CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
sobota, 30 kwietnia 2011
Stracone przygody dzieciństwa

„Stracone przygody dzieciństwa”

Taki film widziałam – patrz wyżej – dokumentalny. I zadumałam się, i zatrwożyłam, wyjrzawszy przez okno. Dokument był, ni mniej, ni więcej a o doprowadzeniu chronienia dzieci do granic absurdu i co z tego wynika. Zaraza nadciąga ze zgniłego zachodu i pochłania również Polskę w zastraszającym tempie. Trzydzieści lat temu, kiedy dzieciarnia wylegała na podwórko, wychodziła w zasadzie z pustymi rękami. Nie dlatego, żebyśmy nie mieli zabawek – mieliśmy ich wystarczająco wiele – ale po prostu każdą rzecz niemieszczącą się w kieszeni automatycznie należało nosić w ręku i pilnować by się nie zgubiła, a to bardzo przeszkadzało w zabawie. Bawiliśmy się więc tym, co się znalazło w okolicy: kawałki cegieł, kamienie, liście, kapsle, patyki, puste butelki po piwie i jabolach (nigdy nie twierdziłam, że zamieszkiwałam ekskluzywną dzielnicę) wszystko łatwo dostępne, łatwo przetwarzalne i zostawiane bez żalu po skończonej zabawie. Zwykły patyk był i szpadą Zorro i pepeszą Janka Kosa, i ciupagą Janosika. Powykręcana olcha i kamienny murek zamieniały się bez problemu w czołg, dom, statek kosmiczny czy Tatry (znów Janosik). Pobliska ruinka okazała się bardziej atrakcyjna od placu zabaw z nudnymi drabinkami, a już szczytem szczęścia były tzw. betony, czyli (wyjaśnienie dla laików) zbiorowiska prefabrykatów wielkiej płyty, zwożonej na budowę pobliskiego blokowiska. „Na betony” chodziło się niemal codziennie po lekcjach i służyły jako najcudowniejszy labirynt do zabawy w chowanego oraz zastępnik wspinaczki skałkowej. Łażenie po drzewach, rycie w kupach „białego” piasku, przywożonego czasem na podwórko przez jakiegoś troskliwego ojca ku pożytkowi wszystkich malców, gra w pikuty, w zbijaka, huśtawka z liny zawieszonej na gałęzi, budowanie baz*, bitwy na pecyny ziemi, robienie „sekretów”**, gra w „szewca”, „kozła”, „beczki” i w „gumę, obserwowanie dżdżownic, pająków kosarzy i innego robactwa, robienie pogrzebów zdechłym kretom... Nad tym całym życiem społecznym podwórka unosił się duch absolutnej swobody i dowolności. Nikt niczego nam nie narzucał. Padały pewne propozycje zabaw, a jeśli wyglądały atrakcyjnie, reszta grupy szła za liderem, podejmując grę, której reguły były dość płynne i podlegały ciągłym transformacjom, na zasadzie: „a wiecie co...?!” Trzeba było się dopasowywać, negocjować, wykazywać inicjatywę, dokonywać wyborów 5 razy na godzinę; ostatecznie, kiedy ktoś poczuł się bardzo skrzywdzony (bo mu na przykład niesprawiedliwie policzono punkty, albo nie dostał roli Szarika) mógł się obrazić. „Ja się tak nie bawię! Powiem mamie!” Była to pusta groźba, gdyż dorosłych raczej nie mieszano w sprawy podwórkowe, pozostawiając tę opcję tylko na afery grubego kalibru. W ferworze zabawy nie zauważaliśmy kiedy zapadał zmierzch i często-gęsto biedni rodzice musieli po nas wychodzić i szukać pod księżycem. Nawet deszcz nie był w stanie nas zapędzić pod dach – przeczekiwaliśmy w krzakach i pod drzewami, albo w klatce schodowej, jak psiaki w budzie, niecierpliwie wyglądając kiedy będzie można wybiec na zewnątrz i rozpocząć budowanie tam na kałużach.

