CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
sobota, 25 stycznia 2014
Przyjdzie zombie i cię wrąbie…

Przyjdzie zombie i cię wrąbie…

Dość często moje czynności odbywają się tzw. fazami, czyli ustala mi się pewna określona tematyka. Jak kryminał to 5 tomów pod rząd, jak space opera to od razu trylogia, jak marmolada to 10 słoików. Tym razem jest to etap zombie, utrzymujący się już od pewnego czasu w dolnej warstwie aktywności i od czasu do czasu przechodzący w fazę czynną. Zaczęło się przed dwoma laty od przeczytania „Zombie survival” Maxa Brooksa - moją pełną aprobatę zyskała logika i pragmatyzm autora. Następnie za ciosem poszły „Ciepłe ciała”, kiedy do kin weszła ekranizacja, z powodów marketingowych przemianowane w Polsce na „Wiecznie żywy” - nie wiem czy słusznie, ale może tytuł oryginalny za bardzo się kojarzył z eskimoskim pornolem. Natychmiast też, jeszcze przed zobaczeniem filmu, stwierdziłam, że książki tej nie można traktować ani jak post-apokaliptycznego SF, ani też magicznego fantasy – jest to opowieść alegoryczna, symboliczna, raczej trudna w odbiorze i wymagająca rozplątywania symboliki. Niemniej polecam. Nie bez kozery, kiedy brakuje nam energii i chęci do życia, mówimy, że czujemy się jak zombie.

 Na chwilę zainteresowałam się przeróbkami arcydzieł literatury na zombiczne, ale uczucie mi natychmiast wychłódło, kiedy w moje ręce trafił ebook „Przedwiośnie żywych trupów”. Nie, Żeromskiego naprawdę nie jestem w stanie czytać nawet w takiej formie. Ani „Opowieści zombilijnej”, ani „Dumy, uprzedzenia i zombi”, ani „Alicji z krainie zombi”. Może rozpoczęłam od złej pozycji (pozytywizm!), a może moje wewnętrzne zwierzątko uznało, że czytanie o zombi z książki, która sama w sobie jest zombi, to jakby już trochę przesada.

„Lamentowi zombie” bliżej do „Ciepłych ciał” niż do survivalu, ale powieść jest zbyt ponura i na razie ją odłożyłam do przeczytania później. Serial „Walkind Dead” oglądałam z początku ze sporym zainteresowaniem, lecz gdzieś na etapie osiedlenia bohaterów w stanowym więźniu odpadłam, bo fabuła zdawała się prowadzić donikąd. W każdym razie nauczyłam się z tego serialu bardzo ważnej rzeczy: zombi da się zabić cicho, wydajnie i bardzo oszczędnościowo za pomocą ciosu zadanego przez oko do mózgu – najlepiej za pomocą zaostrzonego pręta. (Oczywiście w starciu jeden na jeden.) Postanowiłam się zaopatrzyć w takie narzędzie w najbliższym Obi, Juli albo Praktikerze. Sądzę, że na skinów i kolędników też zadziała.

Nie mogę nie wspomnieć o doskonałej serii „Przegląd Końca Świata”, która zaczyna się sceną dziabania zombi patykiem, ale potem bardzo szybko zmienia się w świetny thriller społeczno-polityczny z niezwykle dobrze zarysowanym tłem, realiami świata i psychologią postaci. Autorka nie zapomniała o takim drobnym szczególe, jak to, że na logikę zwierzęta też powinny się zombifikować i bardzo zgrabnie rozwiązała tę kwestię. Żywa (czasami „nieżywa”) akcja też robi swoje. Nie wykluczam, że kiedyś sobie powtórzę lekturę, zwłaszcza że teraz czekam aż wydawnictwo łaskawie wypuści tom trzeci.

Obecnie jestem w trakcie 2 tomu „Apokalipsy Z” i choć moim zdaniem nie dorównuje „Przeglądowi”, autor dobrze sobie radzi z kreacją świata i psychologią bohaterów, chociaż parę razy użył tzw. boskiej interwencji, ale na szczęście niezbyt rażąco.

