CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
wtorek, 28 lutego 2012
O pożytku płynącym z seriali

O pożytku płynącym z seriali

Jest takie powiedzenie: „Uwielbiam sport, mógłbym na niego patrzeć godzinami”. To się zgadza z moimi poglądami - tyle, że ja nawet patrzeć na niego nie chcę. Dzieckiem byłam szczupłym, choć nie chudym. Moja aktywność ruchowa do 12 roku życia polegała na łażeniu po drzewach, jeździe na rowerze, grze w gumę i zabawach podwórkowych z wykorzystaniem piłki. Natomiast tak zwane „wychowanie fizyczne” w szkole to było jedno pasmo udręki. Dzieciaki trzymane w ławkach po 7-8 godzin, raz w tygodniu przez 2 godziny miały nadrabiać tygodniowy bezruch i garbienie się w ławce. Musieliśmy do tego osiągać jakieś standardy w tabelkach, ale oczywiście zwykle było za wolno, za nisko, zbyt niezdarnie, nie tak jak być powinno... i na koniec z łaski „trzy na szynach”. Motywacja jak stąd do Peru, no nie? Nic dziwnego, że w liceum to już wuefu nienawidziłyśmy wszystkie (może z jednym tylko wyjątkiem, naprawdę jednym jedynym).

Jako że jestem typowym Ślizgonem, dla mnie ruch musi mieć sens. Mogę nosić wiadra węgla na drugie piętro, piłować i rąbać drewno – samo do pieca nie dojdzie. Mogę odśnieżać chodniki. Chodzić godzinami po lesie, szukając grzybów albo jagód. Wyrabiać kilometry po centrach handlowych w poszukiwaniu butów. I temu podobnie.

Miło sobie popatrzeć na idealnie wyrzeźbioną klatę Taylora Lautnera, ale jak pomyślę ile czasu on spędził na siłowni na mechanicznym powtarzaniu „up-down-up-down” to mi się wszystko w środku obtrząsa z dużym FUJ.

Jak pisałam wcześniej, wróciłam na dietę z powodu nadliczbowych kilogramów i niechęci do ponownej wymiany całej garderoby. (Szczególną motywacją jest pewna kiecka z Zary.) Jednak z powodu mego wstrętu do gimnastyki wolę się głodzić, niż ćwiczyć. Oczywiście jest to nierozsądne, gdyż nawet święty Dukan zaleca ruch. Nawet onegdaj nabyłam drogą kupna rowerek stacjonarny, który po początkowym rozruchu zaczął się kurzyć w kącie. Po prostu przy minimalnym nawet obciążeniu wytrzymywałam co najwyżej 20 minut, schodziłam z tej machiny tortur spocona jak szczur i było bardzo niefajnie. Mówienie sobie, że właśnie spaliłam jakieś 100 czy 200 kalorii jakoś nie wzbudzało we mnie euforii. Postanowiłam więc tym razem podejść do sprawy naukowo i rozebrać ją na czynniki pierwsze. Nie lubię ćwiczyć bo:

  1. to jest nudne
  2. nieprzyjemne i męczące

Czyli należy wyeliminować czynniki zniechęcające. Próbowałam czytać podczas pedałowania, ale bodźce okazały się za słabe, by odwrócić moją uwagę od tego, że się ruszam i to ruszam bezcelowo. Przy drugiej próbie postawiłam rower przed komputerem i zdjęłam całkowicie blokadę z koła - ostatecznie nie chcę sobie wyrobić mięśni łydek tylko po prostu zmusić się do jakiejkolwiek aktywności poza ruszaniem myszą i klepaniem w klawisze. Po czym włączyłam odcinek Unforgettable i pajechali! Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Przez 40 minut, aż do końca odcinka energicznie ruszałam nogami, a mózg miałam zajęty opowieścią kryminalną. Jeśli chciałam sprawdzić ile mi jeszcze zostało tego machania to proszę bardzo: odtwarzacz ma licznik w lewym górnym rogu. Następnego dnia jeździłam do amerykańskiego Sherlocka, a kolejnego do Doktora Who. Bolały mnie ręce, więc zaczęłam wkładać rękawiczki rowerowe. Dziś będę jechać do Criminal minds lub do Grimma, jeśli pojawią się do niego napisy. Waga pokazuje, że w ciągu trzech dni zgubiłam gdzieś niezauważalnie prawie kilogram. I niech kto powie teraz, że seriale to bezpożytkowe marnowanie czasu!



