CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
Manula Kalicka
Recenzyjki „Tata, one i ja” oraz „Szczęście za progiem”.
wtorek, 15 kwietnia 2008
„Zmierzch” Stephenie Meyer - bestseller mniemany
Miałam zrecenzować cykl „Zmierzch” Stephenie Meyer, ale nie zdołałam. Sądząc z opisu (nastolatka zakochana w wampirze), nie spodziewałam się rewelacji, raczej wagonowego czytadła. Takie książki też wszak mają rację bytu – jak nie umiesz spać w pociągu to poczytaj. Podobno bestseller, podobno film z tego robią, podobno milionowe nakłady... podobno.
sobota, 12 kwietnia 2008
SMOK

OK, to jest czysta prywata, ale blog też jest prywatny, więc co? Wystawiłam na sprzedaż smoka. Ładny, oswojony, nie gryzie. Unikalny. Do kupienia tu: http://www.allegro.pl/show_item.php?item=346234408 

piątek, 11 kwietnia 2008
ZUPA ŚMIECIOWA

Przy okazji archeologii kuchennej odkryłam, że posiadam niewielkie ilości rozmaitych produktów, z których osobno nic się nie da zrobić, natomiast razem mogą stworzyć coś interesującego. Kocham eksperymenty. A oto co wykopałam na stanowisku nr 3 (szafka kuchenna):
1.    garść fasoli Duży Jaś
2.    ćwierć szklanki czerwonej soczewicy
3.    trzy suszone grzybki

Na stanowisku nr 1 natomiast odkryłam:
1.    napoczęte opakowanie mrożonych brokułów
2.    mrożonego pora
3.    marchewkę
4.    zamrożoną na kość wędlinę
5.    pół kubka śmietany

W moim umyśle zaczął kiełkować PLAN.
Zaczęłam od zalania wodą fasoli i beztroskiego zostawienia na parę godzin. Potem ugotowałam ją i nadal beztrosko zostawiłam w garnku do następnego dnia. Nic jej się nie stało. Następnie obrałam i utarłam grubo jedną marchewkę, wrzuciłam do gara. Potem sru – w garnku wylądowała soczewica i grzybki, listek laurowy, 4 ziarnka angielskiego ziela, parę różyczek brokuła i garść pora. Plus woda ofkors. I gotowałam to sobie dopóki soczewica się nie rozgotowała a por nie zrobił miękki, jakoś około 20 minut. Dopiero wtedy dodałam kostkę rosołową drobiową i łyżkę masła, fasolę i z trudem pokrojoną wielkim nożem mumię lodową (prawdopodobnie była to szynka, około 10 deko). Czasem kupuję coś, co nazywa się „mieszanka bigosowa”, zamrażam i zużywam partiami do zup albo jako podkład do jajecznicy. (Albo zapominam o jej istnieniu na całe tygodnie.) Po kolejnych 10 minutach gotowania zupa była gotowa.
Nalać na talerz, dodać łyżkę śmietany i jeść. Nadal żyję, więc nie jest trująca.
Okiem żyri cz. 4
Dzisiejszy odcinek sponsorują literki: N – jak niespodzianki, Niecodziennik Sieradzki i nikt-nic-nie-wie oraz Ń - jak Ńiania
środa, 09 kwietnia 2008
Wysprzątaj kąty duszy
Porządki wiosenne. Świadomość gminna wiąże je z wielkanocą, tradycją, a mieszczuchy często twierdzą, że są bezsensem. Ja też tak twierdziłam. I co? I dupa blada. Ostatnie tygodnie upływały mi w ciągłym pośpiechu, permanentnym chaosie, zdenerwowaniu i dyskomforcie. M jak mole były chyba ukoronowaniem tego wszystkiego. Do tej pory nie doszłam do końca do ładu z zawartością tej nieszczęsnej szafy. Aż niedawno sięgnęłam po odłożoną do święty nigdy książkę Pawlikowskiej „W dżungli życia” i zaczęłam czytać w miejscu, gdzie od roku tkwiła zakładka. Czytałam aż doszłam do fragmentu, gdzie autorka zadaje ważkie pytanie: „Dlaczego siebie nie lubię?” Zastanowiłam się. Czy ja lubię siebie? Raczej tak. Może nie w stu procentach, ale w jakichś 80. Nie jest źle. I dalej: „Czego w sobie nie lubię?” i Beata odpowiada sama sobie, wśród kilku cech wymieniając „niezorganizowanie, brak systematyczności”. Poczułam się tak, jakbym dostała czymś w głowę. Rozejrzałam się wokół siebie. Mam niewielkie mieszkanie i stłoczony na tych metrach kwadratowych bałagan, który w czymś większym byłby zaledwie lekkim nieładem, tu urasta do rangi katastrofy. Bitwa pod Grunwaldem i Hiroshima w jednym. Mnóstwo rzeczy pozaczynanych i niedokończonych, pełno bardzo potrzebnych drobiazgów, których nie można wyrzucić, ale schować też nie ma gdzie. Kuchnia... właściwie dlaczego mam tyle rzeczy na wierzchu, a nie w szafkach? Mało miejsca, okej, ale przecież nie jest to jedyne wytłumaczenie. Miotam się w tym wszystkim, męczę i jestem coraz bardziej nieszczęśliwa. A jak pisze Beata P. nie pojawi się ani dobra wróżka, ani królewicz na białym koniu, żeby cokolwiek tu za mnie zrobić. Denerwuje mnie głównie jedna upiorna szafka – największa, więc od lat przeznaczona na garnki – ale do niej jednocześnie jest utrudniony dostęp. Powinna mieć szuflady a nie drzwiczki – dlatego też tak niechętnie do niej cokolwiek wkładam czy wyciągam ze środka. Przeróbka wiąże się z kosztami, a chwilowo kasy niet. I kolejna myśl: „Ale właściwie kto mi zabrania wypieprzyć tam wszystkie rzeczy, które używam raz na ruski rok, jak na przykład foremki do ciastek, pierożnicę itd. a w ich miejsce do tej mniejszej szafki włożyć te parę naczyń, które lubię, są poręczne i używam ich ciągle? Borze szumiący, jakie to proste. I nie trzeba wróżki. Rewolucję zaczęłam cokolwiek późno, więc przeciągnęła się na dzień dzisiejszy. Przy okazji stwierdziłam, że mam w domu dziką ilość makaronu, którą można wykarmić pułk wojska, baterię słoiczków z tajemniczą zawartością (lub bez) i właściwie zabiera to niepotrzebnie miejsce. Na Merlina, odkryłam nawet kilkuletnie opakowanie lazanii! A z okazji rozmyślań filozoficznych nad zawartością szuflady, przypomniałam sobie również fragment z „Diamentowego Ostrza”, redagowanego parę lat temu. Buddyści twierdzą, że mając nieporządek wokół siebie, masz go też w duszy. Dlatego jeśli nie używasz jakiejś rzeczy od lat, pozbądź się jej – widocznie jest ci niepotrzebna, a zabiera przestrzeń. Coś w tym jest niewątpliwie, choć raczej nie pozbędę się kastanietów, jelenich rogów ani drutów do robótek. Istotnie, przyznaję ze wstydem, główną moją wadą jest brak systematyczności. (A na dodatek mam po przodkach tendencję do chomikowania.) Zaczynam mnóstwo rzeczy jednocześnie, odrywam się od jednej i pędzę do następnej, bo termin, bo to czy tamto ważniejsze, w rezultacie nie kończę mnóstwa spraw i wciąż narzekam na brak czasu. Jestem wiecznie zmęczona, nieszczęśliwa i zdenerwowana. Na cholerę mi to? Wcale nie chodzi o czyste/brudne okna na Wielkanoc czy drożdżówkę w niedzielę. Moja szafka kuchenna jest zaledwie symbolem globalnego problemu bałaganu w duszy. Tak więc kończę tę notkę i udaję się do porządków wiosennych. Tych wewnętrznych też.
wtorek, 08 kwietnia 2008
Kurczę z bananami
Nie ukrywam, że zainspirował mnie Polarny, podając u siebie przepis na kotlety z jajek. (Wyszły i były jadalne). U mnie coś bardziej zaawansowanego - akurat żeby zrobić wrażenie na snobistycznej cioci.
niedziela, 06 kwietnia 2008
O koszmarach normalnych i nienormalnych