Dziś, kiedy wyglądam przez okno, nie widzę ani jednego dziecka, choć jest sobota i piękna słoneczna pogoda. Nikt nie jeździ rowerem, żadna dziewczynka nie plecie wianków z mleczy, choć pod moim balkonem jest od nich aż żółto. Żadni chłopcy nie bawią się w wojnę, nikt nie rysuje kredą po chodniku. Tuż za granicą osiedla rozciągają się ugory – wspaniałe terytorium do urządzania kryjówek, podchodów, swobodnej łazęgi. Nikt z tego nie korzysta (poza psami, które „wybiegują” tam właściciele). Ki diabeł? Popołudnie: kilkoro malców widziałam w Biedronce na zakupach z rodzicami, dwoje bawi się dość niemrawo na ogrodzonym trawniku przed własnym domem. Panuje leniwa weekendowa cisza. Może na placu zabaw z boiskiem dwie ulice dalej jest więcej dzieci? Nawet w Lany Poniedziałek widziałam zaledwie dwóch chłopców z karabinami na wodę. Skąd bierze się ten wszechobecny marazm i nieruchawość? Bo nie z braku małolatów – analizując stan udziecienia okolicy, doszłam do wniosku, że jest ich procentowo tyle samo co na moim dawnym podwórku, a może nawet więcej, bo całe to osiedle jest raczej młode. A więc nie bawią się tak jak my kiedyś, gdyż być może już nie umieją. Według twórców filmu, psychologów i eksperymentatorów winę ponosi samonapędzający się strach o potomstwo. Współczesny rodzic, w kółko karmiony wiadomościami o przemocy, o gwałtach i porwaniach, oglądający seriale kryminalne, gdzie w co drugim odcinku ofiarą pada dziecko – panikuje, bojąc się spuścić córkę czy syna z oczu. Nie biegaj, bo upadniesz. Nie właź wysoko, bo spadniesz. Nie bierz, to brudne. Nie odchodź daleko, bo ci zrobią krzywdę. Nie dotykaj, zarazisz się czymś. (Nasze eksperymenty, polegające na obserwowaniu rozkładu zwłok psa zdechłego gdzieś na uboczu, przyprawiłyby każdą dzisiejszą mamusię o stan przedzawałowy). Zamiast wypuszczania dzieci po prostu na podwórko, żeby uczyły się życia w grupie, organizuje się im czas. Lekcje angielskiego, jazda konna, zajęcia plastyczne, basen, dżudo... i tak dalej. Z obserwacji wynika, że dzieci gromadzone w takich kontrolowanych kółkach zainteresowań, coraz częściej wykazują postawę wycofaną i zachowawczą, bojąc się krytycznej oceny i są zwyczajnie bierne, zawsze oczekując wytycznych ze strony instruktora. Bo mali sportowcy już nie bawią się, a trenują. Swobodna zabawa jest działaniem wymierającym. A bez niej nie ma rozwoju wyobraźni, ani swobodnej twórczości. Jest tylko odbiór gotowych treści, swoisty intelektualny fastfood. Najbardziej przerażające jest to, że takie dzieci mają być później pisarzami, poetami, rzeźbiarzami, malarzami, maja pisać scenariusze filmowe i teatralne. Ale niby skąd i jak ma w nich zapłonąć ta iskra boża? Jak mają poznać radość wolnego lotu, nigdy nie skacząc z rozpędzonej huśtawki - albo ból, jeśli nigdy nie rozbiły sobie kolan na rowerze? Skąd mają brać doświadczenia ( i te dobre, i te złe), skoro się im ich odmawia? Wszak Tomek Sawyer nie przeżywał swoich przygód, siedząc grzecznie w pokoju nad Biblią! Ronja nie miała przydzielonego ochroniarza, a dzieci z Bullerbyn rodzice nie przywiązywali do płotu. „Jeśli coś się stanie, nigdy sobie nie wybaczę” – z takiego założenia wychodzi współczesny rodzic, na wszelki wypadek woląc zabraniać wszystkiego, co choć trochę pachnie ryzykiem. Tym bardziej, że presję wywiera także społeczeństwo, traktując zostawienie sześciolatka w aucie pod marketem na 5 minut jak zbrodnię.

Zrobiłam rachunek sumienia, przypomniałam sobie wszystkie niegrzeczne zabawy dzieciństwa, które w teorii powinny wielokrotnie zasilić pobliski cmentarz. W praktyce wypadek śmiertelny był jeden: utopił się chłopiec wepchnięty dla żartu do rwącej wody przez rówieśnika. Osobiście nie straciłam ani jednego zęba, nie złamałam żadnej kości, nie wybiłam oka, nie zaraziłam się tężcem, choć wielokrotnie kaleczyłam się szkłem, nie miałam wstrząsu mózgu, mimo że spadałam z płotów, trzepaka i roweru więcej razy niż jestem w stanie zliczyć. Nikt się nie ugotował, kiedy łaziliśmy po uszkodzonych rurach ciepłowniczych. Nikt nie zabił, kiedy wdrapywaliśmy się po wpół zrujnowanej przedwojennej wieży widokowej w parku. Nikt nawet nie wylądował w szpitalu, choć jeden z kolegów, o ile pamiętam, złamał rękę i dumnie obnosił się z gipsem – co mu wcale nie przeszkadzało nadal się bawić na podwórku i jeździć na rowerze. Jedyne moje trwałe uszkodzenie to blizna na goleni, pamiątka po upadku na betonach. Wracaliśmy do domów żywi i mniej-więcej cali, choć niewymownie brudni. Lecz tak samo przecież wracają wypuszczane na spacer koty, a przecież dziecko bądź co bądź jest mądrzejsze od kota, czyli nie jest to wcale żaden cud i ewenement, że wróci całe i nienaruszone. A na pytanie: „Co robiliście?” odpowie: „A niiic”. Z tą specjalną miną, oznaczającą, że „nic” było w rzeczywistości przygodą z dreszczykiem. Mam szczerą nadzieję, że takie czasy jeszcze wrócą. Może nie z pełnią atrakcji w rodzaju zdechłego kreta, ale może choć z grą w gumę i odkrywaniem nieznanego tuż za płotem...?

