CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
sobota, 25 kwietnia 2009
Wiosenna zupa szczawiowa na 3 osoby
 

Wiosna bez zupy szczawiowej jest jakaś taka niedorobiona. Nie ukrywam, specjalna szczawiówka wymaga odrobiny wysiłku i celebry, ale za to jak już ma się ją na talerzu, wiosnę odczuwa się w dwójnasób. W celu celebrowania wiosny kulinarnie, należy udać się na najbliższy teren zielony w celu nazbierania młodego szczawiu. Teren zielony nie powinien być osiedlowym trawnikiem obtentegowanym przez psy, raczej jakąś łączką albo nawet trochę zaniedbanym parkiem. Szczaw łatwo odróżnić od innych chwastów, gdyż rośnie w kępkach, a każdy listek ma kształt strzałki. Do spożycia nadają się tylko młode, niełykowate liście. Jak kto nie wie jak wygląda szczaw, odsyłam do google. (Można co prawda dostać szczaw w słoikach, ale to naprawdę nie to samo.) Szczawiu powinno być tyle, by napełnić średniej wielkości miskę sałatkową.

Następnie przygotowujemy:

3-4 jajka ugotowane na twardo

2 kostki rosołowe

opcjonalnie kawałek mięsa z kury albo jakąś wędlinę

2 ząbki czosnku

6 niezbyt dużych ziemniaków

Pieprz

śmietanę

łyżkę masła

klasyczne warzywka w rodzaju kawałka marchewki, selera (niewiele)

liść laurowy, angielskie ziele

*

Myjemy dokładnie szczaw w zimnej wodzie, wybierając zabłąkane ciała obce w rodzaju trawek, patyczków i biedronek. Otrząsamy z wody, kroimy nożem na desce, dość niedbale.

Na 1 osobę należy liczyć mniej więcej 2 szklanki wody. Wodę zagotowujemy z kostkami rosołowymi i ewentualnym mięskiem oraz przyprawami, by powstał wywar. W tym czasie obieramy ziemniaki, płuczemy je i kroimy w kostkę. Dorzucamy wraz z obranymi i pokrojonymi drobno warzywami do wywaru mięsnego i gotujemy na niewielkim ogniu do miękkości. W tym czasie zajmujemy się dalszą obróbką szczawiu. Na patelni rozpuszczamy łyżkę masła, wrzucamy na to szczaw i mieszamy ostrożnie, żeby się nie przypaliło. Powinien zmniejszyć objętość, ściemnieć i zrobić się miękki. Kiedy ziemniaki dojdą, wrzucamy szczaw do zupy i jeszcze chwilę podgrzewamy. Dorzucamy zmiażdżony lub drobno pokrojony czosnek. Dodajemy solidną szczyptę pieprzu. Próbujemy zupę, jeśli jest mało słona – dosolić. W żadnym wypadku nie wolno gotować szczawiu razem z ziemniakami. Odstawiamy zupę z palnika. Po odczekaniu około 10 minut zaprawiamy ostrożnie zupę śmietaną – „hartując” w osobnym kubku, by się nie zwarzyła. Obieramy jajka, kroimy je na mniejsze lub większe kawałki (jak kto lubi), wrzucamy do zupy. Zamieszać, podawać na stół. Wuala.

środa, 15 kwietnia 2009
Rastafariańska bajka o lewej ręce Snape'a - rozdz. 2 i 3
Rozdział drugi: Jammin' (I hope you like jammin' too)