Śnił mi się koszmar. Miałam gdzieś lecieć samolotem. Teraz powiecie: „...i się rozbił”. Guzik. Kiedy już siedziałam w fotelu, nagle przesunięto lot na czas bliżej nieokreślony, wygarnięto wszystkich pasażerów i kazano czekać. Może temu samolotu śrubka wypadła, a może pilot musiał iść do kibla, nie wnikam. W każdym razie lotnisko ze snu było jakieś strasznie rozbudowane, wielopiętrowe, obrzydliwie nowoczesne i zatłoczone jak supermarket przed Gwiazdką. I wtedy zaczęły się michałki - już po paru minutach nie wiedziałam gdzie jestem, gdzie jest reszta towarzystwa, zaczął mi się rozpełzać bagaż (nie wiem czemu miałam go ze sobą a nie w luku bagażowym, ale to w końcu był sen). Windy jeździły nie tam gdzie trzeba, walczyłam z ginącymi torbami, paszportem, biletem; głośniki bełkotały w narzeczu francuskim i cokolwiek niezrozumiałym. W końcu stwierdziłam ostatecznie, że spóźniłam się na lot, muszę kupić drugi bilet, który kosztuje 3000 zł (nie pytajcie czemu akurat tyle), na co mnie nie stać, zgubiłam kapcie i popadłam w ostateczną histerię, znalazłszy się z niewiadomych powodów w grupie wycieczkowej zakwefionych Arabek. I wtedy się obudziłam, bardziej zmęczona niż w chwili kiedy się kładłam spać.

I teraz się pytam, czy ja nie mogę mieć jakichś normalnych koszmarów? Jakieś macki pod łóżkiem, zębate potwory, wampiry w ostateczności – nie wymagam chyba, kur...teczka zbyt wiele?! Przynajmniej byłoby cokolwiek interesująco. Wilkołak, mumia, trup w szafie... ale nie koszmar o zgubionym paszporcie! To jest po prostu anormalne, to jest zwykłe świństwo! I już.

 

sobota, 05 kwietnia 2008
FOTOS-PRAWO-ZDANIE
PYRKON 2008 Garstka fotosów autorstwa magdy2em, Kaśka, toroj i jednej osoby niezidentyfikowanej.
piątek, 04 kwietnia 2008
Właśnie leci alfabecik
M – jak Maleńczuk, Mikke Korwin Jan oraz miłosierdzie. Do pamiętnej daty 21.02 pan Maleńczuk majaczył na obrzeżach mej świadomości jako byt potencjalny i wcale mi z tym źle nie było.