 

* Baza – ukryty w krzakach szałas z dowolnego materiału, najczęściej ze zwykłych gałęzi i trawy. Cała atrakcja polegała na jego „ukrytości”, a nie na elegancji czy wygodzie.

** „Sekret” - być może w innych regionach Polski noszący inną nazwę – wykonywało się zwykle w dwie osoby, polegał na zebraniu możliwie najbardziej kolorowych kwiatków, ułożeniu ich ładnie na kawałeczku oczyszczonej i wyrównanej czarnej ziemi, po czym przyciskało się to wszystko z wierzchu kawałkiem pobitej szyby, uzyskując rodzaj mozaiki. Z wierzchu przysypywało się to okienko piaskiem, a właściciele mieli obowiązek trzymania języka za zębami, gdzie ów skarb się znajduje. Najczęściej już na drugi dzień zapominało się, gdzie dokładnie „sekret” ukryto i robiono nowy. Zabawa popularna wśród dziewczynek.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Stary zeszyt

Ostatnia notka, jak widzę, była ojezusiejakdawno. Powodami były: tradycyjny zwisopad wiosenny, problemy w rodzinie (chwilowo hibernowane, ale wrócą) oraz robienie takiej jednej redakcji, która powodowała, że szła mi para uszami, dostawałam zeza to zbieżnego to znów rozbieżnego i wydawałam rozdzierające jęki. Rzadko się zdarza książka, którą w 50 procentach docelowo napisał redaktor, ale zdaje się, że właśnie nastąpiła taka sytuacja, kiedy popatrzę na ilość skreśleń i czerwonego koloru. A u Kłapouchego nowa łączka – właśnie z ostatniego mego zlecenia.

Nic dziwnego, że umęczona, postanowiłam zaszaleć i zaciągnąć Lomiel do dawno nie odwiedzanego antykwariatu w Sopocie. Dotarłam z przygodami, gdyż w pierwszym rzucie jakimś cudem wsiadłam do nieodpowiedniej kolejki i pojechałam w odwrotną stronę. W panice ewakuowałam się na Oruni Dolnej - dobrze, że nie dojechałam w ten sposób do Tczewa! A Lomiel już na mnie czekała w kawiarni, biedula. W sopockim antykwariacie miło i obficie, poprzeglądałyśmy półki, coś się tam kupiło, od tych kolejowych przygód zgłodniałam i zaproponowałam, żeby poszukać jakiejś pizzerii czy naleśnikarni. Gdzie? Może nie jak zwykle po stronie Monciaka (drogo), ale od strony przeciwpołożnej. I właśnie po stronie przeciwpołożnej do naszych tradycyjnych tras spacerowych oko sokole Lomiel wypatrzyło skromny szyld ANTYKWARIAT w jakimś zapyziałym podwóreczku. Wchodzimy? – spytałam z błyskiem w oku. Wchodzimy! – oznajmiła Lomiel dziarsko. I weszłyśmy. Jak się okazało: do Sezamu. Do skarbca, a może nawet do kopalni. Książki były WSZĘDZIE. Na półkach wysokich pod sam sufit, na ladzie, spiętrzone w istną ścianę. Na podłodze w stosach grożących zwaleniem się nieostrożnemu wędrowcowi na nogę. W ciągu upajającej półtorej godziny przegrzebałyśmy mniej więcej 1/5 zawartości i wyszłyśmy stamtąd szczęśliwe i brudne, obiecując sobie powrót w niedalekim terminie. Ja nabyłam „Historię naturalną i moralną jedzenia”, a Lomiel pikantne opowiadanka Roalda Dahla, myśląc, że to bajki dla dzieci ;-)

Musiałyśmy się spodobać antykwariuszowi, bo kiedy na odchodnym wzięłam do ręki pewien niepozorny zeszycik, oświadczył: „O proszę pani, to jest unikatowa rzecz!” I rzeczywiście, był to mianowicie zeszyt lektur, pracowicie wypełniany stronica za stronicą, kaligraficznym pismem, stalówką, ozdabiany rysunkami. Pierwszy wpis datowany na 1934 rok, ostatni na 1938. Kto go prowadził: uczeń czy uczennica? Nie wiadomo, podpisu brak. Czy ta osoba przeżyła wojnę? Może tego chłopaka pogrzebano gdzieś w wojskowej mogile. Może ta dziewczyna zginęła w obozie. I został po nich tylko ten zeszyt? A może wręcz przeciwnie, autor ma już prawnuki i dziwi się, jak zmieniła się szkoła od momentu kiedy sam do niej chodził? Antykwariusz podarował mi ten zeszyt, bo „Takich rzeczy się nie sprzedaje. Można je tylko przekazać w dobre ręce”. Na pewno mam dobre ręce i dobrą półkę, na której go starannie przechowam, aż nadejdzie pora, by go przekazać następcy.