CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
wtorek, 19 lutego 2013
Podanie

Podanie

Do: Bliżej Niezidentyfikowana Siła Opatrznościowa

Od: niżej podpisana, planeta Ziemia (trzecia od takiej małej gwiazdy), kontynent Europa, Polska, Trójmiasto

Szanowna Bliżej Nizidentyfikowana Siło Opatrznościowa.

Jest luty, wszystkim dokoła odpierdala (a najbardziej mojej rodzinie) i boję się, że za chwilę mnie też się coś zrobi w psychikę. W dodatku koledze umarł pies, co jest BARDZO SMUTNE. Nie mam pracy, nie mam pieniędzy i za chwilę zacznę głodować. Aczkolwiek dziękuję za zakończenie tej-dziwnej-grypy i za to, że spadł nowy śnieg i jest ładnie. Czy mogłabyś/mógłbyś/mogłobyś zrobić coś, żeby było lepiej? Przynajmniej w kwestii finansowej? Bo z włosami jakoś sobie poradzę, a poza tym już przywykłam.

Pozdrawiam/pozostaję z szacunkiem, Toroj

PS. Albo żeby przynajmniej wiosna przyszła szybciej i zrobiło się ciepło.

piątek, 15 lutego 2013
Widzieć uszami czyli o audioksiążkach

Resztki grypy-niegrypy ciągną się za mną z uporem niezdekapitowanego zombi. Już niby jest lepiej, wyjdę na świeże – haha – powietrze w celu zdobycia prowiantu w pobliskiej Biedronce i już się odzywają a to oskrzela, a to gardło, a to plecy, a to znów nos przemienia się w cieknący kran. O-brzy-dli-we. Koncentruję się więc siłą rzeczy na czynnościach wymagających mniejszych sił intelektualnych. Mój Wen wlazł za poduszkę z Darthem Vaderem, nakrył nos ogonem i oznajmił, że czeka na wiosnę (albo przynajmniej koniec choroby) i mam się odtentegować. Dłubię więc rozmaite cosie ze szkła, żeby nie było, że już całkiem nic nie robię, i tu następuje paradoks: ręce zajęte, Intelekt nie. Przy czym Intelekt stwierdził, że może i ma resztki grypy ale nie umarł i nie będzie się koncentrował wyłącznie na lutowaniu jednych drucików z drugimi drucikami, bo to nudne. Seriale oprotestował, bo tam napisy, a tylko kameleony mają zdolność patrzenia jednym okiem na ekran i drugim na warsztat. Filmy z lektorem – nieee... Marudny jakiś. Audiobooka? Spróbujemy. Po pięciu minutach słuchania opowiadania o Sherlocku Holmesie czytanego potwornym, pretensjonalnym, nadętym tonem (takiego S.H. osobiście bym na miejscu dr Watsona zabiła – dwukrotnie dla pewności) Intelekt zawył, zasłonił uszy łapami i odmówił współpracy. I wówczas, podczas beznadziejnego grzebania w zasobach swojego chomika, odkryłam zapomniane audiobooki rosyjskie. Na pierwszy ogień poszedł „Tajny wywiad cara Grocha” Andriuszy Bielanina, tom 3 – „Latający okręt”. No i wsiąkłam razem z marudnym Intelektem. O ile tom poprzedni „Spisek Czarnej Misji” był jeszcze standardowy, czytany przyzwoicie, z odpowiednią intonacją i gdzieniegdzie wstawkami muzycznymi dla podkreślenia nastroju, „Latający okręt” okazał się samym miodem i maliną. To, że lektorów była dwójka – podział na głosy męskie i kobiece - to jeszcze nic. Nie wiem, jak to robiła lektorka, że potrafiła zagrać i niepodrabialną wymowę szczerbatej Baby Jagi („Nikituszka, kasatik...”) i wszystkie krzykliwe baby z bazaru i młodziutką, seksowną Alonę. Klasa. A już lektor... Rzeczowy ton milicjanta z powołania Nikity Iwaszowa, basowe nieskładne buczenie poczciwego (i raczej mało błyskotliwego) posterunkowego Mitii, oraz wisienka na torcie: Abram Mojsiejewicz Szmulinson, miejscowy krawiec oraz wytwórca trumien, ze swoim oszałamiającym rosyjskim, pociągniętym grubą warstwą judejskiego akcentu. A do tego jeszcze efekty specjalne w postaci miauczenia kota Wasilija, skrzypienia drzwi, bulgotania nalewanej wódki, ochoczych krzyków tłumu w odpowiednich miejscach, gwaru na bazarze... i tak dalej, i tak dalej. Zakończyłam „Latający okręt”, przechichotałam „Odstrzał narzeczonych” i rozpoczęłam „Sprawę trzeźwych kuglarzy”.