Minęły dwa miesiące, a u profesora Snape’a minęło czterech asystentów. Jeden wytrzymywał tydzień lub dwa, innym wystarczyło kilka dni… Dumbledore nie sądził, by Severus specjalnie doprowadzał te dzieciaki (dyrektor uważał za „dzieci” wszystkie osoby młodsze od siebie, a miał już na karku szesnasty krzyżyk) do stanu rozstroju, zastoju, przestoju… i innych tym podobnych reakcji na tle nerwowym. Jego Mistrz Eliksirów był skomplikowanym człowiekiem, a fakt, że Snape musiał realizować dzieło życia cudzymi rękami, nie czynił go bynajmniej bardziej tolerancyjnym dla niezdarności tych rąk.
Niestety, niewielu biegłych w warzeniu eliksirów czarodziejów mogło równać się ze Snapem, i raczej żaden z nich nie zgodziłby się objąć stanowiska pomocnika przy interesujących Dumbledore’a eksperymentach. Dyrektor zjadł wiele cytrynowych dropsów, rozmyślając o tym problemie, aż wreszcie znalazł rozwiązanie. Rozwiązanie, które z pewnością nie przypadnie Snape’owi do gustu.
*
Tak też się stało. Ledwo Severus zerknął na pierwszą stronę nowego dossier, zaraz plasnął nim o stół.
- Dyrektorze – zaczął tonem, który każdemu (prócz Dumbledore’a naturalnie) wydałby się złowróżbny. – Być może zapomniał pan o tym, lecz kiedy omawialiśmy ten projekt…
- Pamięć mnie jeszcze nie zawodzi, Severusie. – Dyrektor łagodnie przerwał młodszemu koledze, ale coś w jego minie przypomniało Snape’owi, że nie znajduje się na krótkiej liście osób, którym wolno podnosić głos na Dumbledore’a. Mistrz Eliksirów zamknął usta i spuścił wzrok.
– Niemniej jednak, dyrektorze... Wysunąłem zaledwie dwa warunki, dotyczące kandydatów na asystentów…
– Tak, tak… – Dumbledore westchnął, po czym rzucił siedzącemu naprzeciwko czarodziejowi spojrzenie, które każdemu (prócz Snape’a, naturalnie) wydawałoby się pełne skruchy. - I naprawdę bardzo mi przykro, że muszę cię prosić, byś musiał okroić swoje i tak już skromne wymagania… Ale to już połowa listopada, semestr w pełni.
- Rozumiem – odparł profesor eliksirów z rezygnacją, nie odrywając wzroku od swoich dłoni, leżących bezwładnie na blacie po obu stronach filiżanki z herbatą.
– Jestem pewien, że w ciągu najbliższych dwóch, trzech tygodni zdołamy znaleźć asystenta, który spełni wszystkie twoje wymagania. A na razie… Czemu nie miałbyś zapoznać się z... jej dossier?
Usłyszawszy obojętne „Tak, dyrektorze”, Dumbledore skinął głową i obserwując, jak Snape niechętnie przewraca kartki w teczce, kontynuował:
- Myślę, że sam mogę ci powiedzieć to i owo. Nazywa się Vitacha Melout, ma dwadzieścia trzy lata. Skończyła szkołę, a potem studiowała warzelnictwo w Kingston na Jamajce. Doskonałe oceny. Przygotowuje się do obrony dysertacji, choć nie tak prędko, jak życzyłby sobie jej promotor. Trochę brak jej ambicji, ale to dla nas nawet lepiej. Rzetelna... Hmm… Resztę przeczytasz sam. Ta młoda dama ma wiele zalet. A wady… Upodobanie do tytoniu i do… no, tego, co tam jeszcze palą na Jamajce… Sam wiesz najlepiej, jak sobie z tym poradzić, prawda?
- Tak, dyrektorze. – Snape podniósł w końcu głowę, obdarzając Dumbledore’a swoim firmowym, doskonale pustym spojrzeniem. – Coś jeszcze? Kokaina? Heroina? Jakieś ataki…?
- Jeszcze jedno, Severusie – stary czarodziej westchnął ciężko. – Wyświadcz przysługę całemu Hogwartowi i… zjedz coś słodkiego.


Rozdział trzeci: Buffalo Soldier (Stolen from Africa, brought to America)

