CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
czwartek, 26 maja 2011
Survivalowy zestaw miejski

Przypadkiem, surfując przez google po haśle „mydło z popiołu i tłuszczu”, natrafiłam na stronę survivalową i okazało się, że „szkoła przetrwania” według autora niekoniecznie dotyczy jedynie przebywania w dżungli, Puszczy Białowieskiej czy chaszczach Lasku Kabackiego, ale także miasta i każdego „poza domem”. W związku z tym nosi on ze sobą taki zestaw miejski:

  • scyzoryk Victorinox (Forester)
  • Multitool Leatherman (Mini Tool)
  • jednorazową zapalniczkę z zapłonem piezoelektrycznym i diodą świecącą
  • telefon komórkowy
  • portfel z pieniędzmi, kartami i dokumentami
  • zestaw do reanimacji (maseczka i rękawiczki)
  • jednorazowy worek foliowy - na psie kupy i jako siatkę na zakupy

Ha! Raptem dotarło do mnie, że w sumie robię to samo co on, choć w nieco inny sposób. To wszak facet, a ja jestem kobietą. Mój zestaw wygląda tak:

  • Scyzoryk – ale nie wielofunkcyjny, tylko prosty, mały ale bardzo ostry, z blokadą. Wybajerzone scyzoryki szwajcarskie fajnie wyglądają, ale w chwilach próby okazuje się, że są do wszystkiego czyli do niczego. Możliwe, że za jakiś czas wymienię go na niewielki nóż firmy Opinel. Multitool posiadam, ale nie noszę, gdyż nie chcę się obciążać czymś, co mi się przyda raz na 5 lat albo wcale.
  • Komórka – zawsze naładowana przynajmniej w połowie. Posiada też funkcję latarki.
  • Portfel z pieniędzmi i kartami, ale dokumenty osobno, w całkiem innym miejscu.
  • Torba dodatkowa – nie mam psa, więc zamiast foliówki noszę najczęściej bardzo cienką siatkę w pokrowcu. Po zwinięciu zajmuje mniej miejsca niż owoc kiwi.
  • Opakowanie mini chusteczek nawilżanych – masaż serca wykonasz raz w życiu lub wcale, za to tysiące razy będzie okazja się upaprać.
  • Dwie tabletki Ibupromu, krople do oczu (alergia na kurz i pyłki).
  • W sezonie letnim: mała butelka wody mineralnej 500 ml., okulary przeciwsłoneczne.
  • W sezonie zimowym: glicerynowa pomadka ochronna do ust.

Nie mam zestawu do reanimacji, nawet nie jestem pewna czy bym potrafiła takową przeprowadzić po jednych zajęciach w ramach kursu na prawo jazdy. Może powinnam się tym zająć. Natomiast po przemyśleniu sprawy postanowiłam dodać do zestawu letniego bardzo cienką zwijaną kurtkę przeciwdeszczową, taką jakiej używają rowerzyści.

A jak wyglądają wasze „zestawy przetrwania”?

Strona, inspirująca tę notkę: http://survival.strefa.pl/index.htm

wtorek, 24 maja 2011
Kto tu czyta książki?

Ta notka jest beznadziejnie zacofana, ale muszę jakoś nadrobić zaległości.

Przez prawie tydzień włóczyliśmy się ze Smokiem po Polsce, w ramach czegoś w rodzaju urlopu zawodowego. W sumie większość czasu spędziliśmy fajnie i przyjemnie. Ale od początku...

Przede wszystkim: nigdy więcej spotkań w bibliotekach miejskich w godzinach przedpołudniowych. Miałam jakieś niewyraźne przeczucia, że może być w tym Jastrzębiu-Zdroju niehalo. Kiedy weszłam na salę, zobaczyłam z grubsza sześćdziesiąt całkowicie obojętnych młodych twarzy - niehalo się sprawdziło. „Czy ktoś tu czytał jakąkolwiek moją książkę?” – zadałam całkiem sensowne pytanie. Odpowiedziała głucha cisza. Aha... „Czy ktoś tu w ogóle czyta książki?” – zadałam kolejne uprzejme pytanie. Znów głucha cisza, po czym niewyraźne mamrotanie, że lektury. Muszą. Operacja logistyczna niemalże na miarę wyprawy do Peru, prawie 600 kilometrów na liczniku i oto dostaję przymusowy spęd licealistów, którzy w ogóle nie czytają. Przez godzinę usiłowałam ich zabawiać i przekonać, że czytanie jest jednakowoż fajne, czując się jak małpa na drucie. Nie wiem już, komu bardziej współczułam: sobie czy im, obie strony były uwięzione w mało komfortowej sytuacji. Przynajmniej zachowywali się kulturalnie, nie gadali, nie grali na komórkach (przynajmniej nie otwarcie), a nawet zadano mi parę pytań, możliwe, że z litości. Ufff... Potraktuję to jako niezbędne doświadczenie życiowe.