Gdzieś po drodze obejrzałam „War World Z” z Bradem Pittem i czoło mi się spłaszczyło od facepalmów oraz headdesców. Wiadomo, każda opowieść jest inna, czasami wymaga od odbiorcy zawieszenia niewiary, czasami ustala sobie swoje własne prawa, ale generalnie od każdej wymagam logiki. Tu natomiast z pełną świadomością reżyser na spółkę ze scenarzystą próbowali mi wcisnąć kit na każdym kroku. Sama nie wiem, jak dotrwałam do końca, nie wyrzucając monitora za okno. Infekcja, która po ugryzieniu rozwija się w ciągu 11 (słownie: jedenastu sekund). Nie godzin, nie minut, sekund. Żeby się przed nią uchronić, należy sobie odrąbać np. rączkę nim te 11 sekund minie. Jeśli jest się izraelską żołnierką, to nie przeżywa się po tym szoku bólowego, nie słabnie z upływu krwi, nie dostaje się też posocznicy. Zjadanie podków i sranie gwoździami w zestawie. Nosicielstwo uśpionej formy wirusa powoduje niewidzialność – znaczy zombi cię nie widzą. I tyle. Dlaczego – nie wiadomo. Poza tym zombi z WWZ są silne jak woły i szybkie jak lamparty, a jak podskoczą to umią ściągnąć z nieba śmigłowiec. Są też bardzo dobre w robieniu piramidy i przeskakiwaniu samochodów, co jest niezłym atutem gdyby któryś chciał się zatrudnić w cyrku. No ale nie chcą bo wolą gryźć ciepłych. Pitt jest bardzo smutnym naukowcem, bo jego córka ma astmę, a on się pokłócił ze swoim fryzjerem i do tego zombi mu zjadły samochód. Dzień zdecydowanie źle się zaczął a potem jest jeszcze gorzej. Potem pan naukowiec musi jechać z jednoręką Żydówką do jednego zazombionego laboratorium, żeby sobie wstrzyknąć cudowne lekarstwo na zombizm, co jest naturalnie Bardzo Ryzykowne (i Bardzo Debilne). Oczywiście lekarstwo działa, bo Brad Pitt jest Dobrą Postacią i musi wrócić do żony, która go kocha mimo fatalnych włosów. Kurtyna, napisy końcowe, dno w butelce z wódką. Hollywood jest ZUEM.

Na szczęście los się ulitował i zesłał kolegę, który mi powiedział, że książka jest trochę inna i stanowi raczej zbiór reportaży, więc zdecydowałam się dać jej szansę. Po czym zarwałam dwie noce, nie mogąc się oderwać. Dlaczego Brooks nie pozwał filmowców za powiązanie jego nazwiska z tym kinowym gniotem? Książka trochę inna? Mało powiedziane. CAŁKOWICIE inna. Film z „pierwowzorem” łączy jedynie tytuł i słowo „zombi”. Tak niesamowicie trzyma w napięciu, że parę razy musiałam sobie przypominać: „To zbiór wywiadów. Skoro dziennikarz robi z tymi ludźmi wywiady, to oni przeżyli, uspokój się.” Narracja pierwszoosobowa, pełna rozpiętość płci, wieku, profesji, pochodzenia bohaterów. Łączy ich jedno: przeżyli piekło. Niektórzy nadal w nim pozostają. Chyba największe wrażenie zrobiła na mnie opowieść japońskiego otaku, który w czasie apokalipsy był nastolatkiem i koniec świata zauważył dopiero wtedy, kiedy wysiadł mu Internet. Dlaczego scenarzyści nie wybrali np. wątku amerykańskiej pilotki, dziewczynki głodującej w Kanadzie i chirurga z Miami, żeby zgrabnie je połączyć w jedno? W książce Brooksa jest pomysłów na co najmniej 5 filmów i 3 seriale. Czemu nie wybrali wątku kapitana chińskiej łodzi podwodnej? Co im się nie spodobało w walce o Paryż? Bór Szumiący raczy wiedzieć.

