CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
wtorek, 15 listopada 2011
Maja Kossakowska - Grillbar Galaktyka

Są takie książki, które się spożywa jak hamburgera – weszło jednym końcem, wylazło drugim, udział umysłu w konsumpcji na poziomie średnio pięciu aktywnych neuronów. I nigdy się już do nich nie wraca, bo już wiadomo kto zabił/zginął i kto z kim się seksił. Są też takie, których lektura wywraca bebechy na drugą stronę, wstrząsa całym światopoglądem, odkładamy przeczytany tom i... albo do niego wracamy, albo nie, pieszcząc jedynie w pamięci wspomnienie obcowania z czymś WIELKIM. A są i takie pozycje, do których się wraca i wraca, i wraca, po roku, po dwóch, w wakacje, w ferie - choć już wiadomo, co jest na kolejnej stronie. Taką książką jest „Ania z Zielonego Wzgórza” i „Gra Endera”, „Diuna” i „Paradoksy Młodszego Patriarchy”, „Róża Selerbergu”, wiele Pratchettów i „Klaudyna w szkole”, gdyż należą do tej cennej kategorii opowieści urodziwych, które się czyta nie po to by poznać zakończenie historii (mam na myśli ten drugi raz), a po to, by się raczyć ich „ładnością”. A całkiem niedawno do tej kategorii doszlusował „Grillbar Galaktyka”. Kiedy rok temu z okładem Maja sprzedała mi nowinę, że zamierza napisać humoreskę, to zrobiłam takie wewnętrzne „yyy?” na zewnątrz pokazując minę pełną zainteresowania, otuchy i tego wszystkiego, co powinien okazywać dobrze wychowany rozmówca. Aczkolwiek i Maja, i Jeremiasz są przeuroczymi ludźmi, potrafią cudownie opowiadać anegdoty i rozmaite historyjki, to piszą wiadomo jak. Wszystkie ich książki są ponure i dramatyczne, albo przynajmniej się mocno ocierają o kategorię „żyłochlast”. A tu Majeczka chce napisać coś wesołego, ja pierdykam... No i napisała, udowadniając tym samym, że umie. I to umie naprawdę hoho, hoho-ho!

Najkrócej jak można: ta książka jest o gotowaniu i o wolności.

Zasiadłam z czytnikiem nad wyżebranym pedeefem, gdzieś tak kole godziny 21, z zamiarem poczytania do północka. Już na pierwszej stronie Maja pobudziła moją ciekawość potrawą z motyli, najwyraźniej żywych. Fuj... A potem było już tylko lepiej. Chichotałam, pokwikiwałam, szczerzyłam się jak głupia do kolejnych wersów, lub oburzałam na niecne praktyki galaktycznego sanepidu, aż raptem stwierdziłam, że po tych wszystkich opisach kulinarnych jestem okropnie głodna. Była trzecia nad ranem... Co za szczęście, że miałam z czego zrobić kanapki.

