CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
sobota, 27 listopada 2010
Pierwsze, drugie, zapnij mi obuwie...

Po pierwsze, wybieram się na:

Spotkanie z Anną Brzezińską w Gdańsku — niedziela, 28.11.2010, godz. 16.00, Empik Galeria Bałtycka, al. Grunwaldzka 131

Spotkanie z Anną Brzezińską w Sopocie — poniedziałek, 29.11.2010, godz. 18.00, Miejska Biblioteka Publiczna, ul. Obrońców Westerplatte 16

Nie szkodzi, że znam Ankę z wierzchu i od podszewki od lat, i tak powie coś ciekawego i nowego. 

Po drugie: po tylu latach małżeństwa Smokowi udało się mnie zaskoczyć. Rzecz w tym, że nasza bawialnia nie była odnawiana od czasów zamierzchłych i prezentuje sobą delikatnie mówiąc widok mało elegancki, a niedelikatnie - żałosny, zwłaszcza w okolicach ściany balkonowej, wysmarowanej kocimi łapami. Od paru lat zawsze było jakieś „ale”: brak pieniędzy, brak czasu, brak ochoty albo też brak zgodności co do tego, jaki kolor mamy mieć na ścianach. Ja obstawiałam zielony albo żółty, Smok głosował za ceglastym albo kawą z mlekiem (po moim trupie) lub magnoliowy, który jest gatunkiem różowego (po moich dwóch trupach). A tu ni z gruszki, ni z pietruszki mój mąż mi wtyka do rąk katalogi farb Dulux i każe zaznaczyć kolorki, które mi się podobają. Zaznaczyłam zestaw mandarynka plus jasny groszek, które po bardzo krótkich negocjacjach zostały zamienione na mandarynka+brzoskwiniowy. Nie biorąc nic do głowy, poszłam sobie do komputerka, bo plany remontowe Smoka zwykle były tak dalekosiężne, że nie miało się nadziei na realizację w tym stuleciu. Niemniej po kwadransie zapytałam całkiem obojętnie: „A właściwie kiedy masz zamiar malować?” spodziewając się odpowiedzi wymijającej. Smok na to: „Na twoje urodziny będzie gotowe”. „Na które?” – jak wiadomo, człowiek urodziny ma co roku. „Na te co nadchodzą”. Urodziny mam w grudniu, a on to mówił SERIO. Jutro jedziemy do Praktikera po farby.

Po trzecie: znajoma mrufka weterynaryjna poprosiła o zareklamowanie kartek świątecznych, których sprzedaż wesprze finansowo fundację opieki nad zwierzętami. Co niniejszym czynię.  http://tinyurl.com/2epvlcq

sobota, 06 listopada 2010
Seriale, seriale...

Ostatnio moje wieczory upływają pod znakiem seriali. Owszem, oprócz czytania, także całkiem sporo oglądam. Zbieram odcinki, selekcjonuję, martwię się gdzie upchnąć na dysku, szukam zagubionych płyt dvd. Zaginęło mi np. CSI New York i Sześć stóp pod ziemią, choć mogłabym przysiąc, że gdzieś są – oglądałam początkowe odcinki, a kiedy chciałam powrócić, otchłań je pochłonęła i nie dała w zamian ciasteczka. Mam nawet rozpisane na karteczce co kiedy leci z moich ulubionych.

Poniedziałek: ‘Dexter’ i ‘The Walking Dead’.

Dexterowi Morganowi kibicujemy ze Smokiem wiernie od pierwszego odcinka, z zapartym tchem obserwując jego perypetie. Przy okazji: podoba mi się jego ewolucja z dobrze zaprogramowanego robota w istotę ludzką. Ten serial ma genialnych scenarzystów. Jednostka DEX-T-R jest systemem samouczącym i każda informacja w nim pozostaje, zmieniając jego sekwencje, choć program bazowy (Kodeks Harry’ego) pozostaje nienaruszony. Na szczęście tam za oceanem zorientowali się, że Dexowi grozi przemiana w miziastego misia i dokonali radykalnych cięć, w sensie dosłownym. Chociaż trochę szkoda mi Rity… Dziwnie mi się chwilami to ogląda, kiedy mam w pamięci Michaela Halla jako przylizanego Dawida Fishera – właściciela domu pogrzebowego oraz geja.