poniedziałek, 27 lutego 2012
Zdrowa obsesja podstawą życia każdego obywatela

Zdrowa obsesja podstawą życia każdego obywatela. To powinno być hasło na jakieś transparenty albo koszulki czy coś w tym stylu. Miałam kiedyś bardzo ładną obsesję na tle Severusa Snape’a, ale wiadomo, że żadna obsesja nie utrzymuje się wiecznie, zwłaszcza skoro Rowling uśmierciła mojego bohatera nieodwracalnie, a użyczający mu twarzy Alan Rickman ma już swoje lata i to niestety widać. Obsesja była mi więc zdechła, a nowa nie chciała się wyhodować. Owszem, miewałam sympatie, lecz ani Aragorn, ani świetlistowłosy Legolas nie chcieli się trwale zagnieździć w mym sercu. (O Frodzie grzech wspominać, bo to czystej wody pedofilia by była, moi państwo.) Jack Sparrow jak na mój gust zbyt transwestytyczny i zbyt błazeński. Zaliczyłam bardzo przelotny romansik z Jakem z „Avatara”, przez ładny kęs czasu mając na tapecie komputerowej jego błękitny uśmiech. Jednakowoż Jake jest psychologicznie prosty jak młotek i obsesja nie miała żadnych szans rozwoju. Zero, null, aż przykre. Przed Avatarem na komputerze miewałam przede wszystkim koty. Pewne nadzieje stwarzało Fringe i Peter Bishop, ale no niestety. „Gra o tron” wspaniała, Daenerys apetyczna, ale ja w obsesjach jestem zdecydowanie hetero. Czas mijał, a ja pozostawałam sflaczała, coraz bardziej niehappy i bezobsesyjna, co źle robi na cerę i stan neuronów. Na mózg zdecydowanie gorzej. W końcu przyszedł rok 2011 kiedy w końcu obejrzałam 1 sezon Sherlocka, a potem 2012 gdy dooglądałam resztę i z dużym hukiem rąbnął we mnie finał 2 sezonu. Obsesja, która – jak się okazało - zasiała się cichcem ładne pół roku temu, zachowała się jak podlana rzeżucha. Kiedy skończyły mi się filmy, rzuciłam się na poszukiwanie fanfików. W rezultacie późnym wieczorem, kiedy Smok oglądał w drugim pokoju po raz enty LOTR, ja siedziałam przed komputerem roniąc łzy na klawiaturę, zapuchnięta i zasmarkana. W tekście Sherlock umierał w ramionach najlepszego przyjaciela, dokoła walały się sterty zużytych chusteczek, a ja płakałam jak dwa bobry stereo, czując się absurdalnie szczęśliwa. Ostatnio takie objawy miałam całe lata temu, przy lekturze okropnego, melodramatycznego, bezczelnie emowatego fanfica Enahmy. Tam na odmianę bardzo tragicznie, patetycznie i absolutnie niesprawiedliwie umierał Severus Snape. Robiłam wtedy korektę tłumaczenia, wstawiałam przecinki i jednocześnie chlipałam, mało co widząc przez łzy. Zawstydzające, okropne, żenujące i absolutnie cudowne. Pozbierałam chusteczki, umyłam się, zapisałam tekst w „ulubionych”, po czym bardzo starannie wymieniłam tapetę Avatar na Sherlocka i Watsona stojących przed drzwiami Baker Street 221b. MAM OBSESJĘ! Co za szczęście! Czego i Wam serdecznie życzę, amen.

Apdejt: http://www.fanfiction.net/s/7866416/1/Sam_pod_woda  - tu jest tłumaczenie,

a tu jest oryginał: http://www.fanfiction.net/s/6914974/1/Alone_On_the_Water

sobota, 25 lutego 2012
SHERLOCKED

Nadal jestem sherlocked. Kto widział serial, ten wie, o co chodzi. Naturalnie czytałam oryginalne powieści i opowiadania Doyle’a, dawno temu i nie wszystkie, ale „Psa Baskerville’ów”, „Studium w szkarłacie” i parę innych znam. Oglądałam też kilka filmów i całkiem niezły serial rosyjski z 1979, gdzie Holmesa grał Wasilij Liwanow (wówczas 44-letni), a Watsona – Witalij Sołomin (lat 38). Zagorzałą fanką nie byłam. Do Holmesa odnosiłam się dość obojętnie, mając jako alternatywę naukowców z CSI i profilerów, a wcześniej znacznie bardziej dynamicznych (i młodszych) policjantów z Miami Vice itp. itd. Dopiero kiedy zaczęły pojawiać się plakaty promujące amerykańską wersję przygód Holmesa z Robertem Downeyem i tym ciachem Judem Law jako Watsonem, zainteresowałam się na tyle, by obejrzeć film, który bym w innej obsadzie olała paraboidalnie. Downey w chwili kręcenia „Sherlocka Holmesa” miał jakieś 43 lata, Law – 36. Obaj, jak to amerykańscy aktorzy, doskonale utrzymani, z uzębieniem jak perełki i setkami godzin siłowni w muskulaturze. Przyjemnie było popatrzeć. No co? Jestem kobietą, mam wyrobiony zmysł estetyczny, lubię patrzeć na przystojnych facetów. A sam film zrobił na mnie wielkie wrażenie, gdyż po raz pierwszy (!) John Watson nie był tłem dla Sherlocka Holmesa, lecz jego równorzędnym partnerem – takim co to i w mordę da, i będzie biegał po dachach i strzelał, a nie tylko patrzył w kolegę jak w obrazek i powtarzał: „Wspaniałe, Holmesie! Cudownie, Holmesie!”. Może być przystojnym, pełnym życia, inteligentnym facetem z jajami, a nie dodatkiem do kogoś. Zdałam sobie sprawę, że właśnie to mnie drażniło, zwłaszcza mnożone w tysiącach obrazków i pasków komiksowych, gdzie kanonem jest Holmes w idiotycznej czapce, z lupą i fajką, a Watson to stary, tłusty (często łysy) dziad z wąsami i w meloniku. A potem trafiłam na „Sherlocka” w wersji BBC, gdzie Benedict Cumberbatch (34 lata w chwili wejścia 1 sezonu na ekrany) jest jeszcze większym ciachem niż Law, a Freeman (39 lat) stworzył cudowną, stonowaną, a zarazem pełną jakiejś wewnętrznej energii postać Johna Watsona, za tę rolę otrzymał zresztą nagrodę BAFTA.

Do meritum – nie bez kozery wyżej podawałam wiek wszystkich aktorów. Po zaszerlokowaniu się, porównywaniu rozmaitych wersji filmowych, zadałam sobie pytanie: a ile oni właściwie mieli lat? Wygrzebałam „Studium w szkarłacie” i... a-kuku! „W roku 1878 ukończyłem uniwersytet londyński i z dyplomem doktora medycyny w kieszeni  pojechałem  do  Netley  na  kurs  chirurgów  wojskowych” – pisze John Watson w swoim pamiętniku. Następnie został oddelegowany na wojnę afgańską i brał udział w bitwie pod Maiwandem, która ma całkiem konkretną datę: lipiec 1880 rok. Został ranny, złapał dur brzuszny, jakoś się wylizał, ale jako nienadający się już do służby wojskowej wrócił po kilku miesiącach do Londynu. Niedługi czas mieszkał w pensjonacie, a potem jego były kolega zapoznał go z Holmesem. Mógł być to koniec 1880 lub początek 1881 roku. Nieskomplikowane obliczenia na podstawie treści książki oraz nieocenionego googla pozwalają ustalić, że Watson miał wówczas... około 28 lat! Wikipedia z kolei twierdzi, że Holmes urodził się w 1854 roku, więc był nawet od Watsona 2 lata młodszy! Dlaczego więc z maniackim uporem wszyscy reżyserzy obsadzali w tych rolach mężczyzn dużo, dużo starszych? Prawdopodobnie winę ponosi za to niejaki Sidney Paget, który swego czasu zrobił doskonałe ilustracje do „Studium”, ale, niestety, przedstawił Holmesa jako szczupłego pana w średnim wieku z bardzo wyraźnymi zakolami. A jego Watson też nie jest pierwszej świeżości i ma wąsy jak mors. W ten sposób zamiast pary młodych facetów, na ponad stulecie ustalił się wizerunek dwóch starych grzybów, snujących się z lupą po miejscach zbrodni. Przy czym jeden się wymądrza, a drugi go oklaskuje. Au, au, au...

