CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
wtorek, 29 kwietnia 2014
Przyjemność czekania

Niedawno Zwierz zamieściła trzyczęściową notkę poświęconą technicznej stronie wyjazdu do Londynu. W notce TUTAJ napisała „Jadę do Londynu! Jeśli chcecie spędzić wakacje w Londynie (albo gdziekolwiek na świecie) powinniście myśleć w trybie first minute czyli okrzyk który właśnie wydaliście powinien paść kiedy na ulicach leży śnieg”. I jest to jak najbardziej słuszne. Za mniej więcej trzy miesiące wyjeżdżamy z Serathe ponownie do Londynu i mamy zamiar zwizytować również Dublin za jednym zamachem. Planować zaś zaczęłyśmy… w styczniu. Znaczna część przyjemności pochodzi właśnie z planowania, no i co tu ściemniać, człowiek o skromnych dochodach nie zafunduje sobie takiej wycieczki z jednej (czy dwóch) pensji. To jest jak oczekiwanie na Gwiazdkę (tę prawdziwą, nieskomercjalizowaną). Ważenie w ręku coraz cięższej skarbonki, suwanie palcem po mapie, nanoszenie na listę coraz to nowych punktów, które chce się zobaczyć, sprawdzanie cen, negocjacje i ustalanie noclegów. Niebawem zacznie się polowanie na promocyjne bilety. Kiedy jest się człowiekiem wolnego zawodu (to taki eufemizm na „prawie bezrobotny”) znacznie łatwiej zgrać terminy lotów z urlopem, który można wziąć praktycznie w każdej chwili. Obracanie w myślach takiego marzenia cieszy znacznie dłużej, niż wtedy, gdy po prostu pakuje się walizkę, jedzie na lotnisko i po prostu pakuje do latającego blaszanego pudełka.

Osobną przyjemnością jest lista bagażu. Ustalanie, co i ile się bierze, ile to zajmie miejsca i jak zapakować bagaż podręczny, by nie przekraczał przepisowych wymiarów i wagi. Penetrowanie sklepów, bez pośpiechu i nerwówki, w poszukiwaniu rzeczy najwygodniejszych, najlżejszych i przy tym najtańszych. Wyszukiwanie odpowiednich drobiazgów prezentowych, jeśli się nocuje u znajomych i wypada coś im zawieźć.

Generalnie mamy z Serathe twardą zasadę „jak najwięcej za jak najmniejsze pieniądze”. Co to oznacza w praktyce?

  • zakupienie Oystercard, która daje znaczące zniżki przy przemieszczaniu się po mieście
  • CHODZENIE – spalamy kalorie, zobaczymy więcej niż z okna autobusu, chodzenie jest za darmo
  • wyszukiwanie miejsc, gdzie wstęp jest za free (jest ich całkiem sporo)
  • zabranie kompaktowego i niepsującego się jedzenia z Polski; jeśli jadamy w lokalach to tam, gdzie konkretna porcja kosztuje najwyżej 5 funtów

 

Warunki irlandzkie nie są nam jeszcze znane, ale zapewne większość zasad da się zastosować również tam. Już się nie mogę doczekać.



czwartek, 10 kwietnia 2014
Jaki jest koszt śmierci w Polsce?

Jaki jest koszt śmierci w Polsce?

W sobotę zmarła moja Babcia. Przeżyła dokładnie 99 lat i 1 miesiąc. Kobieta o silnym charakterze, który po niej odziedziczyłam, zdolna kucharka i dobra gospodyni. Przez ponad pół wieku – wdowa. Przeżyła męża i trzy ze swoich czterech córek. Ostatnie miesiące życia spędziła, niestety, w szpitalu i zakładzie opiekuńczo-leczniczym w Pasłęku – ciężka choroba nie pozwoliła jej na pozostanie w domu. Personel w pasłęckim ZOL-u był przemiły, panie z Urzędu Miejskiego również, natomiast schody rozpoczęły się wtedy, kiedy z mamą zaczęłyśmy załatwiać niezbędne sprawy w Elblągu. Niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego firma pogrzebowa żąda ponad 600 zł za drewnianą urnę, która jest niczym innym, jak po prostu pomalowanym farbą pudełkiem? Dlaczego domaga się 300 zł za „przeniesienie ciała na noszach”? I drugie 300 za „uroczystą eksportację do miejsca pochówku” co oznacza tylko tyle, że pan w czerni bierze to pudełko w ręce i niesie kawałek po cmentarzu? Rachunek za naprawdę skromny pogrzeb w mieście, które bynajmniej nie jest metropolią, przekroczył wysokość zasiłku wypłacanego przez MOPS. Ale mniejsza z tym, wiadomo, że biznes jest biznes.