Na Walking Dead trafiłam kompletnym przypadkiem, szukając czegoś do oglądania w zastępstwie za House’a, który właśnie zalicza przerwę. Nie przepadam za zombie, ale recenzja i opinie były na tyle zachęcające, że postanowiłam dać obrazowi szansę. Zwłaszcza, że wyszedł dopiero pilot i nie musiałam nadrabiać iluśtam odcinków. Początek jak w Dniu tryfidów: ranny facet ląduje w szpitalu, budzi się po paru dniach i zastaje świat odmieniony. (Świetne zagranie z bukietem.) Doskonała charakteryzacja i efekty (no ale w XXI wieku przy odpowiednim budżecie to pan Pikuś) oraz naprawdę bardzo, bardzo dobra psychologia postaci. Wszystko się raczej trzyma kupy, a niewielki cliffhanger na końcu sprawił, że nie mogę się doczekać następnego poniedziałku.

Wtorek: ‘House’, aktualnie urlopowany.

Zalicza wzloty i upadki, ale na razie jeszcze nie mam dość. Po dobrym piątym i świetnym szóstym sezonie, siódemka zniża loty, zmierzając do efektu „miziastego misia”. Dam im jeszcze szansę, choć już dawno przestałam zwracać uwagę na co są chorzy kolejni pacjenci i czy to ma sens. Powoli im się kończą wyleczalne choroby – osądziła jedna z moich znajomych. Well, albo pacjenci zaczną umierać, albo genialny zespół hausowy spręży się i wynajdzie parę skutecznych metod leczenia raka, AIDS i kataru.

Czwartek: ‘Criminal minds’ czyli ‘Zabójcze umysły’.

Chciałabym wiedzieć, kto przetłumaczył tytuł serialu w najlepszej tradycji ‘Wirującego seksu’. W szóstym sezonie brakuje mi wątku spinającego odcinki, ale może coś jeszcze wymyślą. Penelope ze swoimi kolorowymi ciuszkami i spinkami do włosów nadal jest moją idolką, podobnie jak Reid i jego lekkie nachylenie w stronę zespołu Aspergera.

Piątek: ‘Grey’s anatomy’ po najmniejszej linii oporu przełożone jako ‘Chirurdzy’; ‘CSI Las Vegas’ i „Bones’ (w żaden sposób nie mogę przywyknąć do polskiego tytułu ‘Kości’).

Za GA wzięłam się jakiś czas temu na fali nostalgii za ‘Ostrym dyżurem’. Generalnie lubię seriale medyczne, choć nie wszystkie. „Ostry dyżur’ jakoś mi zobojętniał, kiedy moi ulubieni bohaterowie zaczęli odchodzić z pracy lub umierać. Został w końcu tylko Carter, a na samym Carterze się nie uciągnie, więc jakoś tak przestałam oglądać po 8 sezonie. Z opisów w sieci wynika, że potem odszedł też Carter, więc tym bardziej nie żałuję. GA nadal mnie potrafi zainteresować i wciągnąć, zachowując idealną równowagę między ciekawą medycyną a zawiłościami damsko-męskimi. Meredith Grey nigdy nie była moją ulubienicą, a kiedy zaczęła się wyraźnie posuwać w latach i nawet charakteryzacja grubości chińskiego muru tego nie ukrywa, staram się na nią nie patrzeć. Za to uwielbiam piękną Callie Torres. Nie do wiary, ale ta aktorka rozkwitła pełnią urody dopiero wtedy, gdy przybyło jej 10 kilo. Przedtem była niczym nie wyróżniającą się ładną buzią pośród innych ładniutkich aktorek Hollywood. Wstyd przyznać, ale moim ulubieńcem jest Alex Karev, etatowy bad boy Seattle Grace Hospital, zakręcony jak ruski termos. Jako postać robi się coraz lepszy, podczas gdy Meredith, Derek i Christina powielają schematy i brną w jakieś dziwności, jakby scenarzysta nie miał pomysłu co z nimi zrobić, a zabić się boi (patrz finał sezonu 6). Alex śpiący w szpitalu na polówce, śpiewający pod Justina Biebera dla dziewięciolatki i twierdzący zarazem, że nie lubi dzieci – warte wszystkich pieniędzy. No i jest jeszcze Miranda Bailey, szefowa rezydentów – samobieżny, czarnoskóry i krągły piorun kulisty. To dla nich oglądam już siódmy sezon. Przez jakiś czas oglądałam crossover do GA czyli ‘Prywatną praktykę’, co okazało się skądinąd słuszną decyzją, gdyż w paru odcinkach oba seriale się uzupełniały. Wkrótce jednak stwierdziłam, że za mało w tym medycyny a za dużo kto z kim i w jakich konfiguracjach sypia. Doczekałam odcinka ze ślubem nastolatków i tym optymistycznym akcentem zakończyłam znajomość z kliniką w Los Angeles. Basta.