Przymierzam się do zrobienia listy zombicznych filmów. Trochę tego będzie, ale chyba mniej, niż wampirycznych.



niedziela, 19 stycznia 2014
Miasto żółte – dzień (przed)ostatni

Miasto żółte – dzień (przed)ostatni

Dzień ów rozpoczął się od półgodzinnego czekania w upale na przystanku autobusowym. Autobusy na Malcie rozkład traktują raczej jak wskazówki a nie sztywne przepisy. Transportem miejskim jeżdżą tam osoby, którym się nie śpieszy - a że mało komu się tam gdziekolwiek i kiedykolwiek spieszy, to ogólnie jest OK. Przy okazji mogłyśmy ze zgrozą obserwować na przystanku młodą tubylkę w swetrze i polarowych dresach, o której już wspominałam wcześniej. (My obie w koszulkach i szortach). Kiedy nareszcie nadjechał nasz autobus, kierowca powiedział (po angielsku), że pierwszy raz widzi, żeby ktoś się tak ucieszył na jego widok. Dotarłyśmy na przystań promową, kupiłyśmy bilet i ustawiłyśmy się w luźnej kolejce przed bramką. Zorientowałam się, że jakiś metr przed nami stoi para młodych Polaków, gdyż przeglądali przewodnik z ewidentnie polskimi napisami. Kiedy skończyli, grzecznie się przywitałam i spytałam skąd mają coś takiego, bo na razie owszem moją przewodniczką tutaj jest przyjaciółka ale jeśli zechcę wrócić tu sama to mi się przyda… Dziewczyna odruchowo spojrzała i…

- Serathe!!!

- Kasia!!!

Jeśli ktoś chce dowodu, że świat jest naprawdę mały, powinien pojechać na drugi koniec Europy i spotkać tam znajomą z Krakowa. Nie rozpoznałam Kasi5K tylko dlatego, że nie była podobna do swojego nicka z czatu. W ten sposób na wyspę Gozo popłynęliśmy grupką już czteroosobową. Po drodze mijając wyspę Comino, gdzie według słów Serathe turyści skaczą z klifu do morza i zawsze w sezonie jakiś nieszczęsny idiota źle wceluje i robi sobie kuku na skałach. Czasem tak mocno, że ląduje w kostnicy. No ale głupich nie sieją, sami rosną… Na miejscu się rozdzieliliśmy, planując odmienne trasy, zakończone ewentualnie ponownym spotkaniem przy Lazurowym Oknie.

Głównym miastem wyspy Gozo jest Rabat, ponad sto lat temu przemianowany na Victoria. Tubylcy do tej pory mówią „Rabat”, w ogóle nie przejmując się oficjalnym nazewnictwem.

Obie z Serathe pojechałyśmy autobusem do Muzeum Zabawek – malutkiego i bardzo sympatycznego. Kolekcja zawierała eksponaty mniej więcej od końca XIX wieku do połowy XX. Parę domków dla lalek z wyposażeniem, żołnierzyki, pojazdy, drewnianą arkę Noego ze zwierzątkami i maleńkie zoo. Rozmaite gry, pajacyki, wielkiego konia na biegunach, na którym beztrosko bujała się wnuczka właścicielki muzeum, nie dbając o szacowność zabytku. Nie mogło zabraknąć kolejki, domowego teatrzyku, oraz naturalnie wielkiej obfitości różnorodnych lalek. Zwykłe szmacianki, eleganckie damulki o porcelanowych główkach, tańsze panienki o buziach z wosku (popękane z racji wieku), najmłodsze celuloidowe. Najmniejsza z laleczek, drewniana ale o ruchomych kończynach, była mniejsza od zapałki. Były tam też dwie lalki w strojach zakonnic – podobno takie lale darowywano w szkołach przyklasztornych wzorowym uczennicom. Stał tam też buldog z masy papierowej, który otwierał pysk i wydawał dziwny dźwięk – ni to warczenie, ni to skowyt – kiedy pociągało się za łańcuszek przy obroży. No i oczywiście Serathe musiała wypatrzeć w szklanej witrynie malutką niebieską budkę policyjną. Doktor jest wszędzie.

W drodze powrotnej zaczepiłyśmy o mały ryneczek, gdzie handlowano chyba wszystkim, co można było zakwalifikować jako „przynęta na turystę” oraz z pewnymi obawami przeszłyśmy (szybkim krokiem) pod szeregiem drzew, na których zgromadził się ptasi konwent wielkości Pyrkonu - sądząc z ogłuszającego ćwierkania.

