CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
niedziela, 21 lutego 2010
Wieża z klocków

Wpadła mi w ręce książeczka Katarzyny Kotowskiej „Wieża z klocków”. Najkrócej jak można: to rzecz o adopcji. O przyjęciu do rodziny dwuletniego chłopczyka i co z tego wynikło. A także o bezradności polskiego „przemysłu” opieki nad dziećmi niechcianymi – bo tylko tak to można nazwać. Machina, przechowalnia, magazyn, gdzie wszystkie dzieci razem jedzą, razem śpią, w tym samym czasie mają się bawić zabawkami i nawet jednocześnie robić kupę. Ziszczone marzenie nazistów i komunistów, pragnących wychowywać „masy”. Czytając o Piotrusiu, i o tym, jak odbił się na nim pobyt w Domu Dziecka, zastanawiałam się, czy wiedząc to, co wiem teraz, skonstruowałabym w inny sposób postać Nocnego Śpiewaka. Doszłam do wniosku, że chyba dobrze jest tak, jak jest. Śpiewak, mimo tak strasznego dzieciństwa i całych lat maltretowania, był traktowany indywidualnie, jako jednostka. Stykał się z różnymi ludźmi, miał okazję wędrować z cyrkiem i mimo wszystko w jakiś sposób uznawano w nim osobę, a nie numerek w ewidencji, którego dzienne wyżywienie kosztuje 3 zł 50 gr. Kotowska pod koniec snuje przejmujące refleksje o tych dzieciakach, którym się nie udało: za brzydkie, za bardzo chore, za duże, rodzice biologiczni nadal niepozbawieni praw rodzicielskich... i tak dalej. Dobrzy ludzie, którzy zapraszają takie biedy do siebie na weekendy, na święta, czasem na wakacje, ale nie mogą z różnych powodów dać im prawdziwego domu. Opowiada o swojej bezsilności i o tym, że ta bezradność tak boli, że człowiek się odwraca, ucieka, zamyka drzwi miedzy sobą, a tymi małymi ludźmi – „może znikną?”. Adopcja jest też „demonem”, przy którym słynny cytat z Montgomery, ten o wrzucaniu strychniny do studni, to nieznacząca drobina. Chciałoby się rzec, że skoro około 20 tys. dzieci żyje u nas w bidulach, to właściwie czemu jest taki problem z adopcjami? Czy nie lepiej byłoby tym dzieciom w rodzinie? Jakiejkolwiek? Przecież naturalne też nie są idealne. Zwykle nie są, ale jakoś to idzie. Czy ci państwo obok, bezdzietni, pracujący (mają auto, psa i trzy pokoje z kuchnią) nie mogą sobie wziąć chłopczyka albo dziewczynki?

Nie, nie mogą. Bo adopcja jest jedną z najtrudniejszych rzeczy na świecie. Bo trzeba pokochać kogoś bezwarunkowo i na zawsze, nieodwracalnie, i nie oczekując w zamian wdzięczności ani pochwał. Nie można sobie „wziąć” dziecka na trochę, jak z wypożyczalni, a potem stwierdzić, że jednak nie, że przepraszam, ale ja oczekiwałam/łem czegoś innego, proszę je zabrać, rezygnuję. Nie można przyjmować pod dach takiego małego człowieczka z litości, ani z obowiązku, ani po to, żeby poczuć się lepszym człowiekiem. Dlatego nie będę udawać dobrej cioci, nie zaproszę sobie „sierotki na trochę” jak milioner w musicalu „Annie”, bo (pomijając fakt, że nie jestem milionerką), nie będę mogła dać tej sierotce tego, czego ona potrzebuje. I nie będzie pięknego happyendu.

