CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
środa, 21 kwietnia 2010
Bymanie czyli kwestia decyzyjności

Bymanie czyli kwestia decyzyjności

 

Na początku chyba wypada wyjaśnić, czym jest owo „bymanie”, którego w słowniku poprawnej polszczyzny nie uświadczysz. Otóż jest to moje prywatne określenie na wszystkie: chciałBYM, zrobiłBYM, pojechałBYM, naprawiłBYM... Bymanie jak w pysk dał. Najczęściej po takim „bym” następuje „ale”. Sama końcówka „bym” implikuje, że nasza wypowiedź dotyczy spraw fakultatywnych czyli odkładanych na święty nigdy.

Taki problem z decyzyjnością ma np. moja mama. U niej bymanie urasta do rangi sporego problemu i mama doskonale zdaje sobie z tego sprawę. O ile takie rzeczy jak kupno węgla, proszku do prania czy chodzenie do dentysty jeszcze opanowuje, to wybór nowej pralki, tapety do pokoju albo choćby butów przerasta jej możliwości, więc jako wsparcie wzywa swoją siostrę lub mnie. Ileż razy, kiedy była młodsza i bardziej skora do łażenia, robiłyśmy rundę dokoła całego targu, oglądając wszystkie stragany, by ostatecznie marchewkę kupić w miejscu, z którego wyszłyśmy. A potem sytuacja powtarzała się z kalafiorem, ziemniakami itd. Nic dziwnego, że dostawałam regularnego amoku i przysięgałam, że jak będę „duża” nigdy nie będę szukać czy ta parszywa marchew jest gdzieś tańsza o 10 groszy, raczej przepłacę; że nie będę godzinami dumać nad każdą pierdołą jakby decyzja czy gumka do majtek lepsza czarna czy biała miała zdecydować o losach świata. Właśnie dlatego zdążyłam w ciągu jednego popołudnia zaliczyć milion pińćset sklepów z butami, kupić psychodeliczną piżamkę, zjeść na mieście obiad i zrobić zakupy spożywcze (patrz poprzednia notka) – po prostu wchodziłam do sklepu, robiłam ogólny skan panoramiczny wychwytując na półkach interesujący mnie kolor, a jeśli go nie było, natychmiast wychodziłam. Jeśli szukam butów fioletowych, to nie będę mierzyć ani oglądać brązowych, bo po co? Całkiem identycznie zachowałam się w lutym, kiedy przy okazji wizyty moja matula postanowiła mnie wykorzystać do nabycia drogą kupna pralki automatycznej, choć teoretycznie stara była „jeszcze całkiem dobra”. Przeszłam bez zatrzymywania się wzdłuż szeregu pralek, skanując ich rozmiar, cenę i dizajn, po czym wróciłam do jednej, wskazałam palcem i rzekłam: „Ta”, czym wzbudziłam w mej matce nabożny podziw i przerażenie, bo akcja trwała jakieś 2 minuty. Pralka miała wszystkie elementy, które jak ustaliłyśmy z góry, powinna posiadać, a do tego miała genialnie przejrzyste programowanie. W tym wypadku moja macierz CHCIAŁABY ją kupić, a ja CHCIAŁAM ją kupić. Czujecie różnicę?

Całe życie walczę z bymaniem. Czasem odnoszę zwycięstwa, czasem nie. Bymanie jest podstępne i często daje objawy identyczne z jutrzyzmem czyli „zrobię to jutro”. A przemyślenia na temat bymania naszły mnie z powodu – cha cha, a jakże by inaczej - tej diety, która się tu na blogu co i rusz pojawia. Znajome kobietki oglądają mnie, podziwiają, wzdychają „ja też chciałabym”, niektóre nawet coś próbują ale połowa nawet nie zaczyna, inne rezygnują po tygodniu, stwierdzając, że za ciężko. Zastanawiałam się, w czym rzecz. Im za ciężko a mnie nie? Ja mogę, a one nie? Czy ja jestem jakiś ewenement na skalę województwa, Horpyna siłą woli kolczugi rozdzierająca, strongmanka charakteru? Mam inną kuchnię, sklep, patelnię niż one? Przeciwnie, nie posiadam mikrofalówki, zaczynałam ze starą patelnią oblezioną z teflonu, nie mam wagi kuchennej, a zakupy robię najczęściej w Biedronce. Nie mam w pobliżu siłowni, ani nawet dobrej trasy do biegania. Leniwa też jestem nieco. Czyli w czym tkwi różnica? Wreszcie zrozumiałam! Bymanie. One po prostu bymają. Przecież i ja całymi miesiącami „bymałam”, marzyłam o wróżce, która by mnie czarodziejską różdżką pyk! zamieniła w szczuplejszą o 20 kilo laskę. I chciałaBYM, żeby tak się samo zrobiło. Aż pewnego dnia zamiast „chciałabym”, powiedziałam „chcę”. Chcę schudnąć! I zaczęłam, tak po prostu. Kiedy powie się te dwa słowa jedno po drugim: chciałabym, chcę – czuje się wyraźną różnicę. Pierwsze brzmi niezdecydowanie, miękko i mazgajowato, drugie krótko i bardziej stanowczo.

