CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
środa, 31 marca 2010
Pulpety z szynki wieprzowej (wg Dukana)

Pulpety z szynki wieprzowej (wg Dukana)

 

50 deko mielonej szynki (doskonale nadaje się biedronkowa)

1 mała cebulka

2 łyżki stołowe otrąb

1 jajko

sól czosnkowa, pieprz cytrynowy, imbir, oregano

przyprawa do zup

mleko (kilka łyżek)

1 płaska łyżka mąki kukurydzianej

 

Cebulę pokroić w kosteczkę, wrzucić do miski, gdzie jest już mięso, jajko i otręby. Dodać sól czosnkową, pieprz cytrynowy, imbir, oregano. Ja to robię na oko, ale należy pamiętać, że „na dukanie” bardzo wyostrza się smak i to co kiedyś było mdłe, teraz jest w sam raz, a to co było dobre, jest obecnie za słone i za ostre. Starannie wymieszać masę mięsną, formować pulpeciki wielkości moreli i układać na dnie rondla. Nalać na dno wody, tak by było zakryte na głębokość 1 cm, przykryć rondel, dusić mięso 10-15 minut na średnim ogniu. W trakcie przemieszać pulpety, żeby obgotowały się równo. Następnie wyjmujemy mięso, dolewamy do pozostałej wody trochę mleka i dodajemy łyżkę mąki kukurydzianej oraz troszkę przyprawy do zup lub sosu sojowego. Mieszać sos, póki nie zawrze, odstawić rondel z ognia, wrzucić z powrotem pulpety. Danie gotowe. W dni „białe” można jest z plackami otrębowymi, w dni „zielone” z dodatkiem warzyw. Porcja starcza na posiłek dla dwóch osób i jeszcze coś zostaje.

Tagi: dukan
16:24, toroj
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 marca 2010
Nie ogarniam tej kuwety

Poznański Pyrkon mogę określić krótko: „Nie ogarniam tej kuwety”. Impreza zrobiła się gigantyczna. To już nie skromny konwencik, ale konwencisko. Pierwsze, co oglądają zaszokowane oczęta przybysza, to kolejka do akredytacji takiej długości, jakby rozdawano tam nie identyfikatory, a diamenty wielkości kurzego jaja. Podobne widywałam za komuny, kiedy ludzie stali po pralki albo lodówki. Program rozpełznął się na dwie pobliskie szkoły, a niejedna osoba znalazła się w sytuacji „osiołkowi w żłoby dano”. Inna sprawa, że jak „osiołek” nawet wybrał „żłób” to niekoniecznie mógł się dostać na wybrany punkt programu. W znakomitej większości przypadków należało czatować pod drzwiami już na 10 minut przed rozpoczęciem, inaczej spóźnialski mógł utknąć nosem w żywym murze z pleców i nie było mowy nie tylko o wygodnym wysłuchaniu prelekcji, ale nawet o wejściu do sali. Moje dwie prelekcje zgromadziły może nie aż taki tłum, by zablokował drzwi, ale wiele osób siedziało na podłodze i miałam wrażenie obcowania z morzem atramentu - 90 procent uczestników konwentów ubiera się na czarno, to aksjomat. Za szczególnie udaną uważam burzę mózgów pt. „Autor versus bohater” i jestem głęboko wdzięczna uczestnikom za maga sikającego magicznie na zielono przez szatę. Kto był, ten wie o co chodzi. Nie udało mi się wejść na prelekcję o stanikach (wspomniany już żywy mur), z pokazu walk zrezygnowałam, kiedy po raz kolejny ktoś mi wlazł na plecy. Za rok wezmę Raida i będę truć jak karaluchy! A mówi się, że młodzież teraz nie ma żadnych zainteresowań, tylko w Internecie siedzi!

Dietowanie na wyjeździe było odrobinę kłopotliwe. Musiałam wziąć ze sobą wałówkę, gdyż z góry wiedziałam, że nic w okolicznych barach, pubach czy restauracjach nie będzie się nadawało dla mnie do jedzenia. Pizza, frytki, zapiekanki – typowe żarcie konwentowicza było poza moim zasięgiem. Okazało się to nie tak straszne, choć boleśnie odczułam ograniczenie piwa. Przesiedzenie wieczoru o jednym Żywcu i coli light to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Za to niedogodności wynagradzało towarzystwo. Mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że kolega Przybyłek jest przepysznym kompanem, zwłaszcza jeśli domaga się rozmów o dewiacjach.

