CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
sobota, 16 stycznia 2010
O tym jak Aleks z Toroj po allegro chodziły

Na finał WOŚP zawsze było nam jakoś nie po drodze – bo to i zima, i daleko, i człowiek w niedzielny wieczór woli raczej posiedzieć w domu. Za to załatwiałam patriotyczny obowiązek poprzez allegro, albo coś sprzedając, albo kupując, albo jedno i drugie. I tak pewnego wieczoru parę dni temu siadłyśmy z koleżanką Aleks, każda przed swoim kompem i zaczęłyśmy szukać czegoś, co by mieściło się w ramach naszych możliwości finansowych i w ramach gustów. Niestety, większość dostępnych przedmiotów była: a/ za droga, b/ za brzydka, c/ zupełnie nam niepotrzebna. A w pewnej chwili Aleks podrzuciła mi linka z komentarzem: „No sama zobacz. Co to ma być?” Zobaczyłam. Istotnie: WTF?

Naszła mnie refleksja (nie po raz pierwszy), że wśród wystawców na Allegro WOŚP da się ustalić nawet dość wyraźne kategorie.

1. elita – czyli wszelkie gwiazdy pokazujące się w tv, których gadżety chodzą za niebotyczne sumy i zwykły śmiertelnik może sobie na nie jedynie popatrzeć (nawiasem, portfel Wałęsy, gacie Tuska czy czapka włóczkowa Małysza nie są mi kompletnie potrzebne do szczęścia)

2. szlachetni – czyli ci, którzy prywatnie wystawiają ładne i wartościowe rzeczy, biorąc na siebie także koszty wysyłki

3. szlachetni drugiego sortu - czyli ci, którzy wystawiają ładne i wartościowe rzeczy, kosztami pocztowymi obciążając kupującego

4. sprzątacze – czyli ci, którzy z okazji wośp robią porządki w domu, wystawiając na allegro wszystko co im zawadza, jest stare, niemodne lub podniszczone (w tym roku spore wrażenie zrobił na mnie wyszczerbiony kubek z kwiatkiem)

5. dowcipnisie – w sumie ulubiona przeze mnie kategoria, bo można tam obejrzeć naprawdę odjechane rzeczy, pomysły wdzięczne i zabawne w rodzaju: „kup pan cegłę”, „kilo powietrza z dostawą gratis”, „kot w worku”, „pudełko z tajemniczą zawartością”, „pozmywam ci naczynia” lub „grosz na szczęście” albo „dziurka od klucza”

6. skrajnie oszczędni wzruszacze – ci wystawiają zwykle tapety z kotami, pieskami, dziećmi i mikroskopijnym kosztem własnym ciułają złotówki, wysyłając owe tapetki licytatorom

A tu Aleks wynalazła kogoś, kto nie pasował do żadnej z powyższych kategorii! Paniusia wystawiła okazałą aukcję z jakąś biżuterią, kolczyki to były, antyalergiczne, i jakieś generalnie wypasione, nie pomnę niestety ceny, jakiej sobie zażyczyła. A na końcu opisu, wychwalającego towar, następujące zdanie: „Kolczyków nie wysyłam. Jak ci się to nie podoba, to nie licytuj”. I teraz pada pytanie: co to właściwie miało być? Elity nawet nie rozpatrujemy, jak również w przedbiegach odpadają szlachetni, sprzątaczka też nie, gdyż towar był dobrej jakości, wzruszaczka tyż nie, bo nie wiem jak wy, ale ja się kolczykiem nie wzruszę, dowcipna także nie, bo jakoś dowcipu tu nie widzę nawet przez lupę.