Chcę! Chcę! Chcę jak najszybciej skończyć „Czas złych baśni” i wezmę się za to jut... nie, nie jutro, zaraz jak tylko skończę czytać „Niewidocznych akademików”. CHCĘ! Chcę wiele rzeczy i zrobię je. O!

wtorek, 20 kwietnia 2010
O rozmownych butach i nie tylko

O rozmownych butach i nie tylko

 

Koniec żałoby. Nie napiszę już ani słowa o Smoleńsku, Warszawie i Krakowie, chyba że w sensie geograficznym. Ja żyję i mam zamiar działać jak osoba żywa. I właśnie w ramach życia wczoraj przedsiębrałam wyprawę wyjątkowo ważną dla każdej osoby posiadającej choć jeden kobiecy gen. Wyprawę po buty! Laikom to się może wydawać szalenie proste: wejść do sklepu obuwniczego, pokazać palcem buciki najmniej obrzydliwe i powiedzieć „Proszę zapakować”, następnie uiścić należność i wrócić do domu. Pozwólcie, panowie (bo tak myślą na pewno tylko faceci), że w tym miejscu wybuchnę szyderczym rechotem. Cała operacja zajęła 3 (słownie trzy) dni, a została zakrojona na skalę niemalże manewrów wojskowych. Pierwszym etapem było ustalenie koloru: nie czarne, bo czarne, aczkolwiek praktyczne, znudziły mi się już serdecznie; oraz kroju: pantofelki na lato, jak najlżejsze, najlepiej z pasków, najlepiej na podwyższeniu, najlepiej z zakrytymi palcami, żeby nie wyglądały jak coś ściągnięte z nóg angielskiej nurse i najlepiej fioletowe, gdyż aktualnie posiadam dwie fioletowe spódnice (!) Przejrzałam cały dział Allegro pod tym kątem i nawet znalazłam coś, co się wydawało idealne ale ryzyko kupowania czegoś bez przymiarki było zbyt duże. Zdalnie można kupować glany lub ostatecznie adidasy lecz na pewno nie letnie pantofle, które mają leżeć jak druga skóra. W każdym razie Allegro pozwoliło mi sprecyzować swoje oczekiwania względem futerałów na kończyny dolne. A potem się zaczęło. Kierowana rozsądkiem i doświadczeniem włożyłam wygodne adidaski oraz wzięłam ze sobą podkolanówki typu pończoszka w celu mierzenia bucików. Powinnam wziąć też kanapki i termos, jak się później okazało. Pierwsze centrum handlowe oferowało głównie pantofle wiosenne i głównie w kolorze czarnym, co jakoś mi się kłóci z ideą wiosenności. Kolejny sklep miał liliowe sandałki lecz niedokładnie takie jak chciałam i „nie gadały”, a wiadomo nie od dziś, że jeśli but (bluzka, sukienka whaterver co) nie odezwie się w sposób przyjemny do tego specjalnego organu umiejscowionego w kobiecej duszy, nie ma co ich brać na siłę. Nie będą leżały, nie zrosną się z nami i większą część żywota spędzą w szafie. Tak więc postanowiłam pojechać do Wrzeszcza, gdzie było sklepów z butami do diabła i ciut ciut, co zwiększało szanse na spotkanie „rozmownych” butów. We Wrzeszczu doszlusowała do mnie Lomiel i już razem zwiedzałyśmy kolejne przybytki obuwnictwa polskiego. Na półkach przewalały się zwały butów, prawem kontrastu albo na niebotycznie wysokich szpilach albo płaskie balerinki typu „kapeć przedszkolaka”. Rzuciło mi się też w oczy kuriozum w postaci japonek z cholewką, dorównujących oryginalnością stanikowi z golfem lub majtkom z futra. W Galerii Bałtyckiej zagadała jedna para zamszowa w miłym dla oka kolorze Milka Chocolate, ale okazała się za mała, więc randka skończyła się błyskawicznie. Druga odezwała się zachęcająco z witryny, po czym podczas mierzenia okazaliśmy się lekko niedopasowani. Gdyby jakaś wróżka zamieniła te buty w ludzi, okazałyby się dwiema bliźniaczkami w kieckach z indyjskiego sklepu, obwieszonymi dużą ilością mosiężnej biżuterii. Rozstałyśmy się z uprzejmym „być może następnym razem”. Jedna z par butów chyba zapałała do mnie natychmiastową odrazą, gdyż próbowała mnie zabić, albo przynajmniej złamać mi nogę w kostce. Błyskawicznie wysnułam z tego wniosek, że odpadają wszystkie modele z paseczkiem okalającym piętę – tył musi być zabudowany i stabilny, inaczej skończę z nogą w gipsie lub wybitymi zębami. Po paru latach chodzenia w glanach nie miałam już odpowiednich odruchów.