Profesor Snape otworzył drzwi swojego gabinetu, zatrzymał się w progu i rozejrzał z obrzydzeniem, szukając oznak bytności niejakiej Vitachy Melout. Dostrzegł ową młodą damę w fotelu obok swego biurka. Na widok gospodarza dziewczyna wstała, posyłając Snape’owi niepewne spojrzenie i lekki uśmiech.
Gdyby nie oczy – niebieskozielone – Vitachę można by wziąć za rdzenną mieszkankę Jamajki; jej skórę pokrywała ciemna, czekoladowa wręcz opalenizna. Nowa asystentka ubrana była w szatę barwy piołunu, identycznego kroju jak okrycie Mistrza Eliksirów. Poza tym miała na sobie szaro-zielony wełniany sweter, wełniane spodnie i szare zamszowe mokasyny na grubej podeszwie. W sumie można byłoby uznać, że panna Melout wygląda całkiem przyzwoicie, jak przystoi skromnej pomocnicy profesora w tak szacownej szkole, jaką był Hogwart. Można by, gdyby nie jeden szczegół - nakrycie głowy, przyciągające uwagę nie mniej, niż słynny kapelusz starej pani Longbottom - ogromny, pomarańczowo-czerwono-zielony beret, wydziergany szydełkiem. Rzecz niezbyt stosowna w Północnej Szkocji, w Hogwarcie tym bardziej, a już w lochach Snape’a - w szczególności!
Gospodarz uznał za stosowne skrzywieniem ust dać wyraz swej dezaprobacie i odezwał się sucho:
– Panna Melout, jak sądzę?
– Profesor Snape? – Głos gościa okazał się niespodziewanie niski, lekko ochrypły.
Mistrz Eliksirów, nieznacznie skinąwszy głową na powitanie, skierował się do szafy, w której trzymał rzadko wykorzystywane eliksiry. Schował się w niej prawie do połowy. Upłynęło dobre pół minuty, nim Vitacha znów usłyszała jego głos.
– W ciągu następnych trzech tygodni będzie pani pracować pod moim nadzorem. Przez pierwsze pięć dni proszę przyjmować ten eliksir. – Snape zamknął szafę i gwałtownie postawił na biurku buteleczkę z ciemnobrązowego szkła, aż stuknęła o blat. - Przywróci to pani stępiony węch i przy okazji uwolni od nałogu palenia tytoniu i… tego, co tam jeszcze pani pali.
– Tak, sir. – Dziewczyna kiwnęła głową, a Snape, pociągając wrażliwym nosem, cofnął się o dwa kroki: odzież tej pannicy woniała jej niezdrowymi przyzwyczajeniami.
– Jeśli się dowiem, że pani pali, wyleci pani skąd z takim impetem, że starczy go do samej Jamajki. Stanie się tak samo, jeżeli popełni pani więcej błędów, niż to sugeruje pani dossier. Czy wszystko jasne?
– Tak, sir.
– I jeszcze jedno, zanim zaczniemy. – Profesor otworzył drzwi, prowadzące z gabinetu do laboratorium. – To nie polecenie, a dobra rada. Jeśli pani nie będzie mi zawracać głowy rozmowami przed, w trakcie i po pracy, to możliwe, że nie wyrzucę pani przed terminem, wyznaczonym przez dyrektora. A teraz proszę sobie przypomnieć wszystko, co pani wie o eliksirze przeciwko przeziębieniu.
*
Aż do kolacji Vitacha Melout nie dała swojemu nowemu szefowi powodu do wyrzucenia jej z zamku. Zapasy apteczne madame Pomfrey były na wyczerpaniu, uczniowie marzli i chorowali całymi stadami, Snape spieszył się więc, by skończyć pierwszą partię leku. Dla oszczędności czasu zjedli wraz z panną Melout obiad w laboratorium – kanapki i sok dyniowy. Przed kolacją eliksir był gotowy. Severus bezlitośnie wypróbował go na swojej asystentce. Dziecię tropików, nieprzyzwyczajone do chłodu i wilgoci w lochach, prezentowało wszystkie objawy przeziębienia, łącznie z gromkim kichaniem.
