CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
piątek, 29 maja 2009
Rastafariańska bajka o lewej ręce Snape'a - rozdz. 10

Rozdział dziesiąty: Is this love? (That I'm feeling)

Po tej pamiętnej nocy, kiedy profesor Snape zaznajomił się z Dża, jego stosunek do Vitachy Melout się zmienił. Mistrz Eliksirów przestał wyładowywać na swojej asystentce zły humor i nawet jakby bardziej Vitachę szanował. Zaczął interesować się jej opiniami w kwestiach, w których, jak wiedział, ona orientowała się lepiej. Wypowiadał głośno jakieś myśli, dotyczące ich tajemniczej pracy i oczekiwał, że dziewczyna również wyrazi swoje zdanie. Poza tym profesor Snape jeszcze trzykrotnie zwracał się do niej z prośbą o użyczenie trawki, ale z Dża spotykał się już na osobności, eksperymentując z mieszankami, których przygotowanie nie wymagało pomocy panny Melout.

Kiedy przyszła pora rozstania na dwa miesiące wakacji letnich, Vitacha ukradkiem włożyła do szuflady biurka Severusa małe pudełeczko z resztką swoich rocznych zapasów cannabis magica. Szef ze swej strony otwarcie wręczył jej cztery części z nowego, trzydziestosześciotomowego wydania dzieł zebranych Heksusa Avirsora. Vitacha od razu pierwszego wieczora powkładała zakładki między strony opasłych tomów, żeby łatwiej rozplanować czytanie i zdążyć rozprawić się z uprzykrzonym autorem do pierwszego września. Los jednak zrządził, że sprawozdanie z wakacyjnej lektury przyszło jej składać nieco wcześniej.

Otóż Belgradzki Instytut Badań Magicznych organizował w ostatnich dniach sierpnia Wielki Kongres Warzycielstwa. Dumbledore postanowił przedstawić rezultaty hogwarckich badań właśnie tam, nie zważając na to, że sami-wiecie-jakiego eliksiru Severus i Vitacha jeszcze nie zrobili. Do końca roku szkolnego zdążyli zakończyć część teoretyczną i ustalić składniki – teraz trzeba było tylko włożyć wszystko do kociołka i oddaliwszy się na bezpieczną odległość, obserwować co się stanie.

Trzeba przyznać, że dyrektor obmyślił wszystko bardzo sprytnie. Severus nie był zainteresowany wygłaszaniem referatu. W sprawie laboratorium, gdzie można było przeprowadzić eksperyment, Dumbledore już się z Belgami dogadał, więc gdyby doświadczenie się nie udało, nikt by się o tym nie dowiedział. Natomiast w przypadku sukcesu wystarczyło, by dyrektor szepnął słówko organizatorom kongresu i Snape’a bez przeszkód wpuszczono by na mównicę. Pospierawszy się ze zwierzchnikiem dla spokoju sumienia, Mistrz Eliksirów pozwolił się wpakować w tę awanturę. Jak wiadomo, nie był amatorem dróg łatwych i bez ryzyka.

Zdarzyło się więc, że pewnego pięknego ranka pod koniec lata profesor Snape i Vitacha Melout spotkali się w przedziale bardzo komfortowego, by nie rzec luksusowego, Kongres Ekspresu, wiozącego gości konwentu... to znaczy imprezy naukowej, do Belgradu. Towarzyszył im sam dyrektor, na wypadek gdyby potrzebowali moralnego, ewentualnie administracyjnego wsparcia.

Co ciekawe, zadziałać musiał już w pociągu – pojawiło się trzech ciemnych typków z ministerstwa, których Korneliusz Knot na wszelki wypadek postanowił posłać, żeby mieli oko na Severusa. Siwobrody dyplomata umiejętnie zwabił urzędasów do swojego przedziału i tam sterroryzował cytrynowymi dropsami – tak lepkimi, że nieostrożna trójka musiała zająć się własnymi problemami, nie zakłócając spokoju warzycieli po sąsiedzku.

*

A tam, za cienką ścianką, trwała wytężona praca. Profesor Snape czytał swoje notatki, Vitacha patrzyła w okno, na zalane słońcem śliwowe sady, z gęstwiny których kiedyś wyszli jej przodkowie, tylko czasem spoglądała na towarzysza podróży. W mugolskiej odzieży: ciemnozielonej koszuli, czarnej kamizelce i spodniach (marynarkę z powodu upału przewiesił przez poręcz fotela) Mistrz Eliksirów wyglądał... niezwykle. Jakby weselej. I jakby zuchwale. A przy tym – Vitacha od razu to spostrzegła – był skupiony jak nigdy. Ona sama, nawiasem, także zmieniła styl od hogwarckich czasów. Na jej głowie pysznił się nowy beret, mniejszy i zgrabniejszy od poprzedniego, uszyty z najdelikatniejszego konopnego płótna koloru miodu. Wymknęło się spod niego parę warkoczyków, ale ten nieład nie wyglądał niechlujnie, przeciwnie, dodawał Vitachy kobiecego uroku. Służył temu celowi również skrojony do figury kostium, dopasowany kolorem do beretu. 

Nie opaliła się panite słowa padły z ust Snape’a tak nieoczekiwanie, że Vitacha aż lekko podskoczyła na miękkim siedzisku.

– А... Byłam na Jamajce tylko tydzień, na początku lata. Resztę czasu spędziłam w Amsterdamie...

Profesor jednak przestał słuchać. Wetknął nos w swoje notatki, demonstrując niezadowolenie z samego siebie, z powodu naruszenia własnej zasady: przed, w trakcie, ani po pracy nie poruszać tak zwanych luźnych tematów. Vitacha przygryzła wargę, zmuszając się do skupienia na książce, rozłożonej na kolanach. Kilka minut później Snape w milczeniu podał jej warzycielskie czasopismo, zaznaczywszy paznokciem miejsce, od którego powinna zacząć czytać. Żadne z nich nie powiedziało więcej ani słowa, dopóki pociąg się nie zatrzymał.

*

Severus i Vitacha weszli do przygotowanej dla nich pracowni około czwartej po południu. Eksperyment zakończył się o dziewiątej rano dnia następnego. Rozczochrany Snape przechadzał się nerwowo po zalanym słonecznym blaskiem pomieszczeniu, a zmęczona Vitacha przykucnęła pod ścianą. Dumbledore oglądał przy oknie fiolkę z iskrzącym się, delikatnie, fiołkowym płynem.

Severusie, pozwolisz mi to wypróbować? spytał w końcu.

Nie. Pan jest wybitnym magiem, a eliksir przeznaczony jest dla kogoś, kto nie ma nawet dziesiątej części pańskich zdolności. Potrzebny jest ktoś... zwyczajny.

W takim razie japowiedziała Vitacha.

Dziecko, nie powinnaś ryzykować, to może być niebezpieczne... – Dyrektor pokręcił głową, ale Vitacha mu przerwała:

Składniki nie były toksyczne, nic mi nie będzie. W najgorszym wypadku profesor Snape po prostu zdejmie zaklęcie.

Dwaj czarodzieje wymienili spojrzenia. W końcu Mistrz Eliksirów kiwnął głową na znak zgody, a Dumbledore podał fiolkę dziewczynie. Odmierzyła sześć kropel na srebrną łyżeczkę, ostrożnie połknęła płyn, odstawiła fiolkę na stół, po czym znieruchomiała pośrodku komnaty, patrząc wyczekująco na szefa. Severus Snape podniósł różdżkę.

Imperio!

Vitachę ogarnęło uczucie, jakby spowił ją miękki obłok... A potem znikło! Każdy dźwięk – śpiew ptaków za oknem, czyjeś głosy na korytarzu, skrzypienie parkietu pod spiczastonosymi butami Albusa Dumbledore’a – odbijał się echem w dziwnie lekkiej głowie dziewczyny.

No i jak? Vitacho, jak się pani czuje? dotarł do niej życzliwy głos dyrektora.

W porządkuwykrztusiła, czując, że uśmiecha się głupio.  

Severusie, wydaj jej jakieś polecenie.

Panno Melout, niech pani podejdzie do okna.

Vitacha nie ruszyła się z miejsca z wyraźnym zadowoleniem.

Niech pani weźmie różdżkę i... uniesie w powietrze tę książkę.

Uśmiech panny Melout poszerzył się – to była jej jedyna reakcja na polecenie. 

Pociągnij dyrektora za brodę!

Och...! Vitacha zakryła twarz rękami, chichocąc jak wariatka. Po chwili zaśmiał się także Dumbledore - na cały głos.

Severusie! Ty spryciarzu! Na Merlina, udało się!

Panno Melout, proszę podejść do mnie.

Vitacha przestała się uśmiechać. Podniosła głowę.Snape wpatrywał się w nią z natężeniem. Wbiła wzrok w podłogę, zrobiła głęboki wdech, ze wszystkich sił starając się nie gryźć warg i nie zaciskać drżących palców... Nie iść! Eliksir bronił ją przed działaniem Zaklęcia Niewybaczalnego, lecz nie przed własnym niewybaczalnym pragnieniem. Imperius nie działał, ale wcale nie było jej dzięki temu łatwiej.

– Аch! – Nieoczekiwanie Vitachę spowiły miękkie, pachnące cukierkami fałdy szaty Dumbledore’a, jej nos utknął w puszystej brodzie, a w lewe ramię uderzyło ją coś twardego – łokieć profesora Snape’a.

