CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
niedziela, 20 marca 2011
Zdrowy egoizm

Egoizm (łac. ego - ja) - nadmierna albo wyłączna miłość do samego siebie. Egoista kieruje się przeważnie własnym dobrem i interesem, nie zwracając zbytniej uwagi na potrzeby i oczekiwania innych. Odnosi wszystko do siebie, patrzy na świat poprzez pryzmat "JA", nie uznaje wewnętrznie systemu wartości społecznie akceptowanych.

Powyższa definicja sugeruje, że egoizm jest czymś jednorodnym, stałym, niezmiennym i mało zróżnicowanym. Skąd więc wzięło się określenie „zdrowy egoizm”?

Przyznaję się bez żadnych tortur, że jestem egoistką. Staram się wykręcać od przykrych obowiązków, a zajmować rzeczami miłymi sercu, wygodnymi i smacznymi. Warczę na Smoka jak mi nie zostawia wystarczająco dużo kołdry, albo jak chrapie. Zdarzało mi się cichcem wyżreć ostatni batonik i się nie podzielić. Albo rozpatrywać znajomości w kategoriach korzyści i niedogodności. Albo skłamać, że czegoś nie mogę, podczas gdy mi się po prostu koszmarnie nie chciało.

Na szczęście jestem jedynaczką. Tu zapewne zrobicie takie oczy O_O , niby dlaczego „na szczęście”? Po prostu jedynak, wychowywany racjonalnie, nie ma praktycznie żadnej konkurencji, nie czuje się zagrożony i nie ma oporów, żeby się dzielić, a nawet odczuwa przyjemność, kiedy jest okazja zaprezentować się z lepszej strony. Natomiast nie ma chyba nic gorszego od dziecka najmłodszego z rodzeństwa, które zawsze z każdej okazji wyróżniano, bo najmłodsze, najbardziej przylepne, jeszcze takie głupiutkie... i tak dalej, aż przekroczy dwudziechę lecz nadal uważa za naturalne, że jest pierwsze w kolejce do wszystkiego, prócz odpowiedzialności. A co gorsza, sami rodzice nie mogą się pozbyć z podświadomości wizerunku małego aniołka, choć aniołek już nosi but nr 43 lub tipsy na pół metra.  

Inna opcja to najstarsze z rodzeństwa, wiecznie zagrożone, że musi się dzielić z gówniarzerią uwagą mamy i taty, słodyczami, zabawkami, ciągle ustępować, mieć na względzie to i tamto, i siamto. W takiej sytuacji, jeśli osobnik dodatkowo posiada pasujące preferencje psychiczno-genetyczne, wynikiem jest potwór, stuprocentowo zafiksowany na własnych potrzebach. Będzie zagarniał dla siebie co się tylko da, pójdzie do celu po trupach rodziny i przyjaciół, a jeśli otoczenie będzie się opierać takiemu traktowaniu, wybuchnie dzikim protestem, wywlecze dziesiątek argumentów na dowód swej krzywdy, „bo ty zawsze” oraz „bo ty nigdy”. Najgorsze, że święcie w to wierzy.

Oto najzabawniejszy przykład takiego egoizmu, jaki mi się trafił w ciągu tego roku i był, nawiasem mówiąc, inspiracją do tej notki.

Osoba X jest w pracy, aktualnie prowadzi negocjacje z klientem. Telefon, dzwoni osoba Y. X przeprasza i odbiera, po czym odbywa się mniej więcej taki dialog.

Y: Słuchaj, przyjedź do mnie i wyprowadź psa.

X: Po pierwsze, jestem w pracy i nie mogę. Po drugie, skąd wezmę klucze?

Y: Nie musisz mieć kluczy, ja jestem w domu.

X: Nie rozumiem... Jesteś chora?

Y: Nie jestem chora. Mam tyle roboty i jestem taka zajęta, że nie mam czasu wyjść z psem.

X (osłupiały): ... Jestem W PRACY!

Y: To nie możesz się na chwilę urwać?

X (z naciskiem): NIE. Mam klienta, muszę kończyć.

Y: Bo ty to nigdy nie chcesz mi pomóc...

Kurtyna.