Panna Melout przetrwała eksperyment, ku pewnemu niezadowoleniu Mistrza Eliksirów, a po upływie kwadransa, żywa i świeża jak stokrotka, siedziała po prawicy profesora za nauczycielskim stołem, wpatrzona z podziwem w zaczarowany sufit Wielkiej Sali. Wstrząśnięta społeczność Hogwartu natomiast podziwiała beret panny Melout.
Zdania studentów były podzielone. Jedni uważali, że pod tym niedorzecznym nakryciem głowy nowej członkini grona pedagogicznego kryje się fryzura w jeszcze gorszym stanie, niż ta należąca do Snape’a; inni sprzeciwiali się, twierdząc, że gorsze włosy w ogóle nie mają prawa istnieć. Samemu Snape’owi, oczywiście, czyjekolwiek domysły w tej sprawie były doskonale obojętne, ale Tajemnica Beretu nie pozwalała spokojnie trawić jego sąsiadom. Ten ich pociąg do wiedzy sprawił, że Mistrz Eliksirów został drugim z kolei człowiekiem w Hogwarcie, który zobaczył, co panna Melout ma pod beretem, aczkolwiek wcale mu na tym nie zależało.
Po kolacji Snape’a zatrzymała na chwilę Poppy Pomfrey, pragnąca zapytać, jak przebiega praca nad eliksirem. Zaspokoiwszy ciekawość pielęgniarki, Severus udał się do siebie, do lochów. W długim korytarzu, wiodącym ku schodom, zwolnił kroku, usłyszał bowiem damskie głosy, a rozmowa dotyczyła właśnie jego.
– O, moja dhroga, tak tobie wspóczuji – szczebiotała Fleur Delacour, wykładająca OPCM. – Mój przijaciel, Francois de Mobian płakau wszistkie wieczori te dziesińć dni, kiedi asistowau phrofessor Snape… Barzo tobi do twarzi w ten behret! Można popaczić bliżi?
Vitacha (z całą pewnością to ona musiała być rozmówczynią Fleur) coś odpowiedziała. Snape wyjrzał zza węgła w samą porę, by zobaczyć, jak ściąga z głowy beret i podaje go Francuzce. I w tejże chwili na jej ramiona wysypało się… coś, jakby grube warkocze, cała masa. Panna Melout natychmiast upodobniła się do Gorgony. Snape aż wzdrygnął się na ten widok, a mademoiselle Delacour zapiszczała w niebotycznym zachwycie:
– О, dredi! Jaki cudni! Można…?
Zanim jednak dotknęła fascynującego kłębowiska na głowie Vitachy, nadciągnął Severus. Na ślicznej twarzy Fleur pojawił się grymas rozczarowania, gdyż panna Melout, zauważywszy szefa, szybko naciągnęła beret.
– Czekam na panią w laboratorium o wpół do ósmej. Nie radzę się spóźnić. Dobranoc paniom – rzucił Mistrz Eliksirów i oddalił się, powiewając połami płaszcza ze szczególną odrazą.
*
Do końca tygodnia, a potem i kolejny, profesor Snape i jego asystentka pracowali mniej więcej w rytmie zgodnym z rytmem przeziębionego Hogwartu. W laboratorium panna Melout prezentowała rzetelność, zadowalającą znajomość warzycielstwa, pacyfizm prawdziwej rastafarianki i, co najważniejsze, trzymała buzię na kłódkę. Poza pracownią profesor jej praktycznie nie widywał.
Kiedy minęły uzgodnione z dyrektorem trzy tygodnie, Snape wybrał się do niego znowu, lecz po drodze zaczepiła go McGonagall.
– Severusie, Albusa nie ma w szkole. Prosił, żeby ci przekazać, że… że znalezienie dla ciebie nowego asystenta może zająć jeszcze trochę czasu.
– Czy mogłabyś bardziej precyzyjnie określić termin, Minerwo? – Głos czarodzieja był złowieszczo neutralny. McGonagall umknęła wzrokiem.
– Być może jeszcze parę tygodni. Albus wiedziałby lepiej. Przepraszam, zaraz zaczynam zajęcia.
Po drodze do lochów profesor był tak nieswój, że nawet nie skorzystał z okazji, by skrzyczeć uczniów. Minerwa nie umiała dobrze kłamać, a Severus doskonale potrafił czytać język ciała. W tym przypadku rozbiegane oczy starszej czarownicy mówiły jasno: na nowego asystenta Snape będzie musiał jeszcze poczekać – długo i raczej daremnie.