Jestem z ciebie dumny, Severusie, i z ciebie także, Vitacho ogłosił dyrektor już poważniejszym tonem, wypuściwszy z objęć podduszonych eksperymentatorów. Patrzył na nich ciepło, ale też jakby z odrobiną zazdrości. – Tyle wam chciałbym powiedzieć! I na pewno to zrobię, ale później. Teraz musimy iść. Jesteście gotowi?

Profesor Snape, rzuciwszy okiem na swoją asystentkę, przytaknął. Vitacha tylko uśmiechnęła się szeroko do dyrektora i zabrała do porządkowania stołu.

*

Pomimo starań Dumbledore’a, wystąpienie Severusa zostało wstawione do programu dopiero koło godziny czternastej. Do tego czasu oboje z Vitachą musieli tkwić w zatłoczonej sali konferencyjnej. Na dodatek miejsce koło panny Melout zajmowała czarownica tak... puszysta, że dosłownie wpychała Vitachę w jej szefa, siedzącego z drugiej strony. On jednak wydawał się nie zwracać uwagi na takie drobne niedogodności.

A potem... Potem nastąpiła chwila chwały Severusa Snape’a! Chwila, która zapisała się wielkimi, złotymi literami w historii magii. Wykład Mistrza Eliksirów z Hogwartu spowodował, że w sali literalnie zawrzało, a warzyciele zaczęli stawać na uszach (czy może raczej na czubkach spiczastych tiar). Czarownice i czarodzieje, przed którymi nagle otwarły się niezwykłe naukowe perspektywy, mało nie rozerwali Snape’a i Vitachy na kawałeczki.

Zgodzili się ich wypuścić dopiero późnym wieczorem - po dwudziestu demonstracjach działania eliksiru, neutralizującego działanie jednego z Zaklęć Niewybaczalnych, po szczegółowych długotrwałych omówieniach przebiegu eksperymentu i obietnicy, że następnego dnia odbędzie się jeszcze jeden pokaz. Dumbledore został w sali konferencyjnej, by uspokajać podnieconych naukowców, a Severus z Vitachą wymknęli się tylnym wyjściem i dali nogę.

*

Profesor Snape miał mapę, więc bez trudu odnaleźli drogę do hotelu. Zatrzymali się tylko raz – koło sklepiku z winami, do którego panna Melout zanurkowała, mamrocąc coś niezrozumiale, nim Severus zdążył ją zatrzymać. Pojawiła się z powrotem po paru minutach, przyciskając do piersi sporą butlę z płynem o barwie płatków czarnej róży.

- To nalewka śliwkowa. Powinna panu smakować – wykrztusiła i szybko zaklepała sandałami po bruku zmoczonym niedawnym deszczem.

Patrząc na jej napięte ramiona, Severus zrozumiał, że panna Melout ma jakieś duże zmartwienie. Zasadniczo, pojął to już poprzedniego dnia, jeszcze w pociągu, ale tłumaczył to sobie wtedy przedkonferencyjną tremą. Vitachy wyraźnie coś ciążyło na sercu. Severus, choć jego żelazny organizm zahartowały lata niewdzięcznej pracy wywiadowczej w obozie wroga, zaczął odczuwać zmęczenie, miał więc nadzieję, że problemy asystentki nie odbiją się na nim osobiście.

Mylił się.

 

Rastafariańska bajka o lewej ręce Snape'a - rozdział 9

Rozdział dziewiąty: I shot the Sherif (But I swear it was a self-defense)

Kolejne trzy tygodnie były dla Vitachy ciągłym koszmarem. Do komisji zdecydował dołączyć sam Knot, dzięki czemu jej skład natychmiast powiększył się czterokrotnie. A cała ta biurokratyczna banda już ostrzyła sobie zęby, by znaleźć w dokumentacji jakiś poważny błąd (choć z braku laku zadowoliliby się pewnie ortograficznym). Dzięki swym talentom dyplomatycznym Dumbledore wytargował dla Severusa i Vitachy nieco czasu, mogli więc rzucić się w wir pergaminowej roboty.

Pracę rzadko kończyli przed północą, po czym Snape zostawał jeszcze w laboratorium, by pisać plan działania na następny dzień, a Vitacha w pośpiechu zmieniała ubranie i potykając się gnała za bramę, by aportować się do Hogsmeade, gdzie pod „Trzema Miotłami” czekał jej przyjaciel z Jamajki.

Wieść o jego obecności wkrótce stała się wiedzą powszechną. Nauczyciele z Hogwartu, których większość regularnie odwiedzała przybytek madame Rosmerty, nie mogli nie zauważyć przedłużającej się obecności egzotycznego gościa. Przy stole szeptali między sobą, spoglądając przychylnie na Vitachę. Rolanda Hooch, jak zwykle denerwująco bezpośrednia, znów ryknęła na całą Wielką Salę:

No, koliberku, załapałaś niezły towar! Istny nowiutki Nimbus! Witka w witkę i dobrze wypolerowany! A myśmy tu już wszyscy myśleli, że tobie staruszek Snape zawrócił w głowie...!

Vitacha, półprzytomna od ciągłego niewyspania, nie zwróciła na słowa Rolandy uwagi. Za to „staruszek Snape”, owszem, zwrócił. Pochylił się ku profesorce miotlarstwa i szepnął jej na ucho coś, od czego ta natychmiast pobladła i straciła ochotę na pogaduszki.

*

Czas płynął, kawaler panny Melout wyjechał, a delegacja z ministerstwa zorganizowała desant na Hogwart. Urzędnicy rozleźli się po zamku jak stado chorych trolli, ale w końcu odjechali, trochę niezadowoleni z tego, że nie znaleźli nic, do czego mogliby się przyczepić. Severus oraz Vitacha, a także Dumbledore, Filch i cała załoga domowych skrzatów, mogli wreszcie odetchnąć i oddać się relaksowi. Panna Melout postanowiła nie niepokoić szefa i nie mówić mu, póki co, o nowych książkach, które przywiózł jej smagły wielbiciel. Sądząc z wyglądu profesora, powinien on raczej przebywać w towarzystwie poduszki, niż ksiąg. Nad jego głową łatwo było wyobrazić sobie świecący neon: „Podejście grozi śmiercią lub czymś gorszym”.

Jednakże Severus miał własne plany na ten sobotni wieczór w początkach maja.

*

O godzinie ósmej wieczorem profesor Snape zastukał do drzwi swojej asystentki – końcem różdżki, by nie tracić czasu na wyciąganie jej z rękawa, gdyby zaszła nagła potrzeba rozwalenia zamka. Obyło się bez dewastacji, ponieważ Vitacha była u siebie. Nie zajmowała się też niczym zdrożnym, gdyż otworzyła natychmiast.

Panno Melout, potrzebna mi pani pomoc w... przygotowaniu eliksiru spokojnego snu.

A... angielski wariant? – wybąkała dziewczyna, nie rozumiejąc, czemu jej zwierzchnik chce robić ten cholerny specyfik akurat teraz. Przecież madame Pomfrey nie mogła zużyć wszystkich czterdziestu siedmiu flakonów, które przygotowali na potrzeby szpitala w zeszłym miesiącu?

Jamajski.

Ale... – Vitacha uniosła brwi ze zdumienia, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Jamajska wersja eliksiru przewidywała użycie cannabis magica zarówno jako jednej z ingrediencji, jak i przed procesem warzenia, w formie dymu – a tego Snape nie mógł nie wiedzieć!

Tymczasem Mistrz Eliksirów, wciąż jeszcze stojąc na korytarzu, zaczął tracić cierpliwość.

TAK, panno Melout, BĘDĘ to palił, jeśli pani to, oczywiście, MA, w co nie wątpię!

Och, przepraszam... Proszę wejść. Zaraz sprawdzę. – Vitacha w końcu wzięła się w garść i gestem zaprosiła szefa do środka. Skryła się za drzwiami sypialni, może nieco zbyt pospiesznie, ale zaniedbanie gościa było w pełni usprawiedliwione szokiem. Severus Snape przyszedł do niej... po papierosy!!! Z marihuaną!!!

Ja śpię, to na pewno sen albo halucynacje z niewyspania, lub od niedopalenia... – mruczała pod nosem, drżącymi rękami sypiąc wonne „sianko” na papierosową bibułkę. Co chwila oglądała się przez ramię na drzwi. Może to pułapka, mająca na celu jej deportację z Hogwartu „za posiadanie”...?

Dobrze, że przynajmniej nie za sprzedaż wyszeptała Vitacha do siebie, uśmiechając się ponuro. Flitwick mnie nie wsypie, Pince też. Co do Trelawney, nie byłabym pewna, chociaż...

Kiedy wróciła, chowając za plecami solidnych rozmiarów skręta, Snape już zdążył uprzątnąć ze stołu książki oraz papiery, umieścić kociołek nad małym, przenośnym palnikiem i wyciągnąć z torby składniki. Najwyraźniej Mistrz Eliksirów nie żartował.

Myśli pan, że ten efekt można spróbować wykorzystać w...? Vitacha nagle zrozumiała (albo prawie zrozumiała) sens ofiary swego szefa.

Takodparł raptownie, nie odwracając się od stołu. – Możliwe, we wczesnym stadium... Ale najpierw chcę potwierdzić teorię eksperymentalnie na czymś... bardziej bezpiecznym.

