spacerze, przy zbieraniu poziomek/grzybów/ziół, przy sprzątaniu i praniu, przy zmywaniu naczyń, na zakupach… Wyłączam na chwilę lektora jedynie wtedy, kiedy muszę się skupić na przeczytaniu etykietki lub już podchodzę do kasy. I nie jest to jakiś niesłychany magiczny talent, właściwy jedynie mnie jednej, tylko umiejętność wyćwiczona. Zaczęło się od tego, że przez całe lata pracowałam rękami jako witrażystka i w tej pracy były etapy nazywane przez nas „robota głupiego”. Po rozrysowaniu szablonu, wycięciu wszystkich szklanych elementów (to wymagało pewnego skupienia), następowało szlifowanie (godzina, dwie przy głośnej maszynie i monotonne ruchy), po czym następowała stuprocentowa „robota głupiego” czyli stos powiedzmy 600 (albo więcej) kawałków szkła, a każdy należało owinąć po krawędzi samoprzylepną taśmą miedzianą. Mniej więcej 5-8 sekund na jeden element – ponad godzina wykonywania niemal identycznych ruchów i patrzenia w jeden punkt. Bliżej autohipnozy nie byłam nigdy w życiu. Właśnie wówczas nauczyłam się jednoczesnego słuchania audycji, a potem nawet oglądania filmów (z lektorem). Czy na początku gubiłam wątki? Oczywiście, lecz alternatywą była śmiertelna nuda. Pamiętacie może stary film z Chaplinem, który dzień za dniem, rok za rokiem przykręcał śruby w fabryce, aż w końcu mu odbiło? No właśnie. A mózg naprawdę jest doskonale przystosowany do wykonywania kilku czynności na raz, inaczej nie potrafilibyśmy jednocześnie iść i mówić. Żaden z moich rozmówców nie przyznał się do tego, że do rozmowy przez komórkę musi zasiąść w dźwiękoszczelnej kabinie bez dopływu bodźców zewnętrznych, inaczej się rozproszy. A jak przychodziło do kwestii słuchania czytającego lektora po drodze do „Biedronki” to już był wielki problem. Zaprawdę powiadam wam, słuchanie Sapkowskiego to nie msza online, można przy tym zmywać naczynia. Serio.



niedziela, 11 maja 2014
Rozważania nad ludowym porno

Z powodu braku telewizora i ogólnej niechęci do TV polskiej ogólnie, nie oglądałam Eurowizji. Jednak pewne wpisy na facebooku nakłoniły mnie do odszukania paru utworów na youtube. Pan/pani Wurst z Austrii narobił/ła zamieszania (swoją drogą osoba, przyjmująca pseudonim sceniczny Kiełbasa, musi mieć spory dystans do siebie). Jak wszyscy początkowo usiłowałam się zorientować, czy tę osobę mam traktować jako kobietę czy mężczyznę, a potem skarciłam sama siebie, że przecież nie chodzi o to, jak ten ktoś wygląda (to nie konkurs na Miss World) tylko jak śpiewa. I wtedy w końcu dotarło do moich uszu, że Wurst dysponuje głosem i śpiewać potrafi. Kiedy będziemy słuchać jej/jego choćby z mp3, czy będziemy ją/jego widzieć? Za cholerę. Więc o co ten szum? Jak się komuś nie podoba kobieta z zarostem, niech zamknie oczy i przestanie marudzić.

Następnie obejrzałam teledysk polski i zbaraniałam. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak toto traktować. Po zamknięciu oczu i odcięciu bodźców wizualnych pozostaje czysty utwór, który mi się bardzo a bardzo nie podoba. Po otwarciu oczu (i wyłączeniu głośników) widzę obrazki, co do których mam uczucia ambiwalentne. Podobają mi się śliczne dziewczyny w ludowych strojach, podoba spódniczka wokalistki, podobają się akcenty humorystyczne. A jednocześnie zachodzę w głowę, jaki diabeł podkusił producenta teledysku, żeby nakręcić soft porno. Tak więc otrzymaliśmy miks trzech elementów, które pasują do siebie nawzajem jak wół, kareta i wibrator w kształcie maselnicy. Pozostaje mieć nadzieję, że jakiś wolontariusz podłoży do tego teledysku jakąś lepszą ścieżkę dźwiękową i będziemy się mogli przynajmniej pośmiać.