Z Jastrzębia udaliśmy się do Krakowa, do Mary, która dysponuje dużym domem i mogła nam oddać do dyspozycji całe piętro z łazienką. Tym razem całkowicie darowaliśmy sobie zwiedzanie takich rejonów jak rynek, stare miasto czy Wawel, wybierając okolice bardziej oddalone. Pogoda akurat była jak złoto, bzy kwitły i fiołki, nic tylko zwiedzać Polskę w maju.

Na pierwszy ogień poszła Jaskinia Nietoperzowa w Jerzmanowicach. Bardzo porządna, wielokomorowa, z oświetleniem i przewodnikiem. Wstęp 8 zł, a do tego udało nam się ominąć szczęśliwie wycieczkę szkolną, która zwiedzała przed nami. W jaskini ryli archeolodzy, którzy zostawili po sobie dół dwumetrowej głębokości zaraz przy wejściu. Odgrzebali ponoć, ku swej radości, ślady kultury pierwotnych myśliwych oraz kupę kości niedźwiedzi jaskiniowych. Plus szczękę jaskiniowej hieny. Nietoperzy za to jak na lekarstwo, przewodnik oświetlił latarką 4 sztuki. Latające myszy giną z powodu działalności człowieka, głównie przez stosowanie pestycydów, które zabijają owady, a te z kolei są przecież podstawowym żarciem takiego nietoperza. Szkoda. Według kronik w Jaskini Nietoperzowej mieszkało kiedyś tyle nietoperzy, że sklepienie było od nich czarne, a na dole szło wydobycie zaschniętego guana (to taka bardziej naukowa nazwa na zwykłe gówno), żeby potem je przerobić na nawóz do użyźniania pól. Oczywiście już od dawna kopalnia guana jest nieczynna, no bo ile mogą nasrać cztery nietoperze? Nawet doniczki nie użyźnią. W tejże jaskini kręcono też sceny z Czarciego Jaru w „Ogniem i mieczem”. Może i dobrze, że nietoperzy już mało, bo wyobraźmy sobie tych aktorów, techników i cały sprzęt za grubą kasę na dole, a na górze właśnie lokatorom się zachciało...

Z Jerzmanowic pojechaliśmy do Ojcowa, głównie w celu sfotografowania malowniczych skał.  Słynna Maczuga Herkulesa okazała się jakaś krótka i najbardziej przypominała wbitą pionowo w ziemię gigantyczną bagietkę - mam niejasne podejrzenia, że twórcom nazwy nie chodziło o maczugę, ale o „maczugę”. Niemniej skała bardzo oryginalna, a na schodkach wijących się po zboczu wzgórza natrafiliśmy na najprawdziwszego padalca. Niestety, oddalił się z godnością w trawę, nim Smok zdążył nastawić obiektyw. Ojcowski zamek, zbudowany jeszcze przez Kazimierza Wielkiego, obejrzeliśmy tylko z zewnątrz, dochodząc do wniosku, że po Malborku nic nam nie zaimponuje. W tymże Ojcowie udało mi się zgubić komórkę, co odkryłam w aucie, po przejechaniu dobrych 20 kilometrów. Powrót był nieco nerwowy, dzwonienie na mój numer z komórki Smoka pozostawało bez odzewu, a potem jeszcze musiałam się ponownie wspinać na ten przeklęty pagór. A komórkę odzyskałam w zamkowej kawiarni (są jednak uczciwi ludzie na świecie!) – po prostu grube mury z wapiennego kamienia tłumiły sygnał. Już w Krakowie, w lumpeksie kupiłam sobie na pocieszenie po stresie różowe prześcieradło całe pokryte postaciami Mulan.