– А pan wcześniej eee... palił kiedykolwiek? – Dziewczyna przysiadła na skraju sofy, by nie stawać na drodze Snape’owi, krążącemu wokół stołu. Mistrz Eliksirów natychmiast zakończył wędrówkę i skrzyżowawszy ręce na piersiach, spojrzał na Vitachę z miną mniej znudzoną niż zwykle.

Nie. Ale mam nadzieję, że nie sprawi pani kłopotu objaśnienie mi... podstaw?

Vitacha nerwowo przełknęła ślinę, wciąż nie mogła uwierzyć własnym uszom. Snape jednak nie przestawał jej przewiercać niecierpliwym spojrzeniem. Westchnęła więc, skinęła głową i zaczęła wykład.

*

Pierwszy sztach wyborowej ganji mało nie wywlókł z Mistrza Eliksirów duszy. Vitacha musiała mu zabrać papierosa, a potem pokazać, jak prawidłowo się zaciągnąć i zatrzymać dym w płucach. Po demonstracji poszło już znacznie lepiej, dziewczyna umościła się wygodniej na sofie, obserwując jak jaźń jej szefa wypełnia Dża. Wszystko robił prawidłowo – nie miotał się bezsensownie, nie walczył z przewyższającą go siłą, ale i nie korzył się przed nią. Dża lekko uniósł jego ciało nad fotelem, potem kontury postaci Severusa jakby straciły ostrość – wszystko jak należy i o czasie – aż w końcu z jego twarzy spłynęła, na pozór trwale przyrośnięta, beznamiętna maska. Wtedy Vitacha po raz pierwszy zobaczyła na obliczu tego człowieka emocje inne niż rozdrażnienie czy złość. Nie radość, nie – w Severusie było tak mało radości, że nawet Dża nie był w stanie wydobyć jej na wierzch – ale półuśmiech, jakby dziecięcy grymas: uniesiona w zdumieniu brew, trzepotanie rzęs, delikatne poruszenie warg, wypowiadających niesłyszalne słowa...

Kiedy Severus wreszcie otworzył oczy, Vitacha przekonała się, że i one się zmieniły – nie były już podobne do ślepych zaułków, lecz raczej do okien, za którymi rozciągało się przejrzyste nocne niebo. Ale skąd w oczach Severusa Snape’a to światło? A raczej zawsze tam było, tylko teraz Dża uczynił je widzialnym...

Teraz rzekł Snape ochryple. Vitacha zerwała się z kozetki, pospiesznie rozpaliła pod kociołkiem. To było osobliwe uczucie, warzyć wraz z nim eliksir, kiedy Severus  po części nie był sobą, a jednocześnie bardziej sobą niż zwykle. Tak dziwne, że Vitacha nie potrafiła wyrazić tego słowami, co zresztą często jej się zdarzało. Ale – hurra! – uwarzyli naprawdę super eliksir! Wzorcowy – to było widać i po kolorze, i po zapachu...

A potem Snape, zmordowany obcowaniem z wszechobecnym duchem cannabis magica, padł na sofę Vitachy i zasnął. Po chwili wahania dziewczyna przykryła go kocem i zaczęła sprzątać na stole.

*

Godzinę później Vitacha siedziała na dywaniku przed kominkiem, obejmując ramionami kolana. Niewidzącymi oczami  wpatrywała się w fotografię młodego człowieka o olśniewającym uśmiechu i łagodnych czarnych oczach, leżącą obok niej na podłodze. Chłopak na zdjęciu robił miny i wesoło machał do niej ręką, a ona szeptała rzeczy, które na pewno starłyby wszelką radość z tej sympatycznej twarzy.

Drogi Ernie, wiem, że ty mnie nie zrozumiesz, ale... Pewnie po prostu muszę się wygadać. Wybacz mi, proszę. Zwariowałam. Zakochałam się po uszy... w Mistrzu Eliksirów. – Vitacha potarła policzkiem o kolano, ocierając łzę. – On jest... zadziwiający. Nie wiem sama... Po prostu zadziwiający. Zwłaszcza jak mu podsunąć trawkę. – Siąknęła nosem i uśmiechnęła się. – Ale ja, Ernie, ja nigdy nie będę dla niego interesująca. Może ze mną rozmawiać, dawać mi książki, częstować winem, prosić o coś, jednak czuję, że jestem dla niego nikim. Jasne, że mogłabym z nim flirtować, czy co tam jeszcze, lecz wiem, że tylko zrobię z siebie kompletną idiotkę. Co bym nie zrobiła, żeby zwrócić jego uwagę, tak czy owak wyjdę na kretynkę! – Milczała chwilę, walcząc z łkaniem. Rozumiesz, ja nie mogę przestać myśleć o tym, czego JEMU potrzeba... I robię wszystko, czego ON potrzebuje – milczę, wkuwam tego cholernego Avirsora, nie podchodzę za blisko... Nigdy go nawet nie dotknęłam, Ernie, bo wiem, że tego nie lubi... Dziewczyna ukryła mokrą od łez twarz. Nie mogę go zostawić. Nie wyobrażam sobie, że obok niego w laboratorium będzie ktoś inny, choćby nawet i mężczyzna... Uniosła głowę i dotknęła fotografii mokrym palcem. Przepraszam, Ernie, to takie... skomplikowane. Czasem chciałabym, żeby nic się nie wydarzyło. Żeby nie było tego wyjazdu, żebym nie poznała nikogo prócz ciebie... Wybacz. Pewnie powinnam się po prostu porządnie wypłakać. Pójdę do drugiego pokoju, tu nie powinnam... ryczeć głośno, boję się go obudzić...

Vitacha podniosła się, postawiła fotografię wesołego młodzieńca na półce nad kominkiem i zamknęła się w sypialni.

 

środa, 27 maja 2009
Rastafariańska bajka o lewej ręce Snape'a rozdział 8

 

Rozdział ósmy: Waiting in vain (For your love)

Na skutek ostatnich ekscesów surowo zabroniono Vitachy przez cały miesiąc wchodzić na wyższe piętra inaczej, niż po schodach. Chociaż ona sama nie miała ochoty łamać zakazu dyrektora (rozmowę wychowawczą przeprowadził z nią, ledwie wyszła ze skrzydła szpitalnego), wszyscy się po niej tego, nie wiadomo czemu, spodziewali. I właśnie dlatego profesor Snape zobaczył coś, co nie było przeznaczone dla jego oczu... Ale nie uprzedzajmy wypadków.

W pewien piątek w połowie kwietnia po skończonych lekcjach Dumbledore zebrał swój personel, by napoić go herbatką i omówić po raz kolejny wagę pokojowej koegzystencji z Ministerstwem Magii. Podsumowując: więcej badań naukowych oznaczało więcej dotacji i łask, zwłaszcza ze strony Korneliusza Knota osobiście. Szczególne znaczenie miały tu eksperymenty Severusa. Dyrektor oświadczył, że urzędnicy zainteresowali się nimi tak bardzo, iż postanowili w przyszłym tygodniu przysłać delegację, która zapozna się z postępem prac tu, na miejscu.

Dumbledore uważał to za dobry znak. Snape nie podzielał tego zdania, lecz nie wyraził sprzeciwu głośno. Bez względu na wszystkie swoje zasługi w czasie wojny, jako były Śmierciożerca nie miał odpowiedniej pozycji, by móc otwarcie mówić o posłaniu Ministra Magii tam, gdzie już udał się Voldemort. Tak więc Severus chłodno potwierdził, że przyjął rzecz do wiadomości, po czym udał się na poszukiwanie panny Melout, by poinformować ją o likwidacji dni wolnych, w związku z interwencją ministerialnej siły wyższej.

U boku Irmy Pince profesor nie znalazł jednak niczego pomarańczowo-czerwono-zielono-bladego (po upływie pół roku pobytu w Hogwarcie z opalenizny Vitachy zostało tylko wspomnienie i teraz mogła konkurować kolorem skóry z samym Snape’em), postanowił więc złożyć swojej asystentce domową wizytę. I tak musiał przechodzić obok jej apartamentu w drodze do lochów.

Snape zastukał do znajomych drzwi, po chwili zapukał powtórnie. Nie doczekawszy się zaproszenia, zmarszczył brwi i przylgnął do drewna policzkiem, próbując wywęszyć znajomą woń cannabis magica. Zapachu nie było, za to do Mistrza Eliksirów dotarło cos gorszego – dźwięk.

Jęki. Niewątpliwie głos Vitachy. Wnioski nasuwały się same: ta głupia dziewucha znów łaziła po wyżkach, zleciała, a teraz próbuje leczyć się na własną rękę, wiedząc, że madame Pomfrey wyda ją dyrektorowi. Bez dwóch zdań, czegoś tak bezdennie głupiego – szczególnie wobec majaczącej na horyzoncie wizytacji z Ministerstwa – Snape nie mógł zignorować. Klnąc na czym świat stoi, bez namysłu złamał magiczne zabezpieczenia drzwi swojej asystentki.

Tylko dzięki jakiemuś błogosławionemu przeczuciu profesor nie otworzył drzwi z rozmachem na oścież, a tylko powoli uchylił. Od razu zrozumiał, że Vitacha nie potrzebuje niczyjej pomocy. Nie była sama. Nagie ramiona i nogi dziewczyny oplatały jakiegoś chłopaka – bardzo smagłego i bardzo kudłatego. Na tle jego muskularnych pleców wydawały się oślepiająco białe. Para całowała się i w ogóle była zajęta sobą w takim stopniu, że nie zauważyłaby, nawet gdyby do komnaty wjechał Hogwart Ekspres, a co tu dopiero mówić o jednym ogarniętym paniką czarodzieju!

