CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
poniedziałek, 31 maja 2010
Chlebek otrębowy z żurawiną na słodko

Chlebek otrębowy z żurawiną na słodko (Dukan faza III lub końcówka II)

 

20 deko otrąb mieszanych pszenno-owsianych (w przeliczeniu na łyżki wychodzi około 16)

3-4 łyżki mąki kukurydzianej

2 łyżeczki proszku do pieczenia

2 jajka

Jogurt naturalny (około ½ pojemnika)

5 łyżek słodzika do gotowania

Pół paczki suszonej żurawiny

2-3 łyżki migdałów w płatkach

 

Wszystkie suche produkty wymieszać w misce, dodać jajka i słodzik, wymieszać. Dodawać po trochu jogurt aż do uzyskania konsystencji gęstego budyniu. Małą keksówkę wyłożyć papierem do pieczenia, włożyć ciasto. Piec w piekarniku rozgrzanym do 200 st. przez 25 minut. Z powodu zwiększonej ilości węglowodanów chlebek nadaje się do fazy III diety Dukana lub w małych ilościach w końcu fazy II.

 

*

Aktualna waga: 73,5 kg

środa, 19 maja 2010
Placuszki otrębowe na słodko (Dukan, faza 2 i 3)

Placuszki otrębowe na słodko (Dukan, faza 2 i 3)

 

4 łyżki otrębów pszennych

4 łyżki otrębów owsianych

1 łyżka mąki kukurydzianej

1 duże jajko

2 łyżki słodziku do gotowania i pieczenia

1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia

maślanka lub mleko chude

 

jogurt owocowy light

 

Otręby zmielić w młynku na proszek. Wszystkie suche składniki i jajko wymieszać w misce, dodać tyle maślanki, żeby uzyskać konsystencję gęstego ciasta naleśnikowego. Smażyć placuszki na beztłuszczowej patelni. Gotowe podawać z jogurtem owocowym. Z tej ilości wychodzi około 12 sztuk.


Aktualna waga: 75 kg

Tagi: dukan
21:19, toroj
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 maja 2010
DOMOWY CHLEB OTRĘBOWY
Jest to jak na razie najlepszy przepis na chleb, jaki udało mi się ustalić metodą eksperymentów. Robi się bardzo szybko i jest pyszny.
Składniki:
8 łyżek otrębów pszennych
8 łyżek otrębów owsianych
3 łyżki mąki kukurydzianej
2 jajka
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 płaska łyżeczka soli
1 czubata łyżeczka suszonej bazylii
1 łyżka ziarna sezamowego
3/4 dużego pojemnika jogurtu naturalnego

Wszystkie składniki wrzucić do miski i dokładnie wymieszać łyżką. Małą foremkę keksówkę wyłożyć papierem do pieczenia, włożyć ciasto, trochę wyrównać. Piekarnik nagrzać do 210 stopni, piec chleb 25 minut na termoobiegu.
Koniec przepisu.
wtorek, 04 maja 2010
Gen kobiecości

Gen kobiecości

 

