CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
czwartek, 28 marca 2013
Pyrkon a sprawa pomelo

Pyrkon a sprawa pomelo

Zrodziła się tzw. nowa świecka tradycja, by co do liczby uczestników tego konwentu stosować przelicznik owocowy. To, że kolejka do akredytacji jest długa jak przerośnięty pyton i nawet zaczyna być swoistym „podkonwentem” stało się jasne już w latach wcześniejszych, przy lokalizacji na Dębcach. Jednak po przeprowadzce na teren Targów Poznańskich i zwiększeniu liczby punktów akredytacyjnych kolejkon wcale się nie skracał. Rok temu Lathea założyła się z Paszkiem, widząc te straszliwe tłumy, że liczba konwentowiczów przekroczy 6 tys. w co Paszko raczył wątpić. Po czym przegrał i musiał biegać po mieście, szukając dla Lathei pomelo.

W roku 2013, orgowie, nauczeni doświadczeniem, otworzyli bramę na teren targowo-konwentowy także z drugiej strony. I co? Ano powstały dwa kolejkony porównywalnej wielkości, czujnie obserwowane przez obsługę. „Pomelo jak w banku”. „Jedno?” „Więcej, jakieś półtora pomelo, część jeszcze dojedzie jutro”. „Myślę, że pęknie dwa pomelo”. W niedzielę koło południa akurat byłam w red roomie (biuro organizatorów), kiedy ktoś odebrał komórkę, słuchał kilka sekund, po czym oznajmił uroczyście: „Dwa pomelo!”. Konwent Pyrkon w 2013 odwiedziło 12 tysięcy ludzi.

Program prelekcyjno-konkursowo-larpowy był tak obfity, że nie zmieścił się w „ludzkich” godzinach i część punktów odbywała się w nocy, dla tych, którym adrenalina nie pozwalała na sen. Z kolei hala przeznaczona na noclegi, wyglądała jak połączenie terrarium i obozu dla uchodźców: wielkie szklane ściany i jak okiem sięgnąć na podłodze karimaty, śpiwory i plecaki. (Zasobniejsi i starsi mieli do dyspozycji hotele). Dwie wielkie aule mieściły wszystkich chętnych, chociaż spóźnialscy musieli stać albo siedzieć na podłodze, natomiast do mniejszych salek prelekcyjnych często nie sposób było wejść: ściana ludzi, gęsto niczym zapałki w pudełku. W ten sposób ja nie zdołałam się dostać na prelekcję o technice pisania scen erotycznych, a Serathe z kolei nie mogła wydostać się z tej o wilkołakach i została na tejże erotyce, choć niezbyt mocno się buntowała. Poza tym na całkiem rasowej estradzie odbywały się koncerty folkowego rocka i muzyki celtyckiej, na placu pod gołym niebem pokazy teatru ognia (choć prawdę mówiąc widywałam już lepsze) i pozorowane walki na miecze. W jednym z dwóch budynków „głównych” jedną wielką halę przeznaczono dla graczy – i tam królowały dioramy pól bitewnych, figurki żołnierzy, orków, statków kosmicznych itd., planszówki i karcianki; natomiast drugą, równie potężną - pod stoiska handlowe, gdzie można było podziwiać (a przede wszystkim kupić) niemalże wszystko: od skórzanych zbroi karacenowych, poprzez książki i gry, aż po steampunkową biżuterię. I dużo, dużo więcej. Na samym środku królowała wystawa wielkich, ogromnie pracochłonnych modeli statków z Gwiezdnych Wojen, natomiast na skraju rozłożyli się ze swoimi zabawkami wielbiciele klocków Lego.

Jednak tym, co się najbardziej rzucało w oczy, była mnogość cosplayowców – innymi słowy, ludzi poprzebieranych w czasem bardzo skomplikowane, piękne i zapewne drogie kostiumy. Po terenie Pyrkonu chodziły więc całe stada kosmicznych komandosów, elfów i elfek, rycerzy, zombi, X-menów, ocaleńców ze świata postapokalipsy, oraz kucyków. KUCYKÓW. Co rusz wyciągałam komórkę i robiłam zdjęcia, uchachana jak dziecko w lunaparku.  

To były męczące trzy dni, ale nie żałuję ani minuty spędzonej w Poznaniu. Było cudownie.

