CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
wtorek, 31 grudnia 2013
Ostatni dzień 2013 roku

Ostatni dzień 2013 roku. Zdaje się, że należałoby jakoś się podsumować. Z dwunastu postanowień noworocznych zrealizowałam tylko dwa, ale były za to wielkoformatowe, więc chyba mogę je liczyć podwójnie. Nie napisałam książki, nie nauczyłam się angielskiego, nie chciało mi się uprawiać gimnastyki, nie jeździłam na rowerze (źle). Za to poleciałam do Londynu i kąpałam się w Morzu Śródziemnym, stając (płynąc) oko w oko z ośmiornicą – ostatni odcinek maltańskiej epopei jeszcze wrzucę. Miałam go napisać wczoraj, ale migrena mnie wyłączyła na cały dzień. Byłam na jednym spływie kajakowym. Włóczyłam się po chaszczach. Odwiedziłam trzy konwenty i jedne targi książki, uczestniczyłam jako wykładowca w jednych warsztatach pisarskich. W roku 2013 obejrzałam 26 filmów długometrażowych, gorzej było z serialami. Przeczytałam (lub odsłuchałam) 48 książek, przy czym żadna nie była papierowa. Do spisu lektur, które chciałabym zabrać ze sobą na bezludną wyspę doszła trylogia „Hunger Games” i „War World Z”. Przeczytałam zupełnie kosmiczną liczbę fanfików, których nie jestem w stanie policzyć, ale było ich cholernie dużo. Przetłumaczyłam 9 opowiadań z j. rosyjskiego. Napisałam jedną miniaturę i jedno drabble. Stworzyłam jedną (tylko) recenzję książkową – tu trzeba się zdecydowanie poprawić. Za to jest zdecydowanie dobrze na polu przetworów: mam nasuszoną dziką ilość mięty i innych zielsk na herbatę, mnóstwo dżemów śliwkowych i jabłkowych, soki malinowe, jabłkowe i jeżynowe, chutneye, zapasteryzowane przeciery pomidorowe, dżem pomarańczowy, pomrożone grzyby i warzywa. Wyprodukowałam 3 litry octu jabłkowego i bliżej niesprecyzowaną ilość litrów wina z jabłek oraz wina z mniszka. Do wiosny dociągnę. Nauczyłam się piec przyzwoite ciasto drożdżowe.

W styczniu zmarł mój kolega Krzysztof P.

7 lipca zamieszkał u nas Ryżyk.

5 listopada moja ciocia przegrała walkę z rakiem.

Nadal nie jestem oficjalnie rozwiedziona (zgrzyt zębów).

Nadal szukam pracy jako tłumacz z języka rosyjskiego.

Nadal nie schudłam.

Nadal jestem kompletnie zasherlockowana. Moje maniactwo ma się doskonale, wysuwając macki w stronę Doktora Who i lekko w stronę Avengersów.



sobota, 21 grudnia 2013
Bo są prezenty i prezęty...