CSI ciągnę chyba już tylko z przyzwyczajenia i zamiłowania do ciekawych autopsji. Sara Sidle zestarzała się rozpaczliwie i ilekroć ją widzę na ekranie, mimowolnie jej liczę zmarszczki. Co ciekawe, ślady upływającego czasu zupełnie mi nie przeszkadzają u Catherine Willows. Jakoś nie mogę się przekonać do Lawrence’a Fisburne’a, mającego zastąpić Grissoma. Warricka zastrzelono, Nick szwenda się po planie, pełniąc rolę serialowego przystojniaka i wrażliwca do przytulania zrozpaczonych wdów. Ciekawe, dlaczego pogrzebanie żywcem i nadgryzienie przez mrówki nie zostawiło na jego psychice właściwie żadnych śladów? I znów brakuje dobrej klamry dla sezonu – chyba że wykorzystają psychopatę w lateksie, tak ładnie zaczętego w odcinku pt. Sqweegel. Miejmy nadzieję.

„Bones” – kolejny brak klamry i to już od poprzedniego sezonu, ale wybaczam ze względu na obfitość rozkładających się trupów i genialną postać Jacka Hodginsa – faceta od robali. W ogóle postacie i poczucie humoru są głównymi atutami serialu. Ten chłopięcy błysk w oku Hodginsa, kiedy w imię naukowego eksperymentu coś wysadza z wielkim hukiem! Lance Sweets, który jest absolutnie sweet. A do tego wszystkiego pojawiający się epizodycznie członek zespołu ZZ-Top – tatuś Angeli Montenegro, graficzki przywracającej twarze czaszkom. Zdaje się, że i w zespole Bones następuje właśnie mały kryzys, a twórcy kłócą się, w która stronę poprowadzić Temperance Brennan. Rezultat tej kłótni mieliśmy okazję już widzieć: dr Brennan w różowej spódniczce, kitkach i w gigantycznych rękawicach pożyczonych z kostiumu Myszki Miki. Chyba im kompletnie odbiło…

Sobota: ‘Medium’.

Nie będę ukrywać, że częściowo zainspirowało mnie do napisania „Wiedźmy.com.pl”. Kiedyś oglądane na bieżąco, obecnie tylko chomikowane na dysk. Smok upiera się, że mamy to oglądać razem, ale że on wiecznie nie ma czasu, tym sposobem zaległości sięgają już prawie całego sezonu. Zresztą z powodu ciągłej bezczasowości mojego męża jestem do tyłu także z „Lost” oraz kilkoma pełnometrażówkami. Dojrzewam do buntu.

czwartek, 04 listopada 2010
Kanon kanonów

Kiedyś już robiłam spis tych utworów (literackich i filmowych), jakie należy znać bezwzględnie, bez których człowiek w społeczeństwie funkcjonowałby kulawo i nie umiałby się odnaleźć w niektórych sytuacjach. Taki kanon kanonów. Co ciekawe, już wtedy zauważyłam, że przeważa w spisie to, co zalicza się bardzo wyraźnie do literatury/sztuki dziecięcej. Naturalnie musiałam sobie nad tym usiąść i sprawę przemyśleć. No tak, o ile człowiek dorosły może doskonale się obejść bez lektury „Ulissesa” albo „Wojny i pokoju”, to jednak wszyscy, absolutnie wszyscy mamy pewną wspólną bazę, ten fundament, ten dziecinny pokój, z którego wszyscy wyszliśmy i kiedy spotykamy się razem, starczy rzucić „słoniocy” a wszyscy wiedzą o co biega. Czyli co wchodzi to tego absolutnego kanonu dziecięcego, bazy, fundamentu, trzonu naszej kultury? Wnioski nasuwają się całkiem zabawne, zwłaszcza dla takich co to ą ę bułkę przez bibułkę ;-)