W ten sposób Sherlock z 2010 roku w odcinku „A Study in Pink” jest najbliższy wiekiem oryginalnemu, skoro ma 31-32 lata. Jak to policzyłam? Na podstawie butów. Sprawa adidasów utopionego przed dwudziestu laty pływaka. Sherlock sam powiedział, że był wówczas dzieckiem i nikt nie chciał go słuchać. Mógł mieć więc 11 lub 12 lat, gdyż 15-latek nie byłby już „kid” i być może nie zostałby zlekceważony.

Tak czy siak, odmłodzeni, odświeżeni, energiczni i ciekawi Sherlok i John zostali bardzo dobrze przyjęci przez widzów. Amerykańskie pełnometrażówki poradziły sobie całkiem dobrze, a świat zszerlokował na punkcie detektywa o anielskiej twarzy Cumberbatha. I nie mniej się zwatsonił na tle misiowatego Freemana w sweterku.

Amerykanie usiłują zdyskontować sukces Anglików, osadzając swojego własnego Sherlocka w Nowym Jorku. (Jeżu kolczasty, jakoś sobie tego nie wyobrażam.) Natomiast  Rosjanie cichcem robią swój własny serial, stawiając na klasykę. Z zaciekawieniem dogrzebałam się do odpowiedniej strony i... cycki mi opadły. Po Lawie, po Downeyu, po Cumberbatchu i Freemanie (a zapewniam, że wszyscy Rosjanie bez najmniejszych trudności są na bieżąco z serialami i filmami zachodnimi) „bracia Moskale” fundują widzom TO:  To szczurowate coś w czapce to Holmes, grany przez Igora Pietrenko, a ten ryżawy emeryt w idiotycznym kapeluszu to Watson – w tej niezapomnianej roli Adriej Panin. Lubię rosyjskie seriale, wiele z nich mi się podobało, ale tutaj będę protestować. Głośno i długo.

Wszystko jest lepsze od rosyjskiej wizji, która ma wejść na ekrany z końcem 2012 (na szczęście nie u nas), nawet to:



piątek, 24 lutego 2012
Codzienność w sieci oraz o tym, gdzie czai się yaoi

Wpierw koło 8 rano na 5 sekund obudził mnie Smok, który szykował się do pracy, więc w ciągu owych 5 sekund wsadziłam sobie stopery do uszu i zasnęłam ponownie. Następnie po raz drugi poderwał mnie z łoża Morfeusza znajomy, który o godzinie 9:50 zadzwonił z pytaniem, czy jego syn ma wstawiać do tekstu przypisy czy nie ma wstawiać do tekstu przypisów. Byłam tak mało przytomna, że nawet nie upier**liłam mu czaszki wraz z przyległym kręgosłupem. Pozwolę sobie zacytować Rafała Kosika, z zawodu literata: „Istnieje teoria, że ludzie miewają kryzys senny gdzieś około godziny pierwszej po południu. Ja też go mam – muszę wstać”. Jest to cytat może niedosłowny, ale wiadomo o co chodzi. Jeśli zadzwonisz do pisarza/tłumacza/redaktora przed godziną 12 w południe, to na 90% możesz być pewien, że nawet jeśli będzie z tobą pogodnie i w miarę sensownie rozmawiać, robi to przez sen – po odłożeniu komórki przewróci się z powrotem w bety i prawdopodobnie wykasuje z umysłu fakt, że w ogóle odbył jakąkolwiek rozmowę z kimkolwiek. Chyba że ma psa i musiał z tym psem wyjść o 7:00 na spacer. Ale powiedzmy sobie szczerze, jaki normalny literat trzyma psa? Pisarz ma kota, a kot ma kuwetę. Moje koty już całe lata temu nauczyły się, że darcie ryja o poranku jest kompletnie bezcelowe, bo pańcia o tej porze stanowi jedynie kawałek oddychającego mięsa. I nic dziwnego, skoro prowadzi bardzo regularny tryb życia: regularnie kładzie się o trzeciej nad ranem.

Stresy przedpołudniowe łaskawie postanowiła mi wynagrodzić waga i pokazała kilogram mniej.

Jak widać z poprzedniej notki, serial o Sherlocku Holmesie poruszył we mnie pewne struny i zaowocował dziełkiem literackim. Wkleiłam je nie tylko na blogu, ale również na forum fanfikciarskim i nawet dostałam parę komentarzy. Jeden pozwolę sobie zacytować, gdyż zadumałam się nad nim.

Początkowo sam się wzruszyłem, ale niestety później Sherlock został ożywiony i powołany do występu w soft yaoi. Styl ładny, umiesz budować napięcie, ale osobiście zakończyłbym to inaczej. Bez ożywania Sherlocka.
Edit: Jednak nie jestem jedynym, któremu się zawsze Holmes kojarzył z gejem.

