CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
niedziela, 15 marca 2009
Imię: Don, Nazwisko: Giovanni

Imię: Don, Nazwisko: Giovanni

 

Zacznę od tego, że mnie nie było. Tak, wiem, zaniedbanie bloga skandaliczne, itede. Powód trywialny: pracowałam. A raczej, jeśli mam być ścisła, harowałam jak dziki wół. (Pomińmy milczeniem logiczność tej metafory.) Mam pewną skłonność do przesady, jak się lenię, to nie robię totalnie nic, ale jak już pracuję, to przeginam w drugą stronę. Chwilowo nie mogę oficjalnie napisać JAKA to była robota, ale dostarczyła mi nielichej satysfakcji i chyba ostatecznie pomogła wygrzebać się z dołka. Natomiast ciemną stroną tej sprawy jest fakt, że zmieniłam się w wampira, zupełnie jak moja przyjaciółka Nocna Mara (cóż za adekwatny nick). Pracę zaczynałam mniej więcej o trzeciej po południu, około siódmej padałam na nos i robiłam sobie godzinną drzemkę i potem egzystowałam przy klawiaturze do godzin nocnych, które robiły się coraz późniejsze i późniejsze, aż nabrały zupełnie nowej jakości, stając się wczesnymi. Ni mniej, ni więcej – szłam do łóżka o świcie, żeby oczy otworzyć koło 13.00, zacząć pracować koło 15-16.00 i tak dalej, i tak dalej… Niech mi ktoś powie, że praca literata jest łatwa – w ryj dam, jak swoje koty kocham.

Lomiel, która z dystansu obserwowała moje zmagania, w końcu stwierdziła, że powinnam trochę wyjść do świata, zanim ostatecznie zamienię się w upiora i zamówię sobie trumnę w sprzedaży wysyłkowej, żeby spędzać w niej dnie. (Nawiasem, zaciszna, obszerna trumna z dobrą wentylacją to pomysł kuszący, zwłaszcza jak pięciolatka z góry zaczyna wykazywać rozgłośnie swoją indywidualność.) I załatwiła dwa bilety do Opery Bałtyckiej.

*

I w ten sposób po raz pierwszy w życiu wylądowałam w operze. I oczywiście musiałam przerobić odwieczny dylemat pt. „Co na siebie włożyć?” Stanęło na beżowej bluzce, czarnych spódnico-spodniach i… glanach. Na szpilki nadal jest za zimno, sorry Mozart.

Dialog przedoperowy, Toroj stoi przed lustrem, robiąc makijaż, Smok stoi za nią, patrząc na czynności żony.

Smok: To na co idziesz?

Toroj (robiąc zeza do mascary): Na Don Giovanniego.

S: Ale co on napisał?

T (doznaje małego szoku): To nie autor.

S: A kto jest autorem?

T: Mozart.

S: A ten Don?

T: Tytułem.

S (robiąc wysiłek umysłowy): Nie rozumiem…

Czego ja właściwie wymagam? To jest człowiek, któremu „Straszny dwór” kojarzy się z serialem. Edukację muzyczną zakończył na Czajkowskim i kawałkach Vivaldiego. Nie żebym ja była specjalistką w dziedzinie.

*

Na widowni okazało się, że moje glany do opery to małe piwo. Jeszcze w foyer zaczęłyśmy sobie z Lomiel wyobrażać operę jako rozrywkę masową (taki choćby „Czarodziejski flet” szczególnie podniosły nie jest), publiczność zajadającą popcorn i wyjącą w najbardziej emocjonujących momentach (np. pojedynku Komandora i don Giovanniego) „W mordę go! W mordę!”. Kwadrans później obok nas usiadł młodzian odziany następująco: wytarte dżinsy, sprany t-shirt, na to koszula tak wygnieciona jakby w niej spał, plus torba a’la Spencer Reid z „Criminal Minds”. Usiadł, wyciągnął długachne kończyny i dyskretnie wyciągnął z torby coś jadalnego – orzeszki, chrupki, a może gumę…? Dostałyśmy cichej, szeptanej głupawki.

Potem zaczęło się charakterystyczne dręczenie kota z fosy dla orkiestry – bezbożna wyobraźnia podsuwała muzyków łapiących kawałki bułki rzucane z góry i tabliczkę „Nie karmić orkiestry”. A potem kurtyna poszła w górę, odsłaniając wysokie, jasne pomieszczenie z długim blaszanym zlewem po lewej i powieszonym facetem z prawej – chwilę trwało, zanim się zorientowałam, że jest sztuczny. Według libretta miała być to szkoła fechtunku dla młodych dam. Istotnie pojawiły się młode damy i młodzi instruktorzy z apetycznie nagimi torsami. Scenografię oceniłam jako ascetyczną, podobnie kostiumy. Donna Anna miała na sobie białe kozaczki i dziwną kombinację, przypominającą staroświecki komplet bielizny z gorsetem. Towarzystwo sobie tańczyło, czekałam co będzie dalej. W grupie tancerzy pojawił się krótko ostrzyżony facet z lekko odstającymi uszami, w szarej marynarce i spodniach bez kantów, z dużą torbą przez ramię – głowę dam, że ją podiwanił Reidowi. Tancereczki gromadzą się dokoła przybysza, który trzyma coś w rękach, między palcami dynda mu sznureczek – ki diabeł? Cyfrówka??? Orientuję się, że to Leporello, sługa Dona Giovanniego. Siada na podsuniętym stołku, wyciąga z torby LAPTOPA i podpina do niego cyfrówkę za pomocą kabelka, jednocześnie zaczynając arię Notte e giorno faticar o swej marnej doli służącego. Dostałyśmy z Lomiel strasznego ataku kwiku. I dalej szło mniej więcej w ten sam deseń. Leporello ze swoim spisem kochanek na twardym dysku stał się moim ulubieńcem (i nie tylko moim). Poza długimi i nudnawymi pieniami donny Anny na cmentarzu – typowy wypychacz, dający czas technikom na zmianę dekoracji – podobało mi się wszystko, a już zwłaszcza pomysłowe smaczki i kapitalna interpretacja. Nie będę spojlerować, powiem tylko, że laptop to był dopiero początek. Aha, i spektakl był z napisami. Nad sceną wisiało ustrojstwo podobne do wyświetlacza w autobusach i leciało na nim tłumaczenie dialogów z włoskiego na nasze. Ciekawe czy było podłączone do lapka Leporella…