Odwiedziłyśmy też cytadelę na wzgórzu, częściowo zrujnowaną i zarośniętą (oczywiście!) opuncją, ale częściowo już wyremontowaną – z czynnym kościołem, katownią do zwiedzania, muzeum i paroma kawiarenkami. I tam ponownie wpadłyśmy na Kasię z Przemkiem.

W końcu dotarliśmy do głównej atrakcji, czyli do Lazurowego Okna. Co jak co, ale widok był nieziemski.

Okno to rzeczywiście okno: wielka dziura w skale na wylot, przez którą widać wodę błękitną jak farbka do bielizny. Bałtyk nawet w najlepszych warunkach nie ma takiego koloru. Grunt pod nogami przedziwny: niejednolita skała, częściowo wapień, częściowo chyba zastygła lawa, dziurawa jak szwajcarski ser. Powolny spacerek ze wzrokiem utkwionym w morskiej dali wykluczony, chyba że klient ma życzenie skręcić/złamać nogę, paść na ryj i zdrowo się obrypać. Dziury bardzo się podobały Sherlockowi i z zapałem w nich pozował. Generalnie było to Bardzo Dziurawe Miejsce. Najlepsze miejsce do obserwacji najważniejszej dziury leżało nieco wyżej na szczycie klifu, który był też równiejszy. Żółto-beżowa skała była gładka, mocna i twarda jak beton, więc nie bałyśmy się podejść do samej krawędzi, za którą – surprajz surprajz – było mniej więcej trzy piętra pionowo w dół do fal wściekle rozbijających się o zębate rafy. W ogóle żadnych zabezpieczeń, żadnego płotka, poręczy czy balustradki. W pierwszej chwili trochę mnie to zdziwiło, ale kiedy zobaczyłam młodego Włocha w klapkach, jak pełznie niemalże na brzuchu do krawędzi, by wyjrzeć dalej, zrozumiałam ideę. Jakakolwiek barierka w tym miejscu nakłaniałaby do wychylania się, pozowania do słitfoci, bujania itp. wygłupów. Brak płotka włączał turystom instynkt samozachowawczy, który jest najlepszym zabezpieczeniem na świecie. Posiedziałyśmy sobie nad krawędzią, wiało jak na dworcu w Kielcach, ale był to przyjemny, ciepły wiatr. Przemek cały czas pstrykał zdjęcia jak opętany. W końcu nam się znudziło i postanowiliśmy zejść do takiej jednej zatoczki obok i się wykąpać. Po drodze zauważyliśmy, że pod nogami mamy na amen wbetonowane w podłoże setki tysięcy drobnych odłamków muszli i jeżowców. Woda w zatoczce, niestety, była mętna i widoczność strasznie słaba, więc sobie nie pooglądałam podwodnych widoczków. Za to kolejną atrakcję stanowiła następna dziura, naprawdę cholernie wielka i głęboka, przez którą Morze Śródziemne zasilało ową zatoczkę zamkniętą niczym basen. Odważyłam się wpłynąć kawałek do dziury, ale bujało mną w amplitudzie 2 metry w górę i w dół, i pomyślałam sobie, że naprawdę idiotycznie byłoby przywalić głową w jakiś kamień i utopić się na wycieczce. Miałam w planach ponowną wizytę w londyńskich muzeach! Udało mi się jakoś dotrzeć na brzeg, bo pływy w jaskini bardziej wypluwały, niż wsysały. Przemek, jako dużo lepszy pływak, zapuścił się głębiej i dowiedział się od innego pływaka, że może niekoniecznie należy zapuszczać się za daleko, skoro morze jest tego dnia mocno wzburzone, a do dna w tym miejscu circa ebaut 60 metrów. Choć po mojemu 60 czy 5 to dla topielca żadna różnica. Po kąpieli wysuszyliśmy się i poszliśmy jeszcze na mały spacerek w inny rejon brzegu, gdzie udało mi się wypatrzeć nieuszkodzoną skamielinę, w której rozpoznałam piaskowego dolara. Świetnie się trzymał, jak na swój milion lat. Słońce zaczęło zachodzić. Kasia z Przemkiem postanowili jeszcze trochę zostać i wrócić do Valletty nocnym promem i autobusem, a my z Serathe syte wrażeń wróciłyśmy do domu, podziwiając rozświetlone setkami lamp brzegi wysp.