Dobra, facet wolałby, żeby Holmes nie żył. Jego rude prawo, może woleć, może napisać własną wersję, w której pod marmurowym nagrobkiem istotnie spoczywa S.H. i wstanie dopiero na Sąd Ostateczny. Jednak w kanonicznym dziele samego Doyle’a i w serialu Sherlock przeżył, a ja nie lubię uśmiercania bohaterów i to jest moje prawo. Luzik. Czytelnik wziął się wzruszył, a potem mu przeszło, bo zobaczył bohaterów w „soft yaoi” – i tu już brwi mi dotknęły granicy włosów. Nie z powodu domniemanej homofobii komentującego, ale dlatego, że on zobaczył w tej miniaturce slash. Przyszło nam żyć w czasach absurdalnych, kiedy mężczyzna nie może przyglądać się bawiącym się dzieciom bez podejrzenia o pedofilię, przedszkolanka nie przytuli płaczącego malucha, bo może mieć z tego powodu problemy. Dziewczyna całująca starszego pana w policzek w oczach świadków to jego utrzymanka, a nie córka czy wnuczka. Dwie kobiety idące pod rękę ulicą to na pewno lesbijki, a dwóch facetów wynajmujących razem mieszkanie to... Zresztą właśnie z tego wyśmiewają się dobrodusznie twórcy serialu, w każdym niemal odcinku stawiają na drodze Holmesa i Watsona osoby „przesadnie tolerancyjne”, przyjmujące z góry za pewnik, że ci dwaj ze sobą sypiają. Dwaj mężczyźni nie mogą przebywać w jednym pomieszczeniu, nie mogą się dotknąć inaczej niż w formie „szejkhendu”, inaczej automatycznie przylepia im się etykietkę homoseksualistów. Gdyby według tego klucza analizować inne pozycje literackie, to bosman Nowicki był pedofilem molestującym nieletniego Tomka Wilmowskiego (nie dość, że zajmowali jedną kajutę, to jeszcze Nowicki w drugim tomie niósł na rękach rannego chłopaka i płakał – zatem jest wysoce podejrzany). Ania Shirley i Diana Barry szykowały się do spania w jednym łóżku w gościnnym pokoju... Stosunki Muminka i Włóczykija są co najmniej niepewne, a Paszczak w sukience po ciotce jest klasycznym transwestytą, czyż nie? I czy muszę przypominać o słynnej sprawie Teletubisia z torebką?

Jak więc powinna wyglądać scena ponownego spotkania Watsona i Holmesa, żeby nie była „gejowska”?

- Och, Sherlock, żyjesz!

- Tak, John, żyję. To chyba widać.

- Jak mogłeś nam to zrobić?!

- To było konieczne. Przy okazji, gdzie są moje rzeczy?

- Oddaliśmy je do Armii Zbawienia.

- Co za szkoda. Poproś panią Hudson, żeby zaparzyła herbaty.

Tak jakby już nie to, prawda?

Kiedy na konwentach spotykają się znajomi, ich powitania wyglądają rozmaicie: skinienie głową, uśmiech, słowo „cześć”; podanie ręki, jeśli ich stosunki są nieco bliższe; ale stopień trzeci zażyłości, kiedy mówimy o długoletnich przyjaźniach, to klasyczny „niedźwiadek”. Czy oznacza on, że dwaj panowie robiący „misia” przed salą prelekcyjną, za chwilę będą szukać ustronnego kącika, by się obmacywać bardziej dokładnie? Uszami wyobraźni słyszę już straszliwy rechot swoich konwentowych kumpli.

A teraz na „misia” popatrzmy przez pryzmat szoku, długotrwałego napięcia nerwowego, fazy zaprzeczenia, żałoby i rozmaitych uczuć kłębiących się całymi tygodniami, ba! miesiącami w umyśle Johna Watsona. Czy wówczas szukanie fizycznego kontaktu, objęcie najbliższego przyjaciela nie wydaje się całkowicie naturalne? A nawet to bezsilne zwieszenie głowy w geście ulgi, kiedy stuka się nosem w najbliższy przedmiot – w tym wypadku bark Sherlocka (patrz różnica wzrostu obu panów). Gdyby Watson był w normalnym stanie ducha, pewnie do tego by nie doszło, ale, na Merlina i Doyle’a, nie był! Był tak zmaltretowany, że zemdlał i wylądował na kanapce pod żółtą buźką. Holmes, wiedziony logiką, otworzył okno, by dostarczyć tlenu i przykrył kumpla płaszczem, by John nie zmarzł. W ten sposób pierwszym bodźcem, jaki dotarł do Johna po odzyskaniu świadomości był zapach – ten sam, jaki w ciągu półtora roku przywykł wiązać ze swoim przyjacielem. A zapewniam, że zapachy potrafią nas stymulować znacznie silniej nawet niż obrazy. Wełniany granatowy płaszcz może należeć do kogokolwiek, ale wełniany płaszcz pachnący Sherlockiem Holmesem należy do Sherlocka Holmesa. I kropka.

A teraz Sherlock. W odcinku „The Hounds of Baskerville” Watson otwartym tekstem oznajmia, że Sherlock ma zespół Aspergera. I to się dokładnie zgadza z całym zachowaniem Holmesa. Jest geniuszem, ale geniuszem w pewien sposób ułomnym. Nie należy do „ordinary people” – jak to raczył określić Moriarty w scenie na dachu. „Zwykły człowiek” być może siedziałby obok przyjaciela i czekał aż ten się ocknie, ale Sherlock gra na skrzypcach. Aspergerowcy są rozmaici, lecz symptom nadszczerości i problem z socjalizacją są ich cechami charakterystycznymi. To co my „zwykli” wchłaniamy nie wiadomo jak i kiedy, pojmujemy instynktownie, oni wypracowują podczas ćwiczeń terapeutycznych i uczą się odpowiednich zachowań w rozmaitych scenariuszach, by jako-tako funkcjonować w społeczeństwie. Stąd zaskoczenie i niepewność Sherlocka, kiedy John Watson zachowuje się irracjonalnie. Holmes się gubi, sztywnieje, nie wie co robić. Nie dlatego, że wyczuł jakieś podteksty seksualne – po prostu żaden scenariusz tego nie przewidywał, wielki detektyw Sherlock Holmes nie ma na tę okoliczność stosownego folderu w swoim mózgu-komputerze. Dlatego upewnia się: „Tak się zachowują ludzie w takich sytuacjach?” i dopiero kiedy otrzymuje potwierdzenie, niepewnie, z pewnym zakłopotaniem próbuje się dostosować.