Niejaka Aleks na jakimś kursie (chyba języka angielskiego) miała określić, który ze stereotypów dotyczących mężczyzn/kobiet jest prawdziwy. Odmówiła wykonania zadania, twierdząc, że według owych twierdzeń ona jest mężczyzną, a to jest dość głupie, nieprawdaż? Aleks słucha metalu (im bardziej satanistyczny, tym fajniejszy), twierdzi, że nie rozróżnia kolorów (bakłażan oraz śliwka to rośliny, a nie barwy), nosi się głównie na czarno, a wybieranie butów trwa u niej pół godziny. Jej ulubionym obuwiem są traperki. Żeby było śmieszniej, jest drobnej postury słodką blondyneczką. Z wyglądu, rzecz jasna. Jednocześnie jest tak daleka od różowości, że gdyby chciała bardziej, musiałaby używać czarnej szminki i zakolczykować sobie obie brwi. Czyli posiada tytułowy gen kobiecości, czy nie? Prawdopodobnie tak, choć jest on głęboko ukryty i może się ujawnić po wielu latach. Tak jak mój. Zastanawiam się nad tym procesem, zadając sobie pytanie: dlaczego? Lata wczesnej i późniejszej młodości przechodziłam niemal wyłącznie w dżinsach, koszulkach i workowatych bluzach, wszelkimi siłami próbując zamaskować, że mam biust, biodra i niezłą talię. Biedny Smok chyba miał lasery w oczach jak Superman, że dostrzegł coś pod tym kamuflażem. Winę za to ponoszą chyba po połowie: gust odzieżowy mojej matki i lata głębokiego kryzysu, które przypadły akurat na mój okres dorastania. Jak wiadomo, do pewnego wieku dziecku jest wszystko jedno co ma na sobie, jeśli strój ów pozwala swobodnie jeździć na rowerze, grzebać w piaskownicy i łazić po krzakach. Ubrania, jak wiadomo, wybierają i kupują rodzice, a w każdym razie tak było za owych czasów. Przy okazji nadmieniam, że w PRL w handlu uspołecznionym nie należało się spodziewać rewelacji, raczej „bezpretensjonalnych dżinsów marki Odra” (copyright by Musierowicz). Na domiar złego macierz moja (przedszkolanka) groszem nie śmierdziała, więc pokornie dodzierałam ubrania po matce i ciotce. Akceleracja ładnie załatwiła sprawę i już jako trzynastolatka dorównywałam im wzrostem, na własne nieszczęście. Potem zaś nastąpiły wczesne lata osiemdziesiąte i człowiek się cieszył, że miał do ubrania cokolwiek. Ten okres przetrwałam, przebywając w świecie książek i nie zwracając uwagi co mam na sobie – pewnie instynktownie, żeby nie wpaść w ostateczną depresję. Odwilż lat 90-tych zaowocowała głównie pojawieniem się na rynku chińskiej tandety. Pamiętam na przykład słynne bluzeczki z kotkiem, które okazały się wybitnie łatwopalne i urban legend głosiła, że jakaś panienka otarłszy się przypadkiem o palnik w kuchni, omal nie spłonęła żywcem. Staram się nie oglądać swoich fotografii z tego okresu, są zbyt przygnębiające. Jeśli miałam jakiś gen kobiecości, nadal pozostawał w głębokiej katatonii. Impulsu do zwracania uwagi na własną garderobę dostarczyło mi pojawienie się w Polsce sieci lumpeksów. Nie ma co, były tam rzeczy nie tylko dużo tańsze od tych sklepowych, ale też o wiele oryginalniejsze. Ale tak naprawdę potrzebowałam aż kilkunastu lat i ciągłej autoterapii, żeby ostatecznie z babochłopa przemienić się w kobietę, akceptującą fakt, że ma tyłek i cycki,  nie bojącą się dekoltów ani wysokich obcasów. Przypuszczam, że Aleks ma łatwiej i jej mutacja przebiegnie szybciej niż moja.

poniedziałek, 03 maja 2010
Leniwe pierogi wg Dukana (dzień zielony)

Z duszą na ramieniu zdecydowałam się na zrobienie leniwych pierogów w wersji "dukanej" gdyż azaliż ileż można żywić się kurczakiem? Wbrew obawom ciasto kleiło się tylko troszkę, a samo danie wyszło delikatne i lekkie jak puch. Naturalnie z powodu sporej zawartości mąki kukurydzianej nie należy podczas diety jeść takich pierogów zbyt często - ze dwa razy w miesiącu. Gotuje się je bardzo krótko i wyciąga zaraz po wypłynięciu, inaczej grozi im rozgotowanie i zamiana w zupę twarogową.

W smaku są nawet lepsze od tradycyjnych leniwych na mące pszennej.

Składniki:

pół kilo chudego białego sera

2 jajka

5 łyżek mąki kukurydzianej + do podsypania

sól

 

słodzik

jogurt naturalny

cynamon

lub dietetyczny jogurt owocowy

 

Ser przecisnąć przez praskę, rozgnieść widelcem czy zmielić - jak kto woli. Dodać jajka, mąkę i szczyptę soli. Zagnieść ciasto. Rozwałkować w "węża" i pociąć na równe kawałki. Wodę zagotować, posolić. Gdy już będzie wrzeć zmniejszyć ogień i wrzucać leniwe. Wyjąć, gdy wypłyną inaczej się rozgotują. Posypać słodzikiem, polać jogurtem i posypać cynamonem. Ewentualnie użyć gotowego jogurtu smakowego 0%.