Następnego dnia spotkałam parę rodaków już na lotnisku, gdzie z powodzeniem udawałam, że moja kurtka wcale a wcale nie jest w rzeczywistości schowkiem, w którym przemycam między innymi pół kilo owoców opuncji i dwie butelki napoju Kinnie.

I tak się zakończyły wojaże angielsko-maltańskie.  Fotki TUTAJ.



wtorek, 07 stycznia 2014
Mężczyzna mego życia

Mężczyzna mego życia:

  • Nie chrapie
  • Nie pali
  • Ma zadbane zęby i paznokcie
  • Myje się codziennie!
  • Używa więcej kosmetyków niż tylko mydło
  • Nie ma brody
  • Nie łysieje, ewentualnie łysieje z godnością (pożyczki wykluczone)
  • Nie jest brzuchaty
  • Uprawia sport
  • Jeździ na rowerze
  • Lubi zwierzęta (zwłaszcza koty)
  • Lubi książki
  • Czytał Trylogię (każdą)
  • Sprząta po sobie
  • Przyzwoicie zarabia
  • Ma wyobraźnię
  • Posiada poczucie humoru
  • Segreguje śmieci
  • Lubi się włóczyć po chaszczach
  • Zbiera grzyby
  • Lubi podróżować
  • Jest sprawny manualnie i z tego korzysta
  • Gotuje obiady (przynajmniej dwa razy w tygodniu)
  • Potrafi przyszyć guzik i obsłużyć pralkę – i to robi
  • Opuszcza klapę w toalecie!
  • Lubi muzykę (ale nie disco polo)
  • Na hasło „Doktor Who” odpowiada: Allons-y!
  • Jeździ na konwenty
  • Nie jest zazdrosny o ulubionych aktorów
  • Potrafi rozpalić ognisko
  • Umie pływać
  • Nie zmusza do uwielbiania Kultury Wysokiej tylko dlatego, że jest wysoka
  • Nie jest homofobem
  • Nie jest snobem
  • Nie należy do PIS, ani do PO, ani w ogóle do żadnej partii politycznej
  • Zna język polski
  • Jest cierpliwy
  • Jest poganinem albo rozważa wstąpienie do Kościoła Potwora Spaghetti
  • Docenia dobre piwo i dobre jedzenie
  • Nie zostawia pustych opakowań w lodówce, ani w ogóle nigdzie
  • Nie rozwala się na całym łóżku, a w ogóle to lubi sypiać osobno
  • Rozumie, że gra wstępna nie polega jedynie na łapaniu za cycki
  • Twierdzi, że uwielbia puszyste kobiety
  • Rozumie, że jeszcze jeden T-shirt ze smokiem/Gwiezdnymi Wojnami/Tardis/Sherlockiem to wcale nie za dużo
  • Potrafi się sensownie ubrać
  • Nie posiada „mamusi” ani koszmarnego rodzeństwa
  • Nie przeżywa kataru jakby to była dżuma
  • Nie jest pieniaczem

A teraz pozostało tylko znaleźć wydawcę na powyższą powieść science fiction.

sobota, 04 stycznia 2014
Sherlock Holmes i pusty karawan

UWAGA SPOJLERY

Właściwie powinnam poczekać z tym wpisem, aż obejrzę „Sherlock: Empty Hearse” po raz drugi, bo na razie mam w głowie za duży groch z kapustą, żeby napisać rasową pełnowymiarową recenzję. Poza tym znacznie lepiej zrobiła to już Zwierz TUTAJ. Postaram się jednak przynajmniej odnieść do czegoś, na co czekałam tak długo. Czytałam już opinie w rodzaju: "mam mieszane uczucia, to jednak nie to, jestem lekko rozczarowana…" Ja nie jestem rozczarowana. Przede wszystkim jakimś cudem nie zrobiłam tego błędu, by się nastawiać z góry na konkretne rzeczy, mieć oczekiwania i wymagania, bo jak świat światem „jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził” (i nie dotyczy to bynajmniej seksualnych maratonów). Owszem, byłam zaciekawiona, spekulowałam razem z całym fandomem, śledziłam newsy i kwiczałam nad wąsami Watsona, ale nie miałam nastawienia, że coś być MUSI – i w ostatecznym rozrachunku na tym wygrałam.