Do namiętnego pocałunku w następnym wersie nie doszło, zapewniam.



czwartek, 23 lutego 2012
Zwykli ludzie

Zwykli ludzie

 

Ten sen się powtarzał. John odrywał zziębnięte palce od gładkiego kamienia, robił nawykowy, żołnierski w tył zwrot i odchodził po cmentarnej murawie, niosąc w sobie identyczny kamień – ciężki, kanciasty, twardy, nieznośnie wypełniał całą jego klatkę piersiową, dławiąc bicie serca i oddech. Szedł niby prosto, ale jakimś cudem znów trafiał przed ten pretensjonalny nagrobek z czarnego marmuru. I ponownie odczytywał wielkie złote litery. SHERLOCK HOLMES. A na dole okropne sztuczne kwiatki... Mycroft, wybierając ten nagrobek, wykazał się osobliwym gustem. Choć Sherlockowi pewnie spodobałby się kolor. John ponownie się odwracał, odchodził i znów trafiał w to samo miejsce.

To był ten lepszy sen.

Na tyle lepszy, że zgodziłby się go śnić do końca swego życia, noc w noc, byle nigdy już nie trafić do tego drugiego...

Czasami opijał się mocną kawą i chodził po nocnych hałaśliwych ulicach centrum, by nie zasypiać i nie widzieć jasnych, szarobłękitnych oczu, wpatrzonych nieruchomo w przestrzeń. Nie oglądać już nigdy więcej ciemnych włosów przylepionych do zakrwawionej skroni. Nie dotykać bladej ręki, wiotkiej jak zdechła ryba... I nie krzyczeć. Nie krzyczeć...

A ten sen był dobry. Ktoś grał na skrzypcach. Sherlock grał na skrzypcach... Jeden z tych utworów, który nie miał tytułu tylko jakiś numer. Ładne... Niech gra. John będzie udawał, że ten nieznośny dupek znowu żyje. Tak lepiej, tak łatwiej... Coś miękkiego pod głową... Poduszka. Zapach Sherlocka unosi się w powietrzu – mieszanina wody kolońskiej, jakichś okropności z zakładu patologii czy rzeźni, dymu papierosowego... i jego, tylko jego. Coś łaskocze Johna w policzek, odruchowo unosi rękę i dotyka miękkiego materiału. Otwiera oczy. To płaszcz. Leży na kanapie, przykryty granatowym wełnianym płaszczem Sherlocka, znajomym do ostatniego guzika, do ostatniej nitki.

Na tle okna rysuje się ciemnym konturem szczupła sylwetka mężczyzny, odwróconego tyłem. Gra na skrzypcach. Wytwornie uniesiony łokieć, niesforne rozwichrzone włosy, rozwiewane przez zimny marcowy wiatr, wpadający przez otwarte okno... Gra lekko, swobodnie, z pasją.

John przysuwa tkaninę do nosa, przymyka oczy i wciąga zapach chciwie jak narkoman, jak kokainista.

Melodia zmienia się. To coś znajomego, to coś ma tytuł... No tak, Danse Macabre... Jakże stosowne do sytuacji.

- Sh... Sher... – Głos odmawia Johnowi posłuszeństwa.

Muzyka cichnie. Mężczyzna przy oknie odwraca się, robi dwa kroki. Szarobłękitne oczy patrzą uważnie i widzą wszystko.

- C-co...?

- Chwilowa przerwa w dopływie krwi do mózgu. Innymi słowy: zemdlałeś.

John wstaje z kanapy, z trudem rozwiera palce i wypuszcza płaszcz. W pokoju jest zimno jak w psiarni. Sherlock podejmuje melodię w tym samym miejscu, w jakim przerwał. Jego szczupłe, arystokratyczne palce biegają po strunach z precyzją automatu.

- Sherlock... odłóż skrzypce.

Nic.

- Odłóż te pieprzone skrzypce!

Sherlock powoli odkłada instrument na stolik, jego brwi marszczą się nieznacznie, najwyraźniej próbuje znaleźć w umyśle folder odpowiedni do tej sytuacji. A potem z łomotem pada na podniszczony, zaplamiony tajemniczymi substancjami dywan. John odruchowo masuje prawą dłoń.

- John...? Myślałem, że się ucieszysz, że żyję.

- Cieszę się – mówi John drżącym głosem, klęka i serdecznie wali go w szczękę z drugiej strony.

- Zachowujesz się... ygh... nielogicznie.

- Ludzie w takich sytuacjach zawsze zachowują się nielogicznie. – John pomaga podnieść się przyjacielowi, a potem nagle obejmuje go i miażdży w uścisku. Sherlock sztywnieje jak manekin. John ściska jeszcze mocniej, opiera czoło na ramieniu Sherlocka. Najchętniej nie rozwierałby objęć. A nuż, gdy to zrobi, Sherlock rozpłynie się, zniknie w obłoku dymu jak bajkowy dżinn, dobry sen pryśnie i wrócą tamte?

- Tak się zachowują ludzie w takich sytuacjach? – odzywa się Sherlock zduszonym głosem.

- Tak. Tak się zachowują zwykli ludzie.

I wtedy John czuje, jak Sherlock powoli, niepewnie, wręcz nieśmiało obejmuje jego plecy.

 

 

Toroj

 

wtorek, 21 lutego 2012
Niusy

Ser wyszedł jadalny. Ciemnożółty i elastyczny. Można go bez problemu kroić w plasterki.

*

Poza tym zawiadamiam, że na Pesymistycznej Łączce Kłapouchego zakwitły nowe kwiatki. Mam chwilę oddechu i mogę kontynuować pisanie własnego tekstu, zamiast oddawać się gramatycznej prostytucji.

