CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
wtorek, 22 lutego 2011
Makbet z kałasznikowem

Makbet z kałasznikowem

Lomiel dostała bilety na ostatnie w tym sezonie przedstawienie „Makbeta” w Operze Bałtyckiej, więc popędziłyśmy z radością, tym bardziej, że do tej pory miałyśmy okazję wysłuchać tylko koncertu stand up, kiedy wszyscy śpiewacy byli w garniturach (prócz Katarzyny Hołysz w krwistej kiecce, która wyciskała łzy zazdrości wszystkim kobietom na widowni). I jeszcze bardziej tym bardziej popędziłyśmy, że partię Banka miał śpiewać nasz ulubieniec, którego całkiem prywatnie nazywamy z Lomiel między sobą Prosiaczkiem. Być może w ten sposób hańbimy najbardziej męskiego z męskich basów Rzeczpospolitej wraz z okolicami, no ale... Kiedy po raz pierwszy zobaczyłyśmy go jako Leporella w „Don Giovannim”, w zachwycie szepnęłam do Lomiel: „Zobacz, jaki śliczny... Wygląda całkiem jak Prosiaczek...” Lomiel mało się nie udusiła, bo jednak nie wypada chichotać podczas przedstawienia, i przepadło. „Prosiaczek” przylepił się jak na super glue. Czy to odstające uszka, czy nieco zadarty nos, czy też ogólny wyraz jakiejś sympatycznej prosiaczkowatości, spowodowały, że na amen skojarzył nam się z bohaterem filmu Disneya.

No ale sami porównajcie:


Obsada generalnie była miodna, lady Makbet we wspomnianej kiecce usiłowała feministycznie zaśpiewać na śmierć wszystkich w promieniu stu metrów, a Makdufa od razu bym wysłała na plan kręconego właśnie „Hobbita”, by zagrał któregoś z krasnoludów. Sam Makbet wypadł jakoś blado, ale właściwie jak miał wypaść? Pantoflarz z kryzysem wieku średniego. Najwspanialsza była jednak scenografia i sceny zbiorowe. Uwielbiam Operę Bałtycką za jej pomysłowość. Kurtyna poszła w górę i poczułam się zamotana, bo znaleźliśmy się w pralni – w każdym razie takie odniosłam wrażenie, a jako żywo nie przypominałam sobie, by w Makbecie była jakaś pralnia. To znaczy pewnie w zamku mieli pralnię, lecz nie odbywała się w niej zasadnicza fabuła. Lomiel uświadomiła mnie, że wielki metalowy kontener na gruz nie wyobraża balii do prania, a podkasane panie w koszulach dokoła to nie praczki, tylko wiedźmy. Powinno być ich trzy, ale tu im się jakoś rozmnożyły. Dalej było łatwiej. Kontener robił już to za potoczek, w którym obmywali po bitwie swe członki (bez podtekstów!) rycerze szkoccy (przy czym Prosiaczek... tfu, Banko prezentował apetyczne nagie ramiona w bokserce); już to za kocioł czarownic, za śmiertelne łoże króla Dunkana i stół biesiadny. Rycerze latali po scenie w moro i z kałachami, co by się pewnie strasznie spodobało Magdzie Kozak. Lady Makbet uprawiała seks z niezbyt jurnym mężem tuż obok królewskiego trupa – piękna symboliczna scena. Gromada zbirów, mordujących Banka, odziana została w szare garniaki i każdy miał maczetę, przez co wyglądali jak grupa rozwścieczonych maklerów giełdowych. Brakowało im tylko tradycyjnych czerwonych szelek. Wszystko jednak zakasował początek drugiego aktu. Kurtyna w górę, pojawia się spora grupa kobiet i mężczyzn ubranych jakoś po roboczemu: kitle, spodnie-ogrodniczki, flanelowe koszule w kratę. Coś zaczęłam przeczuwać, kiedy niektórzy włożyli kaski. Kilku panów podeszło do jakiejś konstrukcji, zaczęli majstrować i... w ciągu niecałej minuty pośrodku sceny wyrosły trzy wysokie krzyże – dokładna replika pomnika sprzed stoczni! I wyobraźcie sobie lud Szkocji śpiewający na kolanach dokoła tych krzyży o nieszczęsnej zniewolonej ojczyźnie. No, dali... Nawet wieszanie kwiatów na bramie było – w scenie z samobieżnym lasem Birnamskim. Po rycerzach w moro i wojskowych trepach spodziewałam się jakiejś akcji z siatką maskującą, ale kwiaty im bardziej pasowały do koncepcji.

Kto wie, czy nie wybierzemy się jeszcze raz w przyszłym sezonie. Oczywiście wtedy, kiedy będzie śpiewał Prosiaczek, musowo!

wtorek, 01 lutego 2011
Czyn

Dostałam napadu rewolucyjnego i dokonałam CZYNU. Czynu radykalnego, zaznaczam. Od wielu tygodni moje poranki były ciężkie, ponure i naznaczone depresją, gdyż jeszcze przed otwarciem oczu wiedziałam, że za chwilę będę musiała wstać, a mój wzrok znękany padnie na lustro naszafowe i ujrzę coś w rodzaju skrzyżowania parchatej wiewiórki z klasycznym „pierun w mietłe”. Dzień zaczynał się od mycia głowy, można było wtedy wyjść na trochę z domu nie strasząc ludzi, ale już pod wieczór zaczynałam wyglądać jak przeżuta przez krowę i historia się powtarzała codziennie jak w „Dniu świstaka”. Po prostu moje uwłosienie stwierdziło, że ostatnie farbowanie było istotnie ostatnie i „se stara rób co chcesz, my się wypisujemy z interesu, adieu, jadziem nach urlop”. Z racji ich uporu poszłam po prostu do mojej ulubionej pani Magdy, siadłam na foteliku i zaordynowałam: „Tniemy do odrostów”. Pani Magda deczko się zmieszała i spytała niepewnie czy aby na pewno nie będzie mi przeszkadzało, że będę taka... no, łysa. „Nie” – odrzekłam twardo i szczerze, gdyż nawet łysość wydawała mi się lepsza, niż ta nierówna walka z własną fryzurą (a raczej je kompletnym brakiem). Tak więc p. Magda wzięła maszynkę i pojechała. Po kwadransie obie oceniłyśmy dzieło jako całkiem udane, a przy okazji wyszło, że mam całkiem kształtną głowę. I generalnie efekt był może zaskakujący, ale wcale nie tragiczny. Podsumowując: mam na głowie jeżyka długości oscylującej między 5 mm a 1,5 cm. I czuję się z tym tak rewelacyjnie, że może nawet już przy takiej długości (a raczej krótkości zostanę). Od paru dni nie mam żadnych problemów z czesaniem. Po prostu nie czeszę się w ogóle. :-)