Porcja obiadowa na 2 osoby.

*

Aktualna waga: 76,5 kg :-)

niedziela, 02 maja 2010
Janko Muzykant

Film dedykowany wszystkim wielbicielom literatury wysokiej

sobota, 01 maja 2010
Ludzie i parapety

Ludzie i parapety

 

Dzianie się skumulowało się solidnie i z przytupem. Najsampierw Smok przedsiębrał wyprawę po salonach aut używanych w celu nabycia pojazdu mechanicznego. Było to skomplikowane i wymagało zebrania w kupie kilku elementów: środka transportu, kierowcy do tegoż, kolegi znającego się na sztuczkach dilerów i kolegi nieznającego się ale pełnego dobrych chęci. Generalnie: konsylium automobilowe. W końcu z wielkim trudem się wybrali. Po dwóch godzinach odbieram telefon, po drugiej stronie satelity Smok jęczy, że wszystkie auta poniżej 10 tysiaków to kupy złomu i jak ja sądzę, czy jak Pipok nam pożyczy to zdołamy ten dług spłacić? Błyskawicznie dochodzę do wniosku, że wepchnąć tę kasę w nowsze autko a wepchnąć w remont sypiącego się, to opcja pierwsza ma znacznie większy sens. Poza tym operacja pod kryptonimem „Cztery koła” przeciągnie się na czas nieokreślony, a ja tego nie wytrzymam nerwowo i przegryzę Smokowi gardło. Ekipa wraca więc do punktu wyjścia, gdzie stało takie jedno ładne Audi, a ja wracam do tego co robiłam do tej pory. Jest ciepło, okno mam uchylone, więc doskonale słychać odgłosy z zewnątrz.

„Ludzie, pomocy! Ratunku! O Jezu, ludzie, pomocy!” – brzmi to tak teatralnie, że mam wrażenie, że to jakiś wygłup, ale podchodzę do okna i podnoszę roletę. Po to, by mieć widok na psią bitwę. Dwa wielkie płowe psy kotłują się 10 metrów od mego domu, dokoła miota się jakiś chłopak, krzycząc i próbując rozdzielić psiska. Wrastam w podłogę, widok jest przerażający. Wewnętrzny Gryfon szturcha mnie, że powinnam zejść i pomóc, natomiast wewnętrzny Ślizgon syczy, że nie mam być idiotką, bo przecież nie znam się na psach kompletnie i mogę zostać co najwyżej pogryziona. Potem sie dowiedziałam, że uczestnikami zajścia był amstaf (agresor) i bokser (poszkodowany). Tymczasem obcy pies gryzie chłopaka w rękę. Pojawia się właścicielka – szczupła dziewczyna, chyba nastolatka – ze smyczą i próbuje opanować swojego psa. Równie dobrze mogłaby opanować sztorm, jest tak samo bezradna jak chłopiec, który próbuje zasłonić swojego psa własnym ciałem, ale już leci jakiś facet – chyba starszy brat dziewczyny i dopiero jemu z ogromnym trudem udaje się za tylne łapy oderwać amstafa, który wżarł się z całej siły w pachwinę boksera. Właściciel wnosi amstafa przez furteczkę balkonową do wnętrza mieszkania na parterze, drzwi się zamykają, kurtyna opada. Chłopiec klęczy nad niemogącym się podnieść bokserem i płacze głośno. Jakiś przechodzień idzie powiadomić matkę chłopca o wypadku. Biorę komórkę do kieszeni i schodzę na dół. Będą potrzebni wiarygodni świadkowie zajścia, no i trzeba jakoś uspokoić wstrząśniętego dzieciaka.