Snape zamknął oczy, następnie drzwi, nie czekając, aż para na dywaniku przed kominkiem zauważy jego obecność... czy cokolwiek innego. Przetarł ręką pałającą twarz. Potem starannie odbudował wątłe, magiczne zapory Vitachy i po chwili już go nie było na korytarzu.

*

W swoim gabinecie Mistrz Eliksirów zapalił świece i rozłożył na biurku zapiski laboratoryjne, by je uporządkować. Po dwóch godzinach zgarnął to wszystko ze stołu, wziął czystą kartkę, położył na niej lewą dłoń i obrysował piórem. Oparł podbródek na krawędzi blatu, po czym zaczął wypełniać kontur drobnymi rysunkami – ptaki, węże, kuguchary, jednorożce, syreny, mantykory wśród języków płomieni tańczyły powoli, żyły, umierały na papierze, posłuszne lekko drżącym, zaplamionym atramentem palcom.

O świcie Severus wrzucił gotowy rysunek do kominka, następnie przemknął do swojego apartamentu. W południe zaś, machnąwszy ręką na wizytację, przebrał się w mugolskie ubranie i aportował do Londynu. W mieście Severus odszukał lokal, znany niewielu osobom, który prowadziła czarownica imieniem Akiko-san. Akiko-san umiała rozpraszać smutki swoich znajomych lepiej niż grać na koto, a z kolei w grze na owym instrumencie nie miała sobie równych poza wschodnimi wyspami.

Resztę dnia i część nocy Snape spędził w jej towarzystwie, w malutkim nastrojowo półciemnym pokoiku z tatami zamiast dywanu i zabutonami w miejsce foteli. Na shoji, cienkie ściany z listewek i papieru,  rzucono zaklęcia wygłuszające, by w innych częściach domu nie było słychać dźwięków koto i wysokiego, załamującego się głosiku kruczowłosej czarownicy.

W niedzielę o świcie, drżąc w zimnym wietrze dmącym od Tamizy, Snape zanurkował pod przęsło Tower Bridge, skąd zwykle aportował się pod wrota Hogwartu. Tym razem profesorowi nieświadomie przeszkodziła dwójka młodych ludzi, skaczących z mostu na bungee. Snape’owi wydawało się, że to Vitacha ze swoim przyjacielem. Kiedy para, trzymając się za ręce, zawisła do góry nogami na podrygujących linach - zachwycona, z uśmiechami od ucha do ucha i końcami dredów zamoczonymi w zmarszczonej od wiatru, mętnej rzece - Mistrz Eliksirów przekonał się, że oczy go nie mylą. Chwilę później młodzież znikła razem ze swoimi linami, a Snape odwrócił się na pięcie i skierował na powrót do domu Akiko-san.

CDN

sobota, 23 maja 2009
Rastafariańska Bajka o lewej ręce Snape'a - rozdz. 6 i 7

Rozdział szósty: Roots, rock, reggae (Just a reggae music)

Nazajutrz, w sobotni wieczór (dokładnie o godzinie dziewiętnastej minut pięćdziesiąt dziewięć i czterdzieści sześć sekund), stojąc przed imponującymi wierzejami z ciemnego drewna, wiodącymi do komnat Mistrza Eliksirów, Vitacha Melout niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę i próbowała zgadnąć, czy profesor usłyszał jej niezdecydowane pukanie, czy też powinna użyć nieco większej siły. Kres jej wątpliwościom położyło dobiegające ze środka zaproszenie:
- Wejść!
Vitacha posłuchała i... stanęła jak wryta, ledwo przekroczyła próg. W salonie Mistrza Eliksirów było jasno, nadspodziewanie jasno, zwłaszcza po półmroku zamkowego korytarza. Pomieszczenie rozpłynęło się przed oczami mrugającej bezwiednie dziewczyny. Klap, klap – oto żeglują regały z książkami, kilkoro drzwi z ciemnej dębiny… Klap-klap-klap - ogień na kominku… Klap-klap-klap-klap - i stojący przed nim Mistrz Eliksirów… Klap...
Snape był po domowemu swobodny, co sprowadzało się do tego, że miał przy kołnierzu surduta rozpięte aż dwa guziki. Opodal stały dwa wygodne fotele o kraciastych obiciach, a za nimi eleganckie biurko, w całości pokryte tak zwanym twórczym bałaganem. Vitacha dostrzegła też mały stoliczek do kawy. Snape stał między fotelami, pyszniącymi się szkockim tartanem i uważnie lał bordeaux do kieliszka.
- Proszę siadać – burknął niezbyt życzliwym tonem, wskazując skinieniem głowy fotel bliżej kominka. Vitacha przysiadła, wzięła zaoferowane wino, podziękowała. Obróciła kieliszek w palcach i rzuciła w stronę szefa ostrożne spojrzenie, pełne niedowierzania.
- Co to za... święto?
– Niech pani zgadnie – rzucił Snape, nie patrząc na nią, wciąż zajęty butelką.
– N-nie wiem. Do Gwiazdki jeszcze daleko... – Vitacha wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się niepewnie. Severus spojrzał na nią nieprzyjaźnie.
– Czcimy pani nową pracę. A to pewnie ta książka, o której była mowa?
Panna Melout, uświadomiwszy sobie, że jest niejako główną bohaterką tej miniuroczystości, straciła resztki pewności siebie. Nerwowo kiwnęła głową, po czym podała profesorowi interesujący go przedmiot: podniszczony tomik w oprawie z szarozielonego (oczywiście konopnego) płótna. Snape pociągnął nosem i natychmiast wetknął go w książkę, szybko przeglądając stronice, czytając tu i tam fragmenty tekstu. Szczególnie jeden ustęp, gdzieś pośrodku, przyciągnął jego uwagę.
– Dlaczego nie powiedziała mi pani, że cannabis magica neutralizuje efekty zwykłego eliksiru przeciw przeziębieniom?
Vitacha, zmieszana, rozłożyła ręce.
– Ale pan przecież uprzedzał... rozmowy na tematy postronne...
Mistrz Eliksirów najpierw przewrócił oczami, a potem spiorunował swoją asystentkę spojrzeniem.
– Panno Melout, informacje o substancjach tak organicznego, jak i nieorganicznego pochodzenia, zbyt egzotycznych, by ich właściwości znał na pamięć skromny wykładowca eliksirów w angielskiej szkole, nie mieszczą się w zakresie tematów postronnych. W przyszłości będzie pani łaskawa komunikować mi wszystko, co może pomóc w pracy. Proszę się częstować - Machnął ręką w stronę patery z ciastkami i znów zaczął szeleść kartkami.
– Mogę ją zatrzymać na kilka dni? – spytał po chwili.
Vitacha skinęła głową, unosząc kieliszek.
– Doskonałe wino – zauważyła.
Odpowiedziało jej głośne prychnięcie.
– Rozmowy na tematy postronne... – Mistrz Eliksirów oderwał się w końcu od lektury, porwał z biurka kawałek pergaminu i pióro. Usiadł na powrót w fotelu, opierając stopy na podnóżku, a otwarty tomik i rzeczy do notatek kładąc na kolanach.
Vitacha upiła łyk wina, obserwując jak Severus szybko przepisuje skrócone alchemiczne formuły, wodząc po stronicy palcem wskazującym lewej ręki. Wreszcie podniósł głowę.
– Panno Melout, od poniedziałku zaczniemy pracę nad pewnym bardzo wyjątkowym eksperymentem. Jeśli nie ma pani nic do roboty, proszę zajrzeć do dwunastego tomu Avirsora. Mniej więcej czymś w tym rodzaju będziemy się zajmować – poinformował i znów w skupieniu zaskrzypiał piórem, pozwalając by asystentka sama odkryła, w której z siedmiu wielkich szaf i na której półce chowa się przed ludzkim wzrokiem dzieło znamienitego Amerykanina.
Vitacha przejrzała dwa regały, a potem jej uwagę przyciągnął wiszący nad kominkiem niewielki obrazek akwarelowy, namalowany, jak się zdawało, w tej samej manierze, co znaleziony w laboratorium fragment. Nawet tematyka była podobna: pejzaż jesienno-zimowy, chłodno-mroczny późny wieczór, ruiny jakby altany w stylu greckim, dokoła posrebrzone szadzią trawy i liście.
– Szafa na prawo. – W kruchy lodowaty światek, do którego zabrnęła Vitacha, wdarł się głos Snape’a. Panna Melout, otrząsnąwszy się, wróciła do rzeczywistości. Odszukała potrzebny tom, siadła znów w fotelu i nie oderwała się już od książki przez cały wieczór. Koło północy butelka była już pusta, podobnie jak talerz po ciastkach – w dziele zniszczenia tych ostatnich miał swój niemały udział gość Mistrza Eliksirów, choć Vitacha nie raz upominała sama siebie, że nie należy się objadać przed snem. Snape wstał, tym samym dając znać, że spotkanie uważa za skończone, i odprowadził swoją asystentkę do drzwi.
– Panno Melout, hmmm... Czy ma pani inne prace Hilariusa?
– Nie, ale mogę poprosić, żeby mi je przysłano – odpowiedziała Vitacha, której pochlebiało, że samego profesora Snape’a zaciekawiła jej książka.
– Będę bardzo zobowiązany. Dobranoc. - I ciężkie, rzeźbione drzwi zamknęły się za plecami panny Melout.
*
W piątek podczas kolacji Vitacha oznajmiła szefowi, że dostarczono jej zamówione książki. Snape uprzejmie udał, że nic o tym nie wie. Zrobił tylko minę w stylu: „To nie mnie wszak trzy rudo-zielone ptaki upuściły przy śniadaniu ciężką paczkę prosto w talerz”, a następnie zaprosił dziewczynę (i przesyłkę) na sobotni wieczór, tak jak poprzednio.
Wieczór spędzili przy akompaniamencie szelestu kartek i skrzypienia piór. Oczekując panny Melout z nową porcją rastafariańskiej literatury o eliksirach, profesor przelał wino z butelki do mniejszej objętościowo karafki – zdążył bowiem zauważyć, że dziewczyna, zajęta czytaniem, przestaje liczyć wypite kieliszki, a wymiany jednego jej nałogu (palenia) na drugi (picie) nie miał w planach. Nagła niedyspozycja asystentki mogła przecież zaszkodzić aktualnym pasjonującym eksperymentom. Snape nie wiedział jeszcze, że Vitacha znalazła sobie inną, znacznie bardziej niebezpieczną dla zdrowia pasję.