Będzie o prezentach. Ostatnio mnóstwo obcych ludzi usiłuje mnie mailowo przekonać, że najlepszym prezentem pod choinkę dla mnie i mojej rodziny będzie np. łącze internetowe, telewizja satelitarna, usługi konkretnej telefonii komórkowej, albo akurat te a nie inne perfumy, a nawet rolety. Rolety – najlepszy prezent gwiazdkowy! Oczekuję z zainteresowaniem gwiazdkowej oferty kominiarskiej. Ja nie neguję, być może jest ktoś, kto nie śpi po nocach, pieszcząc w myśli fantazję, że dostanie pod choinkę rolety. Osobiście znam osobę, która twierdziła, że ją uszczęśliwią płyty kartonowo-gipsowe, styropian albo worek cementu. Wciąż jeszcze trwająca akcja Secret Santa, koordynowana przez Zwierza, sprawiła już przyjemność bardzo wielu osobom, a wszystkie prezentowane na facebooku podarki były niedrogie i zwykle samorobne. Po prostu nie jest kwestią rodzaj podarku, ani jego cena tylko dopasowanie prezentu do prezentobiorcy – nie odkrywam tu żadnej Ameryki. Piszę to trochę a propos kolejnego rankingu, zrobionego gdzieś tam na WP czy Gazecie Wybiórczej, dotyczącego najgorszych prezentów. Że absolutnie nie można skarpetek dawać, ani krawata bo to obciach, ani „samoróbek” bo to już w ogóle dno. No a jeśli ktoś akurat lubi takie skarpetki z rysuneczkami i nawet się ucieszy z unikalnej pary zdobnej głową Lenina? (Skarpetki z Leninem istniały/istnieją. Wiem, posiadałam). Krawat może być komuś potrzebny, a kto inny się zachwyci samorobnym decoupage’wym pudełkiem na chusteczki, dopasowanym do kolorystyki łazienki. Jak już się całkiem nie ma pomysłu, można rozdawać rzeczy jadalne: słodycze, owoce, soki i konfitury. A samorobne prezenty były zawsze najmilszymi i najcenniejszymi, jakie dostawałam, nawet jeśli nie do końca trafionymi w gust.

Natomiast życiowe doświadczenie nauczyło mnie jednego: że nietrafiony prezent to jeszcze nic takiego, są rzeczy gorsze od dziesiątej pary skarpetek albo sweterka z koszmarnym reniferem wydzierganego dla ciebie przez kochającą ciocię. Istnieją mianowicie podarunki pogardliwe. Dawane nie tylko z poczucia obowiązku, ale wręcz z niechęcią. Ekstremalnym przykładem podarunku pogardliwego są przedmioty, których prezentodawca chce się pozbyć z domu, bo mu zalegają, a wyrzucić na śmietnik jakoś mu szkoda. W ten sposób zamiast na śmietniku, lądują pod choinką. Osobiście otrzymałam takie PP kilkakrotnie i to zawsze od tej samej osoby. Nawet jeśli temu prezentodawcy zdarzały się lepsze momenty, to PP zaćmiły je na zawsze. Pewnie jesteście ciekawi, co to były za PP? Pierwszy dostałam jeszcze jako chyba ośmiolatka. Gramofon! Oczywiście dziecko cieszyło się jak głupie – do momentu, kiedy okazało się, że gramofon nie gra, bo nie ma głośnika. Prezent mogłam wykorzystywać jedynie do robienia karuzeli maskotkom na obracającym się talerzu. Nie mogłam rozgryźć bezsensu tego prezentu, czułam, że coś jest nie tak, aż mamie się wyrwało, że prezentodawca chciał się tego sprzętu zwyczajnie pozbyć. Zrobiło mi się przykro. W późniejszych latach dostawałam… zdjęcia. Zwykłe koperty wypełnione plikami amatorskich fotek, robionych w rozmaitych rodzinnych okolicznościach. Możecie sobie wyobrazić, jaka to radocha dla dziewczynki w okresie dojrzewania, takie oglądanie siebie w dziesiątkach wariantów, a każdy wariant wyglądał jak pół dupy zza krzaka? Do tej pory nienawidzę swoich fotografii. Dość wysoko w rankingu PP stoi również skrobaczka – nie wiadomo konkretnie do czego, niemniej ku swemu zdumieniu znalazłam ją pewnego roku pod choinką.

Pudełko Skarbów, opisywane przeze mnie przed laty jako swoisty magazyn prezentów, gdzie składa się rozmaite drobiazgi i wykorzystuje w miarę potrzeb, leży zupełnie poza zasięgiem PP i w żadnym wypadku nie może, nie powinno być śmietnikiem.

Tak więc z jednej strony skali mamy PP, a co z drugiej?