piątek, 19 lutego 2010
Połamanie dniem albo Fizjologia wampira

Obejrzałam sobie horror pt. „Daybreakers”, przetłumaczony na j. polski jako „Świt” z takim samym wdziękiem, jak „Prisonbreak” przełożono jako „Skazany na śmierć”. Ale to w sumie nic nowego i powinniśmy być przyzwyczajeni. Mamy już Zmierzch, może być też Świt, Północ, Wieczór  i nawet Trzecia po południu, czemu nie. Do Ethana Hawke w roli głównej nie miałam zastrzeżeń. Przeczytałam zajawkę, ucieszyłam się, że jest szansa na wampiry potraktowane nareszcie poważnie, bez wygłupów w rodzaju sypiania w trumnie, przemian w nietoperza lub brokatowego świecenia w świetle słonecznym (mimo że główny bohater również ma na imię Edward). Wampiryzm jako choroba, wampiryzm ogólnoświatowy, który w ten sposób zyskuje akceptację i staje się w sumie normą. Brzmiało dobrze. Pierwsza scena była nawet nie dobra, a doskonała. Podobało mi się miasto, ożywające nocą, pełne bladych, lekko zębatych obywateli, i bary szybkiej obsługi serwujące kawę z dodatkiem krwi. I samochody z zabezpieczeniem UV, żeby móc jeździć za dnia. Bo wampiry sypiają jednak normalnie, a nie zapadają w przymusowy dzienny letarg, jak na przykład Henry Fitzroy z „Bloodties”. Taka nienormalna normalność. Narastającym problemem wampirzej społeczności jest trywialny głód. Ludzi, dostarczających ten drogocenny płyn, jest coraz mniej – zarażają się wampirzym wirusem, są rabunkowo odławiani i zjadani, albo lądują w straszliwych fabrykach, podłączeni do aparatury odsysającej, niczym dojne krowy. Taka fabryka zresztą bardzo przypominała analogiczne zakłady przetwórcze w „Matrixie”. Ed jest naukowcem, pracującym w zespole, mającym na celu uzyskanie sztucznie wytwarzanego substytutu krwi. W wszystko byłoby fajnie, gdyby bracia Spierig w pewnym momencie nie powiedzieli: „To się robi nudne, podkręcamy pałer”. Byłam w stanie zaakceptować wybuchającego wampira. Dobra, nie znam się na biochemii, może i bydlak mógł eksplodować. Wampiry też całkiem klasycznie płonęły w bezpośrednim świetle słonecznym. Głupawe, ale OK, ja się nie znam na biochemii, mogę przyjąć taką gwałtowną reakcję z ogromnym wydzielaniem ciepła. Całkiem fajnie wyglądał też pomysł, że wampiry pozbawione ludzkiej krwi dość szybko mutują (w ciągu dwóch, trzech tygodni) i zamieniają się w potworne nietoperzowate stwory. To nawet było logiczne, jeśli przyjąć, że ludzka krew to nie tylko żywność, ale też lekarstwo, hamujące działanie wirusa. Nie zaakceptowałam natomiast braku pulsu. Tak, jasne, taka płaska linia na ekranie wygląda bajerancko, ale jeśli serce nie pompuje, cała krew pod wpływem grawitacji w naturalny sposób spływa w dolne partie ciała, powodując efekt „słoniowych nóg”, rozstępowanie się skóry i szereg innych niemiłych efektów z plamami opadowymi na czele. Nie ma mowy o żadnej tam nadludzkiej sile i bieganiu po ścianach. Umówiliśmy się na wampiry SF, a nie wampiry fantasy z magią, prawda? Przestało mi się podobać w momencie, kiedy wszystko to zaczęło zmierzać od SF do klasycznego horroru i tylko czekałam, kiedy z kąta wychynie trumna oraz czarny płaszcz z czerwoną podszewką. W finale panowie zaserwowali widzowi totalną rozpierduchę (nie wytrzymali i musieli zaszaleć) plus kołkowane wampiry, które pięknie się rozpadały na rozgrzany popiół w momencie uderzenia sztachetką w serce. Zdawało mi się, że w tle drwiąco rechoce Drakula. Wniosek: nawet najlepszy pomysł da się spierdolić, jeśli tylko włożysz w to odpowiednio dużo wysiłku.

czwartek, 11 lutego 2010
Cena sumienia

Z jakichś niejasnych powodów przyplątały się do mnie dwa bardzo zakurzone wspomnienia: o niejakiej Dorotce, i o mojej matce chrzestnej (nazwijmy ją roboczo: ciocia Ziuta). Oba wspomnienia są niejako tożsame i dotyczą tej samej tematyki niedoboru i pożądania, więc wrzucę je do jednego worka.

Kiedy obie z Dorotką miałyśmy jakieś 10 czy 11 lat, na topie był młody Travolta. Większość dziewczynek podkochiwała się w tych błękitnych oczach i dołku w brodzie, i większość zbierała fotosy, pracowicie wycinane z czasopisma Film, Ekran lub skąd się tylko dało. Słowo „Internet” wtedy jeszcze nie istniało, podobnie jak kolorowa telewizja w Polsce. Żeby pojąć tło historyczne wydarzenia, należałoby zrobić niewielkie studia w zakresie historii najnowszej lub po prostu zaczepić fragmentem życiorysu o komunę. Wracając do tematu, posiadałam zeszycik z fotosami, a wśród nich Johna Travoltę, natomiast Dorotki zeszycik był czy to mniej obfity, czy po prostu tego Travolty nie miała i pożądała go namiętnie. W każdym razie pewnego dnia Dorotka stanęła na mym progu i spytała, czy mogę jej tego Travoltę pożyczyć. Do szkoły. Bo pani od polskiego każdemu kazała przynieść fotos aktora (zdaje się do gazetki ściennej, czy też na lekcję, pamięć mnie tu zawodzi) i na Dorotkę padł właśnie Travolta. Pomyślałam wówczas, że jej „pani” ma jakieś dziwne wymagania, ale słowo „pani” było wtedy świętością, więc Dorotka tego Travoltę dostała. W formie pożyczki, rzecz jasna, choć miałam jakieś niejasne przeczucia, że sprawa nie jest do końca czysta. Jak możesz się domyślić, drogi czytelniku, kiedy upomniałam się o zwrot zdjęcia, usłyszałam „Głupia jesteś. Pal gumę.” – tak się wtedy mówiło zamiast „spadaj”. W ten sposób Dorotka zdobyła zdjęcie ukochanego aktora i skutecznie pozbyła się przyjaciółki. Jako dziecko dziesięcioletnie, czułam nie do końca uświadomioną urazę, że moja przyjaźń i zaufanie zostało wyceniona niżej od zadrukowanego kawałka papieru.