  1. 20000 mil podmorskiej żeglugi (czyli kapitan Nemo)
  2. Akademia pana Kleksa
  3. Alicja w Krainie Czarów
  4. Ania z Zielonego Wzgórza
  5. Baśnie z tysiąca i jednej nocy
  6. Batman
  7. Bolek i Lolek
  8. Bromba i inni
  9. Brzydkie kaczątko i ogólnie baśnie Andersena
  10. Byczek Fernando
  11. Chłopcy z Placu Broni
  12. Conan (jako archetyp barbarzyńskiego herosa)
  13. Cudowna lampa Alladyna
  14. Cudowna podróż
  15. Czarnoksiężnik z Krainy Oz
  16. Czerwony Kapturek
  17. Czterej pancerni i pies
  18. Doktor Dolittle
  19. Dracula
  20. Dziadek do orzechów
  21. E.T.
  22. Frankenstein
  23. Godzilla
  24. Gwiezdne wojny
  25. Harry Potter
  26. Indiana Jones
  27. Jaś i Małgosia
  28. King-Kong
  29. klasyczne kreskówki Disneya
  30. Konik Garbusek
  31. Kopciuszek
  32. Kot w butach
  33. Koziołek Matołek
  34. Krecik
  35. Król Artur i rycerze Okrągłego Stołu
  36. Król Maciuś I
  37. Królewicz i żebrak
  38. Księga dżungli
  39. Kubuś Puchatek
  40. Lassie
  41. legenda o wawelskim smoku
  42. legenda o złotej kaczce
  43. Lokomotywa i inne wiersze Tuwima
  44. Mały Książę
  45. Mały lord
  46. Mary Poppins
  47. Miś Uszatek
  48. Mity greckie (podstawowe)
  49. Muminki
  50. O dwóch takich co ukradli księżyc
  51. O krasnoludkach i sierotce Marysi
  52. O rybaku i złotej rybce
  53. Oliver Twist
  54. Opowieści z Narnii
  55. Opowieść wigilijna
  56. Pan Samochodzik
  57. Pan Tadeusz
  58. Pierścień i róża
  59. Pinokio
  60. Piotruś Pan
  61. Pippi Pończoszanka
  62. Plastusiowy pamiętnik
  63. Podróże Guliwera
  64. Pollyanna
  65. Porwanie Baltazara Gąbki
  66. Przygody barona Munchausena
  67. Przygody Gala Asterixa
  68. Przygody Robinsona Cruzoe
  69. Przygody Tomka Sawyera
  70. Pszczółka Maja
  71. Robin Hood
  72. Rodzina Addamsów
  73. Sherlock Holmes
  74. Spiderman
  75. Stawka większa niż życie
  76. Superman
  77. Śpiąca królewna
  78. Tajemnicza wyspa
  79. Tajemniczy ogród
  80. Terminator
  81. Trylogia Sienkiewicza
  82. Trzej muszkieterowie
  83. Trzy małe świnki
  84. W pustyni i w puszczy
  85. Wiedźmin
  86. wierszyki Brzechwy
  87. Winnetou
  88. Władca Pierścieni
  89. Wróbelek Elemelek
  90. Złotowłosa i trzy misie

 Coś opuściłam? Coś umieściłam na liście niezasłużenie? Zapraszam do dyskusji.

wtorek, 02 listopada 2010
Dziki Wschód cz. 4 i ostatnia

Nie mogę ominąć w sprawozdaniu prezentów. Byłam zarówno prezentodawczynią jak i prezentobiorczynią. Andriej zadowolony z noża marki Opinel, ale najpiękniej cieszyła się Gala z kapci-kotów, które w dodatku były z twarzy (czy kapeć może mieć twarz?) całkiem podobne do Agenta 013 z jej książki. Twierdziła, że od dawna o takich marzyła, ale jakoś się jej nie trafiały. Jeszcze jej dołożyłam tabliczkę „szypiaszczej” czekolady dla koleżanek i wielką szyszkę z Polski, bo będąc w Nidzicy zbierała szyszki w lesie, że niby taaakie duże. Oni tam w Astrachaniu nie mają dużych drzew, ani tym bardziej dużych szyszek, to niech ma. Przezornie wzięłam ze sobą jakieś wisioreczki, więc miałam czym obdarować Janę, a Jana zrewanżowała się również wisioreczkiem - za to z niebieskiego szkła. Richard usiłował mnie obdarować książką, ale udało mi się odmówić (hurra, zdołałam odmówić przyjęcia książki!!) gdyż nie czytam po czesku (jeszcze). Zasugerowałam, że wolałabym CD z jego muzyką i po przesłuchaniu stwierdzam, że jest naprawdę ładna, akurat głównie kolędy. Poza tym w Alfa Knidze wręczono mi książeczkę dla dzieci „Cień kota wampira” – przyznaję, że edytorsko jest po prostu oszałamiająca. Ma mnóstwo kolorowych ilustracji z kotami w roli głównej (same fotomontaże) i wyobraźcie sobie kota rasy sfinks jako Drakulę. Mniut! Poza tym wzbogaciłam się o kieszonkowe lustereczko z widoczkiem Astrachania – od Gali, byłam zadowolona i już myślałam, że to koniec, kiedy Andriej i Gala zasypali mnie kolejnymi podarkami: albumem „Miasta rosyjskie” dla Smoka i absolutnie przecudowną poduszką gobelinową w kształcie kota dla mnie. Przez dłuższą chwilę nie mogłam powiedzieć ni słowa. Kot jest pasiasty, ryżawy, zielonooki i wygląda z daleka jak żywy. Nie jest poduszką Z kotem, tylko poduszką W KSZTAŁCIE kota, absolutnie odlotową. Wygląda do tego stopnia realistycznie, że Rudi w pierwszej chwili trochę się na nią boczył. No bo co to znaczy, że pani nie było tyle czasu i jeszcze przywlokła jakiegoś obcego w siatce?