 

Przy okazji pisania tej notki, pogrzebałam w wikipedii i znalazłam całkiem interesujące rzeczy, jak np. egoizm etyczny. Etyczny egoizm nie uznaje za konieczne ignorowanie potrzeb innych, ani nie wymaga, by jednostka nie brała pod uwagę dobra innych. Pozwala na oba, tak długo jak wybór ten skutecznie zaspokaja jej interes.

Egoizm racjonalny - twierdzi, iż ludzkie dobro nie wymaga ludzkich poświęceń i tego dobra nie da się osiągnąć na drodze szkodzenia komukolwiek; nie ma tutaj również miejsca na konflikty interesów między ludźmi, którzy nigdy nie pragną niezasłużonego, którzy dają i biorą w myśl zasady wolnej, nie przymuszonej wymiany, tylko to, co im się należy, którzy traktują wszystkich jak niezależnych partnerów, chcą, jak kupcy by wymiana przyniosła korzyści obu stronom. Ewentualnie libertarianizm - postulujący nieograniczoną swobodę dysponowania własną osobą i własnością, o ile tylko postępowanie to nie ogranicza swobody dysponowania swoją osobą i własnością komuś innemu (wedle zasady: twoja wolność kończy się tam gdzie zaczyna moja).

Jak dla mnie wszystko to brzmi jak definicja normalnego, niewypaczonego ślizgoństwa, reprezentowanego u Rowling przez profesora Slughorna.

A znów pani Sowerby w „Tajemniczym ogrodzie mówi: „Jakem była w szkole, to mnie na geografii uczyli, że ziemia ma kształt pomarańczy, a zanim skończyłam dziesięć lat, doszłam do przekonania, że ta cała pomarańcza do nikogo nie należy. Nikt nie ma na własność więcej nad ten kawałek, na którym żyje. I niech żadne z was nie waży się myśleć, że cała pomarańcza do niego należy, bo tak nie jest, a przekonacie się o tym wtenczas, kiedy was kto mocno
potrąci. Dziecko trzeba uczyć, że nie ma sensu chcieć zagrabiać całą pomarańczę ze skórką i ze wszystkim. Jakby tak które chciało zrobić, toby i pestek nie dostało, a choćby je i dostało, to zbyt one gorzkie, by je można jeść”.

Tak więc nie zabieramy cudzej cząstki pomarańczy, ale zauważmy też, że mądra ta kobieta ani słowem się nie zająknęła, że należy oddawać swój kawałek. I na tym polega zdrowy egoizm.

piątek, 18 marca 2011
Nic się nie dzieje

OK, nie pisałam od 2 tygodni, dobra, ale w sumie nie miałam o czym. Bo kogo w zasadzie interesuje, że miałam zapalenie ucha, drugie w tym roku i niech to szlag trafi, jak obrzydliwy, rzygliwy dostałam na to antybiotyk? I kogo to myzia, że kolejka do laryngologa jest dłuższa niż słynny falowiec na Przymorzu (długość 860 m) i że zarejestrowano mnie akurat na 1 kwietnia? Zasadniczo to zdążę do tej pory zapomnieć, że miałam zapalenie czegokolwiek. Nie sądzę też, że kogoś zainteresuje, że zwiedzaliśmy ze Smokiem jaskinię w Mechowie, bo jaskinia ta była mała, dość parszywie niska i zwiedzania było tak na pięć minut. W kucki. Tyle, że mogę teraz się chwalić, że widziałam kolumny naciekowe na własne oczy. Poza tym kuracja polegająca na smarowaniu głowy olejem rycynowym poskutkowała i mam bujniejsze owłosienie, co potwierdziła dziś fryzjerka, przywracająca mojego jeżyka do stanu sterczącej dziarsko pionizacji. A na koniec odwiedziłam nowootwartego na osiedlu weterynarza, prezentując mu Rudiego. Poza przeglądem gwarancyjnym kota, chodziło też o zdiagnozowanie nawracających uparcie ropni na pyszczku. Okazało się, że mam kota w doskonałym stanie, z sercem jak dzwon, idealną podręcznikową temperaturą, zębami, uszami, oczami, pazurami i resztą dodatków na 4+ albo i na 5. Aż pan doktor spytał, czy aby na pewno ten kot ma 12 lat, bo wygląda na młodszego. No cóż, dostałam to ryże bydlę, ważące prawie 6 kg, jako kocię wielkości kostki masła, więc raczej odpada pomyłka. Naprędce zwołane dwuosobowe konsylium uradziło, że Rudi ma koci trądzik i zaczniemy go faszerować sterydami. Kot się przy okazji skompromitował, włażąc doktorowi do szafki z lekami. I to by było na tyle. Jak widać, nic szczególnego się nie dzieje.