 

Rozdział siódmy: Exodus (Movement of Jah people)

Nowinę zakomunikowała Snape’owi jak zwykle Rolanda Hooch, sąsiadująca z nim od lewej przy nauczycielskim stole.
– Severusie, nawet sobie nie wyobrażasz, co wyprawia ta twoja asystentka! – krzyknęła mu prosto do ucha, nie przełknąwszy nawet dobrze porcji smażonych ziemniaczków. – Lecę sobie raniutko znad boiska, jakby nigdy nic, a ona...
Snape instynktownie skupił uwagę.
– …wisi na ścianie zamku! – zakończyła Rolanda dramatycznie.
Mistrz Eliksirów odłożył widelec i wbił spojrzenie w mącicielkę spokoju publicznego.
– Jak jakiś langustnik! Wczepiona rękami i nogami w cegły! Tuż pod oknami Sinistry...! – ciągnęła madame Hooch złowieszczym szeptem, który z pewnością usłyszeliby nawet uczniowie przy najdalszym, ślizgońskim stole, gdyby akurat nie wyjechali na ferie z okazji Bożego Narodzenia.
Profesor Sinistra jęknęła słabo, łapiąc się za głowę. Inni wykładowcy zaczęli się kręcić i szeptać między sobą. Zadowolona, że przyciągnęła powszechną uwagę, Rolanda nabrała więcej powietrza.
- Ja ją pytam: „Co ty robisz, wariatko?” A ona: „Włażę na dach! Podziwiać widoki!” No, wiecie?! Słyszeliście kiedy o czymś bardziej szalonym? Zamiast, jak każda normalna czarownica, siąść na miotle i strzelić sobie parę kafli, ona włazi na dach po ścianie! Severusie! – Nauczycielka miotlarstwa zwróciła do swego sąsiada wysmaganą wiatrem twarz. – Przyznaj się, czym ty tę małą faszerujesz w każdą sobotę, że jej witki wywróciło na opak?
Słysząc taką niesłychaną bezczelność, Snape pobielał jak kreda, co było bardzo złym znakiem – to zrozumieli wszyscy, prócz beztroskiej wielbicielki mioteł. Profesor Flitwick schował się nawet pod stół, na wszelki wypadek, żeby nie oberwać rykoszetem. Do wybuchu jednak nie doszło, gdyż nieoczekiwanie sytuację załagodziła sama Vitacha Melout.
Asystentka profesora Snape’a wyjęła z ucha malutki pozłacany rumianek (zaczarowany kwiatek wyśpiewywał skoczne piosenki z jej dalekiej ojczyzny) i pochyliła się nisko nad stołem, by madame Hooch musiała zmierzyć się z jej pełnym wyrzutów spojrzeniem.
– Rolando, przecież już to pani tłumaczyłam: nie mogę latać, bo na miotle mam zawroty głowy. Na ścianie czy na dachu – to zupełnie co innego. Poza tym, hmmm... – Dziewczyna, zmieszana, zaczęła skubać serwetkę. – Naturalnie nie zaglądam nikomu w okna. Słowo honoru!
– Ale moja droga – wtrąciła profesor McGonagall nieco oszołomiona. – Przecież to na pewno bardzo niebezpieczne! A ty mówisz o tym... jak o grze w quidditcha!
– Proszę się nie martwić. – Panna Melout uspokajająco machnęła ręką i posłała profesorce transmutacji swój zwykły nieśmiały uśmiech. – Filius pomógł mi znaleźć bardzo silne zaklęcie lepiące, teraz nawet tropikalny szkwał nie oderwie mnie od ściany. Prawda, profesorze?
Flitwick wychynął spod stołu i energicznie przytaknął, wszelkimi siłami dając wyraz temu, że zaklęcie istotnie jest bardzo, bardzo bezpieczne.
– Mon amie... – Fleur Delacour patrzyła na Vitachę tak, jakby ta właśnie oznajmiła, że robi sobie maseczki kosmetyczne z kupy hipogryfa. – Przecież mogą cię zobaczyć... uczniowie!
– Uczniowie...? – powtórzyła panna Melout skonfundowana, zerkając w stronę grupki dzieci, które zostały na święta w szkole, więc siedziały teraz przy jednym stole z nauczycielami. Twarze małych czarownic i czarodziejów odbijały całą gamę uczuć – od absolutnej zgrozy do entuzjastycznego zachwytu. – Przecież ja tam chodzę tylko nocami. To źle...? Zabronione?
Nauczyciele zaczęli mówić wszyscy naraz, przerwało im jednak delikatne „khm-khm” dobywające się z głębin brody Dumbledore’a.
– Skądże, Vitacho, nikt nie zamierza pani zabraniać uprawiania wspinaczki ścienno-dachowej, byle tylko nie przyszła pani ochota, by przeliczyć sęki na Wierzbie Bijącej.
Dyrektor rzucił znaczące spojrzenie madame Hooch, która przygarbiła się i zaczęła wiercić na krześle. – Proszę tylko nam wszystkim obiecać, że nie będzie pani wchodzić zbyt wysoko i w ogóle zachowywać się OSTROŻNIE. Jeśli złamie pani kark, profesor Snape tego pani nie daruje.
Vitacha chciała coś powiedzieć swojemu szefowi, lecz nie zdążyła. Snape, który w czasie kolacji nie wyrzekł ni słowa, wstał od stołu i nadal w milczeniu szybkim krokiem skierował się do wyjścia z Wielkiej Sali. Panna Melout zerknęła na dyrektora i mało się nie udławiła – na mądrej twarzy starego czarodzieja wyczytała twarde przekonanie o tym, że prędzej czy później nieszczęśliwy wypadek musi się zdarzyć.
Do tego samego wniosku doszedł również profesor Snape, jednakże - podobnie jak dyrektor –zaufał intuicji, która podpowiadała, by nie wtrącać się i pozostawić sprawy ich naturalnemu biegowi. Mistrz Eliksirów miał tylko nadzieję, że Vitacha zrobi fałszywy krok w miarę szybko, póki eksperyment jest jeszcze w powijakach, oraz że się nie zabije, tylko straci ochotę na podziwianie okolicy z dachów Hogwartu na całe życie albo przynajmniej na okres asystentury u boku Snape’a. Ale, jak to często bywa, nadziejom Severusa nie było dane się spełnić.
*
Wypadek Vitachy Melout wydarzył się trzy miesiące później, kiedy jej nocne wycieczki spowszedniały już wszystkim, nawet uczniom. Było to w równonoc wiosenną, dwudziestego pierwszego marca. Czary Flitwicka, do tej pory zabezpieczające należyte przyleganie kończyn dziewczyny do ścian zamku, okazały się bezradne wobec Przeznaczenia. Jako przedstawicielka Sił Wyższych symbolicznie wystąpiła profesor Trelawney, która zapalała niewytłumaczalną żądzą obejrzenia nieboskłonu przez teleskop, więc licho zaniosło ją na szczyt Wieży Astronomicznej. Masywna miedziana tuba, wprawiona w ruch przez słabe ręce wróżbiarki, zmiotła Vitachę z parapetu z taką łatwością, jakby była ona puchem dmuchawca.
Pannę Melout uratowały dwie rzeczy: po pierwsze, doskonały refleks – profesor Flitwick długo potem opowiadał, ocierając łzy rozczulenia, jak dziewczyna w locie zdołała wydobyć z rękawa różdżkę i próbowała rzucić na siebie zaklęcie lewitacji - po drugie, fakt, że Vitacha upadła prosto pod nogi Argusowi Filchowi, który akurat wyszedł na zewnątrz, żeby upomnieć Panią Norris, że kontakty towarzyskie z kocurami z Hogsmeade są, oczywiście, przyjemne, ale we wszystkim trzeba znać umiar. Filch odniósł poszkodowaną prosto do skrzydła szpitalnego, w samą porę, gdyż asystentce profesora Snape’a zostało zaledwie kilka całych kości. W ciągu paru kolejnych dni, kiedy na krótko odzyskiwała przytomność, Vitacha widziała nad sobą zamgloną, krągłą twarz Poppy Pomfrey i czuła miękkie dłonie, od czasu do czasu pojące ją eliksirem Szkielewzro, a potem masujące gardło, by mogła przełknąć piekący płyn. Pewnego jednak razu panna Melout otworzyła oczy, by ujrzeć przy sobie swego szefa.
Severus Snape siedział w fotelu obok szpitalnego łóżka, założywszy nogę na nogę. Gniewnie skrobał piórem po jakimś uczniowskim wypracowaniu. W końcu postawił pod wypracowaniem zamaszysty znak zapytania, podniósł wzrok i jakby lekko się zdziwił, że Vitacha dochodzi do siebie. Ów wyraz twarzy zaraz zresztą ustąpił miejsca znajomej minie: rzeczowo-rozdrażnionej.
– Chce się pani pić?
Vitacha opuściła na moment powieki, na znak zaprzeczenia. Snape zacisnął wargi.
– Poprawić poduszkę?
Panna Melout powtórzyła swoje „nie”.
– Koc...?
„Nie”.
– W takim razie proszę spać dalej.
Mistrz Eliksirów rozwinął nową rolkę pergaminu, skrzywił się i pogrążył na powrót w badaniu uczniowskich bazgrołów.
Vitacha obudziła się kolejny raz nad ranem. Ciemność w komnacie ledwo zaczęła szarzeć. Snape wciąż jeszcze pełnił straż przy jej łożu boleści, co prawda pogrążony we śnie. Próbując usadowić się jak najwygodniej, przyjął karkołomną pozycję: nogi wyciągnął pod łóżkiem, ramiona zwisały mu z podłokietników, a głowę oparł na skraju pościeli dziewczyny. Zebrała siły, by obrócić głowę w stronę masy potarganych czarnych kosmyków, rozdzielonych jasnym przedziałkiem – i leżała tak z otwartymi oczami, póki powieki jej nie opadły. A potem był już poranek. Przy łóżku chorej siedziała tym razem Fleur Delacour, w skupieniu piłując paznokcie. Vitacha natychmiast udała, że jeszcze śpi.