Niedziela była ostatnim dniem, który mogliśmy poświęcić na zwiedzanie, więc robiliśmy to dość intensywnie. Na pierwszy ogień poszedł taras widokowy, z którego można było podziwiać piękną panoramę Moskwy. Niestety, kto mógł podziwiać, ten mógł – jeszcze poprzedniego wieczora dopadła mnie jakaś paskudna infekcja oka, więc zmaltretowana, spuchnięta i zasmarkana koncentrowałam się głównie na unikaniu słońca i dymu papierosowego. Na tarasie udało mi się jednak zrealizować marzenie i kupić podstakanniki za 1/3 ceny z suwienirnych magazinów na Arbacie. Potem zaś pomknęliśmy na Cmentarz Novodieviczyj i miałam niepowtarzalną okazję zetknąć się z objawami komunistycznej megalomanii. Przywykliśmy, że jeśli umiera ktoś sławny, to mu się stawia płytę nagrobną ze zdjęciem, ewentualnie funduje grobowiec. W skrajnych przypadkach chowa na Wawelu… hm hm… Natomiast nowodiewicza sekcja dla tzw. wierchuszki składa się z pomników typu pomnik, czyli regularnych popiersi w 3D, całych postaci lub przynajmniej płaskorzeźb. Generałowie, artyści, bohaterowie wojenni, czynownicy, wszyscy naturalnie zgodni z duchem partii. Szczęka opada. Na grobie malarza Gierasimowa wygina się metalowa naga postać młodziutkiego chłopca, istne marzenie geja-pedofila. Ale nie to było najbardziej zadziwiające: w pewnej chwili zobaczyłam wielką pomiętą pasiastą poduszkę i usiłowałam dojść o co tu chodzi i, na Merlina, co to właściwie jest? „Grób Jelcyna” uświadomił mnie uprzejmie Witalij. Dopiero wtedy dostrzegłam dość niewyraźny napis Борис Ельцин, a kolejną chwilę trwało nim w pogniecionej poduszce zobaczyłam nareszcie rosyjską flagę z trzema pasami: białym, niebieskim i bladoczerwonym. Nadal się waham, co jest brzydsze: mogiła Jelcyna czy mauzoleum Lenina, które wygląda jak coś, co zbudował z klocków mało zdolny przedszkolak. Przejdźmy więc na Krasnuju Płoszczadź czyli Plac Czerwony, który wcale nie jest czerwony tylko wyłożony kostką w kolorze czarnopopielatym, wydeptaną milionami podeszew. Zresztą nazwa „krasnyj” wcale nie pochodzi od „czerwony” tylko od dawnego znaczenia „piękny”. Owszem, mogę zaświadczyć, że istotnie piękny Plac jest piękny, a w każdym razie te kawałki, które dostrzegłam jako osoba półślepa. Katedra Wasyla Błogosławionego wygląda jak śliczna, kolorowa dziecięca zabawka – ta cecha jest zresztą wspólna dla całej zabudowy staromoskiewskiej, większość budynków przypomina bombonierki. Widziałam też Łobnoje miesto czyli resztki szafotu, ale wtedy już poprosiłam Galę, żebyśmy poszły pod dach, nim słońce mnie zabije jak wampira. W ten sposób dotarłam do wspomnianego wcześniej GUM-u z jego kremowymi ścianami, ozdóbkami z kutego żelaza i marmurowymi stolikami. Zdążyliśmy jeszcze zaliczyć wizytę pod pomnikiem Puszkina – miejsce chyba jest tradycyjnym punktem spotkań towarzyskich, bo dokoła było pełno ludzi, nie tylko turystów ale także rozmawiających i śmiejących się obywateli ewidentnie miejscowych.