wtorek, 01 marca 2011
Zmiany oblicza świata

Zmiany oblicza świata

Moja babcia za 3 dni kończy 96 lat. Urodziła się 5 marca 1915 roku. 96 lat – kiedy się na to patrzy, widzi się tylko dwie cyfry, symetryczne cyfry, można też pomyśleć „piękny wiek” i zająć się swoimi sprawami. Inaczej jest, kiedy się spojrzy na to „1915”. 1915 oznacza I wojnę światową, która wtedy jeszcze nie była „pierwszą wojną” a po prostu Wielką Wojną lub zwyczajnie wojną. W Rosji nadal włada car, rewolucja ma nadejść dopiero za 2 lata. Istnieje już telegraf ale pierwsze radioodbiorniki wejdą do użytku dopiero wtedy, kiedy mała Jadzia skończy 5 latek. Radio kryształkowe jest pieśnią przyszłości. Mama Jadziuni nosi długą suknię i gorset, i nie wychodzi z domu bez kapelusza. Tatuś ma wielkie sumiaste wąsy – taka moda. Siostry noszą pończochy i buciki na guziczki. Dzieci bawią się piłkami z gałganków, jeżdżą na łyżwach z drewnianych kloców podbitych drutem. Samochody nadal nazywa się automobilami i nie są zjawiskiem powszechnym w okolicach Bydgoszczy, która zresztą (o ile się nie mylę) wciąż jeszcze nosi nazwę Brombergu i należy do Prus. W domu państwa P. nie ma pralki, gdyż pierwszą pralkę elektryczną skonstruowano kilka lat temu i nadal jest artykułem luksusowym, niedostępnym dla zwykłych śmiertelników.

Telewizor dopiero ma się pojawić – za 13 lat odbędzie się pierwsza transmisja telewizyjna z Londynu do Nowego Jorku. 1939 rok – Jadzia jest już dużą Jadwigą, ma męża i dwie córki: Irenkę i Marysię, a na świat spada nieszczęście nowej wojny. Kiedy w 1961 Jurij Gagarin zdobywa tytuł pierwszego człowieka w kosmosie, na świecie już rozrabia moja ciocia Krystyna, natomiast nigdy nie poznam ciotki Ireny, która już na zawsze pozostanie małą Irenką z paru wyblakłych fotografii – dwuletnią dziewczynką z kokardką na jasnych włoskach. A świat przyspiesza coraz bardziej. Pierwsza wnuczka Jadwigi (czyli ja) ma już 2 lata, kiedy Amerykanie zdobywają księżyc i wykurzają z niego pana Twardowskiego. W Polsce rodzina Jadwigi spokojnie i fatalistycznie boryka się z kryzysem i stanem wojennym, kiedy w USA konstruuje się pierwsze komputery osobiste – mieszczące się w walizce, a nie w góralskiej chałupie z chlewem. Dla nowego pokolenia niczym dziwnym nie jest kolorowa telewizja, pralka co „sama” pierze, rozmaite pudełka, które grają, gadają i pokazują obrazki. Przeskok od trzewiczków na guziczki do adidasów, od fotografii na szklanej płytce do cyfrówki, od patefonu do odtwarzacza mp3, od telefonu na korbkę do komórki – wszystko za życia jednej kobiety.

Jak będzie wyglądał świat, kiedy ja będę mieć lat osiemdziesiąt? Czy w ogóle będę w stanie go ogarnąć? Czy to niemowlę, które teraz widzę w wózku za oknem, pójdzie na III wojnę światową, czy może będzie kolonizować Marsa? Ogrom możliwości oszałamia i jednocześnie trochę przeraża.