*

Pragnę też zaprotestować przeciwko niecnej praktyce wypuszczania raz do roku zaledwie trzech odcinków Sherlocka, co jest czynem wstrętnym, ohydnym i zasługującym na karę!

Myślicie, że w następnym sezonie w końcu się pocałują?

sobota, 18 lutego 2012
Mieszam, mieszam...

Mieszam, mieszam...

Wróciłam do Dukana, gdyż przez miniony rok wróciły także moje kilogramy. No cóż, jak człowiek się pasie makaronem, pizzą i słodyczami, to ma potem efekty w postaci za ciasnych spodni. Na szczęście opamiętałam się na tyle wcześnie, by nie dobić do swojego rekordu nadwagi (nie napiszę ile, bo to żenujące). Tym razem idzie, niestety, ciężej, a po miesiącu wyrzeczeń mam raptem jakieś niecałe 3 kilo mniej. Może to kwestia osiągniętego wieku już bardzo niepoborowego, a może organizm za drugim razem już jest bardziej wycwaniony? Najbardziej brakowało mi wcale nie pieczywa, bo można je całkiem dobrze zastąpić naleśniczkami otrębowymi, a żółtego sera. Ser żółty zawsze był moją namiętnością, od wczesnego dzieciństwa, więc kiedy na pewnym blogu znalazłam przepis na zrobienie chudego żółtego sera w domu, radośnie poszłam na ten eksperyment.

1 kg sera białego chudego
1/2 litra mleka
(ja wzięłam tylko 1 szklankę)
1 jajko
1 łyżeczka sody
(okazało się niewystarczające na 1 kg twarogu, dałam jeszcze 1,5 łyżeczki)
1 łyżka octu winnego
sól
pieprz
przyprawy według smaku
(w moim przypadku czosnek)

Ser rozdrobnić w misce, posypać łyżeczką sody i pozostawić na godzinkę, co jakiś czas mieszając. (Co u mnie trwało jakieś 3 godzinki.) Jak zauważymy, że soda rozpulchniła ser przekładamy go do naczynia, w którym będziemy mogli wysmażyć dużą ilość masy serowej. Ponieważ ma tendencje do przypalania, ja robię go w teflonowym woku na bardzo małym ogniu. (A ja na teflonowej patelni.) Masę serową rozpuszczamy w naczyniu cały czas mieszając. Jak zrobi się gładka, dolewamy mleko i zostawiamy na noc. Następnego dnia rozpuszczamy masę, dodajemy sól, pieprz i łyżkę octu winnego i tak rozpoczynamy długi okres smażenia, mieszania, mieszania i  jeszcze raz mieszania - drewnianą łyżką. Smażymy do czasu, kiedy masa przypomina konsystencją ciasto na kluski kładzione albo gęsty jogurt.

Na razie jestem na etapie mieszania, a masa wciąż ma konsystencję rzadkiego jogurtu. Mieszam, mieszam, mieszam...

Przed końcem smażenia dodajemy jajko i energicznie "wbijamy" w masę. Gotowy, gorący ser wykładam na folię spożywczą i pomagając sobie mokrą ręką formuję z niego baton, jednocześnie zawijając w folię. Odstawiamy do wystudzenia często odwracając, żeby się równo uformował. Zimny przechowujemy w lodówce, a po każdym kolejnym dniu ser jest lepszy. Robi się elastyczniejszy i dostaje więcej dziurek.

Niestety, trzeba tego cholerstwa pilnować, bo ma duże tendencje do przywierania pod spodem i tworzenia skorupy na wierzchu, pod koniec nie wolno w ogóle odchodzić i tylko mieszać, mieszać, mieszać... aż do chwili kiedy będzie gęste jak klajster. „Energicznie wbiłam” w masę jajko, bojąc się, że otrzymam w efekcie jajecznicę, ale jakoś się udało. Zamiast formować ser ręką, użyłam wyłożonej folią małej foremki. Z 1 kg twarogu wychodzi około 60 deko żółtego sera.

Na razie stygnie.

Źródło przepisu TUTAJ.



poniedziałek, 13 lutego 2012
Wierne - niepiękne

Wierne - niepiękne

Mawia się wśród doświadczonych tłumaczy, że tłumaczenie jest jak kobieta: jak piękne to niewierne, a jak wierne to niepiękne. Akurat mi się trafił do redakcji tłumacz-debiutant, który najwyraźniej tak się przejął wiernością przekładu z angielskim oryginałem, że machnął ręką na styl, gramatykę polską oraz wewnętrzną logikę zdania. Zresztą podejrzewam, że rozbrat z logiką wzięła też częściowo ałtorka, osadzając w XIV-wiecznym Londynie radosnych chłopów z kosami, którzy żniwują sobie podczas wrześniowych przymrozków. Redakcja miała być „na szybko”. Niestety, na szybko się nie da. Po 50 stronach miałam wrażenie, że zaczyna mi się rozprasowywać mózg i zaczęłam się co kwadrans ratować ruskimi kreskówkami, żeby do reszty nie zwariować. Zresztą nadal mi grozi, że w pewnym momencie zalegnę na łóżku i gapiąc się w sufit będę tylko podśpiewywać: „Drych-tych kalkulator, drych-tych kondensator, drych-tych wentylator... i dwa Fiksika wnutri...” Obejrzałam wszystkie 31 pięciominutowych odcinków Fiksików, a na jutro sobie ściągam Wilka i Zająca. Łączka Kłapouchego zapowiada się tym razem długa oraz bogata w liczne kwiaty, o ile dotrwam do końca dzieła przy zdrowych zmysłach i wystarczy mi ratunkowych kreskówek. Na wszelki wypadek przygotowałam też Persen i sprawdziłam zawartość barku – chyba wystarczy.