wtorek, 05 maja 2009
Rastafariańska bajka o lewej ręce Snape'a

Rozdział piąty: Get up, stand up (Stand up for your right)

W bibliotece Vitachy nie było, za to Severus odkrył tam Rolandę Hooch, co było w przyrodzie zjawiskiem rzadszym niż złoty znikacz[1]. Ujrzawszy Snape’a swym bursztynowym okiem, czarownica krzyknęła do madame Pince, siedzącej na drugim końcu komnaty, coś o „małym ptaszku kolibrze”, którego pewna osoba rozmyślnie „zbiła z miotły, jak to tylko czarno-zieloni umieją, tłuczek im w dyńkę”. Madame Pince nie odpowiedziała i Rolanda przestała udawać, że rozmawia z bibliotekarką. Ciągnęła dalej, patrząc już bezpośrednio na Mistrza Eliksirów:

Prędzej mojej miotle wyrośnie broda, niż taki dzieciak jak ty, Snape, będzie przepraszał damę, ale tak czy owak – panna Melout jest u siebie w komnacie. Nie postawiłabym nawet witki ze starej Komety na to, że...

Nie słuchając dłużej madame Hooch, profesor, zgrzytając zębami, wypadł z biblioteki i pobiegł do Wieży Węża, gdzie na trzecim piętrze znajdował się apartamencik Vitachy. Pod właściwymi drzwiami Severus przyhamował i stuknął w nie parę razy zgiętymi palcami. Żadnej odpowiedzi.

Snape zmarszczył się, zacisnął pięść, zamierzając łomotać... i zamarł z uniesionym kułakiem. Brwi czarodzieja podjechały w górę, nos zaczął węszyć nerwowo, a na pozostałych elementach twarzy rozlał się wyraz niedowierzania pomieszanego z wściekłością. Nie bez przyczyny: zza drzwi wydobywał się charakterystyczny natrętny zapaszek rośliny cannabis magica, w danym momencie poddawanej działaniu otwartego ognia.

Wydając niski ryk, Mistrz Eliksirów brutalnie złamał zaklęcia ochraniające pokoje Vitachy, otworzył z rozmachem drzwi i wziął głębszy oddech, z zamiarem ochrzanienia bezczelnej asystentki z góry na dół.

To był błąd. Stężenie dymu cannabis magica (czy też po prostu marihuany) w pokoju panny Melout było tak wysokie, że starczył jeden niuch, by profesor odleciał. Przed oczami Severusa zatańczyły malutkie zielone listeczki, w lewym uchu zaśpiewał męski nosowy głos, coś w rodzaju: "you can fool some people some times, but you can't fool all the people all the time"[2]. Natomiast w prawym uchu Severusa Snape’a rozlegały się przytłumione przekleństwa Vitachy Melout.

Minęło dobre pół minuty, nim dym, posłuszny ruchom różdżki palaczki, rozwiał się i ulotnił. Oczom profesora objawiła się Vitacha - wystraszona i w nieoczekiwanie domowym przyodziewku, czyli kusym bordowym sweterku i szerokich spodniach z niewiarygodną ilością kieszeni wszędzie, bez beretu, z warkoczykami na głowie splątanymi w supeł. Snape odczekał parę minut, póki nie zniknęły uboczne efekty nieostrożnego oddychania w niebezpiecznych warunkach, potem jeszcze trochę, by pozbyć się pieczenia w gardle, aż w końcu wysyczał złowrogo, świdrując wzrokiem niepokorną wielbicielkę „trawki”:

- Panno Melout, pani sobie zdaje sprawę, czym to grozi...? Czy pani przepalony mózg jest w stanie pojąć, jakie znaczenie ma ten idiotyczny kaprys dla pani dalszej kariery? Pani haniebne przywiązanie do tej głupiej, magicznie bezużytecznej rośliny, godnej zainteresowania co najwyżej brudnych, kudłatych mugolskich odszczepieńców...

I wtedy, gdy profesor nabrał już niezłego rozpędu, w pasji pryskając śliną, Vitacha Melout zrobiła coś niewyobrażalnego – przerwała swojemu szefowi.

Ależ profesorze! Cannabis magica absolutnie nie jest bezużyteczną rośliną! Na Jamajce od kilku stuleci bada się jej magiczne właściwości i odkryto ich całą masę! Marihuana daje zupełnie nieoczekiwane efekty w połączeniu ze znanymi eliksirami, a jeśli ją zapalić przed procesem warzenia...

Nagle zawstydzona własną śmiałością, dziewczyna zamilkła. Snape skorzystał z tej pauzy, by wygiąć artystycznie lewą brew i rzucić pogardliwie:

- Ale pani przecież nie zamierzała teraz niczego warzyć, nieprawdaż?

Nie...

W takim razie proszę wyjaśnić. Pani takie interesujące rzeczy zaczęła opowiadać. – Severus splótł ręce na piersi i demonstracyjnie oparł się o futrynę, prezentując sobą obraz uprzejmego zainteresowania. – No dalej! 

Ja... Оch, i tak pan nie zrozumie! – Vitacha załamała kruche ramiona, a potem machnęła nimi ze zniechęceniem i odwróciła się do szefa plecami.  Muszę się zbierać, jak sądzę... Jutro mam zwolnić pokoje, tak?

Nieodparł Snape. Pani nigdzie nie jedzie.

Ale... – Vitacha odwróciła się znowu, zbita z tropu.

Dyrektor ZDECYDOWAŁ, że okres próbny ma pani za sobą. Jutro podpisze z panią kontrakt – jeśli nie zmieni pani zdania co do pracy tutaj.

Panna Melout westchnęła spazmatycznie i zakryła usta rękami, z nadmiaru emocji potrząsając dredami. Mistrz Eliksirów skrzywił się z obrzydzeniem i odezwał się złowróżbnie łagodnym tonem:

Nawiasem, jeśli pani... jeszcze raz... pozwoli sobie... na coś podobnego... ani dyrektor Dumbledore, ani nawet Merlin z Trismegistosem nie pomogą pani utrzymać się na tym stanowisku. Jasne?! ryknął pełną piersią.

Vitacha mogła tylko pokiwać głową.

Świetnie. – Profesor już naciskał klamkę, lecz jeszcze się zatrzymał, spoglądając na swoją asystentkę przez ramię. – Panno Melout, czy pani dysponuje tekstami, opisującymi te... nieoczekiwane efekty cannabis magica?

Tak... – bąknęła dziewczyna nieśmiało, wciąż przestraszona.

Doskonale. Weźmie je pani ze sobą i przyjdzie do mnie jutro o godzinie dwudziestej zero zero. Proszę się nie spóźnić. Dobranoc. I niech pani tu przewietrzy. 

Z tymi słowy profesor Snape poszedł sobie, trzaskając drzwiami i zostawiając Vitachę drżącą, pełną domysłów, jaki też szlaban wymyśli jej chytry jak wąż i popędliwy jak rosomak zwierzchnik.



[1] Znikacz – bardzo rzadki, zagrożony wyginięciem ptaszek, objęty całkowitą ochroną; kiedyś używany przy grze w quidditcha, zanim nie zastąpiono go złotym zniczem.

[2] „czasem możesz kogoś oszukać, ale nie możesz ciagle oszukiwać wszystkich” z piosenki Boba Marleya

Rastafariańska bajka o lewej ręce Snape'a

Rozdział czwarty: Redemption song (This song of freedom)

Mistrz Eliksirów mógł pozbyć się Vitachy Melout na dwa sposoby: przyłapać ją na jakimś grubszym błędzie i zwolnić albo tak jej dogryźć, żeby sama wzięła nogi za pas. W sumie był też trzeci wariant: przetrzymać i spróbować zrozumieć, co też knuje Dumbledore, że tak nachalnie wpycha mu tę dziewczynę. Ostatecznie Severus, który nigdy nie lubił iść na łatwiznę, skłonił się ku właśnie temu rozwiązaniu.