c.d.n.
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Rastafariańska bajka o lewej ręce Snape’a

Mam już dość prowadzenia bloga. Nie mam ochoty pisać o swoich prywatnych sprawach, zresztą co to kogo...? Duchowego ekshibicjonizmu w necie jest i beze mnie dość z nawiązką. Ale z drugiej strony trochę żal likwidować. Postanowiłam więc zająć się czymś całkiem innym. Niniejszym zaczynam, patrz niżej, gościu.

*******************************************************

Rastafariańska bajka o lewej ręce Snape’a – albo Could you be loved?

Autor: Noodles
Tłumaczyła z rosyjskiego: Toroj
Beta: Lomiel
Źródło: http://yacht.zamok.net/DV/Potter/Fanfic/cannabis.html
Zgoda: brak kontaktu

Od tłumaczki:
Opowiadanie to powstało przed wydaniem tomu V. Siłą rzeczy sytuacje w nim przedstawione należy traktować jako historię całkowicie alternatywną. Tytuły rozdziałów są jednocześnie tytułami piosenek Boba Marleya.


Rozdział pierwszy: Iron, Lion, Zion (I'm on the run)


Historia ta zaczęła się w owym roku, kiedy to Mrok został osierocony przez swojego Pana. Voldemort ostatecznie poszedł tam, gdzie go długo i wytrwale posyłało magiczne społeczeństwo. Fakt ten wywołał tak wielkie poruszenie, że w świecie mugolskim zaczęły się żywiołowe demonstracje z żądaniami, by przywołać do porządku panoszących się kosmitów.
Szczególnie wspaniała uroczystość z okazji wybawienia świata spod Voldemortowej okupacji odbyła się, rzecz jasna, w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Uczestniczył w niej także Chłopiec-Który-Dostał-Merlina-Pierwszej-Klasy za Sami-Wiecie-Co (nieco roztargniony, bo ordery orderami, a owutemy zdawać trzeba). Tego wieczora padali sobie w objęcia i całowali się z radości wszyscy – chyba nawet zalane formaliną uchogryzy w składziku Severusa Snape’a. Sam Mistrz Eliksirów natomiast był smętny i zły.
Nie bez przyczyny. Kiedy Voldemort udławił się swoją ostatnią Avadą i zszedł był ze świata, Mroczny Znak, przez długie lata wiodący własne tajemnicze życie na lewym przedramieniu Mistrza Eliksirów, znikł. Jednak na pożegnanie czarne piętno, symbol Severusowej hańby, zrobiło nerwom paskudny dowcip. Ręka zdradziła swojego gospodarza – straciła zwinność, stała się chłodna i jakby cudza. W okaleczonych palcach zostało tylko tyle siły, by Snape mógł zadbać o podstawową toaletę i posługiwać się sztućcami. Wcielanie w życie delikatnej sztuki „warzenia chwały” lub robienia nalewki ze sławy itede, itepe (zob. tradycyjne przemówienie Severusa do pierwszaków) jedną ręką okazało się niemożliwe.
To jakby odciąć Pegazowi skrzydła! A nawet gorzej… Znacznie gorzej! Czym był Mistrz bez swoich Eliksirów? Mistrzem czego…?
Ma się rozumieć, Albus Dumbledore zrobił wszystko, co w jego mocy, aby pomóc bohaterowi, który przez długie, wojenne lata sprawnie pełnił obowiązki prawej (pardon) ręki dyrektora Hogwartu. W stan pogotowia postawiono magomedyków nie tylko Anglii, ale całej Europy, Ameryki Północnej i Południowej… Wszystko na próżno. Tysiącletnie doświadczenie magicznej medycyny okazało się niewystarczające, by pomóc Severusowi Snapeowi, ani też innym pozostałym przy życiu Śmierciożercom, którzy mieli dokładnie te same problemy zdrowotne. Nawiasem mówiąc, niewielu z nich słabość ręki jakoś szczególnie niepokoiła – ludzie w Azkabanie mają co innego na głowie.
Tak więc Severus Snape został sam ze swoim nieszczęściem. I z każdą godziną, jaką musiał je znosić, jeszcze bardziej psuł się już i tak cierpki charakter profesora.