Następnego dnia Wieliczka, którą ostatnio (w zasadzie przedostatnio, bo ostatnio było teraz) oglądałam w wieku lat pięciu. Z tamtej wycieczki pamiętam tylko schody, że było raczej ciemno, figurki krasnali i to, że dostałam w prezencie od przewodnika kawałek solnej skały. Zwiedzanie świadome w wieku dorosłym było jednak fajniejsze, a przy tym doskonale się czułam tam na dole, oddychałam całkowicie swobodnie, co u osoby z alergią jest zjawiskiem rzadkim i pożądanym. Co się zmieniło przez te parędziesiąt lat? Przybyło kilka rzeźb (między innymi papież, bardzo ładny), ekspozycje wielkości 1:1 maszyn, urządzeń, kukieł górników a nawet koni. Kilkuminutowe przedstawienie światło-i-dźwięk nad solnym jeziorkiem, dużo więcej sklepików z pamiątkami, restauracja 130 metrów pod powierzchnią... i tylko windy tak samo ciasne ;-D. Nieufnie potraktowałam wyroby z różowej soli, dokoła w warunkach naturalnych widząc wyłącznie szarobiałą – jak się okazało, słusznie, gdyż pochodzi z Himalajów. Jechać do Wieliczki i wrócić z pamiątką z Tybetu... świat oszalał... Nabyłam kawałek soli kryształowej, gdyż była większa szansa, że pochodzi z Polski. W kopalni również wypatrzyłam kandydata do tegorocznego Kiczu Sezonu – króliczki topornie wycięte w solnych bryłach, oraz myszki – z ogonami ze sznurka.

Po Krakowie Warszawa i Warszawskie Targi Książki. Tym razem nie latałam po targach z abumem i nie polowałam na autografy. Raczej wyszło z tego spotkanie towarzyskie starych znajomych – ja prywatnie, reszta odrabiała pańszczyznę, siedząc na stoiskach, podpisując książki i odpowiadając na (głupie) pytania typu „kiedy następny tom?”. Jeremiasz w desperacji wystawił nawet tabliczkę z lakonicznym napisem: JESZCZE PISZĘ. PRAWDOPODOBNIE JESIENIĄ. Świetny pomysł... Plon książkowy tego wyjazdu: „Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie” (otrzymane od Piotra Ch. W podarunku), „Fiolet” (prezent od Magdy K.), „Wampir z M-3” egzemplarz recenzencki (podarunek od Andrzeja), „W północ się odzieję” (wyżebrane jako egzemplarz recenzencki), „Baśniobór” (takoż wyproszony), „Wolni Ciut Ludzie” (kupione) oraz „W roli głównej Tracy Beaker” (kupione). Porozdawałam też trochę wizytówek na stoiskach i zobaczymy co z tego będzie. Po targach wylądowaliśmy na grillu u Mai i Jeremiasza (tzn. w celu spożycia kiełbasy, a nie usmażenia się osobiście), wymyzialiśmy ich nowego kota imieniem Barsik, i starego imieniem Murcia (patrz notka z lipca zeszłego roku), a na koniec załapaliśmy się na Festiwal Eurowizji. To był BŁĄD. Ale nie uprzedzajmy wypadków. Ostatni raz oglądałam toto chyba w rok po Górniak, bo pamiętam jak sromotnie przerżnęła wówczas Kayah. 1995? Ależ ten czas leci... Leci, a Eurowizji nic a nic się nie poprawia. Rozpoczęło się jakąś totalnie bezjajeczną, usypiającą piosneczką jakiegoś bezbarwnego, ulizanego Fina. I tak sobie coś tam leciało, nie przeszkadzając nam w rozmowie, aż do momentu, kiedy z ekranu gruchnęła Irlandia. W osłupieniu patrzyliśmy na dwa podskakujące identyczne pędzle-ławkowce odziane w coś w rodzaju jaskrawoczerwonych tekstylnych zbroi turniejowych. „Niewątpliwie zostaną zapamiętani” – wykrztusił bodajże Jeremiasz, kiedy wyszliśmy z pierwszego szoku. Metroseksualny Eric ze Szwecji, który śpiewał jako następny, wydał mi się zupełnie normalny... Maja zaczęła wspominać jakieś straszliwe stworzenie płci nieokreślonej, które nią wstrząsnęło rok temu, drygając nóżką i śpiewając Ovo je Balkan. (Sprawdziłam stworzenie po powrocie do domu w Internecie – okazało się reprezentantem Serbii, faktycznie drygał nóżką, aż się prosił o przycięcie grzywki, a poza tym wyglądał na stuprocentowego geja.) Kolejni wykonawcy znów uśpili naszą czujność, aż do momentu, kiedy zerknęłam w TV i zobaczyłam zespół krasnali ogrodowych. Uszczypnęłam się, przez ekran przejechała wróżka na jednokołowym rowerku. Jasny gwint, przecież wypiłam tylko dwa piwa!! Chwilę później okazało się, że reszta widzi to samo, więc nie mogła być to halucynacja (niestety). Krasnale były reprezentacją Mołdawii. Do zwycięskiego, jak się później okazało, Azerbejdżanu nie dotrwałam, ale za rok chyba będę jednak oglądać Eurowizję, gdyż odkryłam w tym festiwalu silne aspekty humorystyczne. Ciekawe co będzie w 2012... Gumisie? Pyzy na polskich dróżkach? Murzyn z lirą korbową, przebrany za hot-doga?