Za to wspomniane wołanie „weź mnie, jestem twój!” jakby dla ilustracji snutej tu teorii, dopadło mnie w sklepie Forever 18. Jak wiadomo, każda dojrzała kobieta ma lat 18 plus vat, więc obie z Lomiel weszłyśmy tam bez większego oporu. Tym bardziej bez oporu, że od razu przy wejściu oko me sokole dostrzegło wyprzedaż fioletowych bluzeczek. Z bluzeczką w ręku poszłam do przymierzalni i po drodze złapało mnie za rękaw przeraźliwie różowe COŚ z nadrukowanym mhrocznie czarnym kotkiem. Złapało i zaczęło piszczeć, że jesteśmy sobie absolutnie i bezwzględnie przeznaczeni do grobowej deski. COŚ okazało się piżamką – do przeraźliwie różowej góry dołączony był dół, damskie bokserki, białe w czarne koteczki. „Kotek, ale ty jesteś na mnie za mały” – próbowałam perswadować. „Kiedy wcale że nie - odparł kotek – ja jestem L, ty schudłaś osiem kilo, a ja jestem rozciągliwy”. „Ale kiedy ja w te majtki na pewno nie wejdę” – odrzekłam, sprawdzając kotu cenę. „Ale kiedy przecież za sześć tygodni będzie cię mniej o kolejne osiem kilo” – odparł kotek rezolutnie i powędrował ze mną do przymierzalni, mrucząc jak traktorek. A potem, po wykonaniu niezbędnych operacji przy kasie, do mojego plecaka, nadal bardzo z siebie zadowolony. (W domu okazało się, że w dół też wchodzę, co mnie wprawiło w nastrój szampański). A ideał butów nadal majaczył mgliście na horyzoncie.

Nie wiem w sumie ile tego dnia odwiedziłam sklepów obuwniczych i butików, ale będzie tego z parędziesiąt. Ilość spalonych w marszu kalorii szła w miliony (takie miałam wrażenie). Po Galerii Bałtyckiej diabli mnie zanieśli z powrotem do centrum i do Madisona, gdzie znów było od cholery i trochę różnych sklepów ciuchowo-butowych. I wreszcie tam, na I piętrze, półgębkiem zagadnęło do mnie coś po włosku. I jak to Włosi, styl miało deczko rzymski, czyli dużo pasków na górze oraz sznurówkę. Na dole obcasik, dość wysoki, choć nie za wysoki. Włoskie bliźniaki udawały lekko nieprzystępnych: kolor ich określiłabym jako brudnoliliowy, cena też plasowała się w okolicach niemalże trzycyfrowych. No cóż, przymierzyć zawsze można. I wówczas but pokazał klasę, niczym kochanek niepiękny ale za to utalentowany. Objął całą mą arystokratycznie wąską stopę uściskiem stanowczym i mocnym i rzekł: „Obiecuję ci całe godziny spacerów bez pęcherzy na palcach oraz wykręcania nóg w kostkach. Dbaj o mnie, a ja się odwdzięczę”. No i wzięłam za słowo to włoskie dziwadełko. Zobaczymy jak nam się ułoży.