*

Do Lidla było mi zawsze nie po drodze, ale w końcu się wybrałam tam częściowo na zwiad, a częściowo po żarcie dla kotów, które zasmakowały w lidlowskich saszetkach. Market okazał się istną kopalnią żywności light. W ekstazie nakupiłam rozmaitych „zerówek” oraz odtłuszczone parówki, które w uniesieniu pożarliśmy ze Smokiem zaraz po przyniesieniu do domu. Nie miałam pojęcia, że starczy pozbawić się czegoś na niecałe 7 tygodni, żeby potem nawet takie całkiem zwykłe paróweczki stały się ucztą. Lubię tę dietę, jest nie tylko skuteczna, ale i pełna niespodzianek. Aktualna waga: 79,9 (!)

piątek, 12 marca 2010

Dieta Dukana rozprzestrzenia się jak zaraza. Starczyło wspomnieć, że się odchudzam i mam zadowalające wyniki, a już moja ciocia (którą zresztą uwielbiam), napaliła się jak łysy na grzebień: generalnie ona diety nie potrzebuje, ale wuj utył i nie mieści się w spodnie i dobrze, jakby schudł jakieś 5 kilo. Wuj ma posturę bardziej wróbla, niż niedźwiedzia, ale jak chce...? Na wszelki wypadek zaleciłam zrobienie testu. Ludzkie słowo nie opisze, co przeżyłam, prowadząc ciocię przez meandry francuskiego testu za pomocą telefonu marki Sony Ericsson. Rezultat (przekład swobodny): „Messir, gratulacje, pańska waga jest ekscellent w normie, a idealna wynosi 70 kilogramów. Silwuple.” Wuj waży 68 kilo...

Zamiast diety zaleciłam mu kupno nowych spodni.

*

Obecnie zakupy spożywcze wymagają ode mnie więcej czasu i skupienia. Ostatecznie muszę studiować te wszystkie metki, nalepki i zawartości czegoś w czymś. Pomyłki naturalnie się zdarzają, jak choćby wpadka z surimi. Niemniej po dwóch tygodniach zaczynam się pewniej poruszać na gruncie żywnościowym.

Co kupować przy „dukaniu” w Biedronce: twaróg chudy, makrelę wędzoną, wodę mineralną Polaris (niskosodowa), tuńczyka w zalewie, polędwicę sopocką i wędlinę drobiową, chude mleko 0%, jajka, dorsza mrożonego i w ogóle wszystkie morskie ryby (omijając naturalnie paluszki i burgery rybne panierowane).

Gdzie indziej: łososia sałatkowego w woreczkach (tańszy, a smakuje tak samo dobrze), kefir 0% (jest w Auchan), jogurt naturalny Activia (bez cukru), otręby owsiane lub mieszane, serek wiejski odtłuszczony, kostki bulionowe Winiar – warzywne, z mniejszą zawartością soli i tłuszczu, słodzik, chude mięsa wołowe i drobiowe w kawałkach albo mielone na życzenie klienta.

Czego nie kupować w żadnym wypadku, chociaż niby Dukan pozwala: paczkowane mięso mielone kurze i indycze (ewidentnie dodają tłuszczu), paczkowanego tatara (dodany jest olej), surimi (fałszowane świństwo, niezależnie od firmy).

Aktualna waga: 82, 10 kg. Zamelduję, jak zejdę do okrągłych 80.

*

A na koniec przepis na moje ulubione dietetyczne żarcie: Placuszki z otrębów (porcja dwuosobowa).

6-8 łyżek stołowych otrębów

1 jajko

3-4 łyżki stołowe jogurtu naturalnego

mała szczypta soli

ząbek czosnku (jeśli ktoś lubi)

odrobina pieprzu lub papryki

Powyższe składniki wymieszać dokładnie w misce (czosnek zmiażdżyć), na patelni rozsmarować papierowym ręcznikiem kilka kropli oleju, smażyć niewielkie placuszki na średnim ogniu, przewracając je łopatką. Z łososiem na wierzchu są MNIAM!