I zadałam sobie w trakcie pytanie: Naturalnie zrobienie czegoś takiego jest kosztowne. Z drugiej strony nie aż tak kosztowne, żeby trzeba było brać kredyt w szwajcarskim banku. Natomiast do tej pory w Polsce z nieco lepszym udźwiękowieniem spotkałam się jedynie przy „Kodzie Leonarda”, poza tym zwykle lektorzy po prostu czytają, lepiej lub gorzej. Czasami gorzej – na przykład zdecydowanie wolę oglądać Irenę Kwiatkowską, niż słuchać jak czyta charakterystycznym skrzypiącym głosikiem „Dzieci z Bullerbyn”. „Nazywam się Lisa. Jestem dziewczynką, to chyba od razu widać z imienia. Mam siedem lat i wkrótce skończę osiem”. Niestety, nie osiem, a osiemdziesiąt i to bardzo a bardzo rzuca się w... uszy. Inna lektorka ziewała w trakcie czytania. Serio. Może była zmęczona, może jej walnęli jakiś morderczy termin nagrania i siedziała po nocach, nie wiem. Od czasu do czasu osobliwie usztywniały jej się szczęki i głos nabierał charakterystycznego odcienia – no ziewała, jak Bóg w niebiesiech. W sumie wyższa szkoła jazdy: ziewać i czytać bez zająknienia, czapki z głów. Skubnęłam na fali odnowionej popularności „Hobbita” – no cóż, miły głos Piotra Olędzkiego, w porównaniu z rosyjskimi dokonaniami, jak to mówią, dupy nie urywa. Lektor czyta, nie będąc zbyt zaangażowanym w treść książki. Znacznie, znacznie lepiej wypada Krzysztof Gosztyła, czytający „Azazela” Borisa Akunina.

A czy wy macie jakieś ulubione audiobooki, takie realizowane z nerwem, z zaangażowaniem, z talentem?

(Chciałam wkleić fragment „Odstrzału narzeczonych” ale plik ma ponad 20 mg więc sorry Winnetou.)



czwartek, 14 lutego 2013
Mini Tardis

Notka niewalentynkowa. Nie czuję się zobligowana do wstawiania dzisiaj w notkę serduszka.

Po prostu chciałam się pochwalić nowym/starym projektem. Duża Tardis lampionowa jest, no cóż... duża. Duża, kosztowna i dość trudna do zrobienia, więc postanowiłam wykonać też wersję mini – taką na jedną małą świeczkę. W trakcie projektowania jednak wyszło, że pakowanie do małego egzemplarza nawet małej świeczuszki byłoby niewygodne i zapewne całość za mocno by się nagrzewała. W ten sposób powstała Tardis – pojemnik na ołówki. Szerokość 6 cm, wysokość 10 cm. Nieprzeciekalna, choć przeznaczenie jej na wazonik może mocno zaszkodzić kwiatkom ze względu na zawartość ołowiu. Sugeruję suszki. Może też być bardzo przydatnym pojemnikiem do przechowywania różnych różności - na przykład balonika.



sobota, 09 lutego 2013
Awaria

Z powodu tego, że fanfiction.net znów się raczył rozkraczyć i robi fochy, jeśli ktoś śledzi aktualizacje "Trzeciej szansy", sugeruję, żeby przede wszystkim zaglądał tutaj http://archiveofourown.org/works/668841/chapters/1239443  bo na fanfictionie może się nie doczekać. 

Choroba powoli odpuszcza ale nadal zasmarkuję kilometry bieżące chustek do nosa i raczej jestem ostatnio kotem mało mobilnym.

wtorek, 05 lutego 2013
Tardis nieprzemakalna i mrozoodporna

Tardis nieprzemakalna i mrozoodporna

Niemalże dwa miesiące temu Minamoto przekazała mi żałobną wieść, że niestety jeden z jej tardisowych kolczyków zaginął w czasie i przestrzeni. Być może porwał go niejaki Master. Na szczęście takie kolczyki w większości przypadków daje się dorobić, więc Min złożyła zamówienie na kolczyk sztuk jeden z terminem wykonania „przy okazji jakoś wiosną”. A tymczasem dzisiaj, we wtorek 5 lutego, wieść tym razem radosna: rodziciel Minamoto odnalazł zaginioną Tardis w resztkach śniegu koło bramy, gdzie przeleżała szmat czasu, wystawiona na warunki atmosferyczne. Z dumą mogę ogłosić, że wytwórnia Bad Wolf przeszła zwycięsko próbę mrozu, śniegu, roztopów i nawet paru ulew. Tardis nie tylko podróżuje w czasie i przestrzeni, ale jest też wodoodporna! Który z prezentowanych poniżej kolczyków spędził kilka tygodni w zaspie? Różnicy nie widać, chociaż ja i Minamoto wiemy który. (Bad Wolf jednak nadal nie zaleca kąpieli ani brania prysznica w tego rodzaju biżuterii.)