Rozumiecie teraz, dlaczego to mężczyźni, a nie kobiety prowadzą wojny? Kobiety po prostu nie mają na to czasu. Facet wchodzi do sklepu z butami, dokonuje wyboru między czarnymi a brązowymi, modelem zimowym a letnim, i jeszcze ewentualnie między parą adidasów a parą lakierków jeśli jego poziom inteligencji pozwala na skojarzenie trzewików z garniturem. I wychodzi po pięciu minutach z pudełkiem pod pachą.

Kobieta przy wyborze obuwia musi brać pod uwagę kilkanaście czynników, w tym również kolor i rodzaje posiadanych kiecek, żeby pantofle się z nimi jako tako komponowały. Rzadko którą panią stać na kolekcjonowanie dziesiątków par butów – po jednej do każdej kreacji. A kiedy jeszcze trzeba pamiętać, że po drodze z salonu obuwniczego należy koniecznie kupić serek wiejski odtłuszczony, to wojna w Afganistanie schodzi na dziesiąte miejsce w rankingu.

*

Aktualna waga: 78 kg

Tagi: buty
11:42, toroj , Duperele
Link Komentarze (7) »
piątek, 16 kwietnia 2010
Żałoba w lodówce

Żałoba w lodówce

Miałam ominąć temat żałoby narodowej milczeniem i szerokim łukiem, ale tak jak Polarny – nie wytrzymałam. Tak, to straszne i bardzo smutne, że zginęło tylu ludzi, osierocając rodziny; że w polskim rządzie zapanował chaos (czytaj: pierdolnik większy niż zwykle) ale JA JUŻ NIE MOGĘ! Nie wytrzymuję ciągłego nastroju depresji i smędzenia, rzygam czarnymi kokardkami na każdej stronie internetowej łącznie z googlami, mam dość omawiania obrączki prezydentowej, pochówku na Wawelu, a nade wszystko dość mam zbiorowej histerii i krokodylich łez tych, którzy nazywali Kaczyńskiego frajerem i kurduplem, jego żonę czarownicą, a teraz deklarują swoją miłość i przywiązanie do tragicznie zmarłych. Gardzę i pluję na tych hipokrytów, co nie mają teraz odwagi powiedzieć, że K. nie był dobrym prezydentem, bo „o zmarłych dobrze albo wcale”. Jakoś za jego rządów moja sytuacja życiowa się nie poprawiła – wręcz przeciwnie, pracuję więcej i mam mniej, więc nie będę po nim płakać. Moja orientacja polityczna nie zmieni się z powodu katastrofy lotniczej i tego, że prezydentowa była zapewne miłą kobietą, niech jej alabaster lekkim będzie. To nie był „mój” prezydent, to nie moi bliscy spoczną w zamkowej krypcie i na Powązkach i Bór wie gdzie jeszcze, więc nie zmuszajcie mnie do żałoby, nazywając ją wielkim słowem NARODOWA! Nie mam zamiaru manifestować tego, czego nie czuję.

Już wczoraj pomyślałam, że ta cholerna ogólnopolska abnormalność nie sięgnęła chyba jeszcze tylko mojej lodówki. A dzisiaj poszłam po zakupy do osiedlowej Biedronki i cóż oczy moje widzą na drzwiach wejściowych?

„Szanowni klienci, w związku z uroczystościami żałobnymi zmienione zostały godziny pracy sklepów w sobotę (17.04) i niedzielę (18.04). Sobota 17 kwietnia sklepy czynne w godzinach 7.00 - 11.00. Niedziela 18 kwietnia sklepy nieczynne”.

Czyli już nawet lodówka... I w tym momencie poczułam, że ta struna, napinana po trochu przez całe siedem dni właśnie osiągnęła tzw. punkt krytyczny, po czym pękła z dużym trzaskiem, miotając się i masakrując wszystko dokoła. Aktualnie mam sporo pracy i gdybym odpuściła sobie dzisiejsze zakupy, odkładając je na jutro, prawdopodobnie głodowalibyśmy ze Smokiem przez dwa dni, a w każdym razie miałabym spore problemy aprowizacyjne (dieta). W tej samej sytuacji może znaleźć się każda osoba w okolicy, pracująca w piątki do późna – a na sobotnie zakupy rzadko kiedy wyrusza się przed 11.00, chcąc pospać dłużej, obejrzeć coś w tv i ogólnie odprężyć się, ufając, że co jak co, lecz w sobotę przecież sklepy spożywcze będą otwarte.