NIE-MÓJ MAŁY KUCYK

PIĘKNA GOBLINKA

TONY STARK W WERSJI LEGO

LOKI I KAPITAN AMERYKA W KOLEJCE PO FRYTKI

CIASTECZKA Z "GRY O TRON"

MIREK ŻAMBOCH JAKO HARRY POTTER

I MAJA KOSSAKOWSKA TAKOŻ

MISTRZ YODA NA TLE STATKU SZPITALNEGO

ELFIA ZBROJA (NIE PYTALIŚMY O CENĘ)

NIEKTÓRZY WOLELI BUDOWANIE Z KLOCKÓW

A NIEKTÓRZY ZABAWĘ LALKAMI

poniedziałek, 25 marca 2013
Put Sherlock in the box

Put Sherlock in the box

 Zanim napiszę o Pyrkonie i kwestii pomelo, muszę pochwalić się najnowszym dziełem. Filmowcy pracują nad 3 sezonem, a ja nad sherlockowymi gadżetami, których jest żałośliwie mało. Proszę państwa szanownego, oto Sherlock Box, egzemplarz próbny, ale zdecydowanie udany. Można w nim trzymać długopisy, ołówki, pisaki i wytrychy. Każda ścianka jest inna i na każdej jakiś element jest pokryty fluorescencyjna farbą, by złowieszczo świecił w mroku (Bluebell!!!). Do egzemplarza nr 1 wybrałam buziaczka na tapecie, sławetnego królika mutanta, słynne drzwi i niemniej słynny telefon Tej Kobiety. W środku 2 ścianki są czarne, a 2 tamponowane złotą farbą. Jeśli ktoś zamówi takie cudo, może naturalnie sobie zażyczyć na ściankach zewnętrznych czegokolwiek we własnym guście i w dowolnym fandomie, bo tą techniką da się zaspokoić praktycznie każdego (bez podtekstów) fana Shelocka i Johna, braci Winchesterów, Lokiego, Thora, Avengersów, zombi itd. itp. Wymiary 8 cm szerokości, 11 cm wysokości. Materiał: oczywiście szkło. 

A na allegro kilka nowych wzorów biżuterii doktorowej TU.

 

 

 

piątek, 22 marca 2013
O różnicy między mężczyzną a facetem

O różnicy między mężczyzną a facetem

Napatoczył mi się w otchłaniach piekielnych Internetu osobnik pci menskiej. Osobnik usiłował być miły i przyjazny, trochę się przechwalał, uczynił mi nawet zdalnie i poprzez pośredników dużą przysługę, ale ewidentnie nie nadawaliśmy na tych samych falach. Brakowało mu pewnej lotności i poczucia humoru, oraz bardzo-bardzo jaskrawo dystansu do własnej osoby. No trudno, rzecz wybaczalna, w końcu nie wszyscy muszą być tacy fantastyczni jak choćby Jeremiasz (zajęty i szczęśliwy w związku, co za szkoda). Przy tym z dużym uporem podkreślał, że nie znosi określenia „facet” bo on facetem nie jest. On jest, proszę szanownych państwa, mężczyzną. Z osobnikiem nie wiązałam żadnych nadziei, ale z dziwnym uporem powracał jak bumerang, choć jako żywo, nie miał nic szczególnie ciekawego do powiedzenia. I oto osobnik deklaruje, że będzie w moim mieście służbowo, po odbyciu obowiązków zawodowych oraz spotkaniu z kolegą chętnie by ze mną pospacerował po plaży. Romantyk. Z powątpiewaniem popatrzyłam na zaspy za oknem, ale w sumie spacer do niczego nie zobowiązuje, Kot Niekanapowy się trochę zastał przez zimę, więc czemu sobie nie pospacerować? Normalny facet… o, przepraszam, mężczyzna, jeśli chce sobie niezobowiązująco pogadać, to zaprasza nieznajomą kobietę na kawę, ostatecznie nawet na piwo do pubu, jeśli jest już bardzo luzacki. Osobnik zaś podał adres hotelu, w którym miał się zatrzymać, powiadamiając, że to bardzo blisko morza, jakieś 50 metrów. I że zadzwoni, jak już będzie na miejscu i będzie wiedział co i jak. Głęboko zwątpiłam, ale jeszcze spytałam, o której to godzinie przewiduje, że będzie miał czas. I tu następuje gwóźdź programu. Między 20:00 a północą, bo potem osobnik musi się wyspać! Nie ukrywam, że zaczęłam się szyderczo śmiać nad klawiaturą. Interpretacje mogły być dwie: albo osobnik był rzeczywiście tak durny i pozbawiony podstawowego obycia, że istotnie sobie wyobrażał, że dama radośnie będzie się z nim włóczyć nad Bałtykiem po ciemku, kiedy temperatura spada poniżej zera (a potem koło północy wracać samotnie do domu), albo w taki to zawoalowany sposób próbował sobie załatwić panienkę na wieczór (ale tylko do północy, bo musi się wyspać, pamiętajmy). Jako że do panienki jest mi równie daleko jak do Australii, został załatwiony odmownie i ma duże szczęście, że z natury jestem raczej kotem spokojnym. Mężczyzna z całą pewnością zachowałby się w tej sytuacji całkiem inaczej, więc mimo buńczucznych deklaracji, był to jednak facet. A może nawet facecik.