Historia z ciocią Ziutą wydarzyła się parę lat później, w czasie głębokiego kryzysu, kiedy zgodnie z dowcipem na półkach sklepowych było dostępne jedynie powietrze oraz ocet. Naturalnie na liście towarów deficytowych znajdowały się również papierosy. W domu nikt nie palił, ale na paskudne Popularne polowało się tak jak i na wszystko inne, gdyż służyły jako towar wymienny. Ale ciocia Ziuta paliła. Zgodnie z umową, zawartą z moją mamą, miała zajść do nas do domu, wziąć sobie określoną ilość papierosów i zostawić pieniądze dziecku, czyli mnie. Telefonów wówczas nie posiadała większość Polaków, a my nie byliśmy wyjątkiem, więc transakcja odbywała się na tzw. gębę. Ciocia Ziuta wyłuszczyła krótko sprawę, ja wyciągnęłam ze schowanka pudełko z papierosami, a ciocia wzięła 10 paczek, zapłaciła i poszła. Sprawa nabrała rumieńców w momencie, kiedy się okazało, że miała wziąć tylko 5, a mojej matce usiłowała wmówić, że ja sama ją zachęcałam do wzięcia ilości większej, z czystej hojności i dobroci serca. Tym razem moje zaufanie, szacunek i wiarę w uczciwość dorosłych wymieniono na 5 paczek paskudnych fajek. Cena jakby wzrosła, ale nadal była bardzo niska. (Naturalnie od tamtej pory urwały się kontakty między obiema rodzinami.)

Musiały upłynąć całe dziesięciolecia, żebym w końcu doszła do wniosku, że wówczas nie handlowano niczym należącym do mnie, a wprost przeciwnie. Obie, Dorotka i moja chrzestna matka sprzedały niewiarygodnie tanio, wręcz oddały darmo, swoje własne sumienia i uczciwość. I to one na tym straciły – straciły mnie.

Panie Borze, spraw, żebym nigdy nie oślepła do tego stopnia, by przehandlować swoje sumienie za garść szklanych paciorków, amen.

 

 

poniedziałek, 01 lutego 2010
O bazgraniu na literaturze

Z racji tego, że jestem winna paru przyjaciołom po książce, dopadła mnie myśl dotycząca dedykacji. Nie raz i nie dwa na takie dedykacje natrafiałam w pozycjach antykwarycznych. Niektóre nawet są cenne i stanowiły dla mnie miłą niespodziankę – wpis w „Emilu i detektywach” od dawno już zapewne nieżyjącego tłumacza, autograf autora w „Zarysie historycznym literatury dla dzieci i młodzieży” (1927 rok) albo domniemany i wciąż jeszcze wymagający weryfikacji podpis tłumaczki na tomie Strugackich. Jednak w przeważającej większości są to jednak kulfony typu „od Tadzia dla Zosi na Gwiastkę”, albo „Kasi Nowak za wzorowe zachowanie na koloniach letnich” i pieczątka. Są takie osoby, dla których pisanie po książce jest świętokradztwem, innym to powiewa swobodnie, a jeszcze inni się domagają. Czyli pisać czy nie pisać? Dedykować czy nie dedykować – oto jest pytanie? Bo wszak bywają takie sytuacje, kiedy obdarowany szczerze się ucieszy, a bywa też, że prezent przyjmie, podziękuje, ale na półce już ma taki sam. I wtedy co? Albo mu się książka nie spodoba, ale przecież tylko chamowi przejdzie przez gardło: „Tego nie chcę, daj mi co innego”. Wówczas taki prezent staje się mathomem (czyli rzeczą do przekazania dalej, copyright by Tolkien) i dedykacja tylko przeszkadza. Doszłam do wniosku, że dedykacje należałoby dołączać na osobnej estetycznej karteczce, a bezpośrednio na stronę przedtytułową wpisywać jedynie na wyraźne życzenie odbiorcy. A co myśli reszta świata?