Jeszcze nigdy tak powszednia, można by pomyśleć, sprawa, jak egzaminy końcowe, nie obrodziła taką ilością studenckich dramatów. Niektórych szczególnie nerwowych uczniów trzeba było przed sprawdzianem z eliksirów umieścić w szpitalu, żeby zapobiec próbom samobójczym. Obyło się jednak bez ofiar w ludziach (jak mówiono po kątach, dzięki interwencji Dumbledore’a), po czym Snape napisał podanie o zwolnienie z powodu niemożności pełnienia obowiązków służbowych i poszedł z nim do dyrektora.
Myśli, niczym nietoperze krążące w głowie Severusa, kiedy wspinał się ze swoich lochów do gabinetu Dumbledore’a, były tak mroczne, że pewna wyjątkowo wyłupiastooka siódmoklasistka klęła się potem przed swoimi koleżankami, iż ujrzała nad zaniedbaną fryzurą profesora coś jakby „śmiertelną aurę”. Te same osóbki szeptały między sobą, że Snape „zrobi coś strasznego”, jeśli dyrektor nie przyjmie jego rezygnacji.
Wizyta jednakże znów przeszła bez ofiar śmiertelnych i tylko paru lokatorów portretów w gabinecie doznało niejakiego wstrząsu. Dyrektor z podejrzaną (według Snape’a) łatwością zgodził się złożyć podpis na dokumencie. Przy tym w wyblakłych ze starości oczach czarodzieja mignęło specyficzne spojrzenie - z serii „wiem-co-będziesz-robić-tego-lata”. Nie padło jednak ani jedno słowo, poza zwykłymi w takich sytuacjach ubolewaniami. Ni życzeń, ni zapewnień, Severus Snape pożegnał się więc sztywno ze swoim patronem i poszedł do siebie, by się spakować.
Czekała go jeszcze wieczorna uczta pożegnalna… i wreszcie eks-profesor mógł wyjechać. Snape aportował się tuż za wrotami Hogwartu, odwrócony plecami do starego zamku. Nikt zresztą nie spodziewał się po nim sentymentów.
*
Jak Snape spędził wakacje, nie wiedział dokładnie nawet Dumbledore, choć dokładał sporych starań, by mieć przed oczami w miarę jasny obraz jego podróży. Byłego Mistrza Eliksirów widziano w Aberdeen, to znów w Avignon i w Acapulco… W miejscach o nazwach zaczynających się na inne litery alfabetu był zresztą również. Nikt z korespondentów Dumbledore’a nie odważył się jednak podejść do Snape’a i wdać się w pogawędkę. Bezrobotny, niewątpliwie odpoczywający profesor mógł służyć za ilustrację „Śmierciożerca przygotowujący się do rzucenia Zaklęcia Niewybaczalnego”.
Czas mijał, a im bardziej zbliżał się początek nowego semestru, tym bardziej chaotyczna stawała się trasa turystyczna Snape’a. Antwerpia, Alhambra, Atlanta… Z początkiem sierpnia eks-profesor wrócił w końcu do domu. Dumbledore uznał to za sygnał, że czas działać.
Stary czarodziej rozumiał lepiej niż ktokolwiek, jak bardzo Severusowi jest ciężko, boleśnie, posępnie i w ogóle… Oczywiście nie zamierzał demonstracyjnie pomstować na niesprawiedliwy los byłego kolegi, do którego żywił uczucia w sumie ojcowskie. Pozorną bezczynność dyrektora można wyjaśnić całkiem prosto: zamierzał dać Snape’owi czas, by ten, kolokwialnie mówiąc, „spuścił parę z kotła”. I by zrozumiał, że nigdzie na całym świecie Mistrz Eliksirów nie znajdzie miejsca, gdzie zdołałby się ukryć przed swoim „mistrzostwem”. A jego korzenie są w Hogwarcie.
Nie można było jednak oczekiwać, że „Snape marnotrawny” sam przyjdzie i poprosi o pracę – marzenie ściętej głowy. Dumbledore ani przez chwilę nie rozpatrywał takiej możliwości takiej możliwości. Trzeba było wziąć pod uwagę obolałą profesorską dumę, toteż dyrektor wysłał sowy do Minerwy McGonagall, Filiusa Flitwicka, Rolandy Hooch i Pomony Sprout.