Zalecana porcja dzienna to 2-3 takie placuszki. Można je zabierać z domu jako przekąskę.

środa, 10 marca 2010
PAMIĘTNIK DIETETYCZNY

Kiedy już stwierdziłam, że dieta dla mnie nie istnieje i nie schudnę do końca życia, a wręcz przeciwnie, powinnam się przygotować psychicznie na bycie niewielkim słoniem, trafiłam na hasło „Dieta Dukana”. Ze zdumieniem dowiedziałam się, że facet pozwala jeść. Jesteś głodny – jedz, ale… nie wszystko. To „nie wszystko” znaczy całkowite odstawienie węglowodanów, czyli także warzyw, za to jada się chude mięso i chudy nabiał. Tym problemem, z którym zawsze borykałam się w każdej diecie, były właśnie te cholerne warzywa i owoce. Nie mogłam się najeść sałatką z pomidorów. Robiłam się głodna niemal natychmiast po posiłku, a zjedzenie jabłka powodowało napad wilczego wręcz głodu, co pociągało za sobą naturalnie szereg usiłowań pozbycia się bolesnej dziury w żołądku. Po góra pięciu dniach dopadało mnie załamanie i rzucałam się na schabowego z frytkami oraz pączki. Gubiłam kilogram, a potem tyłam dwa. Popatrzyłam na listę dozwolonych i zalecanych produktów u Dukana: chudy drób (grillowany, pieczony w folii bez tłuszczu, gotowany), ryby wszelakie, chuda wędlina, chudy nabiał, jajka. Przypomniałam sobie, że jako dziecko (nie chude ale w sumie całkiem szczupłe) prawie nie jadałam chleba, woląc zamiast tego plasterek sera. Dieta rozpisana została na podstawowe fazy, nie narzucała sztywnych dań jak kopenhaska i nie nakazywała ważenia każdej porcji co do grama. Postanowiłam spróbować po raz ostatni.

Ambitnie założyłam sobie tryb dziesięciodniowy, bo chciałabym zgubić około 15 kilogramów.

 

Dzień 1 – waga 86 kg. Kawa zbożowa, herbata, przez cały dzień w niewielkich porcjach zjadłam trochę chudego twarogu, 3 jajka i kawałek gotowanej w ziołach piersi kurczaka. Pod wieczór jestem lekko głodnawa. Ciągnie mnie do słodyczy, ale się opanowuję. Zalewam apetyt herbatą ziołową.

 

Dzień 2 – Jajka, tuńczyk w zalewie, chudy twaróg, kurczak. Cały dzień boli mnie głowa. Organizm się ocknął i protestuje przeciwko odcięciu cukru. Jestem senna, nie mogę pracować. Biorę Ibuprom, przesypiam część dnia. Czytam „Tryumf chirurgów” odwracając uwagę od buntu ciała. Pod wieczór jest lepiej.

 

Dzień 3 – waga ruszyła w dół: 84,7 kg. Zachęcające. Pozwalam sobie w nagrodę na pół wędzonej makreli. Na obiad znów kurczak, tym razem pieczony w foliowym rękawie. Pół piersi całkowicie mi wystarcza, czuję się wypełniona. Kolacja: jajko na twardo, plasterek szynki, kawałeczek kurczaka, odrobina makreli. Idę spać o 1 w nocy, więc wychodzi, że nie jadłam co najmniej 4 godziny przed snem. Ucisk w głowie, lekkie mdłości w ciągu dnia. Od początku diety biorę jedną tabletkę Vitalss Kompleks dziennie.

 

Dzień 4 – Zachęcona wczorajszym ważeniem, na śniadanie aplikuję sobie pastę z drugiej połówki makreli i 1 jajka. Obiad: zimna połówka pieczonej piersi. Nie chce mi się odgrzewać, zresztą Dukan zachęca do zimnego jedzenia. Kolacja: twarożek rozrobiony z jogurtem Activia. Zjadam pół porcji, czyli jakieś 150 gram. Ciągoty do słodkiego gdzieś się schowały. Objętościowo zjadłam bardzo niewiele. Napad senności w środku dnia, nieznaczny ucisk w głowie, ale jeszcze nie ból. W sumie lepiej niż w dniu nr 3. Najgorzej idzie wypijanie 1,5 litra wody dziennie, wyrabiam normę z trudem. Okresowo pojawia się suchość w gardle, ale szybko przemija. Jak dotąd nic niepokojącego. Pamiętam o jedzeniu otrębów. Czytam o – ekhm – wypróżnieniach i wygląda na to, że pewne zaburzenia są całkiem normalne w tej fazie diety i miną jak tylko dodam do jadłospisu jarzyny. Pić wodę, jeść 2 łyżki otrębów dziennie i nie poddawać się. Nie mam zamiaru.