Tak jak przewidywałam, sprawa opiera się o policję. Właściciele amstafa udają, że rzecz ich kompletnie nie dotyczy, przyjmując postawę „co mi kurwa zrobisz?”. Nadjeżdża policja i pogotowie, bo chociaż nie ma krwi (ludzkiej, bo psia jest) chłopak nie może za bardzo ruszać ręką. Zgłasza się jeszcze trójka świadków, w tym kobieta z innego domu, która widziała zdarzenie pod innym kątem i zeznaje, że amstaf przeczołgał się pod bramką nowo zrobionej przydomowej zagródki i rzucił się na boksera, który spacerował ze swoim panem w pewnym oddaleniu. Nie wierzę własnym uszom – mijam tę zagródkę za każdym razem, kiedy idę do sklepu i nigdy mi nie przyszło do głowy, że może być kojcem dla psa. Zwykła siatka na wysokość jakieś 125 cm, niewkopana, a jedynie dotykająca dolną krawędzią ziemi. Wygląda jak coś, co w zamyśle ma zabezpieczyć grządkę marchewki przed złodziejem, a nie coś, co ma zatrzymać psa ważącego prawie 50 kilo. Śmiech na sali. Clou programu: amstafowcy dostają 200 zł mandatu za niedopilnowanie psa, policja nie zrobi nic więcej, bo „dziecko za mało pogryzione”. (Okazało się, że chłopiec ma 13 lat, choć jest bardzo wysoki na swój wiek). Stoimy nad bokserem, który od czasu do czasu próbuje się podnieść, ale wlecze tylko tylne łapy za sobą. Amstafowcy stoją na swoim balkonie i uśmiechają się szyderczo. Nie pada słowo „przepraszam”, nie wspominając już o propozycji zawiezienia rannego psa do weterynarza.

Dzwonię do Smoka, bo uświadamiam sobie, że od naszej rozmowy upłynęło już trochę czasu. A owszem, mamy samochód! Granatowe Audi w bardzo dobrym stanie, sprowadzone z Niemiec, jak tylko ci z autohandlu załatwią papiery, przyprowadzą audika nam do domu. „Aha, świetnie, doskonale” – mówię, głaszcząc boksera i uspokajając go, by nie próbował iść za swoją panią, która właśnie składa zeznania w radiowozie. Totalna paranoja. Sąsiad z góry oferuje pomoc, zawiezie psa do weta swoim samochodem. Ktoś dzwoni do gabinetu weterynaryjnego, żeby nie zamykali i zaczekali na ranne zwierzę (jest już po osiemnastej, słońce powoli zaczyna zachodzić). Pomagam dźwigać piszczącego psa do bagażnika, waży chyba z pół tony.

Następnego dnia koło południa dzwonię do weterynarza, by dowiedzieć się o stan Tekiego. Jest źle. Brak czucia głębokiego w tylnej części ciała, zgnieciony kręgosłup – to uświadamia siłę szczęk amstafa. Gdyby na miejscu boksera był jeden z wielu malców, mieszkających w moim domu i po sąsiedzku, prawdopodobnie by już nie żył, zagryziony. Co dalej? Teki może się wyliże, kolejne trzy dni będą decydujące, ale może lepiej nie mieć nadziei. Lekarka daje mi telefon do pani boksera, dzwonię, żeby podtrzymać deklarację, że gdyby chciała wystąpić do sądu, będę zeznawać jak było naprawdę, gdyż amstafowcy oczywiście natychmiast przyjęli linię obrony, że to chłopak szczuł boksera na ich biednego pieska. No cóż, może i ryzykuję pobiciem przez dresiarnię, ale są sytuacje, kiedy nawet Ślizgon nie może się wyślizgać.

Wieczorem nadciąga nasze granatowe Audi. Ile razy na nie spojrzę, zawsze będzie mi się kojarzyło z rannym psem. A dziś rano amstaf siedział już na balkonie i warczał na wszystkich ludzi, którzy przechodzili chodnikiem w pobliżu. Chyba na zakupy zacznę nosić ze sobą rurkę wypełnioną ołowiem.

Kiedy przed laty kaukaz sąsiada pogryzł mego szwagra, sąsiad nie tylko okazał zaświadczenie o szczepieniu psa, ale też bardzo przepraszał i jeszcze zapłacił Sławkowi za rozerwane dżinsy. A tutaj... no cóż, są ludzie i są parapety.