Z drugiej są Podarunki Serca - na przykład pasiasty szal, wzorowany dokładnie na szaliku Czwartego Doktora, który dostałam na urodziny od Lomiel. A wydziergała go sama, w ciągu paru pracowitych tygodni. To druga co do cenności rzecz, jaką posiadam – pierwszą jest szmaciany miś, uszyty przez moją mamę, kiedy jeszcze chodziłam do przedszkola.



piątek, 20 grudnia 2013
Lukier

Zdecydowałam się jednak polukrować pierniczki. Na wzorki nie starczyło mi pary, więc dizajn można nazwać „puchowy śniegu tren”. Jeśli dam radę to jeszcze upiekę coś niedużego w kształcie kotów i Tardisów. Poprzednio lukier lepił się jak nieszczęście i spływał, więc tym razem podeszłam do nowego przepisu dość nieufnie, ale okazał się dobry.

2 białka jajek

niecałe 2 szklanki cukru pudru

Białka ubijać mikserem w misce, dodając po trochu cukier – na końcu trzeba się wykazać wyczuciem, produkt ostateczny powinien mieć konsystencję i wygląd kleju Wikol (tylko zapach nie ten). Lukier stężał bardzo szybko i starczyło go na całościowe pokrycie 4 tac pierniczków.



czwartek, 12 grudnia 2013
Pierniczki świąteczne

Pierniczki świąteczne

Składniki:

2 kostki margaryny

½ kg cukru

3 łyżki stołowe miodu

4 jajka

1 kg mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

1 paczuszka przyprawy do piernika

1 czubata łyżeczka cynamonu

1 łyżeczka kakao (opcjonalnie, jeżeli ktoś lubi ciemniejsze pierniczki)

 

Wykonanie:

W garnku rozpuścić margarynę z cukrem, miodem i przyprawami. Nie dopuścić do wrzenia. Ostudzić (nie musi być zimne, może być ciepłe, byle nie gorące). Jajka roztrzepać widelcem. Do miski dodawać po trochu roztopioną margarynę, mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i jajka. Mieszać przy tym dużą łyżką. Kiedy ciasto zrobi się gęste, krótko wyrobić na stolnicy, żeby składniki dobrze się połączyły. Bryłę ciasta należy zawinąć w worek foliowy i odstawić do lodówki przynajmniej na 12 godzin. Ale może też leżakować nawet 3 dni. Nie zamrażać!

Ciasto będzie dość tłuste, ogrzane rękami nabierze konsystencji plasteliny, łatwo je rozwałkować na grubość ok. 3 milimetrów. Wykrawać pierniczki foremkami. Piec w temperaturze 180 st. około 6-7 minut. Uwaga, każdy piekarnik piecze trochę inaczej i trzeba to wziąć pod uwagę. Upieczone ciastka są spoiste i lekko kruche, nie są twarde jak kamień, ale też nie łamią się od byle czego. Z 1 kg mąki wychodzi spora czubata miska pierniczków.



wtorek, 10 grudnia 2013
Pod choinkę i nie tylko

Akurat trwa okres, kiedy zastanawiamy się komu co pod choinkę. Obecnie mam w zasobach jedną sztukę Tardis i nowe wzory dyndadełek. O kontakt w sprawie ewentualnego zakupu, ceny, przesyłki itd. jak zwykle poproszę na toroj@op.pl

Tardis może być dostępna w opcji z Bad Wolfem i bez Bad Wolfa.

Komplet z IMIENIEM DOKTORA.

SUPERWHOLOCK - duży (2,5 cm x 7 cm)

I NA DESER RÓŻOWE DALEKI

poniedziałek, 02 grudnia 2013
Miasto żółte – dzień czwarty

Miasto żółte – dzień czwarty.