Okej, niedziela jest całkiem zrozumiała, wiadomo: pogrzeb, i nawet taki egoistyczny, ateistyczny potwór jak ja nie będzie protestować przeciwko zamknięciu supermarketów w niedzielę, ale sobota?! JA CHCĘ KOŃCA TEJ CHOLERNEJ ŻAŁOBY!!! JA CHCĘ ŻEBY ZNÓW BYŁO NORMALNIE!!!

I zapowiadam, że w ramach osobistego prywatnego protestu, w niedzielę pół dnia mam zamiar pisać, a drugie pół będę oglądać seriale, ciurkiem. I włożę różowy T-shirt!

wtorek, 06 kwietnia 2010
Wielka improwizacja czyli kurczak (prawie) po arabsku

Najlepiej wychodzą mi improwizacje, czyli metoda: weź co masz w lodówce i szafkach, wymieszaj, poddaj obróbce termicznej i zobacz co powstało. Rzadko kiedy zawodzi mnie instynkt odziedziczony po przodkiniach.

*

Kurczak a’la shoarma (dieta Dukana, faza II, dzień „biały”)

 

1 duża pierś kurczaka

1 duży pojemnik chudego jogurtu naturalnego

½ kostki smakowej Winiary (wołowa)

sól, pieprz czarny, przyprawa do kurczaka shoarma

ząbek czosnku

garstka rzeżuchy

 

Kurczaka pokroić na małe kawałki, wrzucić na patelnię, zalać szklanką rosołku winiary, gotować bez przykrycia, aż mięso dojdzie, a bulion wyparuje. W tym czasie wymieszać pół pojemnika jogurtu z 1 czubatą łyżeczką shoarmy i szczyptą soli. Zalać jogurtem mięso i parę minut poddusić na niewielkim ogniu, mieszając. Jogurt powinien odparować i ładnie połączyć się z kurczakiem.

Sos czosnkowy: ½ dużego pojemnika jogurtu wymieszać ze szczyptą soli, szczyptą czarnego pieprzu, zmiażdżonym czosnkiem i posiekaną rzeżuchą.

Mięso podawać polane sosem czosnkowym. W dni „zielone” można dodać gotowane jarzyny.

niedziela, 04 kwietnia 2010
Jak to z sernikiem było

Mamy Wielkanoc. Mój blog ostatnio zrobił się bardzo dietetyczny, ale należy mnie zrozumieć - pozostaję w strefie dietetycznej 24/7 i dużą część czasu pochłania mi myślenie o tym, co zjadłam, co zjem, czego nie wolno mi zjeść pod żadnym pozorem, jak to jedzenie pogodzić z ofertą pobliskich spożywczaków i jak nie porzygać się na widok kurczęcego cycka (znowu kura!). Samo żarcie na święta stanowiło wyzwanie, bo nie dość, że w samą Wielkanoc wypada dzień „biały”, a w Lany Poniedziałek „zielony”, to jeszcze należałoby przygotować coś ekstra, żeby tę świąteczność choć trochę odczuć. Pierś indycza duszona w ziołach, jajka faszerowane z tuńczykiem, z makrelą oraz z makrelą i rzeżuchą, wędliny drobiowe, wędzony łosoś. Szwagierka dorwała w Marks & Spencer bezcukrowe napoje (limonkowa lemoniada i imbirowy), do tego cola light. W lodówce czekają na swoją kolej odtłuszczone parówki, ale po tym indyku nie wepchniemy ich dziś w siebie na pewno. Oczywiście musiałam też coś wymyśleć w zakresie łakoci. Z zaprawy malinowej dla diabetyków (Lidl) wyszły doskonałe ubijane galaretki. Robi się to najprościej na świecie: po niezbędnych manipulacjach z wodą, sokiem i żelatyną, zastygłą galaretkę ubija się mikserem na puszystą masę, rozkłada do miseczek i odstawia do ponownego zastygnięcia. Serek homogenizowany light po dosłodzeniu słodzikiem w proszku i dodaniu substancji zapachowych (olejek do ciasta) wylądował w zamrażalniku i udaje lody. Ale zdecydowanie  najdziwniejszym przedsięwzięciem okazał się dietetyczny sernik. Przepis wygrzebałam z sieci.