A tymczasem plecak już czeka w sieniach, więc hajda na dworzec. Ahoj Pyrkonie, nadchodzę!



poniedziałek, 11 marca 2013
Loteria orientacyjna – kontynuacja tematu

W temacie „heteryka wojującego” najbardziej denerwuje mnie nawet nie sama postawa anty, ale sposób lansowania się. Tak, dokładnie tego określenia chciałam użyć. Przykład: L. Wałęsa z samozadowoleniem rozlanym na tłustej gę… obliczu proponuje segregację nie tylko w sejmie ale i na ulicach, żeby mu geje dzieci i wnuków nie deprawowali. I jest taki strasznie zadowolony z siebie, taki święty, jakby to, że jest hetero, było jego osobistym sukcesem, osiągnięciem i niewątpliwą zasługą. I to dotyczy wszystkich bojowników o „jedynie słuszną orientację”. Tymczasem nie od dziś wiadomo i nie da się temu zaprzeczyć, że jest to po prostu zwykłą loteria. Ktoś wyciąga od losu karteczkę z literką H, ktoś z G lub L, a jeszcze ktoś inny z B. W udziale przypadł mi kwitek H – ani w tym moja zasługa, ani wina. Po prostu tak mi od życia przypadło. Bardzo łatwo „wojującym” przyjmować postawę anty, kiedy nie ich problem dotyczy. Nigdy ich nikt nie wyzwał od pedałów, nie próbował pobić, nie robił trudności w pracy. Ich dzieci są takie cudownie normalne. A co, jeśli nie? Jeśli po kilkunastu, dwudziestu paru latach cudownie normalne dziecko zbiesi się i w końcu wybuchnie, że poglądy tatusia/mamusi są absolutnie niezgodne z jego drogą życiową, a to jest proszę bardzo mój partner/moja partnerka tak kochamy się i jesteśmy razem niech to wszyscy diabli? Co wtedy? Przykre przebudzenie z ręką w nocniku.

Wtedy albo bojownik z pokorą przyjmie lekcję, albo wyklnie własne potomstwo i wyrzuci z domu, jakby było popsutym meblem, przedmiotem, który miał ukrytą wadę fabryczną i należy się go pozbyć. Niestety, obawiam się, że w większości przypadków zachodzi opcja druga. No i jakże tak: przez X lat się syna/córkę hołubiło i kochało, a teraz nagle nie? Czyżby miłość była czymś, co można wyłączyć za pomocą guziczka, jeśli jest niezgodna z poglądami?  

Nawołuję: więcej pokory, bo naprawdę nie wiecie, drodzy państwo, jakie siurpryzy wam los gotuje.



niedziela, 10 marca 2013
Dzień Mężczyzn

 

Od jakiegoś czasu chodzi za mną temat związków partnerskich i zamieszczenie takiej notki w Dniu Mężczyn byłoby nawet pasujące. Od razu oświadczam, że ustanowienie takich związków popieram. Jestem bardzo ZA, niezależnie od tego, czy w takim związku będą osoby tej samej płci czy różnych. Ale pozostańmy przy związkach jednopłciowych.

