CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
wtorek, 23 kwietnia 2013
Ofiary

Pięć żuków utopionych w piwie Redd's - zwłoki znaleziono w jednej puszce. Miejsce zabójstwa: chaszcze za osiedlem na obrzeżach Gdańska.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Światowy Dzień Ziemi

Światowy Dzień Ziemi

Z tej okazji wybrałam się na całkowicie prywatną akcję sprzątania chaszczy. Piwoszy, rzucających puszki i butelki gdzie popadnie, w tym roku również nie brakuje. Plon jednego niezbyt nawet długiego spaceru to jedna wielka siatka całkowicie wypełniona pozgniatanymi puszkami i druga mała. Jakbym się uparła, zebrałabym trzecią – z plastikiem. Szkło zostawiam, niestety, jest po prostu za ciężkie, poza tym i tak przeważają puszki. W zeszłym roku przy okazji warsztatów ornitologicznych dowiedziałam się pewnej bardzo ważnej rzeczy: puszki z resztkami piwa działają jak doskonały wabik na owady i niestety zarazem jak pułapka. Wiele owadów włazi i już nie wychodzi, zdychając w środku. Taka puszka to trumna dla kilka, kilkunastu, czasami nawet kilkudziesięciu żuków. Zapuszkowany owad nie zutylizuje odchodów czy padliny, ani sam z kolei nie stanie się pokarmem dla ptaków. Jedna cholerna wyrzucona puszka z resztką piwa potrafi zachwiać ekosystemem sporego kawałka łąki. A ja zebrałam ich dzisiejszego dnia chyba ze 60 albo i więcej.

Teoria „nagrody automatycznej” wydaje się potwierdzać. W zeszłym roku za sprzątanie środowiska się mi znalazł w plenerze czterdziestopięciolitrowy plecak (brudny jak nieszczęście ale poza tym całkowicie sprawny i nieuszkodzony) a teraz na zachętę Bliżej Nieokreślona Siła Sprawcza podrzuciła dwie nietknięte puszki piwa Dębowego. Dziękuję, postaram się nie zawieść pokładanego we mnie zaufania, choć nie wiem czy zdołam sprzątnąć cały ten syf, zwłaszcza tam, gdzie jakieś niemyte świnie urządziły sobie dzikie wysypisko. No ale alleluja i w górę serca.

Koniecznie obejrzyjcie bardzo uważnie dzisiejszy baner Google.



środa, 17 kwietnia 2013
Nowe biżuty.

Zgodnie z zapowiedzią, Winchesterowie.

Bad Boy.

Puppy Eyes.

I jeszcze jakiś anioł się przyplątał.

Reszta TUTAJ.

Od pewnego czasu zastanawiam się nad tematem nowej notki i nie przychodzi mi na myśl nic poza kanibalizmem oraz faceci-są-beznadziejni. Wiosenny spadek wena blogowego?

poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Zdecydowanie SHERLOCKED

Dnia dzisiejszego Toroj wybrała się na zakupy do pobliskiego marketu typu Biedronka, dla odprężenia słuchając na zakupach muzyczki z podręcznego smartfona. W pewnym momencie ktoś do niej ZADZWONIŁ. Dzwonił uparcie i zaniepokojona Toroj wygrzebywała telefon z kieszeni kurtki, plącząc się w kabelku, pukała po ikonkach, usiłując coś zrobić - i dopiero po upływie prawie minuty zorientowała się, że nikt nie dzwoni, tylko w folderze z muzyką filmową właśnie leci sobie motyw z "Sherlocka". Kurtyna.

*

Utrzymując się w nastroju: wystawiłam na allegro box sherlockowy TU i kto chce, może go nabyć. Jutro do towarzystwa przybędą mu dwa witrażowe motyle i trochę malowanych aniołków, a pojutrze, miejmy nadzieję, cały zestaw biżutów z Deanem, Samem i Castielem. Johna Winchestera nie będzie, bo go nie lubię.

niedziela, 07 kwietnia 2013
Logistyka

Zamówiona duża Tardis, mała Tardis, w jednym pudełku stosik aniołków w kawałkach, w drugim motylki w kawałkach, w trzecim koliberki i kwiatki (tak, zgadliście, w kawałkach). Coś wymaga taśmy samoprzylepnej miedzianej czarnej typu 5/32, coś 11/64 jasnej, a inny coś na zmianę 11/64 i 3/16. W pudełku resztki, zakupy przewidziane na środę. Będę się musiała wspiąć na szczyty swych talentów logistycznych, niemalże w stylu rozmnażania chleba i ryb. A jedna klientka przeszła na ciemną stronę Mocy. Mamy ciasteczka!