 

Dzień 5 – waga poranna 83,8 kg. Z obserwacji wynika, że chudnę z przyzwoitą prędkością pół kilograma na dobę. Zjedzone: niewielka porcja twarożku (został z wczoraj), 3 jajka na twardo, porcja indyka duszonego bez tłuszczu. Otręby tym razem wymieszane z jogurtem. Trochę za mało wody. Żadnych dolegliwości, żadnych ciągot na słodkie. Mam nieco więcej energii niż wcześniej. Spojrzałam pożądliwie na butlę pepsi, ale to była przelotna zachcianka, opanowana bez najmniejszego trudu. Woda ze mnie schodzi okrutnie.

 

Dzień 6 – 84 kg. Widocznie straciłam już tyle wody, że więcej się nie da i waga staje. 2 jajka usmażone na kropli tłuszczu rozsmarowanej po patelni. Odtłuszczony serek wiejski, parę deko indyka, plasterek szynki. Samopoczucie w normie, lekka senność po południu. Zastanawiam się nad ćwiczeniami, jakie powinnam zacząć 11 dnia. Kolacja: sałatka z tuńczyka i 2 jajek na twardo – pół porcji. Niebawem chyba zacznę gdakać.

 

Dzień 7 – koniec fazy uderzeniowej. Zrobiłam test z sieci i okazuje się, że w moim przypadku faza I wcale nie musi trwać 10 dni. Waga stoi i więcej nie ruszy, więc czas zacząć fazę II – z dodatkiem warzyw.

 

Dzień 1 faza II – O matko, kocham pomidory, uwielbiam brukselkę, dam się zabić za fasolkę szparagową. Trafiłam do jarzynowego raju! Z jakichś powodów wszystko smakuje o wiele intensywniej. Wędliny są przeraźliwie słone, serek wiejski, który przedtem wydawał się mdły, teraz jest w sam raz. Jajka solę mikroskopijnie albo i wcale. Chyba tak właśnie się czują palacze po odstawieniu fajek.

 

Dzień 10 faza II – przekroczyłam (w dół) granicę 83 kg. Poranne ważenie pokazało 82,7 kg. Kupiłam sobie w nagrodę wkładkę do gotowania na parze i kawę z L-karnityną.

Podsumowując: latem zeszłego roku moja waga sięgnęła przygnębiającego pułapu 89 kg. Udało mi się zbić ją do 85 kg, a potem niestety, święta i te sprawy, znów kilogram do przodu. Waga wyjściowa 86 kilo – waga obecna niecałe 83, osiągnięte w ciągu 16 dni. Docelowe 70 kg staje się coraz bardziej realne. O dziwo, nadal żadnych ciągot w stronę słodyczy, chociaż czasami chętnie bym zjadła takie strasznie tłuste i naładowane wszelkim grzechem zrazy zawijane. Poczciwy Rafał Kosik wspiera mnie duchowo i cieleśnie, zamieszczając na swoim blogu przepisy zgodne z dietą protal. On też zbija oponkę. Jest chyba trochę próżny, ten Rafałek :-).

 

Smok – waga wyjściowa 128 kg, 6 dzień fazy I – waga obecna 124 kg, waga docelowa 100 kg.

Kto chce dołączyć do klubu odchudzających się?

Krok 1 – poszukaj w google informacji o diecie Dukana i zastanów się, czy ci ona pasuje. Zważ się bez ubrania, rano, na czczo, by określić ile dokładnie ważysz. Jeśli nie masz wagi, warto jednak ją kupić, i tak będzie niezbędna w późniejszym czasie.

 

Krok 2 – ustal ile chcesz schudnąć i jaką wagę osiągnąć docelowo. Nie szalej i nie próbuj natychmiast ambitnie zrzucać 30 kilo, 10 też będzie cudownie.