Kilka dni temu znalazłam na skrzynce listowej cały plik ulotek (konia by udławił) przeciwko związkom partnerskim, nawołujących do wysyłania osobistego protestu do Tuska. Nie będę cytować całości, ale „dewiacyjne formy zachowań”, „dyskryminacja polskich rodzin”, cytaty z poprzedniego papieża i do porzygania już nudne „małżeństwo to związek kobiety z mężczyzną” oczywiście się na tym świstku znalazły. Oczywiście całe to dobro natychmiast wylądowało w kuble na śmieci. Zastanawiam się, skąd tak potworna nienawiść, jaka leje się z tego rodzaju wypowiedzi. Czy akceptacja kobiety żyjącej z kobietą, a mężczyzny z mężczyzną kogoś skrzywdzi? Czy uchwalenie takiej ustawy „wiernym katolikom” coś zabierze? Czy to, że dwóch gejów mieszkających na drugim końcu mojego osiedla będzie ze sobą razem legalnie, w jakikolwiek sposób skrzywdzi moją sąsiadkę z parteru, puszczającą głośno msze przez radio? Posiadam rozwiniętą wyobraźnię, ale nijak nie widzę powiązania jednego z drugim. Na dobrą sprawę powinnam twardo tkwić w szeregach tych głośno protestujących – dorastałam w miejscu, gdzie słowo „pedał” poznawało się na podwórku znacznie wcześniej, niż „homoseksualny”. Inna sprawa, że o seksie się oficjalnie nie rozmawiało – nawet o tym „normalnym”, a co dopiero o niekanonicznym. Opowieść o tym, jak dziwacznymi kanałami ja i moje koleżanki zdobywałyśmy wiedzę z tej dziedziny, dzisiejsze nastolatki przyprawiłaby o spazmy ze śmiechu i pewnie by nie uwierzyły. Mam osobliwe podejrzenie, że cała ta dzisiejsza nagonka ma u podłoża zwyczajną niewiedzę i lenistwo umysłowe. Ktoś oznajmił: „Homosie są be!” i całe stado baranów idzie ślepo za przewodnikiem stada, nie zastanawiając się nad tym, co robi i dlaczego. Brak wiedzy, brak oswojenia z tematem. „Why can’t people just think?” chciałoby się powtórzyć za Sherlockiem.

Z erotycznymi „Klaudynami” zetknęłam się w wieku lat trzynastu – praktyki Klaudyny, Rezi, Łusi i Marcela uznałam za… dziwne. Przede wszystkim nie ogarniałam tematu technicznie, a Colette sceny erotyczne opisywała dość mgliście. Nieco później na fali odwilży na rynku książkowym pojawiły się „Pamiętniki Fanny Hill”, gdzie o żadnej mglistości nie było mowy, ale homoseksualni mężczyźni zostali przedstawieni w świetle negatywnym, jako paskudne zboczki, wsadzający fiuta w nieodpowiednie dziurki. To, że narratorka, płonąca świętym oburzeniem była prostytutką, nadaje sprawie wymiar mocno komiczny. W tamtym okresie (przypominam, byłam bardzo młoda) gejów za bardzo nie lubiłam, ale nigdy nie określałam seksu homoseksualnego jako obrzydliwy. No to jaki? Niesprawiedliwy. Ano młodociana Toroj, nabywszy wiedzy teoretycznej z lektur, stwierdziła, że kiedy uprawia seks facet z facetką, to oboje mają orgazm (a w każdym razie mieć powinni) i jest to w porządku. Natomiast kiedy sekszą się dwaj faceci to orgazm ma tylko ten „na górze”. Jeśli się wymieniają to jest to w porządku, ale jak nie, to ten na dole jest na pozycji osoby niewolniczo wykorzystywanej, prawie gwałconej i to jest naprawdę cholernie nie w porządku. Mocno to trąciło układem sado-maso, dokoła którego, nawiasem mówiąc, narosło jeszcze więcej mitów i bredni, niż dokoła seksu męsko-męskiego. O tym, że często jest odwrotnie i to ten „na dole” bywa nawet bardziej wygrany, dowiedziałam się dopiero w dobie internetu i to sprawiło, że zmieniłam zdanie. Ciekawe jaki procent społeczeństwa polskiego zetknął się z pojęciem „stymulacja prostaty”? Ile osób prostatę łączy tylko rakiem?