Przerwa na reklamę: planowane są nowe wzory whowiańskie oraz sherlockowe.



sobota, 02 lutego 2013
Chorowanie stadne

Wilf twierdzi, że jak stado choruje to choruje razem. Jego teoria zdaje się potwierdzać. Stado choruje, ja choruję ze stadem, a razem z nami choruje cała Europa. Zaczęło się od przeziębionej Serathe na Malcie, chwilę później doszlusowała spod Wrocławia Minamoto ze swoją grypą, jeszcze nie skończyła tej grypy, a Wilf odmeldował się z Irlandii, że jego facet trzęsie się w gorączce, a teraz chyrlają obaj w duecie. Jego beta, Koral, zaraził się chyba poprzez betowane pliki Wilfa. Lomiel (Trójmiasto) właśnie zwlekła się z łóżka, nadal niedoleczona, w jej klasie na 13 dzieci do szkoły chodzi 4. Mnie się zaczęło kole środy i infekcja pięknie się rozwija, zmierzając w okolice oskrzeli, mam wrażenie. Ciotka w Elblągu ma chyba to samo co ja, tylko w większym stężeniu, mama faszeruje się tabletkami na gardło. Ostatnio sprzedałam tego chińskiego smoka, prezentowanego notkę niżej – klientka ze Szwajcarii pisze, że nie ma sprawy, mogę go wysłać w poniedziałek jak się lepiej poczuję, ona sama od długiego czasu usiłuje wyzdrowieć. Ki diabeł? Sądząc z doniesień w sieci, przez Europę przetacza się epidemia analogiczna do słynnej grypy hiszpanki, tylko ludzie nie umierają. To znaczy umierają ale tak nie do końca.

Łażenie do lekarza i domaganie się antybiotyków jest bez sensu, więc gotuję różne dziwne napary i wywary ze środków dostępnych w pobliskim sklepie, łagodzące objawy. Na przykład:

Eliksir imbirowo-tymiankowy

Kawałek imbiru wielkości mniej więcej pudełka zapałek zetrzeć na tarce i wrzucić do rondelka, dodać 1 łyżeczkę suszonego tymianku. Zalać 2 szklankami wody, doprowadzić do wrzenia a potem gotować na małym ogniu 5 minut. Odstawić, ostudzić, odcedzić, dodać sok wyciśnięty z 1 cytryny i posłodzić miodem. W wersji dla twardzieli razem z tymiankiem sypie się 2 łyżeczki majeranku, ale nie jestem jeszcze aż tak zdesperowana. Majeranek zbija gorączkę, tymianek łagodzi kaszel, imbir ma działanie rozgrzewające i bakteriobójcze.

Preparat z siemieniem lnianym

1 łyżkę stołową siemienia zalać w kubeczku wrzątkiem (tylko trochę) i odczekać kilka minut aż napęcznieje. Dolać gorącego mleka i dodać miodu, spożywać. Łagodzi ból gardła. Osobiście idę na łatwiznę i mleko podgrzewam w mikrofali, na co Wilf otrząsa się z obrzydzeniem. Purysta.

Poza tym oczywiście czosnek (świeży, nie suszony w proszku!) w pokaźnych ilościach, na kanapkach, w zupie i w mleku.

Witamina C i rutinoscorbin oraz neoangin, który ma słabe działanie znieczulające, więc się nim znieczulam, kiedy kładę się spać, ale nie mogę zasnąć z powodu zmiany pozycji, podrażnienia gardła i napadowego kaszlu.

Nienawidzę być chora bo chorowanie jest nudne. Stado aniołków czeka na scynowanie ale nie mogę włączyć lutownicy, bo zabiłby mnie katar (opary). Dwa koty czekają na pomalowanie - opary lakieru plus przytępienie wena – odpada. Pisanie sami-wiecie-czego – jak wyżej, przytępienie wena. Co mi pozostało to powolne tłumaczenie „Trzeciej szansy” („Druga szansa” jest TUTAJ), próba oszlifowania nowej Tardis (nie wymaga w najmniejszym stopniu wena, jedynie sił fizycznych) oraz czytanie (powolne i kawałkami) i powtórne oglądanie Doktora. Na nadrabianie Dextera nie mam siły. Nienawidzę chorować, ale to już chyba pisałam...?