*

Kiedy Vitacha Melout weszła do laboratorium w poniedziałkowy ranek, zastała już tam swego szefa. Choć może należałoby powiedzieć, że on jeszcze tam był, spędziwszy noc w pracowni, o czym świadczyła poza Mistrza Eliksirów, zwykle o poranku wykazującego nieznośną aktywność. Snape wpółleżał w fotelu, stojącym do drzwi tyłem i lekko pod kątem, tak, że Vitacha mogła widzieć długie nogi profesora, leżące na taborecie. Spiczaste noski czarnych pantofli celowały prosto w sufit. Chuda ręka zwisała z podłokietnika, niemal dotykając podłogi zabrudzonymi czymś palcami.

– Dzień dobry – odezwała się dziewczyna cichutko, żeby nie obudzić Snape’a, na wypadek gdyby spał. Cisza…

Zawahawszy się chwilę, poszła na swoje stanowisko robocze, rozwinęła rolkę pergaminu z planem zajęć i otworzyła dziennik laboratoryjny, w którym zapisywała wszystkie pobrane z magazynu składniki do eliksirów. Zamoczyła pióro w atramencie, po czym znieruchomiała, przygryzając dolną wargę i patrząc gdzieś w kierunku oparcia profesorskiego fotela. Z zamyślenia wyrwał ją głos Snape’a, jak zawsze monotonny i znudzony:

– Proszę mi wyświadczyć przysługę, panno Melout, i sprzątnąć to tam. – Blada dłoń leniwie zatoczyła półokrąg w powietrzu, a szczupły, brudny palec wskazał róg komnaty.

– Oczywiście, sir. – Vitacha wstała, patrząc w tamtym kierunku. I znów zamarła, ledwo zdążywszy zdławić cichy okrzyk zdumienia. Pod ścianą stała sztaluga, a obok na stole walały się w nieładzie pudełka z farbami, pędzle i fiole z wodą zabarwioną akwarelami. Severus Snape, malujący akwarele – to było coś, co... z trudem dawało się ogarnąć umysłem, ale było też strasznie, strasznie intrygujące. Niestety, w pobliżu nie było ni śladu malunków, które Mistrz Eliksirów mógłby stworzyć zeszłej nocy. Prawie nie było – niosąc do umywalni przybory malarskie, Vitacha zauważyła na podłodze coś białego i później, rozłożywszy umyte już przedmioty na stoliku, ukradkiem przykucnęła, by obejrzeć znalezisko. Był to kawałek mięsistego papieru, pokolorowany z jednej strony – niewątpliwie część obrazu, na którym widniał fragment jesiennego lasu. Kiedy dziewczyna podniosła go do oczu, akwarelowe gałęzie poruszyły się, jakby pod wpływem wiatru, a w jej twarz powiało czymś chłodnym, szumiącym, upajającym i boleśnie smutnym...

Co to? Proszę mi to oddać. – Z głębin fotela wynurzyła się mroczna, pomięta fizjonomia profesora. Vitachy nie pozostało nic innego, jak podać Snape’owi znaleziony papier. Mistrz Eliksirów w milczeniu spopielił skrawek zaklęciem, bez użycia różdżki, otrzepał ręce i zwrócił się do swojej nieruchomej asystentki:

- Panno Melout, tak na wypadek gdyby się jednak pani obudziła – na dziś zaplanowana została nalewka Preczpryszcz. Ropa z czyrakobulwy jest w szafie numer szesnaście, trzecia półka od góry.

*

Udało im się skończyć pracę w ciągu godziny, po czym profesor Snape oddalił się, by potorturować uczniów po raz pierwszy w tym tygodniu, a Vitacha poszła załatwiać swoje sprawy, zręcznie lawirując między galopującymi w tę i we w tę gromadkami dzieciaków. Asystentka Mistrza Eliksirów nie wyróżniała się ani wzrostem, ani wagą, za to gibkości Bóg jej przydzielił dubeltową porcję. „Sprawy” panny Melout polegały głównie na rozmowach z profesorem Flitwickiem i profesor McGonagall, oraz posiedzeniu w bibliotece – generalnie, absolwentka wyższych studiów warzycielstwa w Kingston postanowiła pchnąć do przodu swoją dysertację. Vitacha od czasu do czasu plotkowała też z Fleur Delacour lub Rolandą Hooch, ale bliższej znajomości z nikim nie zawarła, może z powodu swego nieokreślonego i niepewnego statusu w Hogwarcie.

Snape w napięciu czekał, godzina za godziną, kiedy Dumbledore wezwie go, by choć wyjaśnić, jak właściwie wygląda sytuacja z przyszłą wymianą obecnej asystentki. Dyrektor jednak nie wezwał go ani w poniedziałek, ani we wtorek, w środę – nic, w czwartek ani dudu... w piątek niemiłosiernie naciągana cierpliwość Snape’a w końcu nie wytrzymała i trzasnęła. Mistrz Eliksirów urządził pannie Melout istne piekło! Snape się miotał, a Vitacha milczała i tylko trzepała w jego stronę popielatymi rzęsami, ciężkimi od łez. A potem nagle wyleciała z pracowni jak korek wystrzelony z butelki szampana, nadal nie powiedziawszy ni słowa.

Snape padł na fotel, kładąc nogi na taborecie, i posępnie wbił wzrok w ścianę. W tejże pozie zastał go po upływie kwadransa domowy elf, który dostarczył liścik od Dumbledore’a. Gdyby ktoś odważył się zajrzeć w oczy Mistrza Eliksirów, kiedy ten wspinał się na wyżyny dyrektorskiej baszty, zapewne ujrzałby w nich dwa znaki zapytania: asystentka naskarżyła na niego czy nie? A jeśli tak, czy ta niesmaczna scena przybliżyła chwilę uwolnienia od panny Melout...?

Odpowiedź przeczącą na pytanie numer dwa Severus otrzymał natychmiast, ledwo zdążył przekroczyć próg dyrektorskiego gabinetu – stary czarodziej miał bardzo stanowczą minę.

Dumbledore nie owijał w bawełnę, od razu wyłożył na stół wszystkie karty. Istniało przypuszczenie – tylko przypuszczenie – że legendarna substancja, zdolna przyspieszać procesy badawcze w niektórych tajemniczych i subtelnych sektorach nauk magicznych, może zostać uzyskana na drodze praktycznego wytwarzania. Do udowodnienia owej tezy zbliżano się powoli lecz konsekwentnie w kilku czarodziejskich szkołach oraz instytutach warzycielstwa jednocześnie. Stworzenie (albo też ostateczne udowodnienie niemożności stworzenia) takowej substancji w Hogwarcie było niezwykle kuszącą perspektywą. A jeszcze bardziej kuszące było zrobić to, nim poradzą sobie z zagadnieniem inni...

|Kiedy dyrektor mówił, Snape z roztargnieniem tarł podbródek palcami prawej reki, co u niego było oznaką niezwykłego wzburzenia intelektualnego. Mistrz Eliksirów rozumiał, że Dumbledore właśnie zarzucił przynętę, a on ją łyknął ochoczo i siedzi oto na haczyku tego siwobrodego mądrali. Jednak jakoś mało go to martwiło – Severusa podgrzewał już od środka badawczy zapał. A do tego: gdyby legendarny eliksir sporządził właśnie on, Snape, kaleka, na którym już praktycznie postawiono krzyżyk... Noooo...

Dyrektor oczywiście zagaił na temat panny Melout: „Dziewczyna przepracowała z tobą miesiąc, Severusie, zdecydowanie dłużej, niż ktokolwiek inny, przy tym, jak mi się wydaje, wasza współpraca była więcej niż efektywna... Uważam, że nie ma sensu jej wymieniać. Szukanie nowego asystenta i dogrywanie się was obu w laboratorium zajmie sporo czasu, a nie mamy go w nadmiarze”. Mistrz Eliksirów tylko niedbale skinął głową, krzywiąc kącik ust – teraz, kiedy w perspektywie majaczyła szansa utarcia nosa kolegom warzycielom, a ponadto dostania się na karty Historii Magii (jak Potter), Snape był gotów machnąć ręką (prawą i lewą też) na podłą zdradę swojego patrona i na nieznośną obecność gościa z Jamajki.

- Wspaniale, że doszliśmy do porozumienia – rozpromienił się Dumbledore. – W takim razie, mam do ciebie prośbę, Severusie. Proszę, znajdź pannę Melout i powiedz jej, że okres próbny się skończył i od jutra zaczyna pracę na stanowisku asystenckim na pełny etat. I proszę – stary czarodziej zmierzył skrzywionego Mistrza Eliksirów przenikliwym spojrzeniem bladoniebieskich oczu - żebyś to zrobił teraz. Widziałem dziewczynę jakąś godzinę temu i wydawała się trochę... roztrzęsiona. Ta nowina na pewno ją ucieszy.

Severus zgodził się smętnie i opuścił gościnny dyrektorski gabinet.