A o przekładach jeszcze napiszę, w kolejnej notce.



sobota, 11 lutego 2012
Pomnikofobia

Pomnikofobia

Wyjdzie na to, że znów marudzę i wsadzam kij w mrowisko, ale kiedy znajoma sprzedała mi wiadomość, że ktoś rzucił pomysł, by półrocznemu niemowlęciu z Sosnowca wystawić pomnik, rzucił mną nagły wkurw, który sobie kameralnie narastał od mniej więcej dwóch lat. A może nawet dłużej, gdyż pierwszą swą niechęć

pomnikową (oraz do nowoczesnych form przestrzennych) odnotowuję w wieku małoletnim, co zresztą nie powinno dziwić, gdyż dorastałam w mieście przyozdobionym czymś TAKIM.

 Ja, proszę szanownych koleżanek i kolegów, generalnie nie przepadam za pomnikami, przy czym moje nieprzepadanie jest trochę niekonsekwentne, a zależy od paru czynników, np. od wymowy ideologicznej, motywacji pomnikodawcy i estetyki danego pomnika. Przy czym, uwaga, należy rozróżnić pomnik i rzeźbę. W ten sposób naprawdę bardzo lubię wielkie brązowe lwy z Fontanny Czterech Kwartałów, pozbawione wszelkiej ideologii i szkoda mi zlikwidowanego z sopockiego deptaka Stasia Rybaka, serdecznie mnie bawi sopocki Parasolnik i bardzo ciepło wspominam łódzkie fontanienki z dziećmi i rybami. Z sympatią patrzę na figurę Heweliusza koło Wielkiego Młyna, nie rozumiem co prawda wymowy pomnika tatarskiego kawalerzysty z Parku Oruńskiego, ale jest bardzo ładny. Podobnie Świętopełk czy inny Przemko z Bogdańca na Szerokiej – stoi sobie taki słowiański woj i dobrze się komponuje z kamieniczkami, więc co mi szkodzi? Nic. Ale już pomnik Bohaterów Westerplatte wysadziłabym w powietrze, a potem pozamiatała resztki. Nie dlatego, że mam coś do westerplatczyków albo osobiście do Sucharskiego, po prostu ta pałuba jest tak ohydnie brzydka, że gałki oczne pękają od patrzenia. Jak już ich czcić to może czymś bardziej estetycznym, co? Podobnie Pomnik bohaterów ruchu oporu Pomorza Gdańskiego w Brodnicy Górnej – słynny z figur niosących pączki z dziurką. Żeby było zabawniej, ten potworek stoi na tarasie widokowym, żeby go na pewno żaden turysta nie przegapił.

Absolutnie mi nie przeszkadza figura Jana Pawła II w solnej kaplicy w Wieliczce. Rzeźbiarz się nadłubał w tej soli, sam pomnik nie wywołuje dreszczów estetycznych ani na plus, ani na minus. Ot, taki standardzik. JPII niewątpliwie był postacią nietuzinkową, na ten pomnik sobie zasłużył. Ale przy okazji chciałabym również przedstawić TO:

Ciekawe, czy ktoś zgadł...? Tak, to też jest nasz papież, najwyraźniej zmagający się z hydrą pogaństwa za pomocą cepa. Dlaczego jest w kratkę, nikt nie ma pojęcia, a zapytać nie ma kogo, gdyż autor projektu, Stanisław Szukalski, już zmarł był. Jestem rozdarta między ulgą, że projekt nie wyszedł poza fazę rysunku, oraz dziką chęcią obejrzenia tego czegoś w całej krasie. S.S. zasłynął też zresztą z pomnika Musssoliniego w postaci rogatego wilkołaka i Mickiewicza wydzierającego sobie serce na szczycie piramidy schodkowej – dostępne w guglu.

Widzę, że nieco odeszłam od tematu, czyli powodu mego wkurwu antypomnikowego. Zwyczajnie po prostu uważam, że pomnik należy się osobie, która na to zasłużyła. Słowo „pomnik” pochodzi od „pomnieć” czyli „pamiętać”. Pamiętać o tym, kto na pamięć zasłużył. A czym się zasłużyli na właśnie ten rodzaj pamięci politycy, którzy spadli razem z samolotem w Smoleńsku? Uważam, że absolutnie niczym. Pracowali, robili swoje, jedni lepiej, inni gorzej – i to wszystko. Jeśli takie zasługi wystarczą, to do cholery, ja też chcę pomnik, bo od ponad dwóch dekad pracuję i staram się pracować dobrze. No już, wystawiać mi pomnik, sześciometrowy, z brązu i pozłacany!

Dlaczego jakiś debil rzuca hasło, żeby przywalić sześciomiesięcznego malucha kamienną (i bardzo kosztowną) pałubą, a jakoś nikt nie szarpnął się na to w 2005 po śmierci 6-letniego Brajana Chlebowskiego, który wykazał się przytomnością umysłu ponad wiek i uratował przed spłonięciem w pożarze swoją rodzinę i sąsiadów? Nikt nie histeryzuje i nie chce upomnikowić dziewczynki, niedawno utopionej w morzu przez matkę. Nikt nie rozdziera szat i nie robi zbiórki na marmurowego anioła na mogiłę znalezionego niedawno w stawie martwego dwulatka. Czyżby dlatego, że były to tragedie mniej medialne, a może po prostu dlatego, że nikt w pobliżu nie miał zakładu kamieniarskiego ani szwagra rzeźbiarza? Doprawdy, nie wiem, co mnie bardziej brzydzi – krokodyle łzy obywateli RP, traktujących wydarzenia w Sosnowcu jak jakiś rodzaj chorej telenoweli reality show, czy kolesie, chcący przy okazji sprawy Madzi zarobić.

Imieniem Brajana nazwano plac zabaw, a jego organy uratowały kolejnych dwoje dzieci. Jego dwa pomniki chodzą do szkoły i oglądają kreskówki, i niech mnie szpak zadziobie, jeśli to nie jest znacznie lepsze od marmurowej czy brązowej figury obsrywanej przez gołębie.

Jedynym chyba dzieckiem, któremu naprawdę wystawiano pomniki (wiem o trzech) jest Sadako Sasaki, ale w rzeczywistości nie są to monumenty upamiętniające jedno, konkretne dziecko, lecz wołanie o pokój na świecie i ostrzeżenie przed wojną nuklearną.