*

Na chwilę obecną:

- zapieprz jak stąd do niewidać

- zbieram kwiatki na łączce Kłapouchego

- zaległości w serialach

- zupa szczawiowa

niedziela, 08 maja 2011
„A gdzie mój chlebaczek?!”

„A gdzie mój chlebaczek?!”

Powyższa kwestia Flynna z „Zaplątanych” nie wiedzieć czemu nieodmiennie doprowadza mnie do śmiechu. Czysta głupawka. A przyplątała się na nowo z okazji wymiany plecaka - który, jak sama nazwa wskazuje, wg wojskowej definicji służy do noszenia granatów. Poprzedni, włoski skórzany, nabyty drogą kupna na allegro, służył mi dzielnie przez pięć lat, moczony deszczem, zasikany przez kota, drapany pazurami i tyrany, prany nieprzepisowo, tracił po kolei sprzączki, aż wreszcie czas był najwyższy wysłać go na emeryturę. I trzeba było kupić nowy, więc dzielna Torojka zasiadła z kubkiem kawy przed komputerem i weszła na allegro w celach rozpoznawczych, co teraz jest trendy. I czy to trendy jej pasuje, bo torojki są gatunkiem wybrednym.

Gołe hasło „plecak” ujawniło milion pińćset plecaków, od różowego z Barbie do stulitrowego na wyprawę w góry. Nie wybierałam się ani do podstawówki, ani w Alpy, więc zawęziłam wymagania do „plecak miejski”. I tu zaczęły się schody, gdyż wg producentów głównym odbiorcą plecaka miejskiego jest student, który nosi w owym plecaku laptopa, skrypty i generalnie rzeczy raczej płaskie o rozmiarach zbliżonych do A4, więc taki plecak ma 2 lub 3 wąskie komory. Ja noszę w plecaku przykładowo: jogurt, zwinięty polar, kostkę masła, czytnik, karmę dla kota – przyznacie, że wszystkim tym rzeczom raczej daleko do A4. I w dodatku z niewiadomych mi powodów wszystkie były zapinane na zamki błyskawiczne. Zepsuje się zamek i od razu można wyrzucić cały plecak, bo naprawa wyniesie tyle, że lepiej kupić nowy.

Przerzuciłam się na „plecak wycieczkowy” – tam z kolei większość była za duża. Hasło „plecaczek” ujawniło popierdułki mieszczące w sobie komórkę, chustkę do nosa i portfelik – nic więcej, czyli nie tędy droga. Wymagania miałam jasno określone: nie za wielkie, bo nie wybieram się na biegun; nie za małe, bo ma mi służyć na mniejszych zakupach i pomieścić przedmioty o najdziwniejszych kształtach; nie pomarańczowe, bo niekoniecznie chcę być widoczna z odległości kilometra; nie z ponurą gębą bohatera Avatara (aczkolwiek kusiło), bo nie jestem dziesięciolatką. Zdawało się, że producenci zapomnieli o nie-studentach, nie-turystach i nie-pierwszakach. Jestem niszowa, czy jak...? Akcja „Chlebaczek” przedłużała się. W końcu, przy trzeciej kawie z ponurą determinacją zaczęłam przeglądać działy ręcznie, i wtedy uznał za stosowne wtrącić się mój anioł stróż, każąc mi kliknąć w „plecak Jaxon” – a wówczas ukazał się poszukiwany ideał. Obejrzałam go ze wszystkich stron, niemalże obwąchałam wirtualnie, odszukałam inne zdjęcia przez google, sprawdziłam wymiary (odrobinę większy od włoskiego emeryta). Jedna komora, wiązany, z klapą, jedna kieszeń, z boku siatka na wodę mineralną, niejaskrawy, zielony, prostota i dobry smak, cena przystępna, koszty wysyłki nawet bardziej niż przystępne. Duży i pojemny plecak wędkarski, wykonany z trwałych, nieprzemakalnych materiałów o ciekawej szacie kolorystycznej.

Wędkarski. Wędkarski. WĘDKARSKI!! Na rybach byłam dwa razy w życiu...

Pierwsze zakupy z Jaxonem udowodniły, że jest strzałem w dziesiątkę Pomieścił wszystko i nawet bez problemu domknęłam klapę.

Plecak, jak sama nazwa wskazuje, służy do noszenia kociego żwirku...