sobota, 06 kwietnia 2013
Ekologia i ekonomia domowa

Ekologia i ekonomia domowa

Pewne cechy (ślizgoński charakterek) wzięłam ewidentnie po babci, a inne (puchoński pragmatyzm) z pewnością po mamusi. To, że w domu mego dzieciństwa gospodarowało się oszczędnie, nie było niczym nadzwyczajnym. Niejeden ekolog mógłby się od mojej babci i matki nauczyć zasad recyklingu. Niejako z domu wyniosłam głęboko zakorzenioną niechęć do marnowania jedzenia, wody (między innymi właśnie o to latami walczyłam z Biednym Misiem, który do jednego golenia zużywa co najmniej 10 litrów wody), oraz przyzwyczajenie, że zepsute rzeczy wpierw się próbuje naprawiać, nim się je wyrzuci. Może obecne młode pokolenie nie uwierzy, ale przed laty, kiedy cienkie rajstopy były rarytasem, a nie chińską taniochą, oddawało się je do tzw. repasacji, jeśli poleciało w nich oczko. Siedziała sobie gdzieś w jakimś pokoiku pani i bzzzz elektryczną maszynką, podobną do długopisu z haczykiem i kablem, reperowała poprute damskie skarby. W domu też mieliśmy coś podobnego, tylko nie elektryczne i owszem, niejedną godzinę spędziłam nad renowacjami rajstop lub uszkodzonej dzianiny. Nawet teraz, choć w mojej szafie swetry zostały zastąpione polarami, a rajstopy noszę od wielkiego dzwonu, nadal w pudełku przechowuję tajemniczy „wichajster”, bo różnie to w życiu bywa. I myślałam, że u mej mateczki nic mnie już nie zaskoczy w temacie, kiedy zauważyłam w łazience dziwaczną machinację z udziałem tubki z pastą do zębów. Jej środkowa część została wycięta, a koniec nasadzony na resztę (niejako całość tuby uległa znacznemu skróceniu). „Widzisz – wytłumaczyła mi mamusia – jak już się pasta kończy, to trudno się wygniata, niewygodnie, więc przecięłam. Otwieram od tej drugiej strony, wygrzebuję szczoteczką ze środka i zasuwam na nowo”. Kiedy moja własna pasta w domu zaczęła już zdradzać objawy kończenia się (czyli nic nie wyłaziło, mimo ugniatania) wzięłam nożyczki i poszłam w ślady mamusi. Ku swemu zaskoczeniu, po przecięciu miękkiego plastiku wewnątrz odkryłam tyle pasty, że starczyła jeszcze prawie na tydzień. To samo było ze „skończonym” kremem do rąk. Ot, domowa eko-ekonomia. 

piątek, 05 kwietnia 2013
To eksperyment!

TO EKSPERYMENT!

Dwukilogramowe serce, niesione w plecaku przez miasto. Wyobrażacie sobie miny służb ratowniczych i policji, gdybym z tym bagażem miała wypadek czy inną zaszłość życiową?

"Pan to zostawi, jutro mam mszę! (Naturalnie czarną)" - wysunęłam propozycję ewentualnego okrzyku.

Ja bym wołała "Odłóż to, to eksperyment!" - stwierdziła Serathe. Widocznie jest bardziej sherlocked ode mnie.

czwartek, 04 kwietnia 2013
Wypracowanie pod tytułem „Jak spędziłem święta”

Wypracowanie pod tytułem „Jak spędziłem święta”

Jack Frost i Wielkanocny Zając mają najwyraźniej kryzys związku, co odbiło się potężnie na wielkanocnej aurze. Dokładnie w świąteczną niedzielę dostałam mms ze zdjęciem zająca otoczonego pisankami, artystycznie ulepionego ze śniegu. A same święta znowu polegały głównie na jedzeniu, sprzątaniu po jedzeniu, przygotowywaniu się do kolejnego jedzenia oraz na oglądaniu telewizji (przypomniałam sobie, dlaczego jej nienawidzę). Obejrzałam początek „Hobbita”, trzy czwarte „Pana Tadeusza” (całkiem zacny film, poza kompletnie spapraną sceną z niedźwiedziem, żenada), pół „Skyline”, końcówkę „Ściganego” i jeden próbny odcinek „Mentalisty”, który mi się zupełnie nie podobał, bo główna postać usiłowała naśladować mojego ukochanego Sherlocka, ale brakowało facetowi i urody, i wdzięku i swoistego poczucia humoru. Był nieprzyjemny i gorszy nawet od Holmesa z „Elementary”, co już o czymś świadczy.

A poza tym po Pyrkonie chyba wszyscy są chorzy. Maja i Jeremiasz dogorywają, obłożeni kotami. Achika zaliczyła zapalenie oskrzeli. Nunda przez telefon zameldowała „średnio mrawo”, że dopadła ją jakaś cudaczna infekcja wirusowa zatok, pośrednio działa jej to na błędnik, więc cały świat się kręci i to jest bardzo-bardzo niefajne. Po konwencie osobiście czułam się całkiem dobrze i dopiero dziwaczne temperatury w mieszkaniu mojej mateczki (plus 24 w sypialni i plus 5 w łazience) wywołały u mnie lekkie podrażnienie gardła, na co Nunda oznajmiła, że jestem kosmitką i normalni ludzie powinni na mnie uważać. Nie powiedziałam więc jej, że poprzedniego dnia zaliczyłam gigantyczną włóczęgę w miłym towarzystwie polsko-holenderskim (Chuchacz i Colin), w domu wylądowałam około 21:00, a następnie siłą rozpędu oszlifowałam dużą Tardis i owinęłam wszystkie elementy miedzianą taśmą, oglądając jednym okiem Supernatural, a pracę skończyłam około 3 w nocy. Po czymś takim Nunda być może chciałaby mnie zamknąć w zoo i pokazywać za opłatą.

Na warsztacie mam box Starwarsowy, na wzór Sherlockowego i niewielką partię wisiorków z braćmi Winchester, Lokim oraz Ironmanem. Oraz rozgrzebane do połowy tłumaczenie kolejnego Bonusa. Powinnam wykorzystać ten nagły atak pracoholizmu tyle, ile się tylko da, bo kto wie, czy nie czekają mnie znowu mroczne dni pełne zalegania między poduszkami i tępego odrętwienia. Z drugiej strony, przytłumione zimą cechy Kota Niekanapowego budzą się we mnie i coraz energiczniej ruszają wąsami. Czyżby oznaka wiosny?