Rastafariańska bajka o lewej ręce Snape'a

Rozdział czwarty: Redemption song (This song of freedom)

Mistrz Eliksirów mógł pozbyć się Vitachy Melout na dwa sposoby: przyłapać ją na jakimś grubszym błędzie i zwolnić albo tak jej dogryźć, żeby sama wzięła nogi za pas. W sumie był też trzeci wariant: przetrzymać i spróbować zrozumieć, co też knuje Dumbledore, że tak nachalnie wpycha mu tę dziewczynę. Ostatecznie Severus, który nigdy nie lubił iść na łatwiznę, skłonił się ku właśnie temu rozwiązaniu.

*

Kiedy Vitacha Melout weszła do laboratorium w poniedziałkowy ranek, zastała już tam swego szefa. Choć może należałoby powiedzieć, że on jeszcze tam był, spędziwszy noc w pracowni, o czym świadczyła poza Mistrza Eliksirów, zwykle o poranku wykazującego nieznośną aktywność. Snape wpółleżał w fotelu, stojącym do drzwi tyłem i lekko pod kątem, tak, że Vitacha mogła widzieć długie nogi profesora, leżące na taborecie. Spiczaste noski czarnych pantofli celowały prosto w sufit. Chuda ręka zwisała z podłokietnika, niemal dotykając podłogi zabrudzonymi czymś palcami.

– Dzień dobry – odezwała się dziewczyna cichutko, żeby nie obudzić Snape’a, na wypadek gdyby spał. Cisza…

Zawahawszy się chwilę, poszła na swoje stanowisko robocze, rozwinęła rolkę pergaminu z planem zajęć i otworzyła dziennik laboratoryjny, w którym zapisywała wszystkie pobrane z magazynu składniki do eliksirów. Zamoczyła pióro w atramencie, po czym znieruchomiała, przygryzając dolną wargę i patrząc gdzieś w kierunku oparcia profesorskiego fotela. Z zamyślenia wyrwał ją głos Snape’a, jak zawsze monotonny i znudzony:

– Proszę mi wyświadczyć przysługę, panno Melout, i sprzątnąć to tam. – Blada dłoń leniwie zatoczyła półokrąg w powietrzu, a szczupły, brudny palec wskazał róg komnaty.

– Oczywiście, sir. – Vitacha wstała, patrząc w tamtym kierunku. I znów zamarła, ledwo zdążywszy zdławić cichy okrzyk zdumienia. Pod ścianą stała sztaluga, a obok na stole walały się w nieładzie pudełka z farbami, pędzle i fiole z wodą zabarwioną akwarelami. Severus Snape, malujący akwarele – to było coś, co... z trudem dawało się ogarnąć umysłem, ale było też strasznie, strasznie intrygujące. Niestety, w pobliżu nie było ni śladu malunków, które Mistrz Eliksirów mógłby stworzyć zeszłej nocy. Prawie nie było – niosąc do umywalni przybory malarskie, Vitacha zauważyła na podłodze coś białego i później, rozłożywszy umyte już przedmioty na stoliku, ukradkiem przykucnęła, by obejrzeć znalezisko. Był to kawałek mięsistego papieru, pokolorowany z jednej strony – niewątpliwie część obrazu, na którym widniał fragment jesiennego lasu. Kiedy dziewczyna podniosła go do oczu, akwarelowe gałęzie poruszyły się, jakby pod wpływem wiatru, a w jej twarz powiało czymś chłodnym, szumiącym, upajającym i boleśnie smutnym...

Co to? Proszę mi to oddać. – Z głębin fotela wynurzyła się mroczna, pomięta fizjonomia profesora. Vitachy nie pozostało nic innego, jak podać Snape’owi znaleziony papier. Mistrz Eliksirów w milczeniu spopielił skrawek zaklęciem, bez użycia różdżki, otrzepał ręce i zwrócił się do swojej nieruchomej asystentki:

- Panno Melout, tak na wypadek gdyby się jednak pani obudziła – na dziś zaplanowana została nalewka Preczpryszcz. Ropa z czyrakobulwy jest w szafie numer szesnaście, trzecia półka od góry.

*

Udało im się skończyć pracę w ciągu godziny, po czym profesor Snape oddalił się, by potorturować uczniów po raz pierwszy w tym tygodniu, a Vitacha poszła załatwiać swoje sprawy, zręcznie lawirując między galopującymi w tę i we w tę gromadkami dzieciaków. Asystentka Mistrza Eliksirów nie wyróżniała się ani wzrostem, ani wagą, za to gibkości Bóg jej przydzielił dubeltową porcję. „Sprawy” panny Melout polegały głównie na rozmowach z profesorem Flitwickiem i profesor McGonagall, oraz posiedzeniu w bibliotece – generalnie, absolwentka wyższych studiów warzycielstwa w Kingston postanowiła pchnąć do przodu swoją dysertację. Vitacha od czasu do czasu plotkowała też z Fleur Delacour lub Rolandą Hooch, ale bliższej znajomości z nikim nie zawarła, może z powodu swego nieokreślonego i niepewnego statusu w Hogwarcie.

Snape w napięciu czekał, godzina za godziną, kiedy Dumbledore wezwie go, by choć wyjaśnić, jak właściwie wygląda sytuacja z przyszłą wymianą obecnej asystentki. Dyrektor jednak nie wezwał go ani w poniedziałek, ani we wtorek, w środę – nic, w czwartek ani dudu... w piątek niemiłosiernie naciągana cierpliwość Snape’a w końcu nie wytrzymała i trzasnęła. Mistrz Eliksirów urządził pannie Melout istne piekło! Snape się miotał, a Vitacha milczała i tylko trzepała w jego stronę popielatymi rzęsami, ciężkimi od łez. A potem nagle wyleciała z pracowni jak korek wystrzelony z butelki szampana, nadal nie powiedziawszy ni słowa.

Snape padł na fotel, kładąc nogi na taborecie, i posępnie wbił wzrok w ścianę. W tejże pozie zastał go po upływie kwadransa domowy elf, który dostarczył liścik od Dumbledore’a. Gdyby ktoś odważył się zajrzeć w oczy Mistrza Eliksirów, kiedy ten wspinał się na wyżyny dyrektorskiej baszty, zapewne ujrzałby w nich dwa znaki zapytania: asystentka naskarżyła na niego czy nie? A jeśli tak, czy ta niesmaczna scena przybliżyła chwilę uwolnienia od panny Melout...?

Odpowiedź przeczącą na pytanie numer dwa Severus otrzymał natychmiast, ledwo zdążył przekroczyć próg dyrektorskiego gabinetu – stary czarodziej miał bardzo stanowczą minę.

Dumbledore nie owijał w bawełnę, od razu wyłożył na stół wszystkie karty. Istniało przypuszczenie – tylko przypuszczenie – że legendarna substancja, zdolna przyspieszać procesy badawcze w niektórych tajemniczych i subtelnych sektorach nauk magicznych, może zostać uzyskana na drodze praktycznego wytwarzania. Do udowodnienia owej tezy zbliżano się powoli lecz konsekwentnie w kilku czarodziejskich szkołach oraz instytutach warzycielstwa jednocześnie. Stworzenie (albo też ostateczne udowodnienie niemożności stworzenia) takowej substancji w Hogwarcie było niezwykle kuszącą perspektywą. A jeszcze bardziej kuszące było zrobić to, nim poradzą sobie z zagadnieniem inni...

|Kiedy dyrektor mówił, Snape z roztargnieniem tarł podbródek palcami prawej reki, co u niego było oznaką niezwykłego wzburzenia intelektualnego. Mistrz Eliksirów rozumiał, że Dumbledore właśnie zarzucił przynętę, a on ją łyknął ochoczo i siedzi oto na haczyku tego siwobrodego mądrali. Jednak jakoś mało go to martwiło – Severusa podgrzewał już od środka badawczy zapał. A do tego: gdyby legendarny eliksir sporządził właśnie on, Snape, kaleka, na którym już praktycznie postawiono krzyżyk... Noooo...

Dyrektor oczywiście zagaił na temat panny Melout: „Dziewczyna przepracowała z tobą miesiąc, Severusie, zdecydowanie dłużej, niż ktokolwiek inny, przy tym, jak mi się wydaje, wasza współpraca była więcej niż efektywna... Uważam, że nie ma sensu jej wymieniać. Szukanie nowego asystenta i dogrywanie się was obu w laboratorium zajmie sporo czasu, a nie mamy go w nadmiarze”. Mistrz Eliksirów tylko niedbale skinął głową, krzywiąc kącik ust – teraz, kiedy w perspektywie majaczyła szansa utarcia nosa kolegom warzycielom, a ponadto dostania się na karty Historii Magii (jak Potter), Snape był gotów machnąć ręką (prawą i lewą też) na podłą zdradę swojego patrona i na nieznośną obecność gościa z Jamajki.

- Wspaniale, że doszliśmy do porozumienia – rozpromienił się Dumbledore. – W takim razie, mam do ciebie prośbę, Severusie. Proszę, znajdź pannę Melout i powiedz jej, że okres próbny się skończył i od jutra zaczyna pracę na stanowisku asystenckim na pełny etat. I proszę – stary czarodziej zmierzył skrzywionego Mistrza Eliksirów przenikliwym spojrzeniem bladoniebieskich oczu - żebyś to zrobił teraz. Widziałem dziewczynę jakąś godzinę temu i wydawała się trochę... roztrzęsiona. Ta nowina na pewno ją ucieszy.

Severus zgodził się smętnie i opuścił gościnny dyrektorski gabinet.