 

Krok 3 – wypełnij test na stronie internetowej Pierre’a Dukana, co pozwoli ci dostosować cykl diety do swojego organizmu. http://www.regimedukan.com/fr/212-je-minscris.html

Strona, niestety, po francusku, ale dobrzy ludzie przetłumaczyli pytania.

 

1. Państwa Imię: ………
2. Jesteście: ………(une femme) – kobieta, (un homme) – mężczyzna
3. Wasza aktualna waga w kg - na czczo i bez ubrania: ………tylko cyfry, bez przecinków
4. Ile chcielibyście ważyć: ………tylko cyfry, bez przecinków
5. Czy przechodziliście już jakieś diety: ………(aucun - żadnej, plus - więcej niż 3)
6. Wasz adres e-mailowy: ………
7. Jaka była Państwa najwyższa waga w życiu (nie licząc ciąży w przypadku kobiet): ………
8. Jaka była Państwa najniższa waga po ukończeniu 18 roku życia (nie licząc wagi w okresach choroby): ………
9. Jaka jest Wasza waga stosunkowo łatwa do utrzymania bez specjalnych ograniczeń: ……… (tylko cyfry)
10. Wasz wzrost w cm: ………(tylko cyfry, a więc np. 165, a nie 1,65),
11. Spieszno Wam rozpocząć dietę?: ……… oui (tak), non (nie)
12. Czy w Państwa rodzinie ktoś ma skłonności do tycia: ……… (oui - tak, non - nie)
13. Ile razy byłyście w ciąży: ………(aucun - ani razu, plus - więcej niż 3 razy) – W przypadku mężczyzny to pytanie się nie pojawi.
14. Czy macie wrażenie łatwego chudnięcia w momencie ograniczenia jedzenia: ……… (facilement - łatwo, difficilement – trudno)
15. Ograniczenie ilości jedzenia jest dla Was męczące: ……… (oui - tak, non – nie)
16. Musimy ocenić grubość Państwa kości. W tym celu proszę prawą dłonią objąć nadgarstek (podobnie jak na rysunku).
• drobna kość (kciuk i palec wskazujący zachodzą na siebie po objęciu)
• normalna grubość kości, kciuk i palec wskazujący się stykają (Jeśli masz krótkie palce i małe dłonie w stosunku do ciała, weź to pod uwagę.)
• gruba kość, kciuk i palec wskazujący nie stykają się po objęciu nadgarstka
17. Państwa wiek: ……… (wybieramy datę z okienek)
18. Proszę podać Wasz nick: ………
19. Proszę wpisać Wasze hasło dostępu (chodzi o stronę Dukana, bo zrobienie testu wagi jest równoznaczne z zarejestrowaniem się na jego stronie)
20. Je souhaite bénéficier des réductions tarifaires et des offres des partenaires de regimedukan.com - chciałabym korzystać z upustów cen oferty sklepu internetowego partnerów Dukana - odznaczyć kwadracik (jest to opcja ważna po ewentualnym zapłaceniu opieki dietetyka, przy analizie wagi niczym nie skutkuje!!!)

(Tłumaczyła Maszkuleczka)

 

Krok 4 – Wydrukuj sobie dane uzyskane z testu, albo je po prostu przepisz. Zrób „ściągawkę”, którą przyczepisz do lodówki. Narysuj tyle kwadracików, ile trwa faza I – codziennie będziesz wpisywać tam aktualną wagę (rano) i skreślać kwadracik (wieczorem). To ułatwi liczenie dni. Napisz jakie produkty wolno ci jeść, a jakie są zabronione (np. czerwoną czcionką).

Narysuj tyle kwadracików, ile ma trwać faza II i ponumeruj je, zaznacz na zielono te dni, w które będzie wolno jeść warzywa. Tak jak wyżej, wpisz produkty dozwolone i zabronione. I tak jak przedtem, będziesz się ważyć rano, wpisywać aktualną wagę i skreślać zaliczony dzień diety wieczorem. Na fazę III przyjdzie czas dużo później i wtedy sporządzić następną ściągawkę.