Przed czym miałby ostrzegać potencjalny pomnik małej Magdy? Matko polska, nie zabijaj dzieci swych(?) Czy też: nie używaj śliskich kocyków, gdyż – ała - grozi to wypadkiem?

I, na Merlina, o czym mają nas uświadamiać te ze wszech miar paskudne pomniczyszcza odsłonięte z okazji katastrofy smoleńskiej? Że jednak lepiej jeździć pociągiem? Please, PiS, peace!

I wiadomości z ostatniej chwili:

Monumentalny Pomnik Ofiar Katynia ma stanąć w Kałkowie - tuż obok istniejącego sanktuarium maryjnego Matki Bożej Bolesnej. Na jego terenie znajduje się Golgota Martyrologii Polskiego Narodu. Projekt pomnika zawiera 21 857 betonowych figur symbolizujących polskich oficerów rozstrzelanych w Katyniu, nieco większych niż wzrost przeciętnego mężczyzny. Każda figura z przestrzeloną głową, z imieniem, nazwiskiem i stopniem wojskowym.

Cycki opadają, jak mówi jedna moja znajoma. Blisko 3 tys betonowych facetów, niemalże jak armia terakotowa z Chin. A teraz pozwolę sobie na obrzydliwy cynizm. Czy oficerowie pomordowani w Katyniu zasłużyli na pomnik? Tak, jeden na pewno, może dwa, ale zdaje mi się, że tych cholernych katyńskich cosiów mamy już w kraju więcej niż kilkanaście. Kto zarobi na kolejnym wielgachnym pomniku i babraniu się w tym, jacy to byliśmy skrzywdzeni 60 lat temu? Dzierżawca gruntu (19 hektarów), odlewnicy, którzy mają zrobić i ustawić figury, cieć, który będzie dbał o teren, ksiądz, zbierający co łaska od odwiedzających, sprzedawcy kwiatów i zniczy, pani z kiosku z pamiątkami oraz okoliczne budki z kebabem. Bo zwiedzanie nawet 19-hektarowego pomnika potrwa jakieś 20 minut, a potem człowiek głodnieje. Gdyby nie spodziewane profity, pies z kulawą nogą by się nie zainteresował tym projektem. A tak jest to po prostu równoznaczne z dobudowaniem nowego placu do lunaparku. Przy czym naprawdę wolę lunapark albo park dinozaurów.

A teraz kto chce, może mnie kopać.

Co to ja chciałam? Aha, nie lubię pomników!



wtorek, 07 lutego 2012
Bojkot

Bojkot

Po przeczytaniu wypracowania kolegi W. (patrz -> komentarze pod notką „Ładność”) doszłyśmy z grupą koleżanek, młodych świeżych jak poranek ślicznych panien Czatowianek, że kolega W. ma rację. Rosja i Związek Radziecki są ZŁE, i w związku ze związkiem ogłaszamy ich bojkot. Nie słuchamy rosyjskiej muzyki, nie czytamy rosyjskich książek, nie oglądamy ich filmów, a żeby nie paczyć młodych umysłów, ogłaszamy zakaz czytania dzieciom Bajki o Złotej Rybce i Konika Garbuska. Zabrania się również nadawania potomkom płci męskiej imienia Józef, a dziewczynkom Walentyna, oraz używania słów „stal” i „stalowy”. Postulujemy też za przemianowaniem firmy Mostostal na Mostojanpaweł.

Niemcy też oczywiście mają zdrowo za uszami, więc niniejszym nie uczymy się niemieckiego, złomujemy wszystkie volkswageny, a grupa Kraftwerk wchodzi na indeks muzyki zakazanej.

Austria zafundowała nam zabory, więc a/ przestajemy słuchać Mozarta i walców Straussa b/ zabrania się w restauracjach podawania jajek po wiedeńsku.

Francja niby się z nami tak przyjaźniła za Napoleona, a wiadomo jak na tym wyszliśmy, więc postanowiłyśmy zaprzestać kupowania francuskich win, tudzież kupna oraz wypiekania ciasta francuskiego. Poza tym oni jedzą ślimaki, co jest FUJ!

Angole bardzo źle traktowali w czasie wojny naszych lotników, za co się na nich powinnyśmy zemścić, bojkotując angielskie seriale, głównie Sherlocka!

Czesi mają przerąbane za Zaolzie i włazidupny stosunek do ZSRR, więc bojkotujemy czeskie piwo i lentilki. I żeby komuś nie przyszło do głowy jechać na wycieczkę do Pragi!

Włosi są, jak wiadomo, kryptonazistami, więc won z pizzą i spaghetti. A Leonardo da Vinci był pedałem, więc też fuj i won.

A propos pedałów, to Japonia jest głównym roznosicielem yaoi, a podczas wojny żółtki rżnęli co popadło. Nie kupujemy mang, nie oglądamy anime, w sklepach sprajujemy wszystko, co ma na sobie wizerunek Hellou Kitty.

Szwajcaria przechowuje na swoim terytorium fortuny bossów narkotykowych i nazistów, więc w ramach protestu przestajemy jeść ser. Szwajcarski oczywiście. A poza tym Szwajcaria produkuje broń. Scyzoryki. Takim scyzorykiem można zabić. Albo przynajmniej wydłubać oko. Nie lubimy Szwajcarów.

Całą Ameryka Południowa to jeden bazar z kokainą, więc protestujemy, wyłączając z naszego życia salsę, makarenę i brazylijskie telenowele.

W Indiach palili kobiety na stosach, a teraz mają dziecięca prostytucję, więc wnosimy o zakaz sprowadzania do Polski sari, kadzidełek i filmów bollywood.

Na koniec prosimy o dalsze przykłady państw, od których należy się stanowczo odciąć, oraz pomysły jak zbojkotować Chiny i chińską produkcję.

Z poważaniem, czatowiczki Mirriel Page



 
1 , 2