A wredna logika podsuwa dalsze pytania. Seks analny niektórym może się wydawać obrzydliwy. Okej, ale czy ktoś kogoś do niego zmusza? Nie. Jak ktoś nie lubi, to nie uprawia. Czy seks analny między mężczyzną a kobietą jest mniej obrzydliwy niż między mężczyzną a mężczyzną? Dlaczego miałby? Dupa jest dupa. Więc albo obrzydliwy po równo, albo wcale. Kiedy dziewczyna chłopaka stymuluje oralnie, większość stwierdzi, że jest to w pełni akceptowalne i normalne. A panowie nawet entuzjastycznie przyklasną. Kiedy mamy w tej samej sytuacji dwóch panów, rozlegnie się „fuuuuj”. Dlaczego? Nadal mamy tu jedną fujarkę plus jedne usta.

Kolejnym mitem jest utożsamianie geja z erotomanem, którzy rzuca się wszystkich facetów dokoła i ich gwałci albo co najmniej obmacuje. Prawdę powiedziawszy, większość panów w Polsce ma takie problemy z higieną osobistą oraz dobraniem ładnej odzieży, że szanujący się gej nie dotknąłby ich kijem przez szmatę. Są absolutnie bezpieczni. Przed kobietami również.

Zawracając do maltretowanych na wszystkie strony związków partnerskich, ortodoksi zapewne panikują na myśl, że w razie czego te wszystkie wyżej wymienione zboczone rzeczy geje i lesbijki będą robić legalnie. Bez obaw, będą razem żyć i uprawiać seks nawet wtedy, kiedy pan Wałęsa nie da im na to swego zezwolenia. Bo prawdę mówiąc, zezwolenia decydentów panowie mają tam, gdzie prostatę, a panie w miejscu analogicznym. Niestety, żyjemy w państwie wyznaniowym, w którym religię miesza się w sprawy, które powinny być wyłącznie kwestiami administracyjnymi. Ubezpieczenie, pochówkowe, zdolność kredytowa, dostęp do informacji medycznych – tylko tyle, i aż tyle, jak się okazuje. Tam, gdzie powinno się rozmawiać jedynie o papierach, wywleka się czyjeś życie intymne i polewa wszystko z wierzchu sosem fanatyzmu.

Kiedyś Polska była krajem słynącym z tolerancji, ale to było zdaje się za Sobieskiego.

PS. Pod ulotką podpisało się Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Piotra Skargi. Podkreślam: chrześcijańskiej.

PS.2 Mam kolegę, pozostającego w szczęśliwym, zalegalizowanym związku partnerskim. Nie umarł od tego, nie oślepł, nie poraził go karzący piorun. Nie otwarły się niebiosa i nie zstąpił anioł z mieczem ognistym. No ale to było za granicą, a tam anioły nie zajmują się takimi pierdołami.



sobota, 09 marca 2013
Wiosna, panie...

Wypadało by chyba w końcu coś napisać.

Na wybrzeżu w najlepsze hula przedwiośnie, z naciskiem na „wiośnie”. Jest słonecznie i zimnawo. W dwóch miejscach widziałam przebiśniegi, ale znajomi mi jakoś nie wierzą. Na Merlina, czemu miałabym zmyślać w sprawie kwiatków? Bidne, małe, dopiero się rozwijające, ale przecież były. A podobno ktoś gdzieś widział już krokusy.

Wygrałam też u Zwierza Popkulturalnego konkurs na wykorzystanie zombi w gospodarce ogólnonarodowej, i dostałam w nagrodę audiobooka pt. „Żywe trupy”. Audio zrobione w pełni profesjonalnie, na pół słuchowisko, bogactwo tła dźwiękowego, trochę ubogie opisy, ale cóż chcieć od czegoś, co zostało zrealizowane na podstawie komiksu? Swoją szosą, cały czas mimowolnie porównywałam treść z fabułą serialu i przeżywałam co chwilę zonki: Ej, no chwila, ten w „Walking Dead” przeżył! A tego nie było! Eee, w filmie było fajniejsze… Dobra, to może być. Prawdopodobnie nie należało wcześniej oglądać serialu, ale już za późno, pozamiatane.

Za półtora tygodnia wyjazd na Pyrkon do Poznania – oj, będzie się działo. „Nie będzie się kiedy wysikać” – stwierdziła Issay, patrząc w program, który, a jakże, trwa okrągłą dobę, serio. I tradycyjnie człowiek powinien zawczasu załatwić sobie kilka własnych klonów, żeby być jednocześnie na kilku prelekcjach dziejących się równolegle.