Kiedy zobaczyłam na ekranie akcję z ciągnięciem trupa i walizeczką, moje wewnętrzne zwierzątko pisarsko-redakcyjne odezwało się: „Rili??? Przecież to kompletnie nie ma sensu…” WTF trwał podczas sceny z bungee, ale już po sekundzie zwierzątko stwierdziło, że tego nie kupuje i miało rację. Dalsze rewelacje odnośnie sposobów ocalenia Sherlocka przyjmowaliśmy ze zwierzątkiem tak jak należy, czyli jako dowcipy. Przechichotaliśmy niemalże cały odcinek, bawiąc się wręcz szampańsko. Jedynie podczas tego kawałka z ogniskiem przejęłam się na serio, chociaż doskonale wiedziałam, że musi nastąpić happy end, gdyż śmierci głównego bohatera scenariusz na pewno nie przewidywał. Gatiss, pisząc go, co chwila kłaniał się w stronę fandomu, nie robiąc właściwie nic szczególnie prekursorskiego (patrz serial „Supernatural”) ale za to z wdziękiem i przyjaźnie. Ostatecznie nie da się pominąć milczeniem, nie można nie zauważyć tej całej otoczki, jaką serial obrósł: plakatów i napisów „I believe in Sherlock Holmes” albo „Moriarty is real”, karteczek wieszanych na budce telefonicznej koło Barts Hospital, setek tysięcy fanfików i fanartów. Zresztą to przedłużenie ponad stuletniej tradycji fanowstwa, od kiedy czytelnicy Doyle’a nosili żałobę po detektywie uśmierconym w wodospadzie. Podsumowując: nie drażniło mnie to mruganie do fandomu, a wręcz przeciwnie, uważam je za bardziej urocze elementy odcinka. Podobno ktoś gdzieś się odezwał, że scenariusz nosi cechy homofobiczne. Odpowiadam: niech się ta osoba puknie w rozumek. Scenariusz razem z tymi cechami napisał ujawniony gej, od dawna w zalegalizowanym związku z mężczyzną. Kogo on ma potępiać? Siebie?

Mary – kupiłam ją w całości, od szaliczka po podeszwy butów. Przesympatyczna, ciepła postać. Czuje się, że będzie stanowić element dopełniający duet Holmes-Watson, a nie przeszkodę. Aż szkoda, że w oryginale autor ją utłukł. No ale może w serialu ocaleje.

Dialożki na cztery nożki między braciszkami Holmes są po prostu miodne, a grę w „Operację” muszę sobie ukraść do jakiegoś fanfika.

Poczułam się lekko zirytowana w momencie, kiedy pojawili się rodzice Sherlocka, bo u mnie oboje nie żyją. Nie ma jednak przepisu, że Moffat z Gatissem mają się dostosowywać do mojego pisania.

Podobał mi się Holmes, kiedy przepraszał Johna w wagonie metra. Taki nagle chudy, biedny i młodszy o kilkanaście lat. O, ta glizda puszysta jest doskonałym aktorem, choć na pewno nie wszystko w tej scenie było udawane. Naprawdę mu zależało. Za to nie kupuję rozwiązania z wyłącznikiem bomby. Zapętlił się bidny Mark w scenariuszu i użył brzytwy Ockhama, co mu nie za bardzo wyszło.

Struktura odcinka była dość chaotyczna, ale było to raczej bezbolesne aż do momentu, kiedy ni z gruszki ni z pietruszki w sam środek kawałka o podziemnych tunelach wetknięto następną historię skoku z dachu, całkiem jak mysz w tort. I właściwie tylko do tego mam poważne zastrzeżenie, bo efekt był taki, jakby montażysta pomylił kolejność scen. Co do całej reszty: nie żałuję, warto było czekać, choćby dla zobaczenia Sherlocka, przyciskającego chustkę do rozkwaszonego nosa, z miną „ale właściwie o co chodzi?”. Cały Holmes…