Delegacja hogwarckiego ciała pedagogicznego wtargnęła do posiadłości Snape’a bez zaproszenia, niemniej była oczekiwana: przybycia czarodziejów niecierpliwie wyglądały zestresowane domowe skrzaty, z którymi dyrektor utrzymywał regularny kontakt za pośrednictwem Zgredka.
- Widywałam już zdechłe ryby, wyglądające lepiej niż ty, Severusie – oznajmiła McGonagall sucho. – Musimy porozmawiać. Wpuścisz nas?
Snape w milczeniu usunął się z drogi, pozwalając gościom wejść. Był ogolony i miał na sobie świeżą koszulę, ale bladość twarzy i pięknie harmonizujące z nią sińce pod oczami świadczyły, że ostatnie tygodnie bezrobotnemu nauczycielowi upływały raczej marnie.
W prawej ręce, ukrytej w czarnej rękawicy, Snape trzymał ciężką klingę. Wrażliwa profesor Sprout wzdrygnęła się na jej widok, a były warzyciel skrzywił się, odwrócił plecami do przybyłych i zamaszystym krokiem pomaszerował w głąb starego domu.
Pokój, do którego Snape wprowadził gości, okazał się salą do fechtunku, co tłumaczyło obecność miecza. Wygląd rycerskich zbroi, zaczarowanych tak, by walczyły z gospodarzem, potwierdzał domysły Dumbledore’a co do stanu psychicznego Severusa. Nieszczęsne blaszaki były tak porąbane, że przypominały kłęby drutu kolczastego. McGonagall błyskawicznie oceniła szczerby na bojowych golemach i wzniosła oczy ku niebu. Zapowiadała się niełatwa rozmowa…
W trakcie misji nawet Rolanda Hooch, która zwykle uważała, że ma specjalne prawo, by brać Snape’a na cel uszczypliwych żarcików, siedziała cicho i tylko patrzyła na niego błagalnie. Czy pomogło to, czy może ważkie argumenty McGonagall, poparte trochę bezładnymi i czasem pokropionymi łzami wystąpieniami Sprout i Flitwicka, nie wiadomo. W każdym razie Severus obiecał porozmawiać z dyrektorem.
Przybył do Hogwartu następnego dnia. A Hogwart skrzyżował palce. Świeża umowa o przyjaźni i zatrudnieniu została podpisana na warunkach strony przyjmującej. Severus Snape zgodził się wrócić do szkoły oraz kontynuować wykłady oraz badania – czym zajmował się w chwilach wolnych od nauczania i dozorowania szlabanów – pod warunkiem, że dostanie do pomocy asystenta. Płci męskiej i dostatecznie biegłego w eliksirach.
Następnie Snape oddalił się w rodzinne pielesze, by pojawić się w zamku (ku ogólnemu zdenerwowaniu kolegów i koleżanek) tuż przed rozpoczęciem zwyczajowej uczty, a już po zakończeniu Ceremonii Przydziału.
*
Drzwi Wielkiej Sali otworzyły się na oścież i na progu stanął profesor eliksirów. Czarna szata artystycznie powiewała wokół jego nóg, poddając się kaprysom przeciągu. Snape powiódł orlim spojrzeniem po sali (gdzieniegdzie dały się słyszeć żałosne okrzyki młodzieży) i zatrzymał wzrok na siedzących za stołem nauczycielskim. Zapadła grobowa cisza. Jasnowłosy młodzieniec, zajmujący miejsce obok krzesła, na którym zwykle siadywał Snape – najwyraźniej jego asystent, Hans Gruber z Durmstrangu – z brzękiem upuścił widelec na kamienną posadzkę. To przełamało czar.
- Severusie, mój chłopcze, wróciłeś! – zawołał radośnie Dumbledore, wstając żywo i rozkładając ręce, jakby chciał nimi objąć Mistrza Eliksirów na odległość. – Tak się bez ciebie nudziliśmy!
- Nie wątpię – wymamrotał Snape, a jego twarz wykrzywiła się w uśmieszku, znanym do bólu wszystkim mieszkańcom Hogwartu.

c.d.n.
sobota, 11 kwietnia 2009
WESOUYH ŚFIONT