Potem przyszło najgorsze, czyli procedury kościelne.

Katolicy w naszym kraju mają to nieszczęście, że są przypisani do konkretnej parafii jak chłop pańszczyźniany. Zezwolenie na pochówek w innej parafii jest zależne od widzimisię proboszcza oraz wysokości haraczu, jaki mu się wręczy. Zapomnijcie o tradycyjnym „co łaska”. Proboszcz z parafii św. Wojciecha przy ul. Podgórnej ma ustalony cennik. Msza z trumną – 700 zł, msza bez trumny – 550 zł. Ceny nie podlegają negocjacji. Jednak „bez trumny” nie oznacza automatycznie „z urną”. Urnę z prochami mojej Babci proboszcz zabronił kategorycznie wnosić do kościoła, podniósł głos i grzmiał tak, jakby była to zbrodnia. Na nieśmiałą sugestię, że może w takim razie w innej parafii, w ogóle nas zakrzyczał. Wpisał w końcu dane do ksiąg, ustaliliśmy godziny mszy i wyprowadzenia prochów z przycmentarnej kaplicy. Zainkasował pieniądze, przeliczył i schował do kieszeni. Pokwitowania nie dostałyśmy, choć powinien takie wystawić, skoro nie był to datek dobrowolny a normalna opłata wg cennika. Na pytanie, czy ksiądz, który będzie odprawiał mszę, nie powinien wiedzieć cokolwiek o zmarłej, zostałam skarcona, że nie, bo oni mają swoje własne tematy misyjne. Po czym proboszcz wstał i bez słowa pożegnania podszedł do szafy z dokumentacją, dając do zrozumienia, że „audiencja” skończona. Moja mama nie doczekała się ani wyrazów współczucia, choćby zdawkowych, ani „z Panem Bogiem”. Bóg widocznie kancelarię tego kościoła starannie omija i raczej mu się nie dziwię.

Msza żałobna była ustalona na godzinę 13:00. O 13:12 księdza nadal nie było, pojawił się spóźniony o pół godziny. Młody i zakatarzony. Odbębnił tradycyjne formułki, co rusz siąkając nosem i mamrocząc tak, że z trudem rozumiałam, co mówi. Szast, prast, trzydzieści minut z zegarkiem w ręku. Tematu misyjnego nie zauważyłam. Za to odniosłam silne wrażenie bylejakości, olewactwa i lekceważenia wobec wiernych. Nie tylko ja zresztą.

Do kaplicy na szczęście zasmarkany młodziak się nie spóźnił, za to mylił się, zacinał i mamrotał tak, że miałam ochotę nim potrząsnąć. A już nad otwartym grobem – przysięgam, że to prawda - wytarł nos rękawem. Skończył, grabarze nałożyli płytę i zaczęli układać kwiaty, a ksiądz po prostu się odwrócił i poszedł. Ani „zostańcie z Panem Bogiem”, ani „do widzenia”, ani „pocałujta w dupę wójta”. Widocznie w św. Wojciechu jest to całkiem normalne zachowanie kapłanów. Przykład idzie z góry, a w tym wypadku góra jest chamska.

To był ostatni kontakt mojej mamy z kościołem katolickim. Żadnych mszy, żadnego dawania na tacę, żadnej kolędy. Na swoim pogrzebie też sobie nikogo z KK nie życzy. Myślę, że do Boga drogę znajdziemy prędzej same, bez takich „przewodników”.