Jeżeli kupujesz dziurkę od klucza, to wiadomo, że bierzesz udział w żarcie o zasadach jasnych dla obu stron. Jeżeli kupujesz badziewnego porcelanowego słonika, to masz wybór: pozostawić go do drugiej licytacji, albo zażyczyć sobie wysyłki do domu (może akurat jesteś kolekcjonerem słoników, twój biznes) – niemniej masz wybór. Jak licytujesz tapetę z kotkiem, albo przepis na pierniczki to te rzeczy otrzymasz co prawda mailem, ale otrzymasz. W zeszłym roku zlicytowałam w podobny sposób puszkę whiskasa i myszkę na sznurku od Rudiego i Torki, ale byłam gotowa te przedmioty uczciwie wysłać pocztą bez żadnego szachrajstwa. Umowa jest umową. Aukcja z kolczykami wymyka się z wzorców i doszłyśmy do wniosku, że była to po prostu zakamuflowana reklama towaru, dostępnego na allegro „zwykłym”. Pozostaje tylko dołożyć jeszcze jedną kategorię:

7. skąpiec naciągacz

 

środa, 13 stycznia 2010
O rozpierniczonym zegarku i o tym, jak człowiek nie może zostać Muminkiem

Mój zegarek wewnętrzny już się nawet nie przestawił – on się rozsypał w drobny mak, roniąc zębatki po wszystkich kątach życiorysu. Wcześniej była to jeszcze w miarę normalna nienormalność: szłam spać o 4-5 nad ranem, wstawałam o 12-13 czyli przesypiałam te circa ebaut 8 godzin, pod wieczór ucinałam drobną drzemkę i znów egzystowałam do świtu. Ostatnio mechanizm ten rozsypał się spektakularnie. Przestałam panować nad tym, kiedy, jak i ile śpię. Przykład z ostatniej doby: 22:30 ewidentnie mnie zamula, czyli należy się położyć; świetnie, jutro wstanę wcześniej, pomyślałam w naiwności swojej; jak Bóg przykazał w piżamce pod kołderkę... po czym budzę się po około dwóch godzinach, wyspana, ale nie na tyle, żeby mieć wenę do pisania. Wyciągam jakąś zaległą lekturę i czas do 6 rano spędzam w towarzystwie elfów i orków. Likwiduję w komórce budzenie, idę spać. O 8:00 budzi mnie telefon, milknie nim zdążyłam odebrać. Po kwadransie dzwoni znowu i muszę odpowiadać na idiotyczne pytania jakiegoś chłoptasia z banku, który się zagubił w moim kwestionariuszu. Wściekła, usiłuję zasnąć ponownie. O 9:00 wywleka mnie z łóżka sąsiad z problemem, że na klatce chyba czuć gaz. Ja nic nie czuję, ale ja nie mam węchu z powodu przewlekłej alergii. Zamykam drzwi, powłócząc nogami kieruję się w stronę łóżka. 11:00 – chaotyczne popiskiwanie domofonu, jakieś głosy na korytarzu, ktoś z kimś konferuje. Mam ochotę owinąć się materacem i obudzić się dopiero w kwietniu, jak Muminek, ale przypominam sobie, że Smok czeka na jakąś przesyłkę. Może listonosz? Otwieram drzwi w eleganckim stroju, złożonym z bawełnianych kalesonków w owieczki i wściekle różowej koszulki, z fryzurą typu „piorun w mietłę”. Dzień dobry wiosno, panowie monterzy od tego gazu co to się niby ulatnia. Nie mogą znaleźć gazu i są zdezorientowani. Wyjaśniam, że gaz mamy tylko w ogrzewaniu. Nie wiem, czy zrozumieli, ale widzę, że wygląda sąsiadka, więc wycofuję się. Ja się skończyła sprawa gazu, nie wiem, ale jeszcze nie wylecieliśmy w powietrze, więc chyba pozytywnie. 11:05 – jak mnie ktoś jeszcze raz obudzi, to mu nakładę po ryju. Koty chyba wyczuwają moje nastawienie, bo są wręcz niewidzialne. Wstaję o 14:00, kiwam się nad kawą, patrząc na otwartego worda z rozpoczętą powieścią. Wykonuję jakieś czynności domowe, myję naczynia, smażę klopsy itp. Kolacja, szósta wieczorem – chce mi się spać. Zrezygnowana, zalegam pod kocem, po godzinie budzi mnie wracający z pracy Smok. Dosypiam dalszą godzinę, wstaję, zaczynam pisać tę notkę. Ciekawe co będzie dalej. Czy w ten sposób może się objawiać depresja zimowa? Ma ktoś jakiś pomysł jak się znów uregulować?