 

Krok 5 – zrób listę produktów i idź na zakupy. Uwaga, nie kupuj paluszków surimi, bo połowa ich objętości to mąka! Jeśli jesteś zdecydowany/zdecydowana poważnie podejść do sprawy, kup też książkę Dukana „Nie potrafię schudnąć” i przeczytaj ją, robiąc notatki.

 

Krok 6 i najważniejszy – zaczynasz dietę, najlepiej w piątek, na wypadek, gdyby w początkowych dniach nastąpiły przykre skutki uboczne w postaci bólu głowy, ociężałości i senności.

 

POWODZENIA

 

sobota, 06 marca 2010
Nie lubię weekendów...

„Nie lubię wampirów, jak jasna choleeeraa, jak przyjdzie – łeb urwę z płucami...” – tak śpiewa jedna kobitka z kabaretu Potem. Mogę też se zaśpiewać, tylko zamiast wampirów wstawić weekendy (też na W). Kiedyś pod tym względem byłam normalna. Kiedy jeszcze pracowałam w przedszkolu, weekend był tym okresem, który ratował szare komórki przed zagotowaniem się i wylaniem uszami. Pozwalał się też wyspać, kiedy trzeba było wstawać o demonicznej godzinie szósta rano, albo nawet piąta. Nie da się zaprzeczyć, że w takich warunkach wolna sobota i niedziela to wręcz błogosławieństwo. Kiedy przekwalifikowałam się na znacznie spokojniejszy i bezpieczniejszy zawód witreatora, weekendy były nadal towarem dość pożądanym. A potem poszłam na swoje i wartość dni wolnych gwałtownie zaczęła spadać w rankingu. Bo kiedy człowiek ma do dyspozycji CAŁY swój czas i niemal nieograniczoną wolność w jego zagospodarowywaniu, na wiele rzeczy patrzy się inaczej. Mogę się cały dzień przewałkonić, oglądając seriale, jeden za drugim, a następnego dnia przepracować intensywnie dziesięć godzin pod rząd, a potem paść na twarz, bardzo z siebie zadowolona. Mogę pracować do północy, a potem spać do 11. Albo mogę robić „nic”, albo iść do miasta w południe i połazić po sklepach, bo miałam taką fantazję. Albo też nie wychodzić z domu przez tydzień, bo pogoda brzydka, a jeszcze na dodatek dostałam zlecenie więc z przyjemnością podejmuję walkę z szykiem zdań w tłumaczeniu z rosyjskiego. I mam jakieś ważne pytanie do swojego kochanego wydawcy, więc dzwonię i czekam, słuchając przeciągłego tuuut, tuuuut, tuuut... Jasna cholera, zasnęli tam wszyscy? Jakiś bandzior zastrzelił sekretarkę? I raptem sobie przypominam, że jest sobota. No tak, sprawa musi poczekać do poniedziałku, podobnie jak odpowiedzi na kilka maili. Na portalach wydawniczych nie ma nowości, bo weekend. Pieniądze nie wpłyną na konto, bo weekend. Nie zadzwonię też do szefowej, bo ona chce odpocząć i nie będę jej jak świnia wjeżdżać ze sprawami służbowymi w życie rodzinne. Nie kupię piasku dla kota, bo właśnie jest weekend i sklep zoologiczny zamknięty. Poczta nie przychodzi - bo weekend. A potem jest niedziela i sytuacja się pogarsza, bo poza kościołem i Biedronką w okolicy czynny jest tylko Internet. I ja. W dodatku w weekendy mój ślubny sublokator gra online z kolegami w jakieś straszliwe strzelanki i muszę się odgradzać dwiema parami drzwi od gęsto padających okrzyków w rodzaju: „o kurwa, ja pierdolę, przyjebałeś...” i tak dalej. Wojna wzbudza w ludziach najgorsze instynkty – zastanawiam się, kiedy ostatecznie stracę cierpliwość i przywalę Smokowi w łeb krzesłem. Dodatkowo w weekendy w moim domu leci non stop TVN24 i gadające głowy, bo facet musi być na bieżąco z sytuacją w kraju i na świecie. Nieważne, że w tym czasie robi dziesiątki innych rzeczy, albo zasypia na kanapie – gadające głowy pieprzą dalej, godzina za godziną.

I DLATEGO NIE LUBIĘ WEEKENDÓW!!!