CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
wtorek, 29 grudnia 2009
O gwiazdkach i avatarach

Będzie trochę chaotycznie.

Po pierwsze, ostatecznie zacementował się we mnie pogląd, że święta bożego narodzenia w wykonaniu rodzin mojej i Smoka to już nawet nie jest zachowywanie pozorów. Pozory poszły się paść. Ja, stuprocentowa agnostyczka, otrząsająca się odruchowo na hasło „katolicyzm”, musiałam przypominać, że należy się podzielić opłatkiem nim się rzuci na pierogi i śledzia. Własną ręką też włączałam światełka na choince, zlekceważonej kompletnie przez resztę populacji. Czy ogólnie standard: zero kolęd, zero gwiazdkowości, prezenty plus żarcie. Czy może raczej żarcie, żarcie, żarcie... i prezenty. Dostaliśmy wielgachny talerz do pizzy, który nie mieści się nam w żadnej szafce, jakieś kosmetyki, stolnicę zwijaną w rulonik, słodycze, a ja osobiście bombkę gotycką – czyli czarną jak serce Voldemorta (w złoty wzorek i z naklejanymi szkiełkami), bardzo oryginalna rzecz. Koty dostały pod choinkę dwie puszki tuńczyka. A potem aż do niedzieli oglądaliśmy ze Smokiem w zaciszu domowym wszystkie Harry Pottery hurtem od 1 do 6, niszcząc świąteczne zapasy. Jakiś czas nie będę mogła spojrzeć na sałatkę jarzynową, to pewne. Kabanosy pepperoni skończyły się już w Boże Narodzenie... następnym razem kupię kilogram, a nie pół.

*

Dokładnie 26 wybraliśmy się do kina na „Avatara”. No cóż, ci od marketingu, głoszący, że to rewolucja w kinie 3D, niewiele przesadzają. Fabuła jest prosta jak kij od miotły, ale niedenerwująca i spokojnie można iść na to z dzieckiem lat powiedzmy 10. Takie coś między Pocahontas a Tańczącym z Wilkami, ale nie o to chodzi. Chodzi o świat. Zakłada człowiek te okularki i włazi w dżunglę Pandory. A tam wszystko rośnie bujnie, lata, brzęczy, łazi, pełza, biega, i chce cię zeżreć... Latają jakieś smoki, łażą takie niebieskie kolesie z ogonami – i kudy tam do nich gumiastym kosmitom ze Startreka! Bez picu, to wszystko jest żywe, prawdziwe, bez śladu komputera. Magia, panie i panowie, magia. Czyli generalnie nie ma co iść na „Avatara” na płaski ekran, bo to co najważniejsze człowieka wtedy ominie. No chyba, że ma się problem z oczami, silny astygmatyzm i problemy z widzeniem obuocznym, które jest niezbędne w strzelaniu z łuku, szermierce i oglądaniu „magicznych” obrazków. Wtedy faktycznie nie ma sensu wydawać kasy na coś, czego się i tak nie skorzysta. Podsumowując, Cameron wrócił w wielkim stylu. No!

*

Poza tym ukończyłam redakcję takiej jednej piknej książeczki i na Łączce Kłapouchego pojawił się w związku z tym nowy wpis. Całości podzieliłam na 3 części, bo jedna notka nie obejmie tych wszystkich bredni. Zaiste, ustanowiono nowy kłapouchy rekord.

Oraz zajęłam się we własnym zakresie tłumaczeniem napisów do serialu Kobieca Agencja Detektywistyczna nr 1 – w związku z tym, że są osoby, które nie potrafią dotrzymywać obietnic.

Pierwsze rezultaty jeszcze dzisiaj na moim chomiku.

Pozdrawiam wszystkich Noworocznie!

środa, 23 grudnia 2009
O komforcie psychicznym w okolicach chujanki

Nie mam posprzątane na święta. Nie i już, trudno. Jakoś tak jest zawsze, że lwią część umysłu mam w grudniu zaprzątniętą prezentami – co dla kogo, żeby nie za drogo, żeby nie za tanio i byle jak, i żeby prezent był dobrany a nie wymuszony – oraz żarciem. Specjalnie kupiłam ponad pół kilo ukochanych kabanosów pepperoni, żeby wytrzymały moje łakomstwo przynajmniej do wigilii. Udało się, parę jeszcze jest. Nie udało się z mandarynkami, trzeba było dziś donabyć, ale tu udział w zniszczeniach miał Smok. Poza tym sałatka, druga sałatka, jakieś wędliny, ser (dużo sera), schab upieczony, pierniczki upieczone w większej ilości. Dla kotów tuńczyk. To i owo do pochrupania. „Chujanka” (copyright by Robal) stoi z wymienionymi lampkami made in china. Obrus wyprasowany, koty wyczesane. Wszystko all right, jak u pingwinów z Madagaskaru. I tylko nie udało się odkurzyć, ani przetrzeć podłóg, bo już nie starczyło nam pary, a w wigilię trzeba się zebrać bladym świtem i jechać do rodziny 90 kilosów dalej. A skoro stan podłogi nie spędzał mi dotąd snu z powiek, to czemu miałby spędzać teraz? Nie jem wszak z podłogi tylko ze stołu, a na stole mam czystą serwetę i to nawet zupełnie nową. Plus serwetki w motywy kojarzone ze zgniłym Zachodem, czyli ostrokrzew i małe mikołajki. I naprawdę dziękuję łaskawym niebiosom, że nie mieszkam z rodziną, bo pewnie już wczoraj trafiłby mnie szlag najjaśniejszy z powodu tego okołoświątecznego szaleństwa, jakie się kotłuje w pewnym oddaleniu ode mnie. W każdym razie tak wnioskuję na podstawie wypowiedzi koleżanek, z rzadka wpadających na czata w celu odreagowania chrześcijańskiej miłości bliźniego, by nie zatłuc ojca/matki/męża/rodzeństwa/babci (skreśl niepotrzebne) surowym karpiem. A ja mam luzik. I kłaki na dywanie. ^______^

piątek, 04 grudnia 2009
Wampiryzm na użytek domowy

Stałam się wampirem, choć mnie nic nie ugryzło, ani nawet nie zapatrzyłam się na wątpliwej urody klatę Edzia z Twilight. Objawy następujące: długi czas wegetacji, do 4-5 nad ranem, następnie głęboki letarg do godziny 13-14, potem zaś powolne dochodzenie do siebie nad kawą pseudokofeinową. Pracuję. Trzeba w końcu napisać tę cholerną książkę i ogólnie zarobić. Kiedy nadrobię tak zwane życie, nie wiem. Pewnie wiosną. Ostatecznie moja przyjaciółka o wiele mówiącym nicku Nocna_Mara żyje identycznie - w gdozinach wieczorno-nocnych, jak gacek.

Z nowości, pojawiła się nareszcie moja pierwsza przetłumaczona własnołapnie i własnoocznie książka. Zostałam oficjalnie tłumaczką tadaaammmm!