Moje punkty programu (czyli te, na których mam psi obowiązek być):

pia 18:00 - Autografy - Ewa Białołęcka – autografy (18:00-18:20)
Czas trwania:
1 godz. (bez 10 minut na przerwę przed kolejnym punktem)
Opis: Ewa Białołęcka będzie podpisywała książki oraz rozmawiała z czytelnikami.

pia 19:00 - Aula 2 - Research, czyli czy dałbyś sobie rękę uciąć, żeby móc to opisać? (panel)
Czas trwania:
1 godz. (bez 10 minut na przerwę przed kolejnym punktem)
Opis: Niektóre sceny, niektóre przeżycia opisywanych bohaterów wymagają od autora specjalnego przygotowania. Zapytamy gości, jak daleko ich zdaniem warto się posunąć dla uzyskania realizmu w powieści. Co warto sprawdzić przed opisaniem, a co lepiej pozostawić wyobraźni. Czy aby realistycznie opisać postać bezdomnego należy wyjść z domu na tydzień, na miesiąc, czy sprzedać dom i przegrać wszystkie pieniądze? Zapytamy też o kontakty – jak często nasi goście dzwonią po znajomych, aby poznać jakiś istotny dla nich szczegół. Czy mają swoich stałych współpracowników, którzy pomagają im w zbieraniu materiałów i informacji, czy wolą zajmować się tym sami – i dlaczego? Swoimi doświadczeniami podzielą się Ewa Białołęcka, Jakub Ćwiek, Jacek Komuda, Krzysztof Piskorski i Marcin Wełnicki.

pia 21:00 - Aula 2 - Nauka vs. magia, czyli fireballe czy lasery? (panel)
Czas trwania:
1 godz. (bez 10 minut na przerwę przed kolejnym punktem)
Opis: Arthur C. Clarke zauważył, że “Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nierozróżnialna od magii.” Fantastyka dysponuje jednym i drugim - magią dowolnego typu, a także nauką na różnych poziomie zaawansowania. Jak ten szeroki arsenał środków wpływa na wybór tematyki utworów i ich treść? Która droga jest łatwiejsza? Jak wymyśla się nieistniejące zaklęcia i jak opowiada o technologiach, których jeszcze nie wynaleziono? Czy da się być miłośnikiem zarówno fantasy, jak i SF? Czy da się tworzyć w obu konwencjach? Te i wiele innych pytań Ewie Białołęckiej, Annie Kańtoch, Jarosławowi Grzędowiczowi, Rafałowi Kosikowi i Krzysztofowi Piskorskiemu zada Klaudia Heintze.

sob 22:00 - Aula 2 - Jak to robią fanfictionistki, czyli slash w twórczości amatorskiej
Czas trwania:
2 godz. (bez 10 minut na przerwę przed kolejnym punktem)
Opis: Opowieść o tym, jak mała Kazia wyobraża sobie "pierwszy raz" między dwoma facetami, o tym, czym jest PWP i w jakich perwersyjnych rejonach błądzi wyobraźnia twórców bardziej doświadczonych. A także o męskiej wersji Mary Erotic Sue, konkurencji "50 twarzy Greya" i o najbardziej zdumiewających parach w fanfiction. Uwaga, śmieszno i straszno.

nd 11:00 - Aula 2 - Jak zrobić coś dobrego ze złej literatury? (panel)
Czas trwania:
1 godz. (bez 10 minut na przerwę przed kolejnym punktem)
Opis: Analizatornie to działające w internecie grupy w dowcipny sposób komentujące kiepską literaturę. Na panelu przedstawiciele czołowych polskich analizatorni opowiedzą, jak powinno się pisać fanfiki, a jak na pewno tego nie robić, jak stworzyć kanoniczną Mary Sue i jak wygląda przygotowywanie analiz od kuchni.
Goście: Ewa Białołęcka, Pigmejka (PLUS), Kalevatar (PLUS), Vivaldi (PLUS), Szprota (NAKWA) oraz Dżul (INL).

Poza tym siedzę i produkuję masowo Tardisy, które mają być do odbioru na konwencie. I całą masę innych witrażowych drobiazgów. Jak ja się z tym zabiorę w jednym plecaku? Masakra.

Zaś jutro opatrzność, znajomi i zdrowy rozsądek pcha mnie na Kolosy do Gdyni. Borze Szumiący, spraw, aby mi się chciało. Amen i tak dalej.