A potem już jazda na dworzec, pożegnalna wódka w dworcowym pubie, ostatnie uściski i znajomy pociąg. Niestety, tym razem nie miałam miłego towarzystwa obcokrajowców, tylko Polkę. Złe przeczucie mnie tknęło już w chwili gdy się przedstawiła dwoma imionami i nazwiskiem. Potem było już tylko gorzej. W ciągu paru godzin poznałam cały życiorys owej damy, łącznie z imionami i skróconym życiorysem jej dzieci, stanem jej konta bankowego, zarobkami wyobrażanymi liczbami pięciocyfrowymi (co ona robiła w przedziale sypialnym pociągu relacji Moskwa – Warszawa zamiast w prywatnym odrzutowcu?), interesami, postawą życiową, zamiłowaniem do feng-shui, podróżami po całym świecie, znajomością sześciu czy dziesięciu języków obcych, oraz poglądami na wszystko rozpoczynającymi się od sakramentalnego: „Osobiście uważam, że…”. Nic dziwnego, że kiedy tylko mogłam, uciekałam z przedziału, albo udawałam, że śpię. Kiedy tylko owa dama zauważała, że jestem przytomna i obecna, natychmiast włączała motorek i „osobiście uważała”. Chyba ją wykorzystam w jakiejś książce, bo szkoda, żeby moje męki poszły na marne. Celnicy dopadli nas tym razem w środku nocy, nieprzytomnych, zaspanych i rozmamłanych. Spirtnoje? Cigarietki? Dragocennosti? Niet, niet, niet. Wiza? Da… Do swidanja. Co ciekawe, papierek, który dostałam w rejestracji hotelowej nikogo nie obchodził, natomiast brak tegoż samego papierka, którego Christo zapomniał pobrać, spowodował, że o mało nie został na lotnisku, bo go nie chcieli wypuścić z powrotem do Bułgarii. Ot, czudiesa… Pani Osobiścieuważamże nie omieszkała wyrazić wielu poglądów na zdziczenie obyczajów, które pozwala na budzenie obywateli Unii Europejskiej o drugiej w nocy. Ja nie miałam siły na narzekanie ani na zdumienie, poza tym, gdybym podjęła temat, dama z przyjemnością gadałaby pewnie do świtu, więc przezornie trzymałam język za zębami i nie dostarczałam jej paliwa. A kiedy za oknem pojawiły się znajome widoki Warszawy, znów przyszło wrażenie deja vu, bo taka podobna do Moskwy… tylko mniejsza.

poniedziałek, 01 listopada 2010
Wszystkich Świętych

Wszystkich Świętych

Lataliśmy po grobach, a ja miałam poczucie doskonałego bezsensu tej czynności. Zresztą chyba nie tylko ja, bo Smok z bratem, zamiast oddawać się kontemplacji, pełnym głosem omawiali na cmentarnych alejkach oprogramowanie jakiejś strony. Deczko burackie. Grób nr 1, rodzina Smoka, zapalić lampkę. Grób nr 2, mój dziadek, zmarł jeszcze przed moim urodzeniem, jest dla mnie jedynie twarzą na fotografii, zapalić lampkę. Jakaś ciotka, jakiś wuj… osoby zupełnie mi nie znane, kwiatek, lampka. W końcu znajome imię i nazwisko na nagrobku, przywołuję w pamięci twarz, postać, brzmienie głodu – ale zupełnie nie umiem połączyć pani T. z tym kawałkiem szarego kamienia. Kwiatek, znicz… Grób mojego ojca – to samo: postać, głos, parę wspomnień i najmniejszego nawet zrozumienia, że pod tym kamieniem leży ten, który mnie kiedyś począł. Niby wiem, ale nie wiem. Znicz, przeżegnać się, pożegnać się. Nareszcie koniec. Nie lubię tego dnia, zmusza mnie do hipokryzji. Aż przypomniał mi się wiersz, napisany w latach szczenięcych, który był chyba nieuświadomioną, kulawą próbą popełnienia haiku.

Równe rzędy pudełek

Pustki marmurem opakowane

Nic tam nie ma, treść uleciała

Więc co oblewamy łzami?