„Grillbar” jest zarazem zabawny i mądry, oraz pełen smaczków dla osób, które lubią sobie pokopać głębiej. Choćby już to, jak się nazywa główny bohater – Hermoso Madrid – daje do myślenia. Jaki rodzic, na Merlina, nadaje dziecku imię Piękny Madryt? A jego starszemu bratu: Museo Vaticano? (Biedny chłopiec...) Pewnie taki, który żyje w społeczeństwie opanowanym nostalgią za „starymi, dobrymi czasami”, skoro bodajże czy nie wszyscy osobnicy rasy ludzkiej mają właśnie takie geograficzne imiona ze Starej Ziemi. Imiona zresztą wydają się pełnić w książce ważną rolę – potomkowie Ziemian są „geograficzni”, żywe kryształy z planety Gemma – chemiczno-geologiczni (jakżeby inaczej), a jaszczurokształtni – bankowo-giełdowi (jak np. pan Nieustający Profit), gdyż ich główne zainteresowania obracają się dokoła pieniędzy. Wegetanie są natomiast naturami prostymi i przybierają sobie imiona od aktualnie wykonywanej czynności. W ten sposób, gdybym była Bulwą, aktualnie nazywałabym się Klepiąca-W-Klawiaturę. Ale do rzeczy. Hermoso Madrid Iven jest kucharzem - więcej, jest szefem kuchni restauracji na skalę międzyplanetarną, co znaczy, że on i jego ludzie potrafią ugotować, usmażyć, zgrillować, upiec wszystko dla każdej rasy zamieszkującej galaktykę. I są z tego cholernie dumni. Kuchnia restauracji „Płacząca Kometa” rozmiarami przypomina fabrykę, a najmniejsza spiżarnia – supermarket. Przez ręce, macki, odnóża oraz pazury kucharzy z „Komety” przepływają najdziwniejsze i najbardziej luksusowe produkty. I co tu kryć, wszyscy oni są świrami (psychopatami i zboczeńcami ;-P). Kiedy w jednej ze spiżarni zalęga się tajemnicze „coś”, nie wzywają brygady deratyzacyjnej, lecz ruszają do boju osobiście, uzbrojeni w tasaki oraz wrzący karmel. A nuż szkodnik okaże się jadalny? „Kosmos jest pełen żarcia” jak mawiał stary mistrz patelni T’fu-k. Alien z grilla... Mniam, mniam... Najbardziej uchichotałam się, wyławiając po kolei – jak grzybki z kapuśniaku – odniesienia do naszej kochanej popkultury, którą wszak wyssaliśmy z mlekiem matki i piwem na konwentach. A obfitość ich jest przemnoga, powiadam wam. Przede wszystkim pełno uciesznych kąsków dla starwarsowców, po drugie: coś dla wielbicieli Obcego, mrugnięcie w stronę mangi i anime (lukiańscy piloci), ukłonik dla Ojca chrzestnego (podany z pieczarkami) oraz trybut dla klasyki, czyli „Zielonej pożywki”. I bardzo-bardzo wyraźne nabijanie się z absurdalnych przepisów UE.

A dlaczego „książka o wolności”?

Po prostu akcja nie dzieje się wyłącznie w kuchni. Hermoso zostaje zmuszony do ucieczki ze swego gastronomicznego raju. Odkrywa, że został wplątany w globalny spisek, w którym pierwsze skrzypce grają agenci Unii Międzygalaktycznej, próbujący nakłonić cały kosmos do jedzenia ekologicznej, zbilansowanej, dietetycznej i co tu kryć, paskudnej paciai. Razem z Ivenem podrózujemy przez niezwykłe, cudowne, czasem groźne scenerie obcych planet, odkrywając straszliwe tajemnice Śluźni i walcząc o wolność. O wolność jedzenia! Kiedy zdamy sobie sprawę, jak wiele znaczy w naszym życiu i kulturze jedzenie, książka Mai nabiera wymiaru innego, niż tylko komediowy. Jedzenie może mieć wymiar symbolu. Przypomnijmy sobie łamanie się opłatkiem, tradycyjne potrawy na wigilijnym stole, tort weselny, cukierki na Halloween, „szkieletowe” ciasteczka z Peru, ruska wódka rytualnie pita na grobach, witanie chlebem i solą... A nawet to nasze piwo jako tradycyjny napój fantastów, bez którego nie może się obejść żaden, nawet najbardziej prohibicyjny konwent. Jedzeniem można nagradzać, odebranie jedzenia jest karą (do łóżka bez kolacji!) lub aktem wojennego terroru, zaś gotowanie tradycyjnych potraw - wyrazem patriotyzmu.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że do tej Majkowej jadłodajni będę wracać nie raz, dla czystej przyjemności obcowania z tymi wszystkimi ślicznościami. Tylko podczas lektury należy mieć pod ręką talerz z przekąskami, bo strasznie człowiek nabiera apetytu.

To ja idę patriotycznie gotować kapuśniak. Pa!