*

Do skandalu z powodu pobicia proboszcza nie doszło. W samą porę pojawił się kolega Pipok i uświadomił mnie, że karteluszka należy sobie wetknąć (w drzwi, bez niedomówień) i tam gdzie jest karteluszek to „oni” nie pukają. Wetknęłam i istotnie nie pukali. A byłaby taka ładna awantura...

 

poniedziałek, 11 stycznia 2010
Przyjęcia i "przyjęcia"

Szanowni Państwo! Dnia 12.01.2010 w godz. 17.00 – 18.00 odbędzie się wizyta duszpasterska czyli kolęda. Przyjęcie zawiadomienia uważać będziemy za zaproszenie.

Proboszcz

(plus pieczątka z adresem i telefonem)

Takiej treści karteczkę znalazł Smok, wracając do domu z pracy. Zaznaczam, że cały dzień byłam w domu, bo sypiący śnieg nie zachęcał do spacerów gdziekolwiek. Tak więc powstaje pytanie, czy wyjęcie tego świstka z drzwi, wetkniętego tam zupełnie bez mej wiedzy i zgody, uznane zostanie za „przyjęcie”? Dowiem się jutro między 17.00 a 18.00 i nie omieszkam zawiadomić zaciekawionych czytelników bloga.

niedziela, 10 stycznia 2010
Nocny wokal

4:30 – Drapanie do drzwi, 3 sekundy przerwy, drapanie, 2 sekundy przerwy... Jestem twarda.

4:32 – Mrriau? Drap, drap, drap. Mrrri? DRAP DRAP DRAP! Mrrriii! Zachowuję stoicki spokój, podobnie jak śpiący koło mnie Rudi, któremu chyba nawet ucho nie drgnęło.

4:33 – Chwila przerwy, orientuję się, że mam napięte wszystkie mięśnie, więc je odpinam, jeden po drugim.

4:34 – Ponowne drapanie, ale już z o wiele mniejszym zapałem. „Naucz się skakać na klamkę, koleżanko” – myślę niepedagogicznie. Nareszcie koniec występu, zakończony potężnym trzaskiem, jakby coś skądś zleciało. Przychodzi mi na myśl pudełko z chrupkami, przechowywane na lodówce, ale nie ruszam się. „A zeżryj i niech ci zaszkodzi” – myślę, odwracając się na drugi bok i odpływam znowu w krainę snów. Nie pamiętam, co mi się śniło, ale raczej nie był to niebieskoskóry Jake Sully, a szkoda.

Najłatwiej byłoby wstać, otworzyć drzwi, wpuścić kocicę i nie narażać drewna na niszczenie pazurami, a siebie na występy wokalno-perkusyjne. Ale...! ale z natury jestem leniwa i przekorna, poza tym listwa drzwiowa i tak jest już posiekana, więc jedna czy dwie rysy więcej nie robią już żadnej różnicy. Po trzecie, kota miała tam do wyboru dwa miękkie legowiska, miskę chrupek, wodę i wolny dostęp do kuwety. Czemu się pchała do mojej sypialni? Bo tak. I gdybym wstała, żeby ją wpuścić, dam głowę, że najdalej za dwa dni znów by jej się uwidziało wchodzenie lub wychodzenie, a numer z drapaniem wszedłby na stałe do jej repertuaru. Bo skoro zadziałał, to czemu nie stosować? Torka jest inteligentna. Na szczęście jestem inteligentniejsza od kota. Za pięć czy sześć minut wytrzymywania rujnacji i darcia mordy kupiłam sobie święty spokój na ładne parę tygodni. Sytuacja mniej więcej jak z dwuletnim dzieckiem. Ale z kotami jest znacznie łatwiej. Nie rozumiem, dlaczego niektórzy wolą dzieci od kotów.

*

Śnieg przed domem sięga już do pół łydki, a z nieba nadal sypie biała kasza na zmianę z białymi piórkami. Gdzie to globalne ocieplenie?