70 deko serka President (4% tłuszczu, czyli dozwolony)

2 jajka

2 białka

aromat waniliowy do ciast

6,5 łyżeczki słodzika

Serek President występował w wiadereczkach 0,5 kg, więc stwierdziłam, że po prostu zrobię mniej. Użyłam 2 jajek i 1 białka, oraz 6 łyżeczek słodzika w płynie. Jajka dodaje się osobno, cały czas miksując masę sernikową. Dodałam parę kropel aromatu, wymieszałam, odłożyłam trochę masy i dodałam do niej płaską łyżeczkę kakao. Następnie wyłożyłam papierem do pieczenia malutką keksówkę, wlałam to, co miało się stać sernikiem (dodając na wierzch ciemną warstwę) i pełna wątpliwości włożyłam blaszkę do piekarnika nagrzanego do 170 st.

„Piec godzinę”. Sernik urósł. Wyciągnęłam. Natychmiast zaczął opadać. Sprawdziłam patyczkiem, czy nie jest w środku płynny – nie wyglądało na to, więc wyciągnęłam ciasto na półmisek. I wtedy okazało się, że sernik cieknie. Robił się coraz bardziej płaski, a wody przybywało. Zlewałam ją parokrotnie, dziwiąc się nietypowemu zachowaniu deseru. Przechował się doskonale w lodówce, dzisiejsza konsumpcja wykazała, że prawie w niczym nie różni się od całkiem zwykłego sernika z mielonego twarogu. Tylko na mój gust wyszedł za słodki. Smok twierdzi natomiast, że pod tym względem jest ok. No to już wiadomo, kto zje więcej.

czwartek, 01 kwietnia 2010
Kurczak tandoori (zmodyfikowany do diety Dukana, dzień „zielony”)

Kurczak tandoori (zmodyfikowany do diety Dukana, dzień „zielony”)

 

½ kg piersi z kurczaka

1 duży jogurt naturalny light

2 papryki

1 por (biała część)

½ selera (korzeń)

½ cukini

½ łyżeczki soli

1 płaska łyżeczka przyprawy tandoori

1 płaska łyżeczka imbiru

2-3 ząbki czosnku

1 łyżka sosu sojowego

trochę pieprzu czarnego mielonego (lub pieprzu cytrynowego)

 

Kurczaka pokroić na małe kawałki. W misce wymieszać jogurt z przyprawami (prócz pieprzu i sosu sojowego) i zgniecionym czosnkiem, włożyć do zaprawy jogurtowej mięso i odstawić na co najmniej godzinę. Warzywa pokroić na niewielkie kawałki. Kurczaka przełożyć do płytkiego rondla (lub głębokiej patelni), dusić pod przykryciem około 10 minut. Dołożyć warzywa, przemieszać, dusić kolejne 10-15 minut, aż będą miękkie. Opcjonalnie dodać sos sojowy i trochę pieprzu.

Danie spełnia warunki diety Dukana na dni warzywne fazy II. Porcja starcza dla 3 osób.

*

Wiosna może nie w całej pełni, ale robi co może. Na razie jest w tej zawstydzającej fazie, kiedy prezentuje wymamłaną sepiową zimową trawę i stosy śmieci jak okiem sięgnąć. Kto to wszystko rzuca? Nie ja, to wiem na pewno. Kto więc? Sąsiadka? Sąsiad? Te bogobojne babcie, troskliwe mamusie z wózkami, czy może świecący dzieciom przykładem tatusiowie rodzin? O psich kupach nie wspomnę, bo to osobny temat, długi jak Amazonka. Wszędzie walają się butelki po napojach (i to nie tylko alkoholowych, co by wskazywało na niemoralnych pijaczków, ale generalnie cały asortyment spożywczaka), opakowania po jogurtach, papiery, części lodówek, połamane cusie, części garderoby, torby foliowe, stare buty... I patrząc na to wszystko, pomyślałam o takim Singapurze, gdzie za śmiecenie na ulicy grozi chłosta. Bardzo, naprawdę bym chciała, żeby jakiś Singapurczyk przejął u nas władzę i wprowadził to jakże atrakcyjne prawo. Bo jeżeli „dorosły” człowiek wie w teorii, że śmiecić jest źle i brzydko, a zachowuje się jak ostatni gówniarz i do tego czuje się całkowicie bezkarny, to należy go traktować właśnie jak gówniarza. Jak niesforne dziecko, któremu powtórzysz to samo razy pięć, ale za szóstym to już przylejesz, bo widać słowem nie da rady. Jakże w naszym kraju byłoby pięknie i czysto...! Ech, marzenia...