Tego dnia jeszcze raz nawiedziłyśmy Wioskę Rzemiosł, by zajrzeć do tych sklepików, które poprzednio były pozamykane z powodu soboty. (Pumpkin ponownie próbował zjeść wstążkę od mojego kapelusza). Wtedy też dałam upust swojej manii zbierackiej. W pobliżu przystanku były całe gąszcze opuncji z dojrzałymi owocami, więc przykazałam Serathe: „Pilnuj tu, a jak będzie jechał autobus to krzycz” – po czym udałam się z torebką papierową na szaber. Przy czym był to szaber jakiś nierasowy, wbrew prawidłom sztuki, bo opuncje były ewidentnie niczyje. Zarośla takich opuncji są imponujące, wyższe od człowieka, masywne, splątane i wyglądają jak coś nie z tej planety. Cały dowcip polega na tym, że zarówno liście, jak i owoce pokryte są kępkami drobniutkich włosowatych kolców, bardzo łamliwych. Wbija się toto w skórę z zadziwiającą łatwością, a potem potrzeba mikroskopu, żeby wydłubać. Mam podejrzenia, że kaktus, który hodowała Okrętka z powieści Joanny Chmielewskiej „Zwyczajne życie” był właśnie rodzajem opuncji. Nie miałam ze sobą żadnej szmatki, a tym bardziej rękawiczek, więc próbowałam działać ostrożnie, co i tak skończyło się tym, że czekając na autobus iskałam się z igiełek, całkiem jak milicjant Krzysztof Cegna. Owoce są pokryte cienką skórką. Wpierw trzeba się pozbyć igiełek, np. pod bieżącą wodą, skrobiąc czymś, potem obrać. W środku jest cienka warstwa miękkiego miąższu i galaretowate wnętrze pełne drobnych twardych pestek. Próbowałam je wypluwać, ale to naprawdę nie ma sensu. Smak łagodny i właściwie nie przypominał niczego, co spożywałam do tej pory, czyli można pokusić się o stwierdzenie, że opuncja smakuje po prostu opuncją i tyle.

Kolejnym punktem programu była stolica, czyli Valletta.

Valletta charakteryzuje się głównie tym, że jest tu więcej turystów i żółte domy są wyższe. Poza tym ma cudowny widok na zatokę portową z wysokości murów obronnych. „To takie na drugim brzegu, to w zasadzie są trzy miasta w kupie” – objaśniła Serathe, kiedy podziwiałyśmy słoneczny pejzaż, błękitną wodę, żurawie portowe i wielki statek wyprowadzany z zatoki przez malutki kuter-pilota. Trójmiasto, no proszę, jak w domu…

Serathe nadal cierpiała na cluedo breloczkowe, więc zaniosło nas do sklepu z zabawkami, który znów okazał się być sklepem typu Tardis, czyli po małym przedsionku, okazał się mieć ciąg dalszy, a ten ciąg dalszy miał swój ciąg dalszy itd. I właśnie tam, choć Ser już w Londynie mormorała, że „jeże to nie, bo na Malcie jeże niepopularnie, bo na Malcie jeży to nie ma” owszem znalazłam i nabyłam jeża do kompletu londyńskiej wyderce. Żaden tam bajkowy z jabłkiem, tylko normalny, zoologiczny jeż i nawet wielkością pasował. No proszę, wydra z Londynu, a jeż może nie z Afganistanu ale zawsze z jakowejś bardziej egzotycznej i cieplejszej okolicy.

Zgodnie z obietnicą Serathe zaprowadziła mnie też do „magicznej budki”, gdzie można było sobie zamówić portret 3D grawerowany laserem w szkle. Jako wabik i reklama był tam wystawiony wizerunek Harry’ego Pottera. Nie powiem, robił wrażenie. Aż tak siebie nie lubię, żeby się uwieczniać swoje 3D w szkle, więc zamówiłam breloczek z wytrawionymi malutkimi portretami Sherlocka i Johna – niestety, ze zwykłej fotki z pena dawało się zrobić tylko 2D, ale i tak wyszło pięknie. Teraz nie mogę tego breloczka używać, bo się boję, że zgubię. Byłyśmy też z Ser w pubie o bezpretensjonalnej nazwie „Pub”, który wsławił się tym, że był ostatnim, jaki odwiedził św.p. Oliver Reed podczas kręconych w 1999 roku scen do „Gladiatora”. Po powrocie z balangi aktor zmarł w hotelowym pokoju na atak serca. Wieść gminna niesie, że wypił dużo za dużo. Osobiście ograniczyłyśmy się do cydru, zwłaszcza, ze miałyśmy jeszcze to i owo do obejrzenia. Na przykład boczne uliczki, nie tak reprezentacyjne jak główne turystyczne deptaki, ale za to swojsko malownicze. W ten sposób trafiłyśmy na jedyny w swoim rodzaju widok pana wędkarza, oblężonego przez koty, które czekały aż coś złowi i je poczęstuje. Później widziałyśmy takich panów jeszcze kilku i na każdego wypadało średnio po trzy koty. Ucieszny widok, ale też świadczący, jak przyjaźnie traktuje się na tej wyspie zwierzaki. Żadnemu z tych kotów nawet nie przyszło do głowy, że człowiek mógłby w nie czymś rzucić, kopnąć czy postraszyć.

Idąc trasą wzdłuż zatoki, dotarłyśmy do gigantycznego dzwonu, mającego upamiętniać bombardowania podczas wojny. Dokładnie o 12 w południe dzwon dzwoni i wówczas nie należy stać zbyt blisko, jeśli się nie chce doznać trwałego ubytku słuchu – przeznaczona dla turystów ostrzegawcza tabliczka z rysunkami była bardzo sugestywna. Tuż obok dzwonu spoczywa gigantyczny Śpiący Rycerz Maltański. Legenda głosi, że w razie czego wstanie i przyp… wrogom. Taka ichnia wersja baśni o rycerzach śpiących pod Giewontem, tyle, że ten jest z brązu i ewidentnie nadmorski. Nadśródziemnomorski.

Przeszłyśmy się „zapleczami”, oglądając domy mało reprezentacyjne, wychłostane zimowymi ulewami, nadgryzione solą, ale mające pewien swoisty urok. Co ciekawe, właściwie żadnych śladów wandalizmu. Wysnułam teorię, że latem jest o wiele za gorąco, żeby podejmować niemały przecież wysiłek zrujnowania przystanku autobusowego czy czegoś w tym stylu, a zimą okropnie tam leje, ulicami płyną rzeki i nikt nie wychodzi z domu jeśli koniecznie nie musi. Przypadkowo trafiłyśmy na coś, co z daleka wyglądało na restauracyjkę z kolorowymi kolumnami (dziwne, w takim miejscu?), z bliska zobaczyłyśmy katafalk (!) stojący w czymś na kształt garażu, a ostatecznie okazało się, że jest to wytwórnia dewocjonaliów w dużej skali. Kolumny i „katafalk” były drewniane, podmalowywane na marmur i ze złoceniami. Po prostu akcesoria na festę. Jak już wspomniałam, organizowanie procesji z figurami świętych jest na Malcie ulubioną rozrywką narodową. Dużo kwiatów, dużo wesołej muzyki, fajerwerki i przenośne, rozkładane ołtarze.

Wyżywienie się na Malcie jest dziecinnie proste, nawet kiedy się nie ma za wiele pieniędzy i człowiek woli nie zostawiać kasy w restauracjach. Owoce są tanie i do kupienia w zasadzie wszędzie, a na niemal każdej ulicy są pastizzerie. Pastizzi to taka potrawa narodowa, jak u nas pierogi. Likwidacja pastizzi wywołałaby na Malcie rozruchy, jak u nas zakaz ogórków kiszonych. Pastizzi to po prostu rodzaj pasztecika czy też pieroga z ciasta francuskiego (bardzo tłustego), nadziewanego różnymi rodzajami farszu: białym serem ricotta, tuńczykiem, mięsem mielonym z przyprawami albo piure z grochu. Kosztuje to od 25 eurocentów do półtora euro, a duże pastizzi z grochem z powodzeniem zastępowało